Motocyklowy wywiad wnuczki z babcią – Weronika i Irena Kwapisz

Oto unikatowa rozmowa wnuczki, Weroniki Kwapisz - motocyklistki i pasjonatki podróży jednośladem, z babcią, Ireną Kwapisz, do dziś pracującej w warsztacie motocyklowym na warszawskim śródmieściu. To pełne uczuć relacje i emocjonujące historie, poparte niezwykłym fotoreportażem. Polecamy szczególnie!

Weronika Kwapisz wpatrzona z babcię – Irenę.
fot. Arkadiusz Wiącek

Magiczne słowo – babcia – kojarzy się zwykle ze starszą panią dziergająca na drutach sweterki dla wnucząt, w bujanym fotelu, w ciemnym pomieszczeniu, gdzie rozpościera się woń starodawnego pudru. Dla mnie to nic bardziej mylnego, bo moja babcia pachnie benzyną! Codziennie o 8:30 wsiada do swojego samochodu, aby punkt dziewiąta być w pracy. I tak już od pół wieku! Czy wspomniałam, że prowadzi warsztat motocyklowy? Nie? A że ma skończone 90 lat? Cóż, jeśli wystarczająco zachęciłam do lektury poniższego materiału, niniejszym zapraszam do przeczytania rozmowy wnuczki z babcią o wspólnej pasji  – do motocykli.

[Weronika Kwapisz] Jaki był Twój pierwszy motocykl?
[Irena Kwapisz] Victoria 250, miałam jeszcze DKW 50, jeździłam nim jak szalona po lesie, różnymi ścieżkami. To był świetny motocykl.

Irena Kwapisz nadal interesuje się motocyklami, czyta prasę jednośladową, na bieżąco śledzi branżę.
fot. Arkadiusz Wiącek

Pamiętasz swoją pierwszą przejażdżkę?
Oczywiście, że pamiętam! Była to podróż Victorią 250 z Izabelina do Ożarowa. Kiedyś panie nie chodziły w spodniach, a motocyklami jeździło się w spódnicach. To było dość krępujące, spódnica ściągała mi się powyżej kolan i to mnie cały czas denerwowało. Prowadząc motocykl myślałam tylko o tym, że kolana mam na wierzchu (a kiedyś było to czymś nieprzyzwoitym) i że wszyscy się za mną oglądają. 

A nie czułaś się wyjątkowo? Mało kobiet wtedy jeździło motocyklami…
Może bardziej mój mąż czuł się wyjątkowy, że jego żona właśnie prowadzi motor, a on siedzi z tyłu, zresztą spotykałam się z pozytywnymi reakcjami otoczenia. Dumna byłam z tego, że ja – młoda dziewczyna – daję sobie radę i prowadzę motocykl, a do tego mam prawo jazdy na samochód. W tamtych latach znaczyło to bardzo wiele dla kobiety. 

Nie miałaś takiego wrażenia, że byłaś w pewnym sensie pionierką, podkreślałaś swoją niezależność?
Starałam się nie jeździć na motocyklu po Warszawie, ale byłam szczęśliwa z tego, że mogę jechać szosą daleko przed siebie. 

Czym były motocykle kiedyś?
Przed wojną bardzo mało było motocykli, nie było takiego „szałowego” jeżdżenia nimi, to była bardzo kosztowna rzecz. 

A kto jeździł motocyklami?
Kogo było stać. Mąż miał wielu zamożnych klientów, adwokatów, sędziów, oni mogli pozwolić sobie na taki wydatek. Przyjeżdżali pięknymi motocyklami do naprawy. Pamiętam, że niektórzy pojawiali się na drogich motocyklach angielskich np. na Triumph’ach. 

Warsztat motocyklowy Kwapisz – panuje tu niesamowita atmosfera dawnej motoryzacji.
fot. Arkadiusz Wiącek

Royal Enfieldach?
Tak, Royale to były dobre, nie za duże motocykle, potem Zundapp’y. A później zaczęła się nasza rodzima produkcja SHL-ki, WFM-ki, WSK-ki, Komary, Junaki, Romeciki. Coraz więcej osób zaczynało jeździć jednośladami. Musimy pamiętać, że na wyjazd poza granicę Warszawy motocyklem nie trzeba było mieć specjalnego zezwolenia. Samochodem bez takiego dokumentu nie można było opuścić rogatek miasta. Motocykle wtedy był synonimem wolności i niezależności. Ja z moim mężem należeliśmy do klubu PTTK (Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze) – organizował on wyjazdy, wycieczki motocyklowe w całej Polsce. 

