Motocyklem przez Amerykę Południową: Argentyna

O podróży do Argentyny marzyłam prawie dziesięć lat, a inspiracją i motywacją była historia Evy Peron, Evity, argentyńskiej pierwszej damy, której życie i działalność nieustannie mnie interesują. Argentyna to wielki kraj, pełen przemiłych ludzi, którzy mają szczęście żyć pośród zapierającego dech w piersiach krajobrazu... Ale zaraz, zaraz, bo my chyba jesteśmy jeszcze na dzikiej przełęczy...

Sto kilometrów wiatru

Zamek od namiotu wydał chrobotliwy dźwięk i umilkł, znowu usłyszeliśmy kroki. Na krzyknięte z głębi namiotu CZEŚĆ nikt nie odpowiedział, za to w nasz maleńki przyczółek ponownie uderzył wiatr. Kto mógł być na tej wysokości o tej porze? Chyba tylko szaleniec, taki jak my. Znowu usłyszeliśmy stąpanie po kamieniach i zaraz po nim poczuliśmy kolejne uderzenie wiatru. Wydawało nam się? Kroki powtórzyły się jeszcze kilka razy, ale nie był to człowiek, ani zwierzę, ani duchy. To wiatr, który każdą nową uderzeniową falę zapowiadał chrzęstem kamieni, które do złudzenia przypominały czyjeś kroki.

Byliśmy bardzo zmęczeni, ale nie dało się zasnąć. Sen przychodził i odchodził, każdy podmuch wiatru wybudzał nas z płytkich drzemek. Czas dzielący nas od świtu wydawał się wiecznością. Ale nie mieliśmy wyboru.

Nowy etap
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Rozjaśniało się długo, słońce nieśpiesznie wychylało swoją żółtą twarz zza posępnych gór. A my sobie naiwnie myśleliśmy, że jak tylko wstanie dzień, to wiatr przestanie dąć, w spokoju złożymy namiot i zjedziemy sobie w dół. A figę!

Termometr pokazywał dziesięć stopni poniżej zera, a promienie słońca oświetlały wszystko dookoła, tylko nie nasz namiot. Wiatr nie ustawał w swoim szaleństwie. O wstawaniu nie było mowy, bo było po prostu za zimno. Musieliśmy czekać. Wtedy poczułam zapach, który bardzo mnie zaniepokoił, bo oznaczał, że możemy mieć poważne kłopoty z motocyklami. Benzyna. Nie lubię zapachu benzyny, robi mi się od niego niedobrze, więc wyczuwam go szybko i bezbłędnie. Zapach mógł pochodzić tylko z jednego miejsca, z naszych motocykli.

Wyjrzeliśmy z namiotu. Obie Yamahy leżały w kamieniach, pod każdym motocyklem rysowała się ciemnoszara plama paliwa. Pięknie! Nasze baki tak mają właśnie zrobione odpowietrzenie, połóż motocykl, uleje się ze zbiornika. Nie zważając na chłód wyskoczyliśmy, aby podnieść nasze maszyny i szybko wróciliśmy do namiotu.

Do tej pory nigdy nie miałam problemów z wysokością, nie bolała mnie głowa, nie dręczyły żadne inne dolegliwości fizyczne. Do tamtego poranka na przełęczy. Ułożyłam się z powrotem w śpiworze i się zaczęło – ból głowy, mdłości i równocześnie taka dziwna, niemiła błogość, takie uczucie ciszy i spokoju, którego nikomu w górach nie życzę, bo to może źle się skończyć. Mój niepokojący stan trwał jakieś dwie godziny. Ból głowy powoli odpuszczał, a słońce wreszcie oświetliło namiot. Zaczęliśmy się zbierać. Bardzo powoli, bo wiatr nie dawał za wygraną. Ostatecznie cały sprzęt udało się spakować, choć zajęło nam to oceany czasu. Niestety złamał nam się element namiotowego stelaża – walczyliśmy, żeby wicher nie zrobił z namiotu balona i nie uniósł go w nieznanym kierunku i trach, przęsełko z włókna szklanego pękło.

