Edyta Klim

Można wejść w motorsport od zera – wywiad z Agnieszką Ekert

Agnieszka Ekert to tegoroczna debiutantka w klasie 2-Picanto mistrzostw Polski. Opowiedziała nam o swojej drodze do WSMP oraz podsumowała swoje pierwsze wyścigi w tym cyklu.

Jazda samochodem była Twoim marzeniem i pasją od samego początku? Czy były i jakie momenty przełomowe w tej pasji?

Zawsze lubiłam się przemieszczać samochodem, ale moja przygoda ze świadomą jazdą samochodem zaczęła się od pewnej podbramkowej sytuacji drogowej, z której udało mi się wyjść bez szwanku. Po tym zdarzeniu zdecydowałam się udać na kurs doskonalenia techniki jazdy w Automobilklubie Wielkopolskim. Byłam pierwszy raz na torze Poznań, była to zima 2011 roku. Było cudownie, zajęcia były ciekawe i pouczające, ale w zasadzie na tym się skończyło. Kolejny raz na szkoleniu tego typu pojawiłam się dopiero dwa lata później, potem znowu za rok. Zaczęłam się troszeczkę bawić autem, kręcić bączki na parkingach na śniegu i odkryłam Track Day. Przez trzy lata z rzędu, parę razy do roku, jeździłam na Track Day seryjnym kompaktem, korzystając od czasu do czasu z pomocy instruktorów, zapewnianych przez organizatora imprezy. Uzupełniałam też wiedzę o technice jazdy z dostępnych na rynku podręczników jazdy wyścigowej (w języku angielskim, jestem tłumaczem przysięgłym). Czułam ogromny głód informacji i zaczęło mnie to wciągać. Poznałam sporo osób o podobnych zainteresowaniach – raczej panów, bo zazwyczaj byłam jedyną kobietą na torze, czasami jedną z dwóch. Byłam też parę razy na szkoleniu dla kierowców w ośrodku szkoleniowym w Bednarach, zaczęłam jeździć na Power Stage znowu seryjnym autem: Peugeotem 107.

Potem stałaś posiadaczką pucharówki? Czy od razu było to powiązane z decyzją o startach w WSMP?

Bardzo długo odkładałam decyzję o zakupie samochodu przeznaczonego do sportu, na wypadek, gdybym doszła do wniosku, że to nie dla mnie. Około dwa lata temu poczułam jednak, że doszłam do kresu możliwości mojego Peugeota. Poprosiłam instruktora, żeby wsiadł ze mną do auta i zweryfikował, czy faktycznie tak jest. Trochę się obawiałam, czy nie będzie kpił z malucha, ale nic z tych rzeczy. Jego zdaniem wyciskałam z auta ok. 90%, a jak mi uzmysłowił w jaki sposób uzyskać pozostałe 10%, to się zwyczajnie (tak po babsku) przestraszyłam i zdecydowałam, że bez klatki nie będę nawet próbować. Porozmawialiśmy o tym jakie auto kupić, żeby było w miarę nowe, tanie w utrzymaniu, pozwalało na rozwój kierowcy i dawało porównanie z innymi zawodnikami. Okazało się, że pucharowe Picanto spełnia te wytyczne i będzie idealne. Nie bez znaczenia był również fakt, że Picanto jest dopuszczone do ruchu, zarejestrowane, ma aktualne badanie techniczne i OC, więc mogę wszędzie nim dojechać na kołach (chociaż to niezbyt komfortowe). Samochód kupiłam w bardzo banalny sposób – przez jeden z bardzo popularnych portali internetowych. W ogóle nie planowałam startów w WSMP, po prostu chciałam dalej doskonalić technikę i cieszyć się jazdą w bezpiecznym warunkach.

I miałaś już dużo większe możliwości samochodu do wykorzystania?

Po zakupie Picanto miałam wielkie oczekiwania, ale niestety na pierwszym Track Day nowym nabytkiem okazało się, że w ogóle nie umiałam nim szybko jechać. Wszystkie niedociągnięcia w technice jazdy zostały boleśnie obnażone, a stoper był bezlitosny i okrutny… Od tego momentu się zawzięłam! Zaczęłam jeździć naprawdę sporo, 6 Track Day’ów w roku, podobna liczba Power Stage i poznańskie Superoesy. Ponownie poprosiłam o pomoc instruktora. A na wyrobienie licencji wyścigowej namówił mnie w zeszłym roku Darek Nowicki, który przyjął mnie do swojego zespołu, za co jestem mu ogromnie wdzięczna.

Czy debiut w WSMP to duże wyzwanie? Jak sobie to wyobrażałaś a jak właściwie było?

