Motocyklowe wyzwanie Marty Zgórzyńskiej – Maroko na BMW R1200GS

Niektóre motocyklistki unikają dużych maszyn i długiego podróżowania, zwłaszcza do krajów arabskich. Marta Zgórzyńska swoją wyprawą udowadnia, że dużym motocyklem można swobodnie przemierzyć całe Maroko!

Wyzwanie
Nazywam się Marta Zgórzyńska, jestem motocyklistką. Bieżący rok był dla mnie przepełniony motocyklami: targi, wystawy, konkursy, projekty, wyjazdy. Ktoś, kto mnie zna powie: nic nowego. A jednak! Niepokorna, z głową pełną pomysłów, w nieograniczonej wyobraźni, zapragnęłam przeżyć przygodę. Ale nie sama. Postanowiłam rzucić hasło: wyzwanie – bo dla wielu przygoda, jaką miałam w planach na dużym motocyklu turystycznym to wyzwanie.

[…] Przygoda życia, zamiast leżenia plackiem na plaży. Dosiadamy rumaki i przemierzamy babskim teamem jakiś cudowny kawałek tej Ziemi! Za mną!”

Duży motocykl, szczerze mówiąc, miał być swego rodzaju pułapką, ale i miał zweryfikować umiejętności jeźdźców. Po powrocie z czerwcowych dni BMW Motorrad Polska, gdzie byłam jednym z wystawców (prowadzę firmę Custom Bike Poland) – utwierdziłam się w swoich planach. Tam wybrałam ekipę organizatorów wojaży, którzy oficjalnie funkcjonują jako profesjonalne biuro podróży. Wybrałam doświadczony zespół, który był w stanie zapewnić mi i moim towarzyszkom organizacyjne, formalnie i logistycznie wsparcie, a wszystko to za rozsądną cenę. Najważniejsze był fakt, zapewnienia motocykla, który wyłącznie brałam pod uwagę – BMW R1200GS. Klamka zapadła. Adv Poland miał nas zabrać do Maroko.

Pierwsze koty za płoty
Nigdy wcześniej nie podróżowałam w taki sposób i poza Europę. Nie miałam doświadczenia w takich wojażach, choć w jeździe motocyklami wszelkiej maści owszem. Cudowne było to, że jedyną rzeczą, którą miałam się zająć przed wyjazdem, to spakować walizkę tak, by nie przekraczała odprawionych 20 kg bagażu plus 10 kg bagażu podręcznego. Uwierzcie, było ciężko.

4 listopada, lotnisko w Modlinie. Ja, zwarta i gotowa, w blokach startowych, podekscytowana jak nigdy, zaraz wyruszę na wakacje z motocyklami w tle. Szczyt marzeń! Wylądowałam w hiszpańskiej Maladze, gdzie rozbawiona, z nowymi towarzyszami podróży (Kara i Krzyś) zgubiliśmy się na lotnisku. Szukali nas dobrą godzinę. Grunt to mocne wejście!
Przywitał nas wieczór i cudowne 25 stopni. Szczęśliwie odnalezieni, przetransferowani bezpiecznie do hotelu, nie omieszkaliśmy od razu po zameldowaniu udać się na plażę i przywitać się z morzem – w piękną noc, pod rozgwieżdżonym niebem. Następnego dnia rano oficjalnie przywitani odbieramy motocykle, na których za chwil kilka rozpoczniemy wyprawę po czarnym lądzie. I tu niejednemu Panu, my kobietki – kierowniczki, zniszczyłyśmy światopogląd. Jak jest możliwe, że będziemy dosiadać GSy 1200?! Niespodzianka!

