Marisa Miller reklamuje Buicka

14 maja premiera nowego filmu reklamowego Buicka Enclave. W głównej roli supermodelka Marisa Miller.

To nie pierwszy raz, kiedy Buick stawia na celebrytów. Samochody tej marki reklamowali już koszykarz Shaquille O’Neal i aktor Ving Rhames. Zadaniem pięknowłosej Marisy natomiast będzie podkreślanie równowagi, jaką w nowym Buicku mają inteligentne systemy i piękny wygląd. Czyli – w tym przypadku nie zawiedziesz się, oceniając książkę po okładce.

Buick Enclave 2013
fot. Buick

Nowy Enclave miał swoją premierę w zeszłym miesiącu na nowojorskim Auto Show. Ma nowe tylne i przednie lampy (oczywiście LED), nowy, pokryty ciemnym chromem grill i bardziej nowoczesne wnętrze. Lifting ma sprawić, że Buick trafi w upodobania młodszej klienteli. Pod maską natomiast bez zmian: silnik V6 o pojemności 3.6 litra i mocy około 280 KM, współpracujący z automatyczną skrzynią biegów o sześciu przełożeniach. Podobnie jak jego poprzednicy, będzie miał napęd albo na cztery koła, albo tylko na przednią oś. Na rynek trafi prawdopodobnie już tej jesieni.

Ale jak twierdzi Marisa – w pamięć zapada głównie dlatego, że świetnie wygląda…

Najnowsze

Zoë Bell: kobieta dynamit

Wykonują skomplikowane ewolucje, zastępują gwiazdy za kierownicą podczas ryzykownych manewrów, są w swoim żywiole i na siodełku motocykla, i na koniu. Kaskaderki narażają życie i zdrowie w hollywoodzkich produkcjach, ale mało która jest znana z nazwiska, nie mówiąc już o twarzy. Jest jeden wyjątek – Zoë Bell.

Zoë w wersji eleganckiej
fot. zimbo.com

33-letnia obecnie Zoë Bell przyszła na świat w Nowej Zelandii i dorastała w Auckland. Rodzina zwyczajna, nic szczególnego – mama pielęgniarka, ojciec lekarz, nieco młodszy brat Jake. Trudno powiedzieć, skąd w Zoë wzięła się ta nienasycona żądza przygód.

Jako mała dziewczynka brała udział w zawodach gimnastycznych, jako nastolatka zaczęła zgłębiać sztukę taekwondo, wspinaczki wysokogórskiej, nurkowania (również bez sprzętu) i tańca. Szybko nauczyła się również popisowo jeździć na motocyklu.

W 1992 roku nadszedł przełom. Właściwie zupełnym przypadkiem – na planie telenoweli „Shortland Street” doszło do wypadku, jeden z kaskaderów doznał urazu głowy. Tak się złożyło, że pierwszej pomocy udzielił mu ojciec Zoë i to on zaproponował córce, by zgłosiła się na plan. Jej pierwszym zadaniem w filmowej karierze był brawurowy wyskok z pędzącego auta.

Zoë trafiła na plan dwóch seriali: „Herkulesa” i „Xeny: wojowniczej księżniczki”. W czwartym sezonie drugiego z nich była już pełnoprawną dublerką Lucy Lawless. Nie zrezygnowała z pracy nawet po urazie kręgosłupa.

Kiedy minęły czasy „Xeny”, imała się różnych zajęć, pracowała dla telewizji, zagrała kilka niewielkich rólek aktorskich, w międzyczasie pogłębiając doświadczenia i rozszerzając swoje umiejętności, zwłaszcza w zakresie sztuk walki.

A potem nadszedł czas „Kill Billa”.

Początkowo Zoë miała jedynie wcielić się w rolę „dziewczynki do bicia”, jednak reżyser, Quentin Tarantino, szybko dostrzegł jej potencjał i zatrudnił w charakterze pełnoprawnej dublerki Umy Thurman. Zoë zastępowała Umę na motocyklu, wspierała ją podczas kręcenia scen rozprawiania się z yakuzą i na szkoleniu u Hattori Hanzo. Pod koniec zdjęć do pierwszej części skomplikowane złamanie żeber sprawiło, że Zoë na wylądowała w szpitalu.  