W sezonie 2017 wystartowałam w czterech rundach WSMP, rozgrywanych w trakcie dwóch weekendów. Przed pierwszym startem nie wiedziałam kompletnie czego oczekiwać. Wyobrażałam sobie na zmianę, że rozbijam samochód w spektakularnej kolizji, albo że jadę sama na końcu i nie mam się z kim ścigać (śmiech). O ile z jazdą na tym etapie radziłam sobie już dosyć dobrze, to nie miałam bladego pojęcia o ściganiu się ani żadnych wcześniejszych z tym doświadczeń. No może poza towarzyskimi kartingowymi „Zawodami o Złote Kalesony”, na których pierwszy raz poważnie pomyślałam, że może spróbuję wystartować w mistrzostwach Polski? Starałam się szczerze samej sobie odpowiedzieć, jakie mam dobre strony i jak je wykorzystać podczas wyścigu. Miałam strategię i plan działania, pomysł na znalezienie kolejnej sekundy i jestem w miarę zadowolona z przebiegu zawodów, mimo braku szans na podium. Z mojego punktu widzenia mój debiut w WSMP był zaskakująco udany, nie spodziewałam się tego i jest to kolejny etap w moim rozwoju jako kierowcy.

Poprzeczka jest postawiona wysoko?

Panowie niestety są szybsi ode mnie i prezentują wysoki poziom, a ja nie jestem tak konkurencyjna jak mi się wydawało. Dlatego po prostu cieszę się, że ukończyłam wszystkie wyścigi i udało mi się nawiązać walkę – czasem tylko dojść innego zawodnika, czysto wyprzedzić, dostać parę niebolesnych nauczek na przyszłość. Wydaje mi się, że mam dobry kontakt z zespołem, docieramy się. Dla mnie osobiście bardzo ważne jest to, że jestem samodzielną zawodniczką i nie jestem przez nikogo prowadzona za rękę. Czasem korzystam ze wsparcia merytorycznego, mam do kogo zadzwonić w razie potrzeby i poprosić o pomoc, ale w zasadzie do wszystkiego doszłam sama. Mimo, że przez brak trenera robię wolniejsze postępy, to sprawiają mi one ogromną satysfakcję. Odczuwam ogromną radość z jazdy.

Jak się czujesz w tej całej, wyścigowej otoczce? To dla Ciebie nadal frajda i zabawa czy już pełen profesjonalizm i mistrzowski poziom zawodów?

Pod wpływem startów w WSMP stopniowo zmienia się moje podejście do współzawodnictwa. Staram się zachowywać luz i dystans, który mi towarzyszył podczas zawodów amatorskich, ale coraz mniej mi się to udaje. Początkowo z niedowierzaniem przyglądałam się, jak zawzięcie rywalizują ze sobą mężczyźni, a teraz również zaczynam chcieć – jeżeli nie wygranej, to przynajmniej dobrego wyścigu. Profesjonalna atmosfera towarzysząca zawodom bardzo podbudowuje moje ego! Lansuję się w kombinezonie (ze zbyt długimi rękawami i bardzo, bardzo ciepłym), uwielbiam być w aucie, ale po zakończeniu zawodów do głosu dochodzi wiele negatywnych emocji. Często towarzyszy mi złość i frustracja, uczucie bezsilności, zniechęcenie. Trudno trzymać fason, gdy nie można dogonić piętnastolatka, który właśnie przeszedł do samochodów z kartingu. Oczywiście bilans wypada na plus, inaczej nie byłabym w stanie tego robić i planować kolejnego sezonu.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia? Będą kolejne wyścigi?

W przyszłym roku planuję pojechać dwa albo trzy weekendy wyścigowe, w zależności od dostępności środków finansowych, jednakże chcę, żeby podstawą mojej działalności nadal pozostał trening, a zawody stanowiły przysłowiową wisienkę na torcie. Przede wszystkim w mojej technice jazdy jest jeszcze nadal dużo do poprawy, muszę zmniejszyć dystans dzielący mnie od chłopaków, a to mnie bardzo motywuje. Bardzo liczę na rozwój klasy 2-Picanto w przyszłym sezonie i pojawienie się zawodników na poziomie podobnym do prezentowanego przeze mnie.

Także kobiet? Jakbyś je zachęciła do startów w WSMP?

Pojawienie się innej kobiety w klasie prawdopodobnie spowodowałoby, że zaciągnęłabym kredyt na topowe przygotowanie auta i odkryła w sobie pokłady waleczności i odwagi, o których istnieniu jeszcze nie mam pojęcia (śmiech). Nie mam za bardzo pomysłu, jak skutecznie zachęcić kobiety do startów w WSMP. Może zainspiruję je własnym przykładem, że można wejść w motorsport od zera i dawać sobie radę na zawodach? Nikt nie daje mi odczuć, że jestem na torze niemile widziana, ale z drugiej strony nie ma też żadnej taryfy ulgowej i nikt nie trzyma dla mnie otwartych drzwi. Jest dla mnie oczywiste, że aby tutaj osiągnąć sukces trzeba włożyć w to mnóstwo czasu, pracy i pieniędzy oraz jeździć i myśleć jak mężczyzna, albo przynajmniej młodziutki eks-kartingowiec. Szalenie istotne jest wsparcie życzliwych osób, które napędza do działania i daje siłę.