Startujemy!
Z Malagi podążyliśmy przepiękną trasą, wzdłuż linii brzegowej w stronę Gibraltaru. Andaluzja jest boska. Wiem, że w głąb lądu wiją się cudowne miejsca do jazdy z winklami, jakich w Polsce nie uświadczysz. Na przykład Ronda. Z Gibraltaru przeprawa promem do Afryki z ekipą organizatorów przebiegła sprawnie i przyjemnie. Formalne sprawy załatwione. Wszyscy zatem zacieśnialiśmy znajomości, rozmowom na promie nie było końca! Wiedzieliśmy, że nie ma co być bohaterem podczas tej wyprawy: Maroko to inny kraj, na innym kontynencie, inna religia, kultura, obyczaje, inne tereny, zupełnie inny klimat niż ten, który znamy z Polski. Przed wyjazdem wszyscy mężczyźni z mojego najbliższego otoczenia opowiadali niestworzone historie, jak w tym Maroko jest niebezpiecznie. Tubylcy to dzikusy, nie ma bieżącej wody, jest niebezpiecznie dla kobiety, że nie powinnam tam jechać, bo jeszcze nie wrócę. Maroko zachwyca swoją różnorodnością, dziś to wiem na pewno. Na całym wyjeździe czułam się bezpieczniej niż można sobie wyobrazić.

Przesuwając palec po mapie miejsc do odwiedzenia było sporo, teren ukształtowany był różnie. Odcinki asfaltowe momentami zachwycały swoją jakością. Nawierzchnia była gładka, jak brzuch ryby. Czasem trzeba było uważać – np. w górach Atlas na kamyki, piach, czy zrywki skalne spadające z góry na drogi – by nie uśliznęło się koło. W Atlasie Wysokim winkle zdawały się nie mieć końca, oponki w GSie można było zamknąć. To świetne doświadczenie dla każdego motocyklisty, tego początkującego, jak i wprawionego jeźdźcy.

Na Saharze natomiast są proste przeloty, cudowne słońce, niesamowici uczestnicy w ruchu drogowym. Trzeba było czasem uważać na nawiany piach, który mógł zasłaniać jakąś wyrwę w jezdni. Czasem wędrujące wielbłądy, mimo swoich niemrawych ruchów, potrafiły zaskoczyć szybkością i zwinnością, wskakując na drogę z nienacka. Tak jak stada owiec, kóz, osłów, wypasane przez Beduinów, czy małpy w małpich gajach, które przecinały czasem nasze szlaki. Wszystko to było tak nierzeczywiste, czułam się tam, jak w bajce! Widoki zapierały dech w piersiach – atmosferę potęgował fakt, że mając na głowie kask motocyklowy jesteś sama ze sobą i delektujesz się tym podwójnie!

Wśród mieszkańców Maroko są dwie podstawowe grupy etniczne: Berberowie, którzy są rdzennymi mieszkańcami północnej Afryki i Arabowie. Trudno podobno dziś odróżnić zarabizowanego Berbera od zberberyzowanego albo „czystego” Araba. Wśród tych dwóch grup można jeszcze wyróżnić Rifenów, mieszkających w górach Rif – mają oni zazwyczaj ciemne włosy i ciemne oczy; Tamazightów w górach Atlasu Średniego – mają niebieskie lub zielone oczy i jasne włosy (piękne kobiety o ciemnej karnacji z szafirowymi oczami ); Szaujów w górach Atlasu Wysokiego – mają czarne, proste włosy (w odróżnieniu od Arabów, którzy mają zazwyczaj włosy kręcone) i ciemne oczy; Kabylów na wybrzeżu morza Śródziemnego; Tuaregów na środkowej Saharze, którzy w Merzouga pokazali nam przy ognisku, jak wygląda ich kultura, muzyka i zabawa. Bogactwo etniczne powala!

Odwiedziliśmy podczas wyprawy dwie stolice królewskie – Fez z siedzibą ich króla (bagatela 84ha) i Marakesz. Wewnątrz miasta Fez jest kilka innych m.in. żydowskie. Tam życie toczy się zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy. Odwiedziliśmy przepiękną medinę (stare miasto), gdzie wąskie uliczki serwowały nam moc wrażeń wizualnych, zapachowych i smakowych. Niezapomnianych wrażeń dostarczyła wizyta w najstarszej garbarnii skór – niektórzy nie dali rady wytrzymać…

Marakesz z kolei – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Cały ten kraj zaskakuje. Biedne wsie i miasteczka kontrastują z bogactwem na ulicach dużych aglomeracji Maroko. Skuterki, riksze, muły, osły na ulicach, w medinach, wszędzie w miastach i zawsze mnóstwo ludzi wokół o każdej porze dnia i nocy. Lokalni kupcy fenomenalni, z którymi należy się z szacunku do nich potargować. W każdym sklepie, bazarku, budce wisi obraz króla – poddani kochają go, swój kraj i flagę absolutnie. Na wjeździe i wyjeździe z miast zawsze rozstawione są policyjne patrole na rogatkach, na rondach i placach czy skwerach powiewają flagi Maroko.