Zoë w wersji sponiewieranej
fot. moviesblog.mtov.com

Quentin Tarantino, znany ze swojej słabości do oryginalnych i niezależnych kobiet, był nią absolutnie zachwycony. W rezultacie zaproponował jej jedną z głównych ról aktorskich w „Grindhouse: Death Proof”. Zoë zagrała właściwie samą siebie (kaskaderkę o imieniu Zoë), a w pamięci zachwyconych kinomanów pozostała sekwencja jej ewolucji na masce Dodge’a Challengera z 1970 roku.

Od tego czasu nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Co więcej, rozwija swoje ambicje aktorskie. A przy tym wszystkim ma niesamowicie dużo wdzięku. Dziewczyna idealna, można by rzec – najpierw skopie ci tyłek, a potem słodko się uśmiechnie.

Wystarczy obejrzeć poniższy montaż, żeby się przekonać, że ta kobieta to istny dynamit… i nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

 

 

Najnowsze

Tłok w aucie ryzykowny dla nastoletnich kierowców

Wedle najnowszych badań, zagrożenie wypadkiem dla młodych kierowców znacząco wzrasta, jeżeli w samochodzie towarzyszą im inni młodzi ludzie.

Badanie zostało przeprowadzone przez AAA Foundation for Traffic Safety. Wynika z niego, że ryzyko śmierci w wypadku dla kierowców poniżej 18 roku życia wzrasta z każdym kolejnym rówieśnikiem w aucie. Niebezpieczeństwo, jak twierdzą statystyki, może wzrosnąć nawet czterokrotnie.

Nastolatek za kółkiem potrzebuje wsparcia doświadczonego kierowcy
fot. tispol.org

Zagrożenie znacząco spada, jeżeli w samochodzie, oprócz młodocianego kierowcy, znajduje się któreś z rodziców bądź przynajmniej osoba powyżej 35 roku życia. Autorzy badania zwracają uwagę na czytelny sygnał, jaki wypływa z tego dla rodzin młodych kierowców. Sugerują, by rodzice zniechęcali nastolatka do jeżdżenia w zatłoczonym aucie, rozmawiali o tym z rodzicami jego kolegów i zadbali o wyrobienie w swojej latorośli właściwych nawyków i odpowiedzialności na drodze.

Najnowsze

Samochodowy chłopak czy dziewczyna, czyli płeć auta

Nie wszyscy kierowcy mają tendencję do nazywania swoich samochodów czułymi imionami. Zazwyczaj jednak ci, którzy tak czynią, doskonale wiedzą, jakiej ich pojazd jest płci. Co czyni samochód kobietą, a co mężczyzną...?

Mój osobisty Opel jest Płotką, na cześć wierzchowca wiedźmina Geralta, i niewątpliwie jest kobietą. Kokieteryjną i samodzielną, ponieważ marudzi przy drobiazgach, ale jednak w razie potrzeby przebije się przez każdą zaspę i leśne ostępy. W rodzinie przewinęły się też dwa Fordy, przy czym Fiesta była subtelną damą w średnim wieku, a Scorpio – potężnym, zwalistym i ciężkim agresorem. Trzeba go było nakłaniać do działania, ale kiedy już ruszył, taranował wszystko na swojej drodze.

Płotka – stuprocentowa kobieta
fot. Karolina Chymkowska

Co determinuje płeć auta? Czasami oczywiste skojarzenia, jak nazwa modelu (choć niekoniecznie marki) albo tablica rejestracyjna. Użytkowniczka ruthtooth, której wypowiedź znalazłam na jednej ze stron internetowych, nazwała swojego Nissana Maxima po prostu „Max”. Inna, identyfikująca się jako Amelia7410, kierowała się rejestracją: numer zaczynał się od WGG, więc nazwała swój samochód Gi-Gi. Wiadomo, że Max jest facetem, a Gi-Gi kobietą. I żadna z użytkowniczek nie ma co do tego wątpliwości.