Jak jeździli ubrani motocykliści?
Pamiętam grupy motocyklistów np. jadących na wycieczkę nad morze i oni wszyscy byli tak ubrani jakby jechali do kawiarni: w jasnych, zaprasowanych w kancik spodniach, pantofelki biało-czarne, koszule, krawaty, nie mieli żadnych kasków na głowie. Ja jeździłam we wspaniałej skórzanej pilotce, jakimś cudem mąż ją zdobył. 

Gdzie najdalej pojechaliście?
Zagranicę przecież nie jeździliśmy, bo nie wolno było, więc nasze najdłuższe trasy były na Mazury, do Zakopanego. Wyjeżdżaliśmy tak na urlopy w trójkę, motocyklem z koszem. 

Nigdy nie pociągało Cię, aby  podróżować na dwa motocykle?
Nie, absolutnie nie. Nie było takiej potrzeby. Jeździliśmy po kilka osób na weekendy, gdzieś poza Warszawę, większość miała motocykle z koszami. To było poza moimi marzeniami. 

Masz jakieś niespełnione marzenia motocyklowe?
Trudne jest to pytanie… Wtedy były zupełnie inne pragnienia. Nie było wyjazdów zagranicznych, więc się nie planowało takich podróży – to była abstrakcja. Ale może gdybym mogła cofnąć czas to pojechałabym do Włoch: Florencja, Rzym, Rimini, Wenecja… Zdecydowanie Włochy – to kraj Moto Guzzi, Ducati… Zresztą kraj skuterów i tych słynnych małych samochodzików Fiat „500″. 

Irena Kwapisz pokazuje zdjęcie swojego syna jadącego motocyklem przez zburzoną Warszawę. Fotografia ilustruje ulicę Chłodną, czyli rejon dawnego getta, na której zlokalizowany był warsztat.
fot. Arkadiusz Wiącek

Mamy 1985 rok, dziadek umiera, Ty zostajesz sama…
Jak zostałam sama, postanowiłam nie zamykać warsztatu. Czasami się zastanawiam, co ja bym teraz robiła, gdybym go nie miała. Wtedy przechodziła mi przez głowę jedna myśl: nie mogę go zamknąć, przecież to jest przedwojenna firma mojego męża. A żeby prowadzić warsztat trzeba było zdobyć uprawnienia Izby Rzemieślniczej, musiałam zdać egzamin. Gdy zdobyłam uprawnienia, zaczęłam sama później szkolić uczniów, po czym oni zdawali egzaminy w Izbie Rzemieślniczej. 

Jak dziadek pracował to już mu pomagałaś, nawet tak „technicznie”?
Tak. „Przytrzymaj, podaj, przynieś”. On rozkręcał, składał motocykle, a ja się przypatrywałam i dlatego teraz jestem taka mądra [śmiech]. Jak mechanik coś robi to ja podglądam i pytam o wszystko. Czasami się zdarza  tak, że upomnę go i musi powtórzyć pewne czynności, aby wszystko było zrobione perfekcyjnie. Zresztą do tej pory sama czyszczę silniki, układam części, bo do siebie mam zaufanie. Wiem, że to dobrze, dokładnie zrobię.  

Ale wiesz? Dla mnie jest w Tobie pewna skrajność. Z jednej strony widzę elegancką babcię, zawsze w butach na obcasie, marynareczce, a z drugiej strony Ty się nie boisz pobrudzić rąk, zakasać rękawów do pracy.
Zdarzają się takie pytania dziennikarzy, „czy Panią nie denerwowało, że Pani miała ręce brudne”, ja zawsze odpowiadam, że nie. Ja jestem z tego zadowolona, że mogę coś wykonać, to jest moja praca, ja to lubię i ten zapach ropy, benzyny, bo to jest moja działalność, moją pasja. 