Najnowsze

Kalendarz Pirelli 2018 zaprezentowany na Manhattanie

Do 45. edycji kalendarza, do której zdjęcia odbyły się w Londynie w maju tego roku, brytyjski fotograf Tim Walker zastosował niepowtarzalny styl ekstrawaganckich inscenizacji i romantycznych motywów, by powrócić do jednej z klasycznych opowieści brytyjskiej literatury: "Alicja w Krainie Czarów".

Jego inspiracją była nie tylko fantastyczna historia Lewisa Carrolla, ale przede wszystkim ilustracje do pierwszej edycji z 1865 r., których stworzenie sam Carroll powierzył Johnowi Tennielowi. W kalendarzu Pirelli 2018 Tima Walkera pojawiły się w postaci 28 ujęć stworzonych w oparciu o 20 różnych i niezwykłych inscenizacji nowej, wyjątkowej Krainy Czarów.

„Alicja była opowiadana tak wiele razy”, powiedział Tim Walker, „i myślę, że chciałem wrócić za Lewisem Carrollem do źródła wyobraźni, aby móc opowiedzieć ją jeszcze raz od samego początku. Chciałem znaleźć inny i oryginalny punkt widzenia”.

Aby przekazać swoją koncepcję przygód „Alicji w Krainie Czarów”, Walker przedstawił obsadę 18 osobowości, zarówno znanych, jak i przyszłych w tym muzyków, aktorów, modelek i działaczy politycznych. Wśród nich sudańsko-australijska modelka Adut Akech, ghanijsko-brytyjska modelka i działaczka feministyczna Adwoa Aboah, model senegalsko-niemieckiego pochodzenia Alpha Dia, benińsko-amerykański aktor i model Djimon Hounsou, modelka południowosudańsko-australijskiego pochodzenia Duckie Thot, gambijska aktywistka na rzecz praw kobiet Jaha Dukureh, brytyjski model King Owusu, amerykański raper i wokalista Lil Yachty, meksykańsko-kenijska aktorka Lupita Nyong’o, brytyjska supermodelka i aktorka Naomi Campbell, amerykański aktor, drag queen, osobowość telewizyjna i wokalista/autor tekstów RuPaul, amerykańska aktorka Sasha Lane, amerykański raper, wokalista, autor piosenek, aktor, producent muzyczny i przedsiębiorca Sean “Diddy” Combs, amerykańska modelka Slick Woods, południowoafrykańska modelka i prawniczka Thando Hopa, amerykańska aktorka, komiczka, autorka i prowadząca program telewizyjny Whoopi Goldberg, brytyjski model Wilson Oryema i brytyjska stylistka mody, projektantka i wokalistka Zoe Bedeaux.

Wszyscy oni tworzą w pełni czarnoskórą obsadę po raz drugi po tym, jak w Kalendarzu Pirelli z 1987 roku, brytyjski fotograf Terence Donovan sportretował pięć pięknych czarnych kobiet, w tym szesnastoletnią Naomi Campbell oraz modelkę, pisarkę i aktywistkę Waris Dirie.

Przy realizacji Kalendarza, następującego po zeszłorocznym stworzonym przez Petera Lindbergha, Tim Walker współpracował z dwojgiem wybitnych artystów: Shoną Heath, jedną z czołowych brytyjskich reżyserek i scenografek oraz ikoną świata mody Edwardem Enninfulem, który jest stylistą stojącym za tegorocznymi wyszukanymi strojami.

Shona Heath była odpowiedzialna za stworzenie uderzających scenografii i instalacji, które pozwoliły na kreatywne opowiedzenie historii, opisanej w „Przygodach Alicji w Krainie Czarów”. Elementy opowieści, które są dziś częścią naszej zbiorowej wyobraźni, zostały wywrócone do góry nogami, na przykład: biały królik stał się czarnym królikiem, podczas gdy czerwone róże królowej zostały pomalowane na czarno przez karty do gry. „Zawsze starałam się znaleźć coś, co daje do myślenia, zastanawiać się, co ta historia oznacza i co było ważne, i jak bardzo może być urozmaicona. Nadal jednak tworzymy bardzo jasny przekaz, który jest bardzo wierny tej historii” powiedziała Heath.

Komentując swój wkład w tegoroczny kalendarz, Enninful, który niedawno został zarówno pierwszym mężczyzną na tym stanowisku, jak i pierwszym czarnoskórym redaktorem naczelnym brytyjskiego Vogue’a, powiedział. „Bardzo ważne jest, aby opowieść o Alicji została przekazana nowemu pokoleniu. Jej przygoda w Krainie Czarów rezonuje ze światem, w którym dziś żyjemy; przeszkodami, które musimy przezwyciężyć oraz pomysłem celebrowania tego co odmienne. Dorastając w Londynie, często żyłem w świecie fantazji, bajek i kryminałów. Alicja zawsze była jedną z moich ulubionych postaci. Zawsze czułem, że uczestniczę razem z nią w podróży przez Krainę Czarów, a wszystkie te niezwykłe postaci stały się moimi przyjaciółmi… wszystkie oprócz strasznej Królowej i jej katów… Możliwość ujrzenia czarnej Alicji oznacza dzisiaj, że ​​dzieci wszystkich ras mogą zostać objęte ideą różnorodności już od najmłodszych lat, a także uznać, że piękno ma różne barwy. Żyjemy w zróżnicowanym kulturowo świecie. Projekty takie jak ten niezwykły Kalendarz Pirelli pokazują, że wciąż jest nadzieja w tym, co czasem odczuwamy jako coraz bardziej cyniczna rzeczywistość”.