Motocykle nie odpaliły od razu, silniki zaskoczyły po długim i namiętnym piłowaniu gazu na luzie. Ruszyliśmy w dół. Dopiero wtedy zobaczyłam rozmiar tej przełęczy i uświadomiłam sobie, jaką cenę mogliśmy zapłacić, gdybyśmy chcieli zjeżdżać nocą.

Z każdym metrem w dół robiło się cieplej, czułam jak moje stopy i dłonie wracają do w miarę normalnej temperatury.

Ruta 40
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Posterunku granicznego nie było. Dopiero znak drogowy uświadomił nam, że do wjazdu do Argentyny zostało jeszcze prawie osiemdziesiąt kilometrów. Zaraz za znakiem wiatr zrzucił Adama z motocykla, jakby chciał powiedzieć: To ja tu rządzę, wy mali ludzie.

Zjeżdżaliśmy, starając się nie robić postojów, bo kiedy się zatrzymywaliśmy wiatr zginał nasze wyczerpane ciała wpół. W końcu z obszaru gór wjechaliśmy na płaską, asfaltową drogę. Po prawej i lewej stronie majaczyły skaliste szczyty, a droga przed nami wyglądała na bardzo długą.

Wiatr uderzył z lewej strony, podcinając motocyklom kółka. Prowadziłam maszynę prawie równolegle do ziemi, albo może tylko mi się zdawało. Kontrowałam podmuchy, które spychały mnie ku ziemi. Jechałam w wielkiej złości. Pierwszy raz wiatr zacinał z boku i na dodatek w taki silny i upierdliwy sposób.

Nie wiem ile to trwało, dla mnie za długo. Na horyzoncie zamajaczył wreszcie argentyński posterunek. Śmiało można rzec, że do Argentyny nas po prostu wwiało.

Noc spędziliśmy w hotelu w miasteczku San Jose, ciesząc się rzeczami prostymi – prysznicem, ciepłą wodą, wygodnym łóżkiem.

 

Ruta 40

Droga numer 40 to kilka tysięcy kilometrów przestrzeni, która ucieszy każdego motocyklistę. Szeroka, rozłożysta jezdnia, prosta, dobra asfaltowa droga, wiodąca przez surowy, ale piękny krajobraz. Albo zupełnie inna, zaskakująca swoim szutrowym obliczem lub pociągnięta zboczami gór, gdzie zakręty mają szerokość dwóch metrów i wchodzi się w nie z nadzieją, że po drugiej stronie nikogo nie ma.

Wzdłuż tej trasy przycupnęły małe miasteczka i wioski, w których żyją ludzie, tacy jak my, tylko że do okiełznania mają trudny kawałek świata.

Można by jechać bez końca, przed siebie, póki dzień się nie skończy. Po kilkuset kilometrach oczy przyzwyczajają się do widoków, gór, kaktusów wielkoludziego wzrostu. Czasem w tę idyllę wkradnie się czarna plama – końskie lub krowie truchło, uschnięte, przysypane pyłem drogi, z grymasem bólu zastygłym na martwym pysku. Z tego zasuszonego zwierzęcia ptaki i lisy wyszarpują dla siebie resztki wnętrzności, przez spłowiałą skórę przebijają połamane żebra.

Przedziwna kraina
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

W krainę tę przedziwną wrośli ludzie, uczepili się jej i zostali. Pobudowali niewysokie domki, z niektórych tynk osypał się już dawno, z drzwi farba odleciała ostrymi fragmentami wraz z wiatrem. Przejeżdżaliśmy przez mieściny, które małymi kropkami umieszczono na mapie, maluteńkie wioski, w których w jedynej chatce, tuż przy drodze, ktoś sobie mieszka, ma dwie kury, psa i ledwo żywy samochód.

