Małgorzata Witczak

Motocyklowa podróż Małgorzaty do Gruzji - fotorelacja

04 czerwca 2019
19
2
Małgorzata to podróżniczka i prawdziwa wojowniczka! Pewnego dnia zakochała się w pomyśle motocyklowej wyprawy do klimatycznej Gruzji, problem był tylko jeden - nigdy nie jechała na motocyklu. Zobaczcie, jak spełnia się marzenia i jak niemożliwe staje się możliwe!

Moja przygoda z motocyklem rozpoczęła się od końca. Zazwyczaj ludzie zdają prawo jazdy, zdobywają doświadczenie a później kiełkują w nich plany na większe wyjazdy. Ja jak zwykle nakarmiłam się książkami. Szczególnie jedna mnie zainspirowała „Motocyklem przez Indie” Witolda Palaka o wyprawie jego i jej współtowarzyszki przez Indie. I wtedy się zaczęło. Jakby to było wybrać się w długą podróż na motocyklu? Podróżować bez podążania za drogą, bez specjalnego planu, bez żadnych zobowiązań. Zakochałam się w pomyśle o podróży motocyklowej. Do Gruzji. Było tylko jedno „ale”, nigdy w moim życiu nie jechałam na żadnym!

Rozpoczęłam poszukiwania najlepszej szkoły motocyklowej. I znalazłam taką w Sosnowcu. Nie ukrywam, że szału nie było. No cóż, nikt nie urodził się od razu z umiejętnością chodzenia prawda? Ale miałam plan w głowie a chłopcy ze szkoły byli niesamowici. Przyjeżdżałam do nich z moich rodzinnych stron, z okolic Zduńskiej Woli i zostawałam nawet na parę dni. Na weekendy wracałam do domu. Z ich ogromną wiedzą, chęcią dzielenia pasji do motocykli, poczuciem humoru oraz, co najważniejsze, z ich ogromną cierpliwością dałam radę.

A później, kiedy już zdobyłam wymarzone prawo jazdy i zaczęłam zwracać się do innych motocyklistów o pomoc w doborze sprzętu zderzyłam się ze ścianą. Zaczęły się pytania czy naprawdę chcę jechać sama. Że kobieta. Że bez doświadczenia. Że powinnam rozjeździć się wcześniej w koło tak zwanego „komina”. Zamiast konstruktywnych uwag słyszałam często wyświechtane frazesy. Denerwowałam się na lekceważące w stosunku do mnie podejście. A ja nie chciałam słyszeć, że coś jest niemożliwe. Chciałam usłyszeć jak zrobić, żeby niemożliwe stało się możliwym! Zauważyłam, że zbyt duża wiedza i doświadczenie może podcinać skrzydła marzeniom.

A ja byłam trochę jak dziecko, które nie mając żadnego bagażu doświadczeń nie boi się niczego. Pewnego dnia moja koleżanka Ania skontaktowała mnie ze swoim znajomym z pracy. Przypadek. Kiedy już straciłam nadzieję, że ktoś mi pomoże i pomiędzy jednym piwem a drugim wylewałam przed nią swoje żale nad tym faktem stwierdziła, że zna kogoś. Chłopak, który mnie nie znał i nigdy nie widział na oczy nagle zgodził się, żeby mi pomóc. Pamiętam, że przeszło mi przez głowę, że to pewnie jakiś wariat i skończę z wyciętą nerką. Łukasz, który okazał się mechanikiem i sam przejechał już niejedne „stany” czyli m.in. Kirgistan, Tadżykistan uwierzył we mnie. Poświęcił mi mnóstwo czasu, przygotował motocykl do wyjazdu, nauczył podstaw obsługi motocykla, poznał z wieloma osobami, które również służyły radami. Podczas całej wyprawy był na łączach i wysyłając obrazki uczył mnie na odległość. Ostatnio usłyszałam, że ładnie pokonuję zakręty. A ja wiem, że za tym stoją rysowane na szybko instrukcje Łukasza. Zawsze mogłam na niego liczyć co jest dla mnie bardzo cenne. Włożył w całe to szaleństwo mnóstwo serca i pozostał częścią tego wyjazdu. Prawdą jest, że bez niego tego wyjazdu nie byłoby.