Pani Kwapisz własnoręcznie myje części, ostrzy klucze, nadzoruje pracę mechaników.
fot. Arkadiusz Wiącek

Przyznam Ci się szczerze, że moje pierwsze skojarzenie ze słowem babcia, to właśnie zapach benzyny. Pewnie dla innych będzie to wypudrowana starsza osoba bujająca się na fotelu, a dla mnie to właśnie zapach benzyny.
[śmiech] 

W obecnych czasach coraz więcej kobiet zajmuje się stroną techniczną motocykli. Gdyby kiedyś przyszła do Ciebie właśnie dziewczyna i powiedziała, że chce z Tobą pracować, zgodziłabyś się, aby została Twoim uczniem?
Gdyby była bardzo silna, to jak najbardziej. Czasami może się urwać śruba i wtedy potrzeba bardzo dużo siły, ważny jest techniczny umysł. Nie liczy się płeć. 

A gdybym to była ja?
Nie byłabym zachwycona, bo to bardzo ciężki zawód. Do tego jest to praca sezonowa, a ja chcę dla moich wnuków jak najlepiej. 

Gdybyś była młoda teraz, w obecnych czasach, jakim motocyklem byś jeździła?
Junaka (M-10) bym wybrała. Miał piękną pracę silnika. Ten gang był taki cudny, nie hałasował; to była piękna praca silnika. Wszyscy byli w nich zakochani. Wybrałabym właśnie taki nostalgiczny, sportowy motocykl. O ścigaczu nigdy nie myślałam. 

Jak oceniasz dzisiejszych motocyklistów?
Wszyscy nadzwyczajnie szybko jeżdżą. Gdy widzę na drodze szalejącego faceta to mnie to denerwuje. Wiem, że wcześniej czy później taka osoba spowoduje wypadek. Warszawa nie jest przyjazna motocyklistom, dlatego tutaj wymagana jest bezwzględnie opanowana jazda. Wielu, przeważnie młodych, niedoświadczonych motocyklistów, jeździ na pokaz, aby zaimponować otoczeniu. Myślą, że jak szybko będą jeździć, to ludzie się będą nimi zachwycać. Moje zdanie jest takie, motocykl jest piękną rzeczą, można się nim przemieszczać szybko, poruszać się pomiędzy samochodami, ale to musi być spokojna jazda. Ja często chwalę się, że mam młodziutką, drobniutką wnuczkę, która jeździ bez pośpiechu, nie wyprzedza nerwowo, przepuści innych… jesteś motocyklistką opanowaną. 

Czarująca kobieta wykonująca nietypowy zawód.
fot. Arkadiusz Wiącek

Widujesz motocyklistki?
Coraz częściej wypuszczają włosy spod kasku, aby każdy wiedział, że to dziewczyna siedzi na motocyklu [śmiech]. Ładnie jeżdżą, nie wariują na szosach. Wiem zresztą, że startują w najróżniejszych rajdach, także w Paryż-Dakar – jest to nie lada wyczyn dla kobiety. Jeśli jest silna, ma dobre opanowanie motocykla, jest z nim zaprzyjaźniona, to osiąga czasy nie gorsze od mężczyzn i to cieszy. 

A co sądzisz o moich wojażach? Nie wiem czy pamiętasz, ale o pierwszej wyprawie do Włoch nic nie wiedziałaś… Jeden z moich kolegów przyszedł do Ciebie do warsztatu i Ci przekazał informację, że pojechałam moim Junaczkiem do Santa Monica.
Pewnie, że nic nie wiedziałam! Ja szału wtedy dostałam, bo usłyszałam, że „wraca już”,  a skąd się zapytałam?!

Pewnie przyzwyczaiłaś się już do moich podróży…
Nie, nie kochanie. Nie przyzwyczaję się nigdy. 

Ale przecież sama jeździłaś?
Nie przyzwyczaję się nigdy, ja ciągle się denerwuję. Mój syn miał wypadek na motocyklu i nie chcę aby Ciebie to kiedykolwiek spotkało. Zrozum, nie chodzi mi o samą podróż, tylko o to, aby nic Tobie się nie stało. 