Według słów Roberta Douglasa-Fairhursta, profesora literatury angielskiej na Uniwersytecie w Oksfordzie, członka Królewskiego Towarzystwa Literackiego i autora eseju Being Alice (zawartego w zestawie prasowym), „ciekawa jest odmowa Tima Walkera przekształcenia Krainy Czarów w utwór wiktoriańskiego kiczu”. W swoim eseju Fairhurst podkreśla, że ​​”chociaż Kraina Czarów „brzmi jak miejsce magiczne, to, tym co uderza wiele dzieci, gdy po raz pierwszy czytają tę historię, jest jak straszne są niektóre jej części. Nawet Alicja czuje się zagrożona przez swój własny sen. Prawie wszystkie stwory, które spotyka, są zdziwaczałe, a nie milutkie. […]

Ale oczywiście w sercu wszystkiego znajdują się zdjęcia Alicji autorstwa Walkera. Wciąż Alicji. Nie ma już dziecka, tutaj jest odgrywana przez nieziemsko piękną modelkę (Duckie Thot), której osobista historia dziecka sudańskich uchodźców, którzy przeprowadzili się do Australii, czyni z niej idealne nowoczesne wcielenie niespokojnej i pozbawionej korzeni bohaterki Carrolla. Tymczasem Kalendarz Pirelli jako całość, stanowi doskonały dowód na to, że historia Lewisa Carrolla pozostaje dziełem w toku.”.

To, co dzieje się za kulisami, zdjęcia, historie i osobowości Kalendarza Pirelli 2018 można znaleźć na specjalnej stronie internetowej www.pirellicalendar.com, na której można zapoznać się z historią ponad 50 lat The Cal ™ poprzez filmy, wywiady, zdjęcia i wcześniej niepublikowane teksty.

Najnowsze

Edyta Klim

10 lęków początkującej motocyklistki

Nie urodziłam się motocyklistką, stałam się nią, bo jestem uparta. Na swojej drodze spotykałam wiele przeszkód, a drugie tyle woziłam w swojej głowie. Znacie to uczucie?

Nigdy nie miałam smykałki do motoryzacji i nauka jazdy motocyklem wcale nie była dla mnie łatwa. Postępy robiłam powoli, ale cały czas, bo jestem uparta – i już! Jednak pokonywanie kolejnych progów umiejętności wiązało się u mnie ze sporym stresem i strachem.

To mój siódmy sezon motocyklowy, a każdy to ok. 8.000-18.000 kilometrów na motocyklu. Z każdym, kolejnym sezonem lista moich lęków malała, bo starałam się znaleźć na ich pokonanie jakiś sposób. Teraz myślę o nich na luzie, bo w czasie przeszłym, jednak wiem jak destrukcyjnie działały one na moją jazdę motocyklem. Postanowiłam je z grubsza wymienić, omówić i pokazać drogę, jaką przeszłam – by je pokonać. Być może dodam nieco odwagi motocyklistkom, które właśnie takie rozterki teraz przeżywają.

1. Duże, ruchliwe drogi

Ktoś może powiedzieć: „a co to za problem?” Jednak biorąc pod uwagę, że byłam początkującą motocyklistką i miałam motocykl o pojemności jedynie 125 – to był dla mnie problem spory. Nie jechałam na tyle szybko, by na krajówce jechać równo z samochodami. Szerokie drogi i spory ruch mnie przerażały, bo często wyprzedzano mnie bez zachowania należytej dozy ostrożności, a w wietrzne dni wiatr przepychał mnie to na lewo, to na prawo.

– Co robić?

Wymienić motocykl? Można i tak, ale ja postawiłam na jazdę po drogach lokalnych. Mniej stresu, widoki ładniejsze, ruch umiarkowany i wreszcie cieszyłam się jazdą, zamiast się nią stresować. Jak już do tego dojrzałam, to wymieniłam motocykl na większy, a z tej perspektywy główne drogi wyglądają zupełnie inaczej.

2. Zatłoczone i mało znane miasto

To był dla nie koszmar dłuższy czas. Jeżeli nie czułam jeszcze, że dobrze jeżdżę motocyklem, a przyszło mi wjechać do miasta, gdzie w każdej chwili dzieje się bardzo wiele – to poziom stresu rósł z minuty na minutę. Ogarnąć motocykl, ogarnąć trasę i jeszcze mieć oczy dookoła głowy? Zdecydowanie za dużo dla początkującej motocyklistki! A wiadomo – im większy stres, tym wszystko idzie znacznie gorzej. Sama popełniłam kilka błędów, które na szczęście nie spowodowały strat w zdrowiu, ani sprzęcie, jednak na samą myśl mi wstyd…

– Co robić?

