Edyta Wrucha

Motocyklem "Dalej się nie da"? Wywiad z Joanną Sobkowską

08 grudnia 2014
1
24
W 80. rocznicę motocyklowej wyprawy Stanisława i Haliny Bujakowskich z Drusennik do Szanghaju, podobną trasę pokonali Asia Sobkowska i Daniel Skibiński. Pierwsza para, na motocyklu B.S.A. z bocznym wózkiem, borykała się z wieloma problemami, wielokrotnie ryzykując życiem! A jak wygląda taka podróż w dniu dzisiejszym? O tym opowiedziała nam Asia.

Jak zetknęliście się z książką "Mój chłopiec, motor i ja"? Czy ta lektura od razu zainspirowała Was do powtórzenia wyczynu Haliny i Stanisława Bujakowskich?
- Książkę wygraliśmy w konkursie przy okazji spotkania z podróżnikiem - Romualdem Koperskim w Poznaniu. Nie spodziewaliśmy się, że będzie miała na nas taki wpływ! Przeczytaliśmy ją (najpierw ja, później Daniel) i rozmawialiśmy o niej sporo, ale tylko w kontekście niesamowitego wyczynu sprzed lat. Pomysł na powtórzenie trasy Bujakowskich zrodził się parę miesięcy później, na wyjeździe motocyklowym w Alpy. Skojarzyliśmy, że daty - 1934 i 2014 dają 80-tą rocznicę i stwierdziliśmy, że to idealne przesłanki do powtórzenia podróży.

Jak się przygotowywaliście do tej wyprawy - w teorii i praktyce?
- Przygotowywaliśmy się dość długo, bo od początku wiedzieliśmy, że na dojazd do Szanghaju z własnych środków nas nie stać. Zaczęliśmy więc od stworzenia "finansowego planu marzeń" i znalezienia firm, które mogłyby się zainteresować takim tematem. Wysłaliśmy setki maili, wykonaliśmy mnóstwo telefonów, odbyliśmy kilka obiecujących spotkań, ale niestety wsparcia finansowego nie udało się zdobyć. Kiedy wiedzieliśmy już, że trasę trzeba skrócić - zaczęły się prawdziwie ciekawe i konkretne przygotowania, czyli: ustalenie ile mamy czasu, dokąd możemy dojechać, jak trzeba przygotować motocykle, skąd wziąć nawigację na Kazachstan i Kirgistan, jakie wizy zdobyć? Sama przyjemność takie zadania! Zwłaszcza grzebanie przy motocyklach w warsztacie Cerbola - w sumie paręnaście godzin spędzonych na rozkręcaniu gaźników, próbie wymiany dętek, czy eliminowaniu luzów zaworowych. To nauczyło nas odpowiedniego i spokojnego podejścia do ewentualnych awarii po drodze. Bo przecież, prawie wszystko da się naprawić...   

A sami wymagaliście fizycznego przygotowania?
- W sezonie 2014 tak nam pogoda sprzyjała, że na motocyklach jeździliśmy właściwie od lutego. Byliśmy też na kilku kursach doskonalenia techniki jazdy (szkoleniamotocyklowe.pl - dziękujemy!), które wyposażyły nas w wiedzę przydatną, zarówno na szosie wśród rozpędzonych kazachskich Kamazów, jak na szutrowych i kamienistych odcinkach. Nad resztą kondycji pracujemy na co dzień, czyli: wspinamy się, biegamy, pływamy, jeździmy rowerami...

 Musieliście pojechać i utrzymać się "za swoje", jak Hala i Stach?
- Właściwie za swoje, ale sponsorzy też się trafili. Nie dostaliśmy porządnego kopniaka finansowego, aby móc przejechać Birmę czy Chiny, ale wsparcie w postaci przygotowania motocykli (Cerbol.com), szkoleń motocyklowych (szkoleniamotocyklowe.pl), wyposażenia turystycznego (Decathlon, Zalando), ogromnych zniżek na zakup ciuchów i akcesoriów (Motorismo) czy komunikatorów (Kontel) - było dla nas bardzo ważne i jesteśmy bardzo wdzięczni. Dzięki temu mieliśmy więcej w portfelu, by mieć na benzynę i móc dojechać dalej!