Jedzenie jest przepyszne, np. harira, zupa ze świeżej kolendry, soczewicy, fasoli i jagnięciny. Tażin to ichniejsze mięso (baranina, wołowina, drób – nigdy wieprz) z cebulą i innymi warzywami oraz różnymi dodatkami jak zioła i przyprawy. Na deser podawane są ghoriba, czyli ciastka z migdałami lub sezamem z dodatkiem kufasy. Do popicia Marokańczycy przyrządzają mieszankę herbaty zielonej – (zazwyczaj jest to gunpowder) z miętą i cukrem – pół na pół – ulepek, ale pyszny.Zawsze trzeba się liczyć z atrakcjami żołądkowo-jelitowymi w mniejszym lub większym stopniu (warto się odkażać), ale pamiętajcie – w Maroko nie kupicie alkoholu (oprócz jednego sklepu w Marakeszu).

Maroko w takim wydaniu, jakie zaserwował mi Adv Poland jest tym, czego oczekiwałam po takiej podróży. Motocykle BMW R1200GS spisały się doskonale, jechałam bez obciążenia bagażami (wszystko transportował bus), wyłącznie ja, motocykl i Maroko – wśród takich motofreaków, jak ja. Niezmordowanie mogłam cieszyć się jazdą – w sumie przemierzyliśmy około 3 tysięcy kilometrów. Mogłam cieszyć się tym do granic możliwości, bez ciśnienia od organizatorów. Nie raz zaliczałyśmy świetne postoje z dziewczynami. Magia podróżowania po świecie sprawia, że zaczynamy weryfikować swoje priorytety. Ja po Maroko już nigdy nie będę taka sama. Ta podróż pokazała mi, że trzeba podążać za marzeniami. Nie chcę się zatrzymać. Wciąż marzę, by pokazać wam Maroko moimi oczami, kobiety, motocyklistki – ja wracam.

Najnowsze

Żółty czajnik Renault

Renault przypomniało anegdotę z przeszłości i zaprojektowało żółty czajnik „The Yellow Teapot”. W ten sposób Renault chce uczcić 40 lat sukcesów, pasji i dumy marki, które zapisały się w historii F1.

W 1975 roku Renault zdecydowało o dołączeniu do bardzo eksluzywnego świata Formuły 1 i zaistniało w nim w 1977 roku wraz z pierwszym samochodem RS01. Dla ówczesnego kierownictwa Renault start w Formule 1 wiązał się z wprowadzeniem zaawansowych technologii silnikowych. Po wielomiesięcznych badaniach wybrano silnik z turbodoładowaniem, który wcześniej nie był stosowany w Formule 1, ale odpowiadał planom i ambicjom Renault. Renault wystawiło pierwszy w historii Formuły 1 samochód z silnikiem turbodoładowanym. Było to w 1977 roku podczas Grand Prix na torze Silverstone.

Kilka lat później technologia turbo zaczęła być wykorzystywana przez inne stajnie i dziś w tę technologię nadal są wyposażone nowoczesne samochody Formuły 1. Przy wprowadzaniu nowej technologii pojawiły się również kłopoty techniczne i problemy z niezawodnością, co powodowało czasami konieczność wycofania się z wyścigu. RS01 w kolorach marki, głównie żółtym, a także czarnym i białym zjeżdżał do boksu, a nad nim unosił się biały dym, będący oznaką problemów z silnikiem. Ken Tyrrell, szef konkurencyjnej stajni, na widok dymiącego samochodu przejeżdżającego obok jego stanowiska żartobliwie ochrzcił RS01 mianem „the Yellow Teapot” (żółty czajnik). Wyrażenie to podchwycili członkowie jego stajni, a potem innych ekip w czasie kolejnych Grand Prix. Od tego czasu RS01 zaczęto nazywać The Yellow Teapot.