Zdecydowanie oswajać sytuację. Jeździć po mieście więcej, ale w porach zmniejszonego ruchu. Opanowywać sprzęt i ogarniać wszystko, co się dzieje dookoła. Unikanie zatłoczonych miast to ucieczka, stopniowe nabywanie umiejętności jazdy w mieście – to wygrana!

3. Jazda w grupie

Początkowo wydawało mi się, że na to nie zasługuję, bo w grupie będę najsłabszym ogniwem. Myślałam, że wszyscy się będą na mnie wkurzać, bo nie mam przelotowej 130km/h i dlatego jeździłam sobie sama. Z czasem jednak poznałam jedną i kolejną motocyklistkę, które miały podobne obawy, więc razem jeździło nam się doskonale. Ma to swoje plusy, bo jest się do kogo odezwać a i pomysłów na wycieczki jest dwukrotnie więcej.

– Co robić?

Dobierać sobie grupę do własnych umiejętności i preferencji dotyczących prędkości. Na facebooku jest wiele regionalnych grup, na których można zaproponować wycieczkę i zastrzec sobie, że prędkość będzie taka, a nie inna. Jazda w grupach to świetna przygoda, nowe znajomości i dzielenie pasji – nie warto z tego rezygnować z lęku przed krytyką.

4. Wyprzedzanie

Im mniejszy, mniej „konny” motocykl, tym trudniejszy staje się to manewr. Dodając do tego niezbyt doszlifowane umiejętności jazdy motocyklem – robi się nam kolejna sytuacja stresowa.

– Co robić?

Nic na siłę! Nie masz pewności, czy zdążysz wyprzedzić? Nie rób tego! Poczekaj na kolejną okazję lub odpuść, jeżeli pojazd przed Tobą jakoś znacznie nie spowolni Ci pokonywanego dystansu. W tym przypadku jestem wierna zasadzie, że lepiej odpuścić, niż przekombinować i potem żałować. Bo skutki nieudanego manewru wyprzedzania mogą być tragiczne. Oswajanie wyprzedzania zacznij od miejsc, gdzie masz sporo przestrzeni, nawet na popełnienie jakiegoś błędu. Pewność i sprawność wyprzedzania przyjdzie z czasem. To pewne!

5. Ruszanie pod górkę

To była moja zmora do tego stopnia, że jeżeli tylko wiedziałam jak biegnie trasa, to omijałam takie miejsce okrężną drogą, byleby tylko nie musieć się zatrzymywać na wzniesieniu (np. na krzyżówce, na której trzeba ustąpić pierwszeństwa). Po przesiadce z pojemności 125 na 650 ten lęk znów odżył z nową siłą, bo motocykl był znacznie cięższy.

– Co robić?

Ja pojechałam na odludną drogę, gdzie jest wzniesienie i pół popołudnia stawałam oraz ruszałam. Początkowo popełniałam głupie błędy, jednak sytuacja w której mogę to zrobić ponownie i bez presji – oswoiła lęki. Wczułam się w operowanie gazem i hamulcem, osłuchałam z pracą silnika i problem przestał był problemem.

6. Upadek motocykla

To bardzo częsty obraz w wyobraźni początkującej motocyklistki. Jeżeli już nastąpił, to zwykle jest to wynik parkingowej nieuwagi i/lub znacznego obciążenia motocykla. Im cięższy motocykl, tym większe prawdopodobieństwo, że gdy zaburzymy mu równowagę przy małej prędkości – to będzie już za późno, by powstrzymać jego upadek.

Jak zaburzamy równowagę? Np. zatrzymując się lub minimalnie tocząc, gdy przednie koło jest skręcone na prawo lub lewo. Taka była moja pierwsza gleba 650-tką, na szczęście jechało dwóch rowerzystów, którzy od razu rzucili się do pomocy, zanim jeszcze zdążyłam się z kurzu otrzepać. Czasami też nie zauważamy, że miejsce, w którym się zatrzymujemy jest nierówne i stając na pełnych stopach powodujemy, że motocykl zatrzymuje się przechylony, a chwilę potem leci na jedną stronę.

– Co robić?

Nie prowokować wywrotek! A po drugie nauczyć się sprytnie (i niezależnie od przejeżdżających rowerzystów) podnosić swój motocykl, jak na tym filmie:

7. Jazda w deszczu

Nie jest to miła sytuacja, szczególnie przy nieodpowiedniej odzieży. Początkowo też, jazda w deszczu dawała mi bardzo duże poczucie niebezpieczeństwa poślizgu, dlatego znacznie zwalniałam (nawet do 50% prędkości). Doświadczenie nauczyło mnie, żeby na deszcz być przygotowanym i w kufrze wozić strój przeciwdeszczowy, a rękawice wybierać z „wycieraczką”. A także, że nie taki deszcz straszny jak go malują, więc zwalniać tak znacznie nie muszę.

– Co robić?

Nie panikować, nieco zwolnić, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc, które po deszczu robią się bardzo śliskie – białych znaków na jezdni, osłon studzienek kanalizacyjnych i zanieczyszczeń, które spływają po asfalcie na samym początku opadu. Manewry przewidywać z wyprzedzeniem, żeby gwałtownie nie operować gazem i hamulcem.