Ilu motocyklistów, tyle opinii na temat odpowiedniego motocykla na długie podróże. Zdecydowałam się na 250cc. Wybierając motocykl często słyszałam, że nigdzie nim nie zajadę, że prędzej mi tyłek odpadnie i, że powinnam postawić na coś większego. Jedno przeczyło drugiemu według mnie. Jak miałam jeździć na motocyklu o dużej pojemności bez wcześniejszego doświadczenia? Spędziłam miesiące na czytaniu blogów, artykułów oraz konsultacjach z Łukaszem. Wybór padł na Hondę CRF 250L. Choć on nie do końca był do niego przekonany. A ja się uparłam. Dlaczego Honda? Potrzebowałam czegoś lekkiego, małego co w razie wywrotki będę mogła sama podnieść. Ekonomicznego. Również zadałam sobie pytanie jakie mam właściwie oczekiwania od motocykla. Wiedziałam, że nie usiedzę na asfalcie i, że będą ciekawiły mnie dziury i off roady. Przejechałam się Hondą i poczułam, że to najlepszy wybór. Przy okazji przeżyłam moją pierwszą przygodę na jeździe próbnej i postanowiłam, że jeśli tak się zaczęło, to niech tak zostanie. A co się wydarzyło? Zgubiłam się w Szczecinie. Wjechałam na autostradę gdzie nie mogłam nigdzie zawrócić. Więc tak jechałam. W marcu, przy zachodzie słońca, bez rękawic, w trampkach, w lekkiej wiosennej kurtce, bez telefonu, bez pieniędzy, bez dokumentów.

Miałam jedynie kask, motura i modliłam się o to, jak ja znajdę drogę z powrotem. W końcu po 30 km zjechałam na stację benzynową i w tym kasku, którego nie potrafiłam ściągnąć bo dopiero co go kupiłam i nie wiedziałam jak system DD się otwiera, weszłam do środka. Poczekałam grzecznie w kolejce a kiedy przyszła moja kolej wytłumaczyłam ekspedientce, że się zgubiłam, że ja na motocyklu i czy może mi mapę pokazać. I wszystko w tym kasku. Dziewczyna zaniemówiła i zaczęła się rozglądać jakby za jakąś ukrytą kamerą. Więc ją utwierdziłam, że nie, to nie żart. Napad to też nie jest. Trafiłam z powrotem. Wszyscy bali się o mnie. A ja usiadłam, rozgrzałam się herbatą i wiedziałam, na jakim motocyklu pojadę do Gruzji. Skoro tak się nasza wspólna przygoda zaczęła niech się dalej toczy. W ten sposób Honda została Moturem. I to Moturem przez „u” a nie „ó”. Podróż zweryfikowała moją decyzję i dziś mogę powiedzieć, że to był wybór idealny. 

Najmniej kłopotu sprawiło mi spakowanie się. To, że nie umiałam jeździć, że na koncie miałam przejechane może 800km, że nie miałam za dużo czasu na przygotowanie się do tej wyprawy, tego zmienić nie mogłam. Ale wykorzystując moje doświadczenie w pakowaniu się na wyprawy w góry mogłam się chociaż dobrze zapakować. Nie wzięłam nic niepotrzebnego. Dwa t-shirty i trzy zmiany bielizny w zupełności wystarczyły. Do tego namiot, śpiwór, kuchenka i parę innych niezbędników. A i tak jadąc zastanawiałam się czy nie mogłam okroić bagażu jeszcze bardziej. W Istambule okazało się, że nie mogę chodzić przez parę dni w ubraniach motocyklowych, jednak temperatury temu nie sprzyjały, wiec musiałam kupić cywilne ubranie. Zamiast okroić musiałam dodać.