Weronika Kwapisz, wnuczka, odziedziczyła pasję do motocykli – uwielbia podróżować jednośladem.
fot. Arkadiusz Wiącek

Jednak rozumiesz moją pasję, prawda?
Nigdy nie myślałam, że jesteś wariatką, zakręconą. Wiedziałam, że jesteś rozsądną dziewczyną, kochasz motocykl, uwielbiasz taką jazdę. Nie krytykowałam, tylko wprost przeciwnie – podziwiałam Ciebie. A że ty zdecydowałaś się, odważyłaś na tak daleką jazdę, młoda dziewczyna, szczuplutka… Ja byłam pełna podziwu dla Ciebie, ale nie przyznawałam się do tego, tylko denerwowałam, abyś wróciła szczęśliwie. 

Wracając do przeszłości, w wieku 17 lat Twój syn przechodzi straszliwy wypadek motocyklowy, przeżywa śmierć kliniczną…
Trzykrotnie. 

Świadomość tego, że to jest pasja rodzinna, że poszedł w ślad rodziców, czy nie miałaś poczucia winy?
Miałam żal, pretensję do ojca (dziadka), że w wieku 7 lat pozwolił mu wsiąść na motocykl. Ale z drugiej strony pięknie jeździł. Był opanowany. No i stało się – żeby nie ten kierowa ciężarowego samochodu, który absolutnie nieprzepisowo jechał i siedział później 2 lata w więzieniu za to przewinienie, do dziś nie miałby żadnego wypadku na motocyklu. 

Weronika czasem pomaga babci, przy okazji uczy się mechaniki motocykla.
fot. Arkadiusz Wiącek

Wypadki się zdarzały i będą zdarzały. Niedawny wypadek Roberta Kubicy uświadomił mi, że ty ocaliłaś tacie nogę, gdyby nie Twoja interwencja…
Ja błagałam lekarza, żeby ratował nogę. 

I przy tym wypadku w rajdzie było teraz słychać wiele głosów, że gdyby to nie był „Robert Kubica” lekarze nie ratowaliby kończyny.
Tak, zgadza się. Część lekarzy nawet nie podejmuje próby ratowania. Mój syn trafił do szpitala, a tego samego dnia, piętro niżej, przybył drugi mężczyzna, który miał identyczny wypadek. Te same obrażenia, zdruzgotana noga. Tam operował lekarz, który nawet nie podjął walki. Drugi zajął się moim synem i przyznał, że robił wszystko, aby zostawić kończynę, bo sam ma jedynaka i był w stanie postawić się w naszej sytuacji. Ja pamiętam jak płakałam i błagałam, aby ratować go. Wiem, że trzy razy ratowali mu życie i ono było najważniejsze. To jest straszna rzecz, że gdyby nie nazwisko, to zapewne Robertowi amputowaliby kończynę. 

Dla mnie jest to smutne…
To jest straszne, bo przecież druga „osoba” może nie mieć takiego szczęścia. Tak jak Twój kolega, który miał wypadek w Norwegii. Wszystkich powinno się ratować bez względu na sławę, powinny być podjęte próby. Najlepiej to widać w przypadku Kubicy – włożyli ogrom pracy, ale już za kilka tygodni ma zacząć się powoli poruszać. Powinni zawsze wkładać lekarze tyle serca, tyle swoich zdolności, bez względu na pacjenta. 

Obie kobiety bardzo lubią spędzać wspólnie czas, np. na oglądaniu starych fotografii.
fot. Arkadiusz Wiącek

Uważasz, że można poprawić bezpieczeństwo motocyklistów na drodze?
Nie ma recepty na bezpieczną jazdę motocyklem, to jest już indywidualna sprawa każdego kierowcy, jego zdolności, odpowiedzialności za siebie i  innych ludzi. Brakuje miejsc, gdzie młodzi ludzie mogliby zdobywać nowe umiejętności. Ze sportów motocyklowych mamy tylko żużel, nie mamy zbyt wiele innych torów. Ja sama pamiętam jak za okupacji chodziłam ze swoimi mężem na każde zawody żużlowe, to była wielka rzecz! Oczywiście to jest bardzo niebezpieczny sport, ale ciekawy i uczący techniki. 

Wracając do moich podróży, ciekawa jestem, jakbyś zareagowała jak powiedziałabym Tobie, że jednym z moich największych marzeń, nad którym już pracuję ponad 3 lata jest podróż motocyklowa dookoła Europy…
Ja właśnie coś tam słyszałam o Twoich planach… Nie daj Boże! Nie chciałabym doczekać takiego momentu. 