Miasto Inków
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Na nocleg zjechaliśmy z drogi, namiot stanął skryty za gęstymi krzakami, na inną noc wybraliśmy sobie termy, małe nieukończone spa dla lokalnych mieszkańców. Ot, dwa domki i ciepła woda termalna lejąca się z umieszczonej w ścianie rury. Zatrzymaliśmy się na dwóch campingach i w jednym hoteliku. Po drodze zwiedziliśmy pierwsze na naszej trasie inkaskie ruiny El Shinkal, miasto Quilmes i spotkaliśmy lamy. Lama! Co za miłe stworzenie. Podobno plują. Nie pluły. Lami pyszczek wyraża tyle emocji, jest strach, ciekawość, zdziwienie, zainteresowanie. Długie uszy, puchate nogi i miękkie delikatne futerko. Rozczulający widok.

Przeurocza lama
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Do Salty i dalej

Ruta 40 została za plecami, wjechaliśmy na drogę 68 zwaną Quebrada de Cafayate, malowniczo wijącą się wśród pomarańczowych erodujących skał. Nie sposób jej przejechać bez zatrzymania się przynajmniej pięć razy. Skały ułożyły się w przedziwne formy, raz przypominają osypany pyłem, zapomniany pałac, raz niezwykły amfiteatr. Niezwykły, bo ciągnący się ku górze. Głos odbija się od ścian i ulatuje gdzieś w przestworza. Są tu skały uformowane w kształt żaby, choć moim zdaniem bardziej przypominały skulonego chomika, są kaniony, których nazwy, takie jak Tyłek Diabła, wywołują uśmiech. Trudno do Salty dojechać w dwie godziny.

Park narodowy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Salta to pierwsze i zarazem ostatnie większe miasto na naszej argentyńskiej moto-drodze. Nic szczególnego pod względem urbanizacyjnym, bo zbudowane jak wszystkie mijane do tej pory miasta. Wszystkie cechuje scentralizowany rynek i uliczki, w większości jednokierunkowe….i to jest spory problem, bo żeby wrócić na wybraną ulicę trzeba wielokrotnie skręcać i sprawdzać, czy to jeszcze pod prąd, czy już nie. W Salcie jest ładny centralny placyk i kilka kameralnych uliczek pełnych sklepików z pamiątkami z Argentyny. Kupiliśmy akcesoria do yerba mate i malutką, ręcznie robioną lamę.

W Salcie zostaliśmy dwa dni. Hotelowy parking był nieczynny, więc motocykle zostały zaparkowane na chodniku przed naszym oknem. Zostały tam na dwie noce i nic im się nie stało, choć przestrzegano nas, że w Argentynie poziom bezpieczeństwa jest niski i wszystkiego trzeba pilnować. Ale Argentyna to kultura motocyklowa przecież.

Po wizycie w Salcie i krótkim odpoczynku udaliśmy się do parku Calilegua, ale ze wszystkich dzikich zwierząt (np. puma, jaguar, tapir), jakie w nim żyją, z bliska widzieliśmy głównie wredne meszki, które dość skutecznie pogryzły mi twarz. I tak, z lekką opuchlizną, pojechałam do Boliwii.

 

Argentyna. Informacje praktyczne

 

Do Argentyny nie potrzebujemy wiz, jeśli nasz pobyt nie przekracza 90 dni.

 

Wymiana waluty

 

W Argentynie oficjalny kurs dolara jest sztywny, na poziomie 5,1 peso za jednego dolara amerykańskiego. W związku z tym rozwinął się czarny rynek handlu walutą, bardzo korzystny dla turystów, ponieważ kurs wynosi ok. 9 peso za jednego dolara. W nielegalny sposób pieniądze wymienić bardzo łatwo, zwłaszcza w dużych miastach. Na prowincji jest już gorzej.

W Buenos Aires na uczęszczanych ulicach stoją panowie i przechodzącemu turyście szepczą cambio, cambio, dolares, euro, co oznacza wymianę waluty. Powinno działać również hasło DOLAR BLUE, tak potocznie określa się kurs dolara w szarej strefie.