Renault, a konkretnie RS01, wygrało po raz pierwszy wyścig Formuły 1 dwa lata później, podczas Grand Prix Francji w Dijon w 1979 roku. To zwycięstwo Jean-Pierre’a Jabouille’a, inżyniera i kierowcy RS01, pozostaje wielkim wyczynem i osiągnięciem, jeśli chodzi o szybkość, z jaką zostało odniesione. Ten i następne sukcesy udowodniły, że technologia turbo sprawdziła się w Formule 1. Zyskały również szacunek stajni brytyjskich, na czele z Tyrellem.

Najnowsze

Nowy Ford EcoSport SUV

Nowy kompaktowy SUV Ford EcoSport jako pierwszy model otrzymuje zupełnie nowy, mocny 1,5-litrowy silnik Diesla EcoBlue, a dzięki napędowi na wszystkie koła oferuje lepsze własności jezdne.

Najnowszy kompaktowy model sportowo-rekreacyjny (SUV) Ford EcoSport charakteryzuje się nie tylko bardziej stylową linią nadwozia i bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i użytkowymi, ale jest także pojazdem dużo wszechstronniejszym, dysponującym lepszymi własnościami jezdnymi.

Nowe wcielenie Forda EcoSport po raz pierwszy otrzymuje inteligentny napęd na wszystkie koła, zapewniający lepsze własności trakcyjne i większe możliwości radzenia sobie w terenie. Źródłem napędu jest silnik diesla EcoBlue o pojemności 1,5 litra, dysponujący mocą 125 KM.  Model ten jest po raz pierwszy oferowany w inspirowanej rozwiązaniami Ford Performance, usportowionej wersji EcoSport ST‑Line. Wśród innych zaawansowanych rozwiązań wspomagających kierowcę są: system komunikacji i rozrywki SYNC 3, tempomat z programowanym ogranicznikiem prędkości oraz kamera pokazująca obraz za pojazdem, ułatwiająca cofanie i parkowanie.{{ download(205) }}

W ofercie przygotowano 12 wyrazistych kolorów lakieru oraz dodatkowe możliwości personalizacji wyglądu samochodu dzięki kontrastującym kolorom wykończenia dachu, w których lakierowane są: słupki drzwiowe, górne obramowania bocznych szyb, tylny spojler oraz lusterka boczne. Wnętrze, zaprojektowane z myślą o potrzebach użytkowników, zapewnia komfort podróżowania, o czym świadczy ruchomy centralny wyświetlacz o przekątnej 8 cali, ogrzewane koło kierownicy oraz szereg pomysłowych schowków, włącznie z przestrzenią uzyskaną dzięki regulowanej wysokości podłogi w części bagażowej.

„Od momentu, gdy Ford po raz pierwszy wprowadził model EcoSport na rynek europejski w 2014 roku, sprzedano ponad 166 tysięcy egzemplarzy tego kompaktowego SUV-a. W ubiegłym roku sprzedaż wzrosła aż o 40 procent,” powiedział Steven Armstrong, wiceprezes koncernu i prezes spółki Ford Motor Company odpowiedzialnej za rynki Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. „Najnowszy Ford EcoSport oferuje nabywcom jeszcze bardziej stylowe nadwozie, wyższy komfort, większe możliwości oraz przede wszystkim większy wybór – ponieważ samochód ten doskonale łączy solidność i funkcjonalność SUVa z walorami praktycznymi auta miejskiego.”

Nowy Ford EcoSport przeznaczony dla odbiorcy europejskiego jest wytwarzany w zakładach Forda w Rumunii, gdzie ostatnio zakończono program inwestycji wart 200 mln euro. Nowy model dołączy do Forda Edge i Forda Kuga, wzmacniając pozycje Forda w segmencie SUV na rynku europejskim. W przyszłym roku do salonów w Europie trafi także inspirowany autami typu SUV nowy crossover Fiesta Active.