Jak Wasz pomysł został przyjęty wśród rodziny, przyjaciół?
- Nie mogło być inaczej - wszyscy przyklasnęli naszemu pomysłowi. No może na początku podchodzili z lekkim niedowierzaniem, ale trudno się dziwić, skoro sami nie wiedzieliśmy na ile uda nam się plan zrealizować. Jednak w miarę postępu w przygotowaniach, zyskiwaliśmy coraz większe poparcie. Pewnie nieraz zanudzaliśmy na śmierć naszych rodziców czy znajomych, bo nie potrafiliśmy rozmawiać o niczym innym, tylko motocykl, motocykl, motocykl i… Szanghaj! (śmiech)

Bohaterowie książki często byli w sporych tarapatach przez warunki pogodowe i bardzo trudny, nieprzejezdny teren. Czy czasem wydawało się Wam, że też jesteście w takiej sytuacji bez wyjścia?

- W pierwszej chwili chciałam odpowiedzieć, że tak - byliśmy. Ale na pewno nie w takim stopniu, jak Hala i Stach! Nie ma co porównywać ani pod względem przejezdności dróg, ani częstotliwości spotykania ludzi, a tym bardziej pod względem wyposażenia w sprzęt turystyczno - nawigacyjny. Oczywiście mieliśmy kilka chwil zwątpienia i strachu, zwłaszcza przy przejeżdżaniu przez północne pasmo Tien-Shanu w Kirgistanie. Znaleźliśmy się na wyboistej i coraz węższej drodze w centrum wysokich, suchych gór, bez żadnych znaków czy szlaków oczywiście. Mapa mówiła, że do najbliższej wioski mamy 30km, a nawigacja - 130km. Benzyny w baku było mało, żar lał się z nieba i jechaliśmy z prędkością max 20km/h. I wtedy zerwała mi się linka sprzęgła... Wspomina się naprawdę miło, ale wtedy trochę grozy w sercu było! Oczywiście linkę sprzęgła udało się naprawić i tuż przed zachodem słońca dojechaliśmy, po jakichś 80 km do wioski - czyli ani mapa, ani nawigacja nie miały racji (śmiech).

Przydało się wcześniejsze przygotowanie z przeprowadzania napraw? Jak z trudami wyprawy poradziły sobie Wasze motocykle?

- Zdecydowanie tak, lekcje w warsztacie motocyklowym nauczyły nas wiele. Nie chodziło o to, że nauczyliśmy się konkretnie naprawy prędkościomierza czy wymiany napędu. To było coś znaczenie więcej - świadomość, że motocykl to nie jest niedostępna i tajemnicza maszyna tylko urządzenie, w którym większość części można rozkręcić, wykręcić, rozłożyć i naprawić choćby "domowym" sposobem. Motocykle odmawiały nam czasem posłuszeństwa i wtedy ze spokojem zabieraliśmy się do roboty. Awarie na szczęście były dość drobne, np. linka sprzęgła wymieniana była w niebieskiej maszynie z 10 razy (przecierała się przy samej klamce) i w końcu do Polski dojechałam na lince z samochodu Audi 100! Z kolei Daniela motocykl czasem gasł sobie bez większego powodu - początkowo serca dość mocno nam zabiły, bo paliwo przecież jest, nic nie trzasnęło, walnęło, ani nie puściło dymu. Po prostu gasł. Przyszło nam do głowy, żeby sprawdzić akumulator i okazało się, że po przyklejeniu go taśmą klejącą (żeby głębiej "siedział"), wszystko było git.     

Jak dałaś sobie radę kondycyjnie w trasie? A co najbardziej dało Ci w kość psychicznie?
- Na szczęście dałam radę i niewiele miałam powodów do narzekania podczas podróży. Od wielu lat jeżdżę na motocyklu, wcześniej miałam Yamahę Virago. Wydawałoby się, że to motocykl o dużo przyjemniejszej i wygodniejszej pozycji, a jednak na „Viraszce” miałam problem z bólem pleców. Przy Dominatorze taki problem przestał istnieć.