Nadszedł dzień wyjazdu. 13 czerwca. Chybocąc się na boki pod ciężarem bagaży robiłam dobrą minę do złej gry. Cały dzień w deszczu, A mówili: siedź w domu, faceta znajdz i dzieci ródź. To nie! Pojechała! Bo motocykl. Bo przygoda. Bo książek się naczytała i też tak chciała.... Zimno. Mokro. Ba! Jak miało nie być mokro jak padało od rana. Wszystko mokre. Białe linie czyhały na drodze a tiry, ktore mnie wyprzedzały, zalewały woda. Więcej wody z tirów leciało niż z nieba. A wiało jeszcze od nich! Oj boziu jak wiało. Prawie jak na Mazurach. Mokro, wiało a moja 250cc łapała wiatry jak żagiel. To ja sobie ponarzekalam tego dnia ale samo się nie mogło pojechać więc parłam do przodu. Liczba motocyklistów spotkanych po drodze w ten dzień: sztuk dwie. A później już samo się potoczyło. Każdy dzień był wyzwaniem. Zdobywaniem doświadczenia. Nie liczyłam kilometrów. Nie to było dla mnie ważne. Ważna była podróż sama w sobie, to co przeżywam, czego doświadczam. A przeżywałam na swój specyficzny sposób. Dostrzegając każdy drobiazg który mnie otaczał, każdą osobę, którą spotkałam. A spotykałam ich całe mnóstwo ponieważ drogi, które obierałam były boczne i prowadziły przez wioski. Do tego wiecie jak to jest. Człowiek tak jedzie i czasem coś mu sie tam, oprócz much i motyli, obije o kask. Jakieś przemyślenia którymi później dzieliłam się na moim blogu.  

Spotykałam innych ludzi po drodze i przeważnie mieli jakieś noclegi zarezerwowane, jakiś cel, jakieś miejsca, które chcieli zobaczyć. Mój plan generalnie na Rumunii się zakończył. Później już był tylko spontan. Więc np. wjeżdżając do Serbii czy Grecji szukałam noclegu na granicy. Pieniędzy tamtejszych nie miałam. Karty sim również nie miałam. Z benzyna też coś kiepsko stałam.... . B r a w o ! Jadąc często w ostatnich godzinach przypominało mi się, że spać gdzieś trzeba. Zjeść też się przyda. Choć z tym jedzeniem to różnie mi czasem wychodziło. Pierwsze trzy dni z wrażenia nie jadłam nic oprócz jednej bułki wciągniętej gdzieś na krawężniku przy stacji benzynowej. Często przez te dwa miesiące podróży po prostu się budziłam, stawiałam kropkę na mapie i mówiłam do Motura: tam jedziemy! A co? My nie pojedziemy?

Mój pierwszy zjazd z asfaltu nastąpił na Ukrainie. Jadąc tam wymyśliłam sobie, że odwiedzę pewną wioskę. Nasłuchałam się, że piękna, pozazdrościłam i wymyśliłam, że też tam chcę. Co się tam działo! Cztery gleby zaliczone. Z tego ilość samodzielnie podniesionego Motura sztuk dwie. Ciężko np. wyciągnąć samej Motura z głębokiego rowu… . Ale na miejsce dojechałam, rozbiłam się na dziko za wioską a w nocy szum rzeki i świerszcze. Pięknie było.  
Moim kolejnym małym off roadem była droga do Theth w Albani. Ostatnie kilometry to taki szuterek. Dziś potwierdzam internetowe opinie, że niewymagający. Ale dla mnie wtedy to był kataklizm. Załadowany Motur dobijał na dziurach i kamieniach. Ja sama nie wiedziałam jak mam nim jechać. Zrzuciłam bagaże w krzaki i przejechałam trasę z zadkiem w górze. Pierwsza jazda na stojąco i frajda niesamowita!

Potem była kolejna próba offowa, również w Albani. Ta zakończyła się podwójną glebą na wzniesieniu. Pojechałam sama w miejsce, gdzie w promieniu kilku kilometrów nie było nikogo. Musiałam radzić sobie sama. W pełnym słońcu zrzuciłam bagaże i robiłam podchody do podniesienia Motura, przerzucania go na drugi bok, ponownego podnoszenia, zawracania. Po godzinie w pełnym słońcu pot lał się ze mnie strumieniami. Dałam radę. Tego dnia zaliczyłam jeszcze jedną glebę na dość prostym odcinku. Miałam dość i pojechałam nad morze. Autostradą. Obiecując sobie, że już nigdy na żaden off road nie wjadę. A przynajmniej nie sama. 