8. Szybka jazda

Ktoś powie, że to przecież o to chodzi w jeździe motocyklem! Ale czy każdemu chodzi o to samo? Może trudno uwierzyć, ale szybka jazda też przed dłuższy czas była dla mnie problemem. Blokował mnie umysł, przerażał pęd świata dookoła, a do tego im mniejszy motocykl, tym ta szybka jazda wydawała się być u granic jego możliwości – co dawało znaczny dyskomfort. Zdecydowanie bardziej lubiłam swobodne, niezbyt szybkie wycieczki i to one dawały mi radość z bycia motocyklistką.

– Co robić?

Nic. Bo po co? Jeżeli czujesz się dobrze z taką, a taką prędkością – to sobie z nią jedź. Jak to innym nie pasuje, to jest ich problem. Zmień grupę na taką, która jeździ jak Ty. Z czasem Twój próg akceptowanej prędkości i tak się podniesie. Im lepsze umiejętności, im lepszy motocykl – tym szybciej rosną wskazania licznika. Ale wtedy jest to naturalny rozwój umiejętności i pokonanie progu lęku, a nie pogoń zamiast radości z jazdy.

9. Kręte trasy i wzniesienia

To była moja zmora przez dłuższy okres czasu. Zakręt 180 stopni pod górę? Żaden problem! Ale z górki? Masakra! Zwalniałam bardzo mocno i byłam sztywna z przerażenia. A wiadomo, że im mniej współpracy ciała z motocyklem, tym zakręt zamiast płynnie być pokonywany – wychodzi koślawo i momentami robi niebezpiecznie.

– Co robić?

Znów się z tym mierzyć, jak najczęściej się da. Nie da się wyćwiczyć umiejętności motocyklowych w teorii. Można jednak skupiać się na tym, co się dzieje z naszym ciałem w trakcie stresującego manewru i to korygować. Gdzie prowadzimy linię wzroku w takim zakręcie? Czy spinamy ręce i barki? Na jakim biegu i z jaką prędkością pokonujemy taki zakręt? Po takiej obserwacji i korekcie okazuje się, że nie taki diabeł straszny, tylko podejść do niego trzeba bardziej racjonalnie. Bo to stres utrudnia nam manewr, a nie brak umiejętności pokonywania zakrętów. Mi osobiście bardzo pomógł wyjazd w Bieszczady, gdzie zakrętów jest dużo i zmiana modelu motocykla (z jedno na dwu-cylindrowy).

10. Kradzież motocykla

To podświadomy lęk, który najsilniej mi towarzyszył przy pierwszym motocyklu. Kochałam go tak bardzo, że myśl o tym, że go mogę stracić, czasami spędzała mi sen z powiek i to dosłownie. Np. jak nocowałam w jakimś nowym miejscu, a wiedziałam, że mój motocykl nie do końca jest na zewnątrz bezpieczny – to nie mogłam spać! Z każdym, kolejnym motocyklem ta więź już była słabsza, bo dotarło do mnie, że to rzecz – można ją kupić. Choć wiadomo, że zawsze bliska sercu i bardzo zaboli, gdy ktoś nam ją, ot tak sobie, zabierze…

– Co robić?

Napić się melisy przed snem! A tak serio, to zabezpieczyć maszynę na tyle, na ile sytuacja pozwala i nie zostawiać motocykla w miejscach, które chętnie złodzieje odwiedzają. Ewentualnie dokupić jakieś ekstra zabezpieczenie lub AC i spać spokojnie. Nie mamy na wszystko wpływu, na plan działania złodzieja – tym bardziej. Jak zrobiliśmy wszystko, co się dało, to strach o motocykl trzeba sobie odpuścić.

 

Czy lęki są złe? Tylko wtedy, gdy paraliżują prawidłowe funkcjonowanie. Lęki o umiarkowanym nasileniu tworzą próg naszego poczucia bezpieczeństwa. Dzięki nim nie robimy czegoś, na co jeszcze nie jesteśmy gotowi, tylko przesuwamy tą granicę powoli, cały czas rozwijając umiejętności. Czasami trudno jest walczyć o prawo do decydowania o sobie, gdy inni motocykliści udzielają tzw. „dobrych rad”, że powinieneś jeździć szybciej, a przed zakrętem za bardzo zwalniasz. Ja powiem tylko jedno: na motocyklu wieziesz największy skarb – swoje życie, więc traktuj je tak, jak na to zasługuje!

Więcej historii z życia początkującej motocyklistki znajdziecie na moim blogu, który prowadzę od pierwszej godziny nauki jazdy: www.pamietnik-motocyklistki.pl .

 

Najnowsze

Pierwsza jazda Volvo XC60

W okolicach zalewu Zegrzyńskiego miałyśmy okazję nawinąć na koła pierwsze kilometry zupełnie nowym, pachnącym świeżością Volvo XC60.