Ale czasami to nie jest wcale tak przejrzyste. Użytkownik megadriver swojego Mercedesa C class nazwał Merry. Merry jednak, nieco wbrew imieniu, w opinii właściciela jest stuprocentową kobietą:

„Delikatną, elegancką, zwinną, czasami trochę bezradną… zwłaszcza na śniegu” – pisze megadriver.

ThomasC twierdzi, że nie dostrzega w swoim samochodzie wystarczająco wielu cech macho, by uznać go za mężczyznę. Z kolei dla ShirlW jej Ford Explorer o imieniu Buddy jest najlepszym przyjacielem – lojalnym i łatwym w obsłudze. Najbardziej zaskakująca była chyba jednak wypowiedź niejakiego ToTheBrimm. Jego Harley Sportster jest dziewczynką. Co prawda o chłopięcym sposobie bycia, ale zawsze.

Większość pytanych w temacie ma pewien problem z uzasadnieniem swojej opinii. Odpowiedź wydaje im się po prostu oczywista. Ich samochód to kobieta/mężczyzna i już. Tak po prostu jest, a z faktami się nie dyskutuje…

Najnowsze

„Piekło Dakaru”, czyli o obsesji Krzysztofa Hołowczyca

Dakar to najcięższy rajd samochodowy na świecie. Krzysztof Hołowczyc w książce „Piekło Dakaru” pisze, jak bardzo momentami go nienawidził. I jak bardzo w gruncie rzeczy kochał.

fot. biuro prasowe Krzysztofa Hołowczyca

„Piekło Dakaru” to opowieść o zmaganiach – z techniką, z pustynią, z własnymi emocjami i słabościami. Historia o tym, jak boli, jak jest trudno i ciężko, i jak bardzo chce się zwyciężyć. Krzysztof Hołowczyc dobrze o tym wie – na starcie stawał już ośmiokrotnie, a jego życiową ambicją jest zwycięstwo.

Wysłuchania tej historii podjął się Julian Obrocki, dziennikarz motoryzacyjny, który sam jest również pilotem rajdowym. W 1988 stanął na mecie Dakaru w ciężarówce Star.

Dakar to potężna impreza i wielki biznes. Przebieg rajdu śledzą w mediach miliony widzów. O prestiż i pieniądze rywalizują teamy fabryczne największych marek motoryzacyjnych. A kierowcy? Co roku jest ich blisko tysiąc. Tracą zdrowie, nerwy i marzenia, mierząc się, tak jak niegdyś z Saharą, z pustynią Atacama i Andami. Większość odpada, pokonana przez zmęczenie albo usterki pojazdu. Zazwyczaj jednak za rok wracają znowu. Miłość i szaleństwo często idą w parze.

Fragment książki:

Za kolejną górką nowość w tym Dakarze i niechybny koniec Sahary – przejazd przez całkiem poważną rzekę. Tu nie ma żartów, bo sprzęt mamy saharyjski, a nie błotno-przeprawowy. Przed rzeką stoimy chwileczkę, starannie wybierając miejsce, schładzamy hamulce, bo tarcze mogą w wodzie popękać i powolutku, żeby nie zrobić fali i nie zalać filtra powietrza, wjeżdżamy w wodę. Bacznie wypatruję krokodyli, chociaż duża ilość motocyklistów w rzece raczej wskazuje, że to niepotrzebna obawa. Nigdy tym autem nie jechałem przez wodę i nie znam jego talentów pływackich. Na szczęście dno jest w miarę twarde, nie grzęźniemy i bez sensacji osiągamy drugi brzeg. Radość, gaz do dechy i ciężkie ratowanie na najbliższym zakręcie. Mokre hamulce zupełnie nie zadziałały. Wstyd, w tej euforii o tym zapomniałem. Wreszcie meta odcinka – mamy 12. Czas.

Najnowsze