Kolejne wyjazdy w teren odbyły się już w Gruzji pod okiem mojego znajomego Mariusza. Były gleby, były łzy, była złość i zwątpienie we własne siły. Było rzucanie kaskiem i kopanie Motura. Ale zarazem był to naprawdę fajny czas i wiele się nauczyłam. Mariusz był świetnym nauczycielem i wiedział kiedy mnie zdopingować, kiedy wyśmiać a kiedy pochwalić. W Rumunii natomiast miałam za sobą moje pierwsze prawdziwe winkle. Nie jakieś tam zakręciki. Takie winkle, które podobno wszyscy kochają. A ja…mało nie umarłam ze strachu. Zakręty to takie esy floresy, że od patrzenia już kręciło mi się w głowie. Pamiętam, że pierwszych dwóch nie ogarnęłam. Co ja będę ukrywać, nie dałam im rady i wyrzuciło mnie na drugi pas. I tu wkroczył ponownie Łukasz. Wysyłał mi obrazki jak mam pokonać zakręty. Powoli bo powoli ale dałam radę. A później studiowałam i wprowadzałam w praktykę to, co mi narysował. W Rumunii wymarzyła mi się również Transalpina. Postanowiłam, że jak jechać to grubo! Przeżyję nie przeżyję ale spróbować muszę. Ruszyłam w jej kierunku i po drodze mijały mnie same wielkie motocykle, błyszczące, z kuframi i tylko śmigały bziuuum… . A ja pyr, pyyr, pyyyr, pyyyyr.......pod górę… . Niedawno usłyszałam od znajomego motocyklisty, że bardzo fajnie pokonuję zakręty. Łukaszowe rysunki pomogły. 

Na swojej drodze spotkałam bardzo wielu niesamowitych ludzi. Kiedyś szukałam kemmpingu i okazało się, że internety kłamią i camping jest zamknięty. Robiło się ciemno, szans na dzikie rozbicie nie było i powoli sama zaczynałam sie znajdować w ciemniej dziurze. Przygarnął mnie właściciel hotelu-stajni. Trzy gwiazdki na płocie a ja mogłam się rozbić na polanie, dostałam wode i sławojkę. I poranne budzenie przez krowy oraz piękne widoki.
Innym razem również kemping. Dojechałam tam przez łąki. Przywitał mnie sam właściciel.Trochę z duszą na ramieniu się u niego rozbijałam. Bo niby kemping, niby nie. Może oficjalnie otworzy go za tydzień…a może za dwa…a może nigdy. Na razie organizował prywatne imprezy… . Zwątpiłam. On sam po czterech dniach zabawy miał swój świat. Taki flałer pałer. Muza leciała z głośników i zagłuszała wszystko w około. Oprócz niego nie było nikogo. Kemping gdzieś tam w górach na odludziu. Zostałam. Trudno. Najwyżej wyrwie mi wątrobę albo nerkę. Nerkę może zabrać, straty Motura bym nie przeżyła. Wszystkie moje obawy były zbędne, ponieważ chłopak okazał się przesympatyczny. Podarował mi na drogę wodę, sok i opowiedział milion historii o okolicy i uściskał na koniec mówiąc: take care... a nastepnie prawie mu wjechałam w kable wiszące pomiędzy domkami. Nie widzialam ich, no co? Innym razem bardzo miłe dziewczyny w hotelu dały mi ogromny pokój z ogromnym łożem! Śniadanie w cenie, którego normalnie nie robią dla nikogo a motur dostał jak król oddzielne miejsce pod dachem zamykane na klucz. Mimo, ze parking pod chmurką był i to bardzo przyzwoity. Może nasz ubłocony wygląd ich tak wzruszył,bo znów wpakowałam sie gdzieś gdzie nie powinnam sama jechać.

Tak człowiek jedzie i nie może przyzwyczaić się do fejmu. Wiecie. Jedziecie przez jakieś wioski i dzieci Wam machają. No jaki czad! No to trzeba odmachać. Jak królowa Elżbieta się czasem czułam. Ciekawe czy ona jeździ na motocyklu....? I czy też by tyle machała? Dorośli też machali. Albo podjechałam raz do Lidla w Serbii, siadłam w cieniu na krawężniku i patrzyłam. Podchodzi starszy facet do motura. Ogląda, obchodzi, ogląda znów obchodzi dookoła.. i nagle mnie widzi. Jaki banan na twarz mu wpełzł! Pokazuje, że motur fajny, gestykuluje dalej drepcze dookoła. Na koniec wsiadł do auta i dalej mi machał. Wiem, wiem, że dla wielu to chleb powszedni. Ale dla mnie to za każdym razem taka nowość była. A właśnie. Trzeba skądś było odjechać. No ruszyć po prostu po ludzku, zaryczeć i z klasą odjechać. Taaa. Zawsze miałam stres kiedy patrzyły takie oczy na mnie i myślałam: byle tu nie wygrzmocić, byle nie wygrzmocić.