No tak, ale z jednej strony mówisz, że jesteś dumna…
Tak, ale ja nie chcę być dumna kosztem mojej wnuczki. Ja mogę być dumna z jej osiągnięć, ale nigdy, że pojedzie do… ależ absolutnie!

Babciu, ale przecież czytasz pisma motocyklowe, relacje z podróży innych osób i jesteś pod wrażeniem…
Tak, bo bardzo pięknie opisują swoje przeżycia, przygody. Słuchaj, przekreśl to od razu, aby nie weszło Tobie to w głowę. Nie rób niczego na pokaz, to się źle później kończy. Ja bym nie przeżyła takiego Twojego wyjazdu. 

Pani Irenie smar, czy olej na rękach nie straszny – przyzwyczaiła się, choć na codzień jest wyjątkowo zadbana.
fot. Arkadiusz Wiącek

Ech… wróćmy do Ciebie. Jakie były Twoje początki? Teraz z pewnością ludzie przyzwyczaili się do widoku eleganckiej kobiety – mechanika. A jak było kiedyś, gdy widzieli w progu warsztatu kobietę?
Zawsze w pierwszej chwili było zdziwienie ze strony klientów, grzecznie prosili mechanika. Ja mówiłam: „Słucham Pana?”, „Ja chciałbym z mechanikiem”, „Ma go Pan przed sobą, w czym mogę pomóc?”. Zaczynali rozmawiać, a po kilku minutach nabierali zaufania, gdy spostrzegli, że jestem już trochę oszlifowana w tym temacie. [śmiech] 

A tak szczerze babciu, jak reagujesz na zainteresowanie mediami Twoją osobą? W Niemczech okrzyknięto Cię Motorrad-Oma.
Początkowo, pamiętam, że pierwszy był wywiad na żywo dla Dzień Dobry TVN. Byłam bardzo przejęta. Potem, gdy już przychodzili kolejni dziennikarze, było to dla mnie bardzo budujące  i mobilizujące. Oczywiście byłam dumna, bo obcy ludzie gratulowali mi mojej pasji. 

Irena Kwapisz na Royal Enfield przed warsztatem motocyklowym, który prowadzi od kilkudziesięciu lat.
fot. Arkadiusz Wiącek

Ale popatrz babciu, ile to czasu musiało minąć, aby ludzie dostrzegli kobietę, wykonującą męski zawód?
Tak, kochanie. Nie oszukujmy się. To dlatego mam takie powodzenie… Nie ze względu, że jestem piękna, ładna i młoda [śmiech], tylko dlatego, że jestem stara i że już tyle lat prowadzę taką działalność. Co tu dużo ukrywać – mam już skończone 90 lat. 

I jeździsz samochodem. Dlaczego?
Jazda samochodem to wielka przyjemność, ogromna. Nie miałam stłuczek. Auto jest dla mnie również synonimem wolności i zresztą zawsze wykorzystywałam je do pracy. 

Może zatem ta motoryzacja jest złotym środkiem na długowieczność?
Ja muszę się przyznać: mam takie wrażenie, że to mnie trzyma przy życiu. Ja dobrze czuję się w swoim wieku. To właśnie tak praca działa – jest to jednak obowiązek. Muszę rano wstać, mam swoją rutynę, mam swoją pasję, jestem szczęśliwa. To jest moje wielkie szczęście. 

To jaki jest sekret tego, że tyle lat firma przetrwała?
To są chyba jakieś cechy w człowieku: wytrwałość, precyzja. Dzięki temu klienci mają zaufanie. 

W naszej rodzinie już czwarte pokolenie powoli wiąże się z motoryzacją. Przecież patrząc na Twojego prawnuka widać z daleka, że śmieją mu się oczy na widok motocykla.
No tak. I moja wnuczka planująca zrobić taką eskapadę! Przyznam szczerze, ja już na samą myśl się denerwuje, że ona wprowadzi to w czyn!