W Buenos Aires wymieniliśmy dolary w sklepie z butami. Nie należy się obawiać takiej wymiany, każdy chce zarobić.

Argentyńskich peso trzeba pozbyć się przed wyjazdem z kraju. Waluta nie jest chodliwa w innych państwach regionu.

 

Co zjeść i czego się napić?

 

– empanadas, czyli pierożki, ale nie gotowane, tylko pieczone. Do wyboru różne rozmiary i nadzienia. Lepiej jeść na ciepło.

 

– milanesa – kotlet schabowy w wersji ultra cienkiej

 

– pizza – w Argentynie lepiej nie mówić, że włoska pizza jest lepsza. Pizza argentyńska jest zawsze na grubym cieście, suto pokryta żółtym serem. Do tego różne dodatki; pierwszy raz spotkałam się z tak dużymi kawałkami surowego pomidora na pizzy.

 

– chorizo – kiełbaska z ognia. Podawana z chlebem lub bułką.

 

– piwo Salta i Quilmes, zwłaszcza ciemne. Bardzo dobre piwo.

 

– słodycze…dulce de leche, czyli roztopiona krówka. Argentyńczycy je uwielbiają. Można zjeść do chleba jak nutellę, ale najlepiej smakuje w ciasteczku Alfajor, czytamy alfahor. To ciasteczko w rodzaju markizy, kruchutkie, często oblane czekoladą ( białą lub mleczną), pycha! Bez Alfajor nie ma Argentyny. Poza tym spotkacie się tutaj z wieloma rodzajami czekolady Milka i Cadbury, w roli głównej dulce de leche. I jeszcze rogaliczki, umiarkowanie słodkie, posmarowane cukrowym roztworem. Na śniadanie idealne.

 

– wołowina. Argentyńczycy są z niej dumni i lepiej przy nich nie mówić, że jadło się coś lepszego. Tradycja barbeque jest tutaj powszechna i jeśli zapraszają, trzeba pójść.

Barbeque nie odmawiamy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

– yerba mate, czyli inaczej herbata paragwajska. Uzyskuje się ją z wysuszonych liści ostrokrzewu paragwajskiego. Do picia potrzebujemy tykwy, zwanej tutaj mate, czyli specjalnego naczynka (można zastąpić je małą filiżanką lub kubeczkiem) i bombiszy, czyli metalowej słomki. Wkładamy bombiszę w tykwę, sypiemy zielonego proszku i zalewamy wodą w temperaturze ok. 70 stopni Celsjusza. Gotowe. Można dosłodzić.

W Argentynie picie mate ma wymiar społeczny. Argentyńczycy noszą ze sobą termosy, żeby w każdej chwili dolać ciepłej wody. Mate często pije się wspólnie, podając naczynko kolejnej osobie. Nie należy zmieniać położenia bombiszy i nie należy dziękować, bo w następnej kolejce osoba, która podziękowała, zostanie pominięta.

Tykwy i bombisze są do kupienia prawie wszędzie, a wzorów i rozmiarów jest bez liku. Podobnie z gatunkami yerba mate.

Yerba delikatnie pobudza, dodaje energii i wspomaga dietę.

 

Przykładowe ceny:

 

ciasteczko Alfajor – 3 peso

woda mineralna 1,5 litra – ok. 6 peso

yerba mate 1/2 kilo – 10 -12 peso

litr benzyny w północnej Argentynie – 6 peso

znaczek na pocztówkę -14 peso

pizza na północy kraju – 45 peso, w stolicy 70 peso

guma do żucia – poniżej 2 peso

czekolada – powyżej 10 peso

breloczek z ręcznie wykonaną lamą – 15-25 peso

bombisza – średnia cena to 20 peso

 

Noclegi

 

Te na dziko nic nie kosztują, ale ważne, żeby rozbijać namiot w bezpiecznym miejscu.