Gdziekolwiek się nie zatrzymałam, czy to stacja benzynowa, sklep, camping, każdy mnie pytał czy jadę sama. No sama. Przecież nie było obok mnie innego motocykla. Choć czasem się zastanawiałam jakby to było jechać z kimś. Mieć ten komfort psychiczny, że ktoś mi Motura podniesie, łańcuch naciągnie, koło zmieni w razie złapania gumy, plasterek na stłuczone kolano nalepi… . Nie musiałabym się martwić o to, co robić w razie ewentualnej awarii. A tych miałam parę. I ktoś taki się pojawił na parę dni. Rycerz, który w pelerynkę i suche skarpetki mnie ubierał, martwił się czy daję sobie radę. Nie, wiecie, nie dawałam rady. Motur sam przyjechał. Ja przyleciałam samolotem. Próbował mi też Motura podnosić, poduszkę pod głowę podkładać. Codziennie miał czyste rzeczy na zmianę, gdzie ja już trzeci dzień jechałam w tych samych skarpetkach i majtkach. Miał ubranie przeciwdeszczowe, które zakładał kiedy nie padało. Przecież padać mogło zawsze. A ja tak czekałam i czekałam aż je założy. Podróż z nim była dla mnie nowością.

Nigdy z nikim nie podróżowałam. Zawsze pereferowałam inny styl wyjazdów. Jestem wtedy wolna, mogę zmieniać plany i kierunek jazdy parę razy dziennie bez liczenia się z czyimś zdaniem. Jadąc samemu ma się też czas na spojrzenie w głąb siebie i przemyślenie wielu spraw. Podróżując solo nigdy nie jest się samotnym. Jest się wtedy bardziej otwartym na innych ludzi, gotowym na spotkania i rozmowy a kiedy nie ma się ochoty na towarzystwo jest się samemu dla siebie. Ale zarazem nie jestem negatywnie nastawiona do wspólnych wyjazdów. Muszę się przede wszystkim z kimś zgrać i mieć podobne podejście do życia i otoczenia. A przede wszystkim do sposobu podróżowania.

Co mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu? Na pewno niezwykli ludzie w Rumunii, Serbii i Czarnogórze. Ich gościnność, gotowość niesienia pomocy oraz uśmiech. Na każdym kroku ktoś mnie zagadywał, oferował pomoc lub po prostu machał.  Wielkim zaskoczeniem była dla mnie Grecja. Góry, których absolutnie się nie spodziewałam. Przez sto kilometrów serpentyn nie spotkałam ani jednej osoby, ani jednego zamieszkałego domu. Za to były przepiękne lasy, zachód słońca i mnóstwo czasu na przemyślenia. 



Zaskoczył mnie Istambuł w, którym się zakochałam. Oraz to, że dałam radę przejechać Turcję, a przede wszystkim poruszać się Moturem po stolicy. To był punkt podróży, którego najbardziej się obawiałam. Okazało się, że dałam radę i pierwszy raz podczas tego wyjazdu byłam z siebie dumna.
Również w Turcji, kiedy poruszając się wybrzeżem oniemiałam na widok koloru morza, krzyczałam pod kaskiem „Jak tu pięknie!”.
Zaskoczyła mnie również ilość propozycji małżeńskich (śmiech). Nie wiedziałam, że kobieta na motocyklu wywiera takie wrażenie na innych. 

Każde miejsce, które odwiedziłam jest związane z jakąś opowieścią. Czy to o osobie, która tam spotkałam czy o przyrodzie, widokach, wewnętrznych przeżyciach czy przewróconym moturze. I mimo, że w tej chwili jestem na kolejnym wyjazdzie ten był dla mnie pierwszy i wyjątkowy.

Po podróży wróciłam do pracy czyli do prowadzenia wycieczek po Gruzji i Armenii. Ale na skrzynce mejlowej czekał bilet w jedną stronę do Wietnamu. Motur zostal w Gruzji a ja w tej chwili jestem w Azji gdzie kupuję motocykl i na nim chcę zwiedzić Wietnam, Laos i Kambodżę. Jaka będzie trasa jeszcze nie wiem. Nie planuję.Jedyne co wiem to to, że zostaję do końca lutego. Znów będzie spontanicznie!

    Komentarze

    Mał..
    08 czerwca 2019 13:06
    :-D:-D
    08 czerwca 2019 13:07
    :-D