Jedną z bardziej męczących rzeczy była jazda przy silnym bocznym wietrze, szczególnie uciążliwa w Rosji - na wielokilometrowej szosie wzdłuż Morza Kaspijskiego. Niestety samego błękitu wody z drogi nie widać, za to silne podmuchy przypominały o niewielkiej odległości od morza. Najbardziej w kość dostaje wtedy kark, który musi utrzymać w pionie moją, małą główkę z wielkim (jak się wtedy wydaje) i zupełnie nieopływowym kaskiem. Niezłym wyzwaniem przy takiej aurze jest wyprzedzanie lub choćby mijanie się z tirami - na sekundę wiatr zupełnie zamiera, więc motocykl kładzie się na jedną stronę, by po chwili wyjechać zza przyczepy, gdzie znów kładzie go na drugą stronę.

 

Halina odsyłała sukienki, Stanisław – frak, które niepotrzebnie wzięli w podróż, a tęsknili za futrem w zimne dni i noce. Czego Wy wzięliście za dużo, a czego żałowaliście, że nie spakowaliście?

- To ciekawe, ale spakowaliśmy się prawie idealnie. Pewnie wynika to z przyzwyczajenia do wyjazdów z plecakiem i namiotem, właściwie od dziecka. Wiadomo, że pakunki muszą być jak najlżejsze i wiadomo, co jest niezbędne np. niezbędnik (śmiech). Nie wzięliśmy koszul flanelowych i trochę za nimi tęskniliśmy, bo na ciepły wieczór pełen komarów, byłyby na pewno bardzo przydatne (softshelle jakoś też dały radę). A standardowo - zbyt dużo mieliśmy chińskich zupek "na czarną godzinę". Nie wykorzystaliśmy ani jednej! O, i wiozłam ze sobą puszkę z jakimś węgierskim, obleśnym gulaszem - też miał być awaryjnie, ale na szczęście nie musieliśmy tego otwierać!

Czy trafialiście w miejsca całkiem dzikie? Halina i Stach mijali wiele takich miejsc, martwili się też, że wkrótce i tam dotrze cywilizacja.

- Ponieważ jechaliśmy, jednak inną trasą niż Bujakowscy, nie umiem ocenić większości miejsc opisywanych przez Halinę w Iranie, Pakistanie czy Birmie. Ale udało nam się dotrzeć w przepiękne miejsca, gdzie cywilizacja dociera w zupełnie innym wymiarze, niż my ją postrzegamy. Myślę np. o Kazachstanie, gdzie oprócz kilku wielkich miast, gdzie życie zbliżone jest do "zachodniego", spotyka się wsie, mieściny i osady zupełnie odmienne od naszego wyobrażenia. Domy wyglądają jak lepianki, wszystkie są parterowe, najczęściej z niebieskimi dachami. Często są porozrzucane w dość chaotyczny sposób, panuje jakiś wszechobecny nieład, nic nie jest równe - ani drogi, ani ściany budynków. A ludzie żyją spokojnie, spełniając jedynie swoje podstawowe potrzeby. Jedzą proste potrawy bez wykwintnych dodatków (w sklepach trudno dostać, choćby cytryny), rzadko mają dostęp do wody bieżącej, a za ubikacje służą wychodki. Ale super płaskie telewizory z super modnymi serialami - są wszechobecne! Telefon komórkowy ma prawie każdy, nawet pasterz spotkany na dzikich zboczach Gór Kirgiskich. Prawdopodobnie też dostęp do sieci, nie jest czymś zupełnie obcym.