W Argentynie jest sporo campingów, jednak poza sezonem turystycznym część z nich jest zamknięta. Bywa, że w jakiejś miejscowości czynny jest jeden camping.

Jakość tych usług, jak i ich ceny – bardzo różnie. Trafiliśmy na camping za 30 peso od osoby, który był kiepski. Ale inny nocleg był na campingu, gdzie nawet mieliśmy wifi, za 40 peso za dwie osoby i motocykle.

Hostele – korzystaliśmy rzadko, ceny za pokój dwuosobowy to ok. 230 peso. Trzeba się targować.

Nocleg w niedoszłym termal spa
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Internet

 

Jest w bardzo wielu miejscach, w kawiarniach, restauracjach czy hostelach. Nawet niewielkie miasteczka mają bezpłatną strefę wifi, przeważnie w okolicach głównego placu miejskiego.

 

Ludzie

 

Mili, uczynni, otwarci i weseli. Całują się w policzek, nawet jeśli już mieli okazję widzieć się tego samego dnia.

Argentyńczycy są wyluzowani, nigdzie się nie spieszą. Pana policjanta można dowolnie ustawić sobie do zdjęcia.

Życzliwa policja
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Emocje są tu zawsze bardzo wyraźne, ludzie w dyskusjach są bardzo zaangażowani, starają się przeforsować swoje zdanie. Nie ma uczuć letnich w Argentynie, a jak ludziom coś się nie podoba, to wychodzą na ulice i protestują.

 

Papież Franciszek

Argentyna ucieszyła się z wyboru, jakiego dokonało konklawe. Odwiedzałam Buenos Aires na chwilę przed Wielkanocą, ale na ulicach nie było widać jakiejś wielkiej świątecznej euforii. Owszem, nowy papież był na wielu plakatach, bo każda partia w taki sposób chciała mu pogratulować. W księgarniach książki o papieżu Franciszku leżą tuż obok biografii Ernesto Che Guevary. Handlarze pamiątkami szybko wyczuli rynek i na każdej prawie ulicy można kupić sobie jakiś papieski gadżet. Papież jest na okładkach prawie wszystkich gazet, zaś media śledzą każdy jego krok. Argentyńczycy mają do Franciszka stosunek pozytywny, podobnie jak do Jana Pawła II.

Tango Argentino – taniec pełen skomplikowanych gestów, oddający, często skomplikowane, relacje między kobietą a mężczyzną, erotyczny, namiętny i tańczony w wielu miejscach argentyńskiej stolicy. Na tancerzy można natknąć się np. w dzielinicy San Telmo albo El Caminito, albo pójść na pokaz tango połączony z lekcjami tańca. Na tango idzie się późnym wieczorem, tańczy się nocą aż do rana. Warto to zobaczyć!

 

O motocyklu Yamaha YBR 125 ED

 

Link do strony brazylijskiego producenta: www.yamaha-motor.com.br

 

Yamaha ma swoją fabrykę w Brazylii, dzięki temu po drogach Ameryki Południowej jeździ sporo całkiem niezłych, dość tanich i łatwych do naprawienia motocykli.

 

Plusy:

 

– cena: 6000 PLN

 

– porządny dziesięciokonny silnik, który znakomicie sprawdza się nawet na sporych wysokościach

 

– dobrze działająca skrzynia biegów; biegi wchodzą łatwo i delikatnie

 

– spory bak, na którym przy optymalnym spalaniu można przejechać nawet 400 kilometrów

 

– sprawnie działające hamulce

 

– wygodna i miękka kanapa

 

– zwinność i zwrotność

 

– ogólnie jest to przyjazny kierowcy motocykl, który prowadzi się łatwo i przyjemnie

 

Minusy:

 

– koła nie pozwalają na szybszą jazdę po drodze szutrowej

 