Wszystko się zmienia – motocykle też. Co sądzisz o nowych technologiach, jednośladach elektrycznych?
Junak miał piękny gang… Ja do tej pory go słyszę, natomiast to o czym mówisz, to już będą zupełnie inne pojazdy… 

Od Katarzyny Frendl:
Podjeżdżam pod warsztat na Chłodnej w Warszawie – już sam rejon, w którym pełno niedużych lokali rzemieślniczych nastraja mnie do tego, co za chwilę zobaczę – choć nie do końca. Spodziewam się zastać panią Irenę, która ze względu na swój wiek, zapewne nadzoruje pracę innych. O jakże się mylę! Poznaję uroczą, energiczną kobietę, zadbaną i zaskakująco – jak na to nietypowe dla kobiety miejsce pracy – elegancko ubraną. Obcasik, makijaż, uprasowana bluzka.

Po chwili nestorka dumnie i z pewnym namaszczeniem przywdziewa roboczy fartuch z wyhaftowanym napisem Moto Kwapisz Service na piersi i woła wnuczkę, Weronikę, do drugiej, już mniej reprezentacyjnej części warsztatu. Teraz widzę obie kobiety pochylające się nad głowicą silnika, pobrudzone smarami – pełna współpraca. Jedna podtrzymuje, druga smaruje, potem Weronika podaje odpowiednie klucze. Rozglądam się z ciekawością, bo mimo że pół życia spędziłam w warsztatach, tutaj wyczuwam specyficzną atmosferę ubiegłego wieku. Zupełnie jakby czas się zatrzymał. Unoszący się nad morzem metalowych części zapach ropy przeznaczonej do czyszczenia elementów zabytkowych motocykli i motorowerów, niewielki snop światła wpadającego przez wąskie okno – tak typowe dla starego budownictwa, chłód starych murów warszawskiej kamieniczki… 

Po wszystkim siadamy przy stole, na którym stoją mini modele wybłyszczonych motocykli, leżą najnowsze numery pism jednośladowych – pani Irena pokazuje zdjęcia z lat wojennych i opowiada. O tym, jak musieli się zamienić z żydowskim rzemieślnikiem na czas wojny na lokalizację warsztatu (Polacy nie mogli mieć firm na terenie getta). Dowiaduję się, jak seniorka ledwo uszła z życiem, gdy ostrzeliwano ją z samolotu na podwarszawskiej, polnej drodze. Z rozbrajającym uśmiechem pani Kwapisz opowiada o zwyczajach jazdy na motocyklu przed i po wojnie, jakie to było ważne mieć taką maszynę, jak się ubierało na wycieczki poza miasto.

Chłonę każdą informację jak oszalała i coraz bardziej się rozczulam. Moje babcie i dziadkowie już nie żyją, a przecież każde z nich miało równie dużo do powiedzenia o czasach wojennych. Dziś już się od nich niczego nie dowiem. Nigdy też z taką dumą nikt nie pokaże komuś obcemu mnie, wnuczki – tak jak pani Irena Weronikę na zdjęciu, stojącą na scenie obok Roberta Kubicy, podczas wyręczania jakiś ważnych nagród. To niesamowite, unikalne chwile. Dla mnie. A co dopiero dla Weroniki Kwapisz.

Dziękuję niniejszym nadzwyczajnej pani Irenie i Weronice za możliwość publikacji tego materialu i dokonania sesji zdjęciowej w tak niepowtarzalnym miejscu oraz za te wspólne chwile, kiedy na kilka godzin zapomniałam o otaczającym świecie.

Wywiad z Weroniką Kwapisz przeczytasz tutaj.

Najnowsze

Rajd Polski Kobiet – relacja i galeria

Rajdów dla kobiet odbyło się w Polsce już całkiem sporo, także Motocaina organizuje samochodowe zmagania dla pań. Tym razem jednak w sport motorowy zaangażowała się Fundacja Teraz Kobiety, której działalność skupia się na propagowaniu profilaktyki onkologicznej. Oto co działo się podczas I edycji Rajdu Polski Kobiet.

Zadowolone uczestniczki rajdu.
fot. Motocaina.pl

17 czerwca o godzinie 17:30 w hotelu Le Meridien Bristol w Warszawie odbyło się uroczyste otwarcie pierwszej edycji Rajdu Polski Kobiet z udziałem Martyny Wojciechowskiej i Jarosława Kazberuka (oboje uczestniczyli wspólnie w Rajdzie Dakar), którzy byli oficjalnymi twarzami zawodów. Na konferencji obecne były wszystkie zgłoszone załogi rajdowe, a wśród czterdziestu dwóch uczestniczek była między innymi: Ewa Gawryluk i Dorota Kamińska. Ze znanych osób jedynie Jarosław Kazberuk – jako opiekun oraz silna załoga: Natasza Caban (samotnie opłynęła świat), Iwona Szwagrzyk (uczestniczka Rajdu Dakar) przejechali całą trasę zawodów i dotrwali do końca rywalizacji. Inne uczestniczki to głównie przedstawicielki sponsorów, partnerów rajdu, czy patronów medialnych przedsięwięcia.