Halina martwiła się o postęp cywilizacji także w Turcji w regionie centralno - wschodnim. Pisała, że zapewne za parę lat pojawią się tam kampingi, hotele, restauracje, a farmerzy tureccy, niczym nie będą różnili się od niemieckich. Na szczęście tak się nie stało! Wystarczy wyjechać kawałek na wschód poza Stambuł i omijać wielkie miasta typu Ankara czy Izmir. Wtedy można nacieszyć się piękną, spokojną i niecywilizowaną (w dobrym tego słowa znaczeniu) Turcją. Ludzie są otwarci i serdeczni, mocno związani ze swoją tradycją i kulturą.

I co ważne - nasze motocykle i nasz wyjazd, który nie jest przecież czymś niezwykłym z dzisiejszego punktu widzenia, robiły ogromne wrażenie, i na dzieciakach, i na dorosłych. To też świadczy o zupełnie innej świadomości i poziomie życia we wschodnich krainach. Zastanawialiśmy się, czy to, że u nas mamy tyle możliwości spędzania wolnego czasu, oddawania się różnym przyjemnościom, uprawiania sportów i posiadania hobby - jest też świadectwem postępu cywilizacyjnego?            

Były jakieś spotkania z egzotycznymi zwierzętami czy chorobami? Bo jedno i drugie ubarwiało tą podroż, 80 lat wcześniej.

- Przez cały wyjazd bałam się bliskiego spotkania z wężami. A z drugiej strony w głębi duszy miałam nadzieję, że w końcu na jakiegoś natrafię i się może nawet z nim zaprzyjaźnię (śmiech). Ale nie udało się. Widziałam ich sporo i różnych wielkości - rozjechanych bądź prawie rozjechanych na szosie. Dużo fajniej było z wielbłądami. Pierwsze stado spotkaliśmy, tuż po przekroczeniu kazachskiej granicy i ciekawe, że mimo podobnego klimatu w Rosji (wybrzeże Morza Kaspijskiego) nie trafiliśmy na ani jednego. To super zwierzaki, wielkie i spokojne, jedzą sobie tą suszoną zieleninę, włażą pod koła samochodów bez żadnego zażenowania, a na motocykle patrzą z ogromnym zdumieniem, aż oczy im na wierzch wyłażą (śmiech). Często odprowadzały nas wzrokiem i machały do nas ogonami, mając przy tym całkiem głupie wyrazy „twarzy”, są naprawdę przeurocze.

Czy problemy z przekraczaniem granic krajów są w tych czasach mniejsze?
- Niestety problemy są nadal i to całkiem spore. Planowaliśmy początkowo dokładne powtórzenie trasy sprzed 80 lat, co wiązałoby się z przejazdem m.in. przez Iran, Pakistan, Indie, Birmę i Chiny. O ile same wizy można sobie wyrobić na każdy z tych krajów, to koszty związane z przejazdem motocyklem przez kolejne granice są niebotyczne! Zwłaszcza problematyczny jest wjazd do Birmy i Chin, gdzie należy zdać chińskie prawo jazdy, przerejestrować motocykl i jeździć tylko wyznaczoną trasą z pilnującym przewodnikiem.

Ostatecznie do granicy chińskiej dojechaliśmy zupełnie inną trasą - z Turcji odbiliśmy na północ i przez Gruzję, Rosję i Kazachstan dojechaliśmy do Kirgistanu. Przy takiej, dużo prostszej organizacyjnie trasie, przekraczanie granic nie stanowiło problemów. Baliśmy się o przejście gruzińsko - rosyjskie (w Kazbegi, Kaukaz), ponieważ pojawiały się informacje, że bywa ono nieczynne z powodu lawin błotnych i śnieżnych. No i trafiliśmy idealnie - przejście zostało otwarte w nocy przed naszym przyjazdem, a wcześniej przez 10 dni było nieczynne!   

Gdzie byliście najżyczliwiej przyjęci i czy zdarzały się, też wrogie reakcje ludzi wobec Was?
- Najbardziej zaskoczeni byliśmy gościnnością turecką, której w ogóle się nie spodziewaliśmy. Trudno było zabić w sobie nieufność, która wynikała, chyba ze stereotypowego nastawienia. Naprawdę warto ich poznać, możemy się od nich wiele nauczyć, np. Turek poproszony o pomoc nigdy nie odmówi i zrobi wszystko, by znaleźć rozwiązanie. A im dalej na wschód, tym szerzej otwarte były serca ludzi.