– kiepskie wykonanie kierunkowskazów, brak możliwości wymiany samej lampki, trzeba wymieniać całość. Na nierównej drodze kierunkowskazy odczepiają się same i smętnie wiszą na kabelkach. Tylne da się sklepić klejem, przednie trzymają się na taśmę, ich naprawa jest trudniejsza

 

– waga; motocykl waży 120 kilo i sama nie jestem w stanie go podnieść, jeśli się wywróci

 

– nie najlepiej działający wskaźnik paliwa, bardzo długo pokazuje pełny bak, żeby nagle niebezpiecznie przesunąć się na środek

 

Motocykl jako najlepsza suszarka

fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Nie wyschło? Na to jest sposób, wystarczy przewiewny woreczek. Taki woreczek został mi po kurtce przeciwdeszczowej i po prześcieradle turystycznym. Wpakowałam do dwóch woreczków mokrą bieliznę i skarpetki, przywiązałam do motocyklowego bagażu tak, żeby nie odleciało i po stu kilometrach wszystko było suche.

Najnowsze

Klaudia Szmaj – pierwszą Polką z żużlową licencją. Film

17-letnia zawodniczka z Żórawiny spełniła swoje dwa największe marzenia: zdobyła żużlową licencję i podpisała kontrakt z klubem Stelmet Falubaz.

Klaudia Szmaj miała w zeszłym roku jedno podejście do egzaminu na żużlową licencję w Bydgoszczy. Niestety oblała, upadając na starcie części praktycznej. Tym razem 11 lipca w Opolu wszystko poszło jak należy i zawodniczka, jako pierwsza w historii kobieta, uzyskała potrzebne uprawnienia do startów w lidze młodzieżowej, jak i profesjonalnej.

fot. falubaz.com

W ubiegły piątek Klaudia Szmaj podpisała także dwuletni kontrakt z klubem Stelmet Falubaz i ma wsparcie finansowe sponsora – dystrybutora kosmetyków fryzierskich SENS.US. Teraz Klaudia będzie ćwiczyć z ligowymi zawodnikami, jeździć na mecze do innych miast i na obozy treningowe.

Klaudia Szmaj podpisuje kontrakt z Falubazem:

Klaudia Szmaj na treningu przy W69:

Klaudia Szmaj na pikniku Falubaz:

 

Swoje umiejętności będzie szkoliła pod okiem Rafała Dobruckiego:

– Dla mnie to też z punktu widzenia sportowego dla tych młodych chłopaków inny bodziec, aby zwracać uwagę na to, że Klaudia się angażuje, że w 100% jest zdeklarowana do tego, co chce robić. W tym męskim gronie na pewno nie będzie jej lekko rywalizować. Podjęła się tego wyzwania i to bardzo dobrze o niej świadczy – powiedział trener zawodniczki.

Klaudia jest kuzynką mistrza świata juniorów Macieja Janowskiego, który zaraził ją pasją żużlową, podarował pierwszy motocykl i namówił do walki o licencję. Duże wsparcie miała także od rodziców, a szczególnie taty, który jest kibicem, mechanikiem i menedżerem. Klaudia przyznaje, że podczas pierwszych wyjazdów na tor słyszała pod swoim adresem stek wyzwisk i nie było jej łatwo. Ale zawodnicy ją tolerują i to jest dla niej najważniejsze. Motocyklami fascynuje się też młodsza o dwa lata siostra zawodniczki, która teraz jej pomaga, a niedługo planuje pójść w ślady Klaudii.

fot. falubaz.com

W Polsce kobiety mogą zostać zawodowymi żużlowcami dopiero od 2009 r. Pierwszy kontrakt z kobietą Dunką Nanna Jorgensen (na co dzień modelką) podpisał klub z Ostrowa. Wcześniej prawo do treningów z mężczyznami wywalczyła sobie ostrowianka Kinga Wachowska. Znana jest także Sylwia Pszon z Opola, która prezentowała się przy okazji różnych imprez żużlowych. Jednak to Klaudia Szmaj zapisze się w kartach historii jako pierwsza Polka, która zdobyła licencję żużlową.