Segment SUV jest obecnie najszybciej rozwijającym się segmentem rynku samochodów osobowych w Europie. Liczba nowo zarejestrowanych aut typu SUV wzrosła o 21 procent w porównaniu z ubiegłym rokiem, a już w 2016 roku segment ten stanowił ponad jedną czwartą całkowitej sprzedaży nowych samochodów. W ubiegłym roku sprzedaż modeli typu SUV w Europie w salonach Forda wzrosła o ponad 30 procent.

Najnowsze

Lexus Driving Emotions 2017 na torze Silesiaring – relacja

W jeden z ostatnich ciepłych jesiennych dni Lexus Polska zaprosił nas na tor Silesia Ring w Kamieniu Śląskim na premierę nowych modeli Lexusa: LC500 w wersji konwencjonalnej i hybrydowej.

Nie ma lepszego miejsca do testów samochodów niż tor wyścigowy. Podczas imprezy pod hasłem Lexus Driving Emotions, polski oddział marki Lexus oddał do testów swoje najdroższe i najszybsze pojazdy. Były modele sportowe RC F, limuzyny GS F oraz coupé  LC.

Lexus i tor wyścigowy to mieszanka wybuchowa, idealna okoliczność, by zaprezentować, zachęcić, rozkochać klientów, dealerów, dziennikarzy do zakupu, promowania, polecania tych aut. Impreza na torze wyścigowym to strzał w dziesiątkę. Możliwość wciskania gazu do dechy na torze najmocniejszym z modeli Lexusa to czyste szaleństwo!

Silesia Ring, to zupełnie nowy obiekt na torowej mapie Polski. Ma nitkę o długości 3636 metrów, z 9 prawymi i 6 lewymi zakrętami. Jest jednym z najnowocześniejszych tego typu miejsc dostępnych w naszym kraju, czego dowodem są nie tylko możliwości konfiguracyjne samego toru, ale też znajdująca się wokół niego infrastruktura. Właśnie na tym obiekcie organizator przygotował dla nas atrakcje, które pochłonęły nas całkiem od świtu do zmierzchu. Nie wiem też, jak organizator załatwili taka pogodą, ale na pewno nie była to tania rzecz.

Czekało nas 5 konkurencji, zostaliśmy podzieleni na grupy, na przemian realizujące zadania. Emocjonujące sprawdziany umiejętności odbywały się nie tylko w sportowych modelach na wyścigowym torze, ale również w innych konkurencjach takich jak ¼ mili, time attack, AVS test, lexperience, game view – a wszystko to realizowane modelami NX i RX.

Na dobry początek Lexus RX w dwóch wariantach, które różniły się jednym, kluczowym szczegółem – systemem AVS. Ta funkacja pomaga w okiełznaniu auta i utrzymaniu jego stabilności podczas gwałtownej zmiany toru jazdy. Nie zdradzono, którą sztukę wyposażono w system. Co ciekawe, nikt nie miał problemu z rozpoznaniem różnicy i wskazaniem bezpieczniejszego RX-a. Zdecydowanie przekonano nas, że AVS jest skuteczny.

Drugie zadanie to wyścig na 1/4 mili. Wykorzystano do tego dwa egzemplarze modelu GS, limuzyny wersji F, o mocy 477 KM z 8-biegowym, sportowym automatem. To auto osiąga setkę w 4,6 sekundy i kończy przyspieszać dopiero przy 270 km/h. W tej konkurencji liczył się czas reakcji kierowcy, który musiał wyczuć moment pojawienia się zielonego światła. Jak na starcie w zawodach. Gasnące światła startu przenosiły nas bezpośrednio do świata wyścigów.

Do trzeciego testu „game view” również posłużył nam Lexus RX – chodziło o sprawdzenie zaufania do samego siebie. W aucie zaklejono wszystkie szyby czarną folią, nie było widać zupełnie nic na zewnątrz. Przed kierowcą był umieszczony monitor, który przekazywał obraz z kamery umieszczonej na wysokim maszcie zamontowanym na dachu RX-a. Pokonując, odcinek terenowy opieraliśmy się wyłącznie na obrazie z kamer. Wrażenie jak podczas gier, z tym że ryzyko dużo większe, bo auto w tym przypadku jest prawdziwe, a tor przeszkód wyjątkowy ryzykowny. Niesamowite, jak błędnik szaleje. Na całe szczęście specjalnie przygotowany tor przeszkód udało mi się pokonać bez komplikacji i bez uszkodzeń, aczkolwiek niektórzy mieli dolegliwości żołądkowe…