Weź udział w samochodowym pucharze kobiet Motocaina.pl – wystarczy się zapisać! Na uczestniczki czeka wiele motoryzacyjnych atrakcji więcej szczegółów tutaj.
Radość na mecie.
fot. Motocaina.pl

Nazajutrz, spod tego samego hotelu wystartowało w sumie 21 załóg kobiecych. Łączna długość trasy rajdu liczyła ponad 300 kilometrów, a składała się z czterech prób. Po drodze uczestniczki przejechały przez 20 miast i miejscowości, promując badania i profilaktykę onkologiczną (m.in.: Warszawa, Białobrzegi, Trzcianka, Wyszków, Długosiodło, Nowogród, Łomża, Kiermusy, Tykocin, Wasilków, Białystok). 

Dla wszystkich pań udział w rajdzie był głównie podyktowany chęcią zabawy i wsparcia akcji dotyczącej promowania zdrowia kobiety, dlatego sport motorowy – w profesjonalnym znaczeniu tych słów – zszedł na drugi plan. Pomiary czasów przejazdów, czy w ogóle organizacja prób daleko odbiegały od standardów stosowanych w zawodowym sporcie, ale nie o to przecież podczas Rajdu Polski Kobiet chodziło. Przyjemnie było patrzeć na uśmiechnięte twarze uczestniczek, którym szybka jazda samochodem sprawiała dużo frajdy, więc wpadki Komandora Rajdu podczas trwania rywalizacji, czy też na rozdaniu pucharów przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Ekipa Rajdu Polski Kobiet.
fot. Motocaina.pl

Panie po raz kolejny udowodniły, że potrafią świetnie prowadzić samochód. Radość z jazdy widoczna była podczas startów na każdej z prób – niektóre zawodniczki były ewidentnie zdeterminowane do wygrywania (np. wyjmowały zbędne rzeczy z aut, aby je odciążyć na „odcinku specjalnym”), inne traktowały przejazdy jako próbę sprawdzenia możliwości własnych, jako kierowcy.

Na koniec, na rynku w Białymstoku odbył się mały happening promujący profilaktykę nowotworową – kobiece załogi i ich samochody przyciagnęły na rynek sporo gapiów, ale także panie, które chętnie dzieliły się swoimi przeżyciami związanymi z chorobami kobiecymi. Cieszy fakt, że mimo odmawiającego posłuszeństwa mikrofonu, czy mylenia miejsc i nazwisk zawodniczek podczas rozdawania pucharów, całość upłynęła w przyjemnej, radosnej atmosferze.

Promocja zdrowia kobiet.
fot. Motocaina.pl

Warto podkreślić, że podczas trwania rywalizacji prowadzone były bezpłatne badania mammograficzne oraz pobór krwi.  W akcję włączyło się także kilka placówek medycznych, które umożliwiły bezpłatne badanie cytologiczne, USG, porady psychologów. Łącznie wykonano 63 badań cytologii, 111 badań mamograficznych oraz pobrano krew od 116 osób, a 20 osób zapisano do rejestru niespokrewnionych dawców szpiku.

Fundacji gratulujemy pomysłu na połączenie promocji zdrowia kobiety z elementami rywalizacji sportowej. Takie akcje zawsze warte są uwagi i wsparcia.

Najnowsze

25 000 fanów na Gymkhana World Tour

Ken Block zdobywa rzeszę fanów na całym świecie razem ze swoją imprezą Gymkhana World Tour. Czy szykuję się sukces na miarę Red Bull X-Fighters?

fot. AutoWeek

Fani motosportu licznie przybyli do Wiednia 17 lipca. Na pierwszym przystanku imprezy Gymkhana World Tour przybyło 25 000 osób. Liczba to udowadnia, że spotkania tego typu cieszą się ogromną popularnością. Także klipy prezentowane w internecie, które przedstawiają wyczyny Kena Blocka zostały ocenione, jako jedne z najczęściej oglądanych w wirtualnym świecie, nawet liczniej niż kampania WRC.