Klaudia zdaje sobie sprawę, że sam egzamin nie otwiera jej drogi do kariery:

– To, że zdałam licencję, nie oznacza jeszcze, że jestem gotowa do udziału w zawodach. Przede mną jeszcze dużo ciężkiej pracy. Teraz jest czas, aby się rozwijać i trenować – mówi zawodniczka, która dzięki sponsorowi i podpisanemu kontraktowi ma szansę, której z pewnością nie zaprzepaści!

Najnowsze

Molly Taylor: nie zamierzam odpuścić zwycięstwa

Molly Taylor i Seb Marshall nie zrażają się niepowodzeniami z Ypres. Podczas Rajdu Sibiu, kolejnej rundy Rajdowych Mistrzostw Europy, zamierzają dać z siebie wszystko.

Rajd Sibiu odbędzie się w Rumunii między 25 a 27 lipca. Wchodzimy tym samym powoli w decydującą fazę mistrzostw. Przypomnijmy, że z powodów technicznych Molly musiała zrezygnować z rywalizacji podczas Rajdu Ypres. To tylko wzmaga jej determinację i motywację. Nadal ma bowiem apetyt na tytuł mistrzowski i zdaje sobie sprawę, że zwycięstwo w Rumunii będzie istotnym krokiem w tym kierunku.

W Ypres Molly Taylor prześladował pech
fot. materiały prasowe

„Mam nadzieję, że w Sibiu szczęście będzie mi sprzyjać. Nadszedł czas, by zebrać owoce całej pracy, którą wykonaliśmy w minionych miesiącach. Liczę na to zarówno z myślą o sobie, jak i o całej drużynie. Start w Ypres przebiegł bez kłopotów, nasz Citroen DS3 spisywał się dobrze, opony były w porządku, niestety – drobny błąd w nieodpowiedniej chwili drogo nas kosztował. To jednak nie stanie nam na przeszkodzie, by pokazać się w Rumunii od najlepszej strony. Osobiście nie mam doświadczeń z Rajdem Sibiu, ale powiedziano mi, że jest bardzo trudny i wymagający. Nie mając pojęcia, co nas czeka, jesteśmy w nieco gorszej sytuacji niż miejscowi zawodnicy bądź ci, którzy już ten rajd jechali. Nie będzie wcześniejszych testów, będę więc musiała dać z siebie naprawdę wszystko” – mówi Molly Taylor.

Rajd rozpocznie się próbą kwalifikacyjną w czwartek 25 lipca, następnie odbędzie się przejazd przez miasto i ceremonia rozpoczęcia. W piątek i w sobotę zespoły zmierzą się z 14 oesami o łącznej długości 228 kilometrów.

Najnowsze

Jak upiększyć drzwi garażowe?

Myślałaś kiedyś o tym, żeby zupełnie zmienić oblicze swoich drzwi od garażu? Być może do głowy przyszły ci kolorystyczne eksperymenty z farbą, ale możliwości jest więcej.

Niemiecka firma Style Your Garage wykoncypowała sposób na uatrakcyjnienie frontu naszego garażu poprzez przeobrażenie go w hangar jumbo-jeta, sportowy samochód, zagrodę dla koni albo łódź… Możliwości są praktycznie nieograniczone.

fot. Style Your Garage

 

fot. Style Your Garage
fot. Style Your Garage

 

fot. Style Your Garage

Jeśli się składa, że nie masz jeszcze w garażu swojego wymarzonego motocykla, możesz wybrać taki właśnie wizerunek, aby cię motywował w drodze do faktycznego zakupu. Fototapety są wykonane z solidnego, odpornego na warunki pogodowe materiału, a mocowanie na taśmę sprawia, że można je łatwo i bez pozostawiania śladów w każdej chwili usunąć.  Dostępnych jest w sumie siedem rozmiarów, włączając w to opcje na podwójne i pojedyncze garaże. Można również w

fot. Style Your Garage

odmienny sposób ozdobić każde pojedyncze skrzydło. Istnieje dużo opcji indywidualizacji, oprócz dostępnych fabrycznie 350 wzorów można zażyczyć sobie wykorzystania własnej fotografii.  Każdy projekt jest dostarczany z instrukcją i narzędziami do montażu. Instrukcję można również znaleźć na stronie producenta. Ceny zaczynają się od 59 euro (plus wysyłka). Więcej szczegółów na Style-Your-Garage.com/en.