Czwarta konkurencja to to, na co wszyscy czekali najbardziej. Główny bohater całego eventu – model LC. Japońskie coupé, które debiutuje na polskim rynku, jest przykładem możliwości Lexusa. Ale czy tor to właściwe miejsce dla tak eleganckiego samochodu? LC idealnie pasuje do eleganckiej kreacji, natomiast pod maską ma duży potencjał, który pozwala sądzić, że da radę w miejscu zarezerwowanym wyłącznie dla sportowych maszyn.

Czy ktoś pobije czas Jakuba Przygońskiego, podczas czwartej konkurencji „time attack”, w której główną role odgrywają Lexus LC500 i LexusLC500h? Tu Kuba Przygoński służył nam pomocą, dając instrukcje jak najszybciej i najsprawniej pokonać nitkę toru. Zacznijmy od „zwykłej” 500-tki. Pod jej maską znajdziemy 5-litrowe V8 o mocy 477 KM i 540 Nm. 10-stopniowa, automatyczna skrzynia biegów przekazuje ten cały potencjał na tylną oś. W tej konfiguracji LC500 ma 4,7 sekund do setki, a prędkość maksymalna to 270 km/h.

Natomiast 500h to moc z 3,5-litrowej jednostki V6 oferującej moc 299 KM oraz moment 348 Nm, doposażonej w silnik elektryczny o mocy 179 KM (moment obrotowye 300 Nm). Łączna moc tego zestawu to 359 KM. Za przekazanie mocy odpowiedzialny jest układ Multi Stage Hybrid, czyli bezstopniowy automat z wirtualnymi biegami z przekładnią czterobiegową. W tym przypadku można przyspieszać do pierwszej setki w 5 sekund i rozpędzać się do 250 km/h. Różnice w pracy przekładni było wyraźnie czuć, co nie zmienia faktu, że oba potwory dawały sobie doskonale radę.

Ostatni test: przejazd w grupach 4-osobowych Lexusem NX. To auto łączące w parę praktyczne wnętrze z dobrą jakością. Jest błoto, jest moc! Nie sadziłam, że tak luksusowe auto tak świetnie sprawdzi się w wymagających, ekstremalnych warunkach. Był to teren wojskowy i podczas  godzinnej wyprawy kilkukrotnie mijaliśmy jednostki wojska, wozy bojowe i żołnierzy. W pewnym momencie dojechaliśmy do bazy wojskowej, gdzie zatrzymano nasz konwój i kazano nam opuścić auta. Byliśmy absolutnie zmieszani, zdziwieni i zaniepokojeni. Sytuacja wyglądała dosyć niecodziennie, zarzucono nam, ze jesteśmy na terenie wojskowym nielegalnie, kazano nam się wylegitymować. Zupełna dezorientacja. Nagle zamieszanie! ktoś ucieka! Strzelanina, nasi uciekają, kładą się na ziemię, żołnierze strzelają, zaczyna się pościg, wybuchy granatów… I co powaliło nas najbardziej? Przez środek lasu ciśnie niczym pocisk czerwony piękny LC 500, za nim pościg wojskowych aut! Strzelają do niego! Szok! Co się dzieje? Wszyscy biegają, uciekają, auto zawraca. Zatrzymuje się. I kurtyna w dół! Jak w programie „mamy Cię” zza kierownicy wysiada zachwycająco piękna Klaudia Podkalicka, kierowca rajdów cross-country. Z zamaskowanego baraku, pojawiają się organizatorzy ze śmiechem na ustach. Cóż – wkręcili nas.

Fantastyczny dzień na torze, Lexus Driving Emotions zapewnił atrakcje na najwyższym poziomie, organizator nie pozwolił nam się nudzić!

Najnowsze

„Grzanie” na postoju

Są zagorzali zwolennicy i przeciwnicy zimowego rozgrzewania silnika na parkingu. Zgodnie z przepisami jest to zabronione ze względu na emisję szkodliwych gazów i można za to dostać nawet 100 zł mandatu. Ale przyzwyczajenie drugą naturą. Co na to fachowcy?