Szwedzi przyzwyczaili nas do tego, że długo każą czekać na kolejne generacje nowych modeli. Fenomenem jest to, że nawet tak leciwy model jak XC60, u schyłku swojego rynkowego istnienia wciąż pozostawał najlepiej sprzedającym się SUV-em w klasie premium. Jednak Volvo zlitowało się wreszcie nad fanami marki i klientami prezentując nową generację.

Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z absolutnie nowoczesną konstrukcją. Inne jest wszystko, co związane jest z technologią. Nowa jest płyta podłogowa, silniki – teraz już niestety tylko czterocylindrowe. Świeży jeest również design, spójny z większym bratem XC90 oraz serią S90/V90, a wewnątrz zagościły nowe materiały wykończeniowe. Stara pozostała filozofia marki związana z bezpieczeństwem oraz dbałość o komfort pasażerów.

Ale od początku. Reflektory z charakterystycznymi światłami do jazdy dziennej, tak zwane młoty Thora, zdradzają od razu, że mamy do czynienia z produktem szwedzkiej marki. Ogromny grill przechodzi w długą maskę, mającą – poza ochrona silnika – chronić pasażerów przed skutkami ewentualnej kolizji. Linia boczna kończy się na nowo wystylizowanymi światłami tylnymi. W wersji Inscription całości dopełniają niskoprofilowe opony i felgi o średnicy 22 cali! Są ogromne i efektowne. Są także bardzo drogie, ale naszym zdaniem idealnie komponują się z chłodną i monumentalną karoserią auta.

Wnętrze, przenosi nas w świat luksusu. Mięciutka skóra foteli, zimne aluminium i najprawdziwsze drewno otulają pasażerów i zachwycają jakością. Stylizacja przypomina większe XC90, jednak tutaj, ze względu na mniejsze rozmiary samochodu, czujemy się jakby środek był uszyty na miarę.

Widać, że Volvo bardzo starannie przyłożyło się do budowy XC60. Potwierdzeniem tej tezy niech będzie chociażby listwa deski rozdzielczej znajdująca się przed pasażerem. Została zrobiona z jednego kawałka drewna. Z przodu miejsca jest dużo, a wygodne fotele mogą wyznaczać punkt odniesienia dla średnich SUV-ów klasy premium. Z tyłu również nie będziemy narzekać na brak miejsca, ale od razu zaznaczę, że najwygodniej będzie tu dwóm, dorosłym osobom. Jeśli zamierzacie wozić ze sobą trzy foteliki, możecie mieć z tym problem. Będzie zbyt wąsko. Za to bagażnik pomieści wszystkie bagaże. Jest pojemny, ustawny i ma sprytny patent znany z wielu modeli Volvo – podnoszoną część podłogi, pozwalającą na podzielenie na pół przestrzeni bagażowej.

Ruszamy. Samochód bezszelestnie sunie po asfalcie. Jest tak cicho, że ma się wrażenie jazdy autem elektrycznym. Ośmiobiegowa, automatyczna skrzynia, zmienia biegi aksamitnie, bez jednego szarpnięcia. Wysokoprężny motor D5 o mocy 235 KM, nie pracuje jak konwencjonalny diesel. Kulturą pracy bliżej mu do jednostki benzynowej. Do tego skrzynia pięknie wykorzystuje jego wysoki moment obrotowy, skutecznie zapobiegając wycieczkom w górne zakresy obrotów. Ten układ napędowy wydaje się optymalny do nowego XC60. Mocy i momentu nie brakuje, a i zużycie wydaje się utrzymywać na dobrym poziomie. Normalna, przepisowa jazda skutkuje zużyciem na poziomie 7,5 l / 100 km. Podobny wynik osiągnęłyśmy jadąc trasą S8. Nie miałyśmy okazji testować auta na autostradzie, ale cisza, jaka panuje we wnętrzu przy 120 km/h daje poczucie, że przy wyższych prędkościach będzie tylko nieznacznie głośniej.

Zawieszenie adaptacyjne ma opcję dynamic, która zmienia charakterystykę tłumienia nierówności. Jest wówczas sztywniej, a nadwozie mniej wychyla się na zakrętach. Jednak podstawowa opcja comfort tak bardzo odpręża kierowcę, że prawdopodobnie rzadko będziecie korzystać z innych ustawień.

Wszystkimi funkcjami XC60 steruje się za pomocą centralnego ekranu. Menu jest bardzo rozbudowane i wymaga chwili nauki i przyzwyczajenia. Zawiera jednak wszystkie możliwe opcje, więc warto poświęcić odrobinę czasu na poznanie możliwości systemu.

I jeszcze jedna uwaga: nie możecie za to zamówić swojego XC60 bez systemu audio sygnowanego nazwiskami Bowers & Wilkins. Po prostu nie możecie. Pożyczcie od kogokolwiek 14 tysięcy złotych i zaznaczcie tę opcję w konfiguratorze. 15 głośników i wzmacniacz o mocy 1400 W przeniosą was w inny świat. Powtórzę się, ale tak jak fotele, tak zestaw audio nowego Volvo może być wzorem do naśladowania dla innych producentów aut.