Wrogie reakcje? Zdecydowanie nie. Wręcz odwrotnie - my się denerwowaliśmy i parę razy podnieśliśmy głos, a Kazachowie czy Kirgizi tylko patrzyli na nas ze zdumieniem… Chyba nie rozumieją takiej złości, mają zbyt dużo spokoju w sobie (śmiech).

Jak Hala i Stach spotykaliście po drodze jakiś Polaków? Podróżujących czy też mieszkających tam na stałe?
- Niestety przez całą podróż nie trafiliśmy na rodaków, aż dziwne. Nawet w Gruzji nas to ominęło, mimo że w Polsce to coraz bardziej popularny kierunek podróży. Spotkaliśmy natomiast m.in.: Słowaka, który na swojej Jawie z 1961r. pokonuje co roku ok 10.000 km; Koreańczyka, który był w podróży z Seulu przez Rosję i Kazachstan - do Hiszpanii na GS1200; Rosjanina, który po 2-tygodniowym urlopie na motocyklu wrócił do pracy i stwierdził "a, co mi tam, jadę jeszcze raz" i po 4 dniach ruszył znów w trasę na GS1200 i Niemca, który wybrał się w rowerową podróż z Europy do Iranu, Iraku, a może i dalej... Mają ludzie fantazję!   

Paliwa w tych czasach pod dostatkiem? Halina i Stach dość często pchali motocykl…

- Pchać na szczęście nie musieliśmy, ale począwszy od Rosji, na każdej stacji benzynowej pytaliśmy się o odległość do następnej i w razie potrzeby napełnialiśmy kanistry. Często tankowaliśmy też w wioskach, bezpośrednio od ludzi z jakichś plastikowych butelek, 80-oktanówkę. Zresztą, czasem na samej stacji okazywało się, że "zapravka nie robotaje" (stacja nieczynna). Wtedy pytaliśmy - "ale to benzinu ni ma?" i słyszeliśmy: "aaaaa, benzinu! Benzinu to jest, da da!".

Czy romantyczne wyobrażenie o podróżowaniu miało swoje zderzenie z rzeczywistością?
- Myślę, że największym zderzeniem z rzeczywistością był dla mnie moment, kiedy przekonaliśmy się, że nie uda nam się podróż do Birmy czy Chin, a musimy "zadowolić się" Kirgistanem. To nie była już dla mnie taka egzotyka, wiedziałam, że sporo ludzi (kobiet też) taką trasę przejechało i nie czułam takiej niezwykłości, jaka byłaby przy tych nieznanych, i niedostępnych krajach.

Ale samo podróżowanie motocyklem jest zdecydowanie przyjemnością, nie do zastąpienia! Porównanie oczekiwań do efektów - wypadło zdecydowanie na plus dla efektów! Bałam się, że po paru dniach jazdy bez przerwy będę czuła nudę i zmęczenie. Nie spodziewałam się, że można jechać codziennie przez tydzień, dwa, trzy, ponad miesiąc i każdego dnia odkrywać inny świat, być wciąż w drodze i we wszechogarniającym zachwycie nad niespotykaną przyrodą - pastelowymi kanionami w Turcji, zielonym i groźnym Kaukazem, wietrznym stepem rosyjskim, ogromnymi przestrzeniami kazachskimi (z orłami odlatującymi spod kół) i wreszcie Tien-Shan w Kirgistanie. Tego nie można sobie wymarzyć, to trzeba przeżyć! 

Więcej o współczesnej wyprawie Asi i Daniela dowiecie się ze strony dalejsienieda.com , a książkę Haliny Korolec-Bujakowskiej "Mój Chłopiec, Motor i Ja" (2011) można jeszcze zakupić w księgarniach. Gorąco polecamy wszystkim Mikołajom!

 

    Komentarze

    Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!