Najnowsze

Maggie McNally prezesem zarządu AMA

Maggie McNally została wybrana prezesem zarządu American Motorcycle Association, największej motocyklowej organizacji w USA, stając się pierwszą kobietą na tak wysokim stanowisku w 89-letniej historii AMA.

McNally pochodzi z Albany, jest członkinią zarządu AMA od 2009 roku i jego reprezentantką na Północno-Wschodnie Stany. W grudniu 2011 roku została wybrana wiceprezesem zarządu.

„Ten wybór jest dla mnie zaszczytem, jestem też poruszona historycznym znaczeniem obecności kobiety na tym stanowisku” – powiedziała McNally. „Należy jednak pamiętać, że to nie płeć jest w tym przypadku najważniejsza, ale połączony wysiłek całego zarządu AMA na drodze promowania i rozwoju motocyklizmu”.

Maggie McNally
fot. AMA

Maggie pojawiła się na okładce lipcowej edycji „American Motorcyclist”, magazynu dla członków AMA. W wywiadzie zdradza, że jeździ na motocyklu od czasów college’u i jest obecnie właścicielką dwóch maszyn: Harleya-Davidsona Sportster 1200 z 1995 roku i Kawasaki Ninja 500 z 2006.

Czym AMA jest dla Stanów Zjednoczonych, tym FIM pozostaje dla motocyklistów na całym świecie. FIM skupia w sobie 103 lokalne, narodowe reprezentacje motocyklistów i patronuje 65 mistrzostwom i innym wydarzeniom sportowym na świecie. Nie jest zatem zaskoczeniem, że w łonie FIM znajduje się departament poświęcony wyłącznie kobietom, pod nazwą Women in Motorcycling Commission (CFM).  Celem przyświecającym CFM jest zabieganie o równe szanse i równe traktowanie kobiet zaangażowanych w motocyklizm. Organizacja wypuszcza informacyjny newsletter, w którym regularnie przytacza historie motocyklistek i informuje o ich sukcesach na całym świecie. Subskrybować go można na FIM-Africa.com, a także śledzić status na Facebooku.

Członkinie Women in Motorcycling Commission (CFM)
fot. FIM

Jedną z kobiet zasługujących na wsparcie, uwagę i popularyzację jest niewątpliwie Elena Myers, pierwsza kobieta w historii, która wygrała profesjonalny wyścig motocyklowy. Jej kariera zaczęła się, gdy miała zaledwie 13 lat. Wielki sukces przyszedł w marcu 2012 roku wraz z Supersport Race 2 na torze Daytona. Obecnie, mając zaledwie 19 lat, Elena zapewniła sobie wieloletni kontrakt, dzięki któremu wystartuje w AMA GoPro Daytona SportBike Series. Elena dosiądzie nowego Triumpha Daytona 675R.

Elena Myers
fot. ElenaMyers.com

„Bardzo się cieszę, że stałam się częścią rodziny Triumpha. Ze wszystkimi pracuje mi się znakomicie. A dla samego motocykla wprost nie mam wystarczających słów uznania! Nie mogę się doczekać, by dalej rozwijać swoją maszynę i osiągnąć wraz z nią podium” – powiedziała promiennie młodziutka zawodniczka.

Osiągnięcia Myers można śledzić na jej profilu na Facebooku, na Twitterze i oficjalnej stronie ElenaMyers.com.

Najnowsze