„Od momentu, kiedy nakręciliśmy pierwszy klip Gymkhana chciałem tego typu akcję przenieść do rzeczywistego świata, gdzie ludzie będą mogli obejrzeć to na żywo i Gymkhana World Tour jest dokładnie tym o czym marzyłem . Jestem bardzo szczęśliwy z tak licznej frekwencji w Austrii. Jest to niesamowite uczucie mieć tak wielką publiczność, która jest tak blisko moich popisów i do tego widzieć ich radość”.

Podczas pokazów trików do Kena dołączyli dwaj motocykliści Blake „Bilko” Williams i Adam Jones specjalizujący się w freestyle motocross rozgrzewając tym samym publiczność do czerwoności.

Następne odsłony imprezy już 23 lipca w Los Angeles oraz 27 sierpnia w Melbourne w Australii.

Najnowsze

Film dokumentalny Harley-Davidson

Film dokumentalny Harley-Davidson opowiada historię policji dosiadającej jednośladów tej marki w ubiegłym stuleciu, która po części stała się inspiracją do stworzenia postaci Kapitana Ameryki.

fot. Harley Davidson

Jakiś czas temu pisaliśmy o światowej premierze najnowszej hollywoodzkiej superprodukcji „Captain America”. Więcej tutaj: Harley Davidson w superprodukcji.

Jak się okazuje po pierwszych sukcesach tego filmu, firma Harley-Davidson postanowiła zrealizować dokument o jednym z głównych bohaterów obrazu, czyli o motocykl H-D Cross Bones zmodyfikowanym tak, aby przypominał WLA Army z lat 40′ ubiegłego wieku.

Chris Evans, który wcielił się w postać Kapitana Ameryka przyznał w dokumencie: „Czułem jakbym naprawdę się przeniósł do lat czterdziestych”. Natomiast jak podkreśla Louis D’Esposito producent filmu: „Staraliśmy się odwzorować te czasy, lecz dając szanse Marvel’s dodać do tego szczyptę wszechświata. I wydaje mi się, że odnieśliśmy sukces”.

 

Zapraszamy do obejrzenia filmu, pokazuję on ciekawe ujęcia oraz odkrywa rąbka tajemnicy związanej z produkcją obrazu.

Najnowsze

„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” Marzena Filipczak

Marzy ci się podróż do Azji? Poszukujesz ciekawego przewodnika, który przygotuje ciebie do tej wyprawy? Polecamy książkę „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet."

fot. Wydawnictow Poradnia K.

Autorką książki jest Marzena Filipczak, która w swoim przewodniku po Azji odkrywa przed nami uroki tego kontynentu. Nie znajdziecie tutaj masowych turystycznych atrakcji. Podróżniczka skupia się na życiu lokalnej ludności na tych małych rzeczach, które tworzą koloryt wędrówek, a nie na popularnych zabytkach, które trzeba „odhaczyć” w życiu.

Książka została podzielona na dwie części, pierwsza jest dziennikiem podróży, w którym Marzena wspomina niezwykłe spotkania oraz przygody, jakie miały miejsce podczas wędrówki. W drugiej części prezentuje odpowiedzi na pytania, jakich sama nie mogła znaleźć w trakcie przygotowań do podróży. Dużo też poświęca uwagi na porady praktyczne m.in. dotyczące bezpieczeństwa samotnie podróżującej kobiety, radząc jak znaleźć porządny hotel, jak się zachować, gdy się jedzie np. samotnie w wagonie pełnym facetów z plecakiem przypiętym łańcuchem do siedzenia. Książka jest anegdotek podróżniczych.

Autorka nie zapomina także o takich kwestiach jak zakup miejscowych kosmetyków, bo przecież plecak podróżniczy ma ograniczoną pojemność, a czasem potrzebne jest również coś dla ciała, a nie tylko dla ducha.

„Jadę sobie.” jest książką dla wszystkich osób, które niezależnie czy będą podróżowały przez Azję motocyklami, samochodami czy może rozklekotanymi autobusami chcą jeszcze nim wyruszą w podróż poczuć smaki oraz zapachy Wschodu.

Najnowsze