Dylemat pojawia się wraz z siarczystymi mrozami. Wstajemy rano, za oknem biało, a nasze auto to jedna z wielu zasp na parkingu. Zakładamy nieprzemakalne rękawice i zabieramy się za robotę. W ruch idzie zmiotka, drapaczka i może jakieś środki, które ułatwią odlodzenie szyb. Uprawiamy gimnastykę, żeby odkopać samochód, wsiadamy do środka i od naszego rozgrzanego ciała i oddechu szyby natychmiast parują pokrywając się cieniutką warstwą lodu (szczególnie jeśli nie jest to pojazd najnowszej generacji).

Można wydrapać dziurkę i próbować jakoś jechać póki samochód się nie nagrzeje, ale wielu kierowców praktykuje starą metodę i uruchamia auto jeszcze w trakcie odśnieżania. Wolą zostawić samochód przez kilka minut na jałowym biegu na parkingu, żeby rozruszać silnik. Jednocześnie odkręcają na maksimum ogrzewanie wewnątrz kabiny, żeby stopić lód z szyb i poprawić widoczność podczas jazdy.

–  Jednak kiedy włączymy ogrzewanie w środku, cała energia jest skierowana do wnętrza kabiny, a wtedy silnik rozgrzewa się wolniej – zauważa Wojciech Koszewnik, szef serwisu w salonie Sieńko i Syn w Białymstoku. – Generalna zasada brzmi: po uruchomieniu samochodu powinniśmy jak najszybciej rozpocząć jazdę. Dotyczy to zarówno samochodów benzynowych jak i diesli.

Odczekajmy dosłownie kilka sekund, tyle wystarczy, żeby olej trafił do wszystkich podzespołów.

Silnik szybciej osiąga temperaturę roboczą kiedy jest obciążony, czyli podczas jazdy. Poruszając się autem, płyn chłodniczy i olej szybciej uzyskują optymalną temperaturę. Na początku, dopóki silnik nie osiągnie 90 stopni, dobrze jest prowadzić płynnie, unikając gwałtownych manewrów i nie wprowadzając silnika na wysokie obroty.

– Rozgrzewanie auta na parkingu nie wpływa negatywnie na akumulator. Jednak w ten sposób zwiększamy zużycie paliwa, a także emisję szkodliwych gazów. Kiedy silnik jest uruchomiony, a jest jeszcze zimny, emituje bardzo dużo szkodliwych substancji. W sytuacji gdy tyle mówimy o tym, jak bardzo zanieczyszczone jest powietrze w mieście, powinniśmy w miarę możliwości tego unikać – dodaje przedstawiciel dealera marek Audi i Volkswagen. 

Wedle prawa drogowego, utrzymywanie pracy silnika kiedy nie jedziemy autem, przez czas dłuższy niż minuta, może być ukarane 100 złotowym mandatem. W niektórych, szczególnie dotkniętych problemem smogu miastach, policjanci bezwzględnie to egzekwują. Wielu kierowców uważa jednak, że to przepis nieżyciowy. Bo jak się do niego zastosować stojąc na przykład w korku? Zwracają też uwagę, że jazda z oblodzonymi albo zaparowanymi szybami bardzo ogranicza widoczność i może stanowić poważne zagrożenie na drodze. Wtedy mniejszym złem będzie ogrzanie samochodu przez klika minut na parkingu.

Argument, który z kolei często przywołują przeciwnicy rozgrzewania samochodu na parkingu to opinia, że jest to niekorzystne dla silnika, wpływa negatywnie na stan i żywotność podzespołów.

– Na stan akumulatora nie ma to raczej wpływu – dementuje Wojciech Koszewnik. – Jeśli silnik pracuje, to akumulator jest już ładowany. Uruchomienie zimnego silnika zużywa go w takim stopniu jak przejechanie 50 km rozgrzanym samochodem, ale przecież i tak musimy go wystartować. Nie doszukiwałbym się specjalnie negatywnych skutków praktykowania takiego rozwiązania z uwagi na stan techniczny i wydolność silnika. To raczej mit.

Najnowsze