Na pierwszy rzut oka XC60 nie ma słabych punktów. Może jeden. Opony zimowe do opcjonalnych 22-calowych felg będą kosztować tyle, co kawalerka w Białymstoku.

Podsumowując nasze pierwsze spotkanie z tym autem: druga zmiana w sztafecie o pierwszeństwo w klasie premium wydaje się być naprawdę udana. 

Najnowsze

BMW Jazz Club 2017 – nowe pokolenia

Już w grudniu odbędzie się XII edycja BMW JAZZ CLUB. Najnowsza odsłona projektu nosi tytuł NOWE POKOLENIA. Dyrektor artystyczną jest polska artystka o światowej renomie - Aga Zaryan. Na koncertach usłyszymy także tegorocznego zdobywcę dwóch nagród Grammy - Jacoba Colliera.

Na koncertach spotkają się Aga Zaryan i Jacob Collier (brytyjski muzyk zagra w trzech z pięciu miast) – sceniczne osobowości, które tworzą nową jakość i wyznaczają nowe kierunki rozwoju. Artystów wspierać będzie Młoda Polskia Filharmonia i Orkiestra Akademii Beethovena. BMW JAZZ CLUB zawita do pięciu miast – Warszawy, Szczecina, Lublina, Gdańska i Katowic.

Koncertowa scena BMW JAZZ CLUB gościła wiele tuzów scen jazzowych, jak Brandford Marsalis, Tomasz Stańko czy Diane Reeves. Imprezy, będące elementem długofalowej strategii BMW w zakresie wpierania kultury, już na stałe wpisały się w kalendarze fanów nie tylko jazzu, ale po prostu dobrych brzmień. Dwunastą edycję oddajemy w ręce damy jazzu, która znalazła się w panteonie gwiazd legendarnej wytwórni Blue Note Records.

Koncert będzie premierą projektu muzycznego Agi Zaryan powstałego specjalnie na potrzeby tego wydarzenia artystycznego. Na scenach BMW JAZZ CLUB artystka wystąpi w podwójnej roli: wokalistki i dyrektor artystycznej wydarzenia. Zaryan do udziału w projekcie zaprosiła kilkudziesięciu młodych muzyków klasycznych grających w składach Młodej Polskiej Filharmonii i Orkiestry Akademii Beethovena.

Gościem specjalnym trzech z pięciu koncertów będzie tegoroczny zdobywca dwóch nagród Grammy – Jacob Collier. Ten młody, 23-letni muzyk jest wielkim objawieniem ostatnich lat. Multiinstrumentalista, który rozwija się pod opieką samego Quincy Jones’a, przez wielu muzyków uważany jest za następcę Prince’a.

 „Kiedy pierwszy raz usłyszałam Jacoba Colliera zrozumiałam, że jest muzycznym objawieniem i geniuszem. Jego bezgraniczna muzykalność, entuzjazm oraz radość tworzenia czynią z niego muzycznego wizjonera. Młoda Polska Filharmonia oraz Orkiestra Akademii Beethovena to światowej klasy młodzi muzycy, którzy grają
z pasją.
” – mówi Aga Zaryan.

Muzycy spotkają się na wspólnej scenie po raz pierwszy, żeby w ramach BMW JAZZ CLUB wykonać premierowy program. Słuchaczy czeka uczta muzyczna inspirowana brzmieniami jazzu oraz nowymi technologiami. To wszystko w towarzystwie zaskakujących aranżacji orkiestrowych autorstwa Michała Tokaja, jazzowego pianisty oraz kompozytora, dwukrotnego laureata nagrody Fryderyk. Obok składów orkiestrowych, artystce będzie towarzyszyć na scenie zespół wybitnych muzyków jazzowych, z którymi współpracuje od lat.

3.12 TWON Warszawa

Artyści:

AGA ZARYAN, JACOB COLLIER, EUROPEAN JAZZ SEXTET, MŁODA POLSKA FILHARMONIA

5.12 Katowice Międzynarodowe Centrum Kongresowe

Artyści:

AGA ZARYAN, JACOB COLLIER, EUROPEAN JAZZ SEXTET, MŁODA POLSKA FILHARMONIA

6.12 Gdańsk – Filharmonia Bałtycka

Artyści:

AGA ZARYAN, JACOB COLLIER, EUROPEAN JAZZ SEXTET, MŁODA POLSKA FILHARMONIA

10.12 Lublin – Centrum Spotkania Kultur

AGA ZARYAN, EUROPEAN JAZZ SEXTET, ORKIESTRA AKADEMII BEETHOVENA

12.12 Szczecin – Filharmonia Szczecińska

AGA ZARYAN, EUROPEAN JAZZ SEXTET, ORKIESTRA AKADEMII BEETHOVENA

Bilety na koncerty XII edycji BMW Jazz Club dostępne będą już w październiku na www.eventim.pl , a także poprzez specjalną aplikację dostępną na fan page’u BMW https://www.facebook.com/BMW.Polska

Współorganizatorem koncertów jest Eurozet. Koncert produkuje Eurozet LIVE.

Więcej o BMW Jazz Club na www.bmwjazzclub.pl.

Najnowsze