Lego zbudowało z Chevroletem prawdziwy Batmobil

Kolejna część przygód Batmana wchodzi do kin w połowie lutego, a tymczasem na potrzeby targów motoryzacyjnych w Detroit powstał pełnowymiarowy Batmobil wykonany z kilkuset tysięcy klocków Lego.

Tym razem Chevrolet i Lego zaskoczyli wszystkich. Zbudowano pojazd Batmana mierzący 2,1 metra wysokości, 5,1 metra długości oraz 2,81 metra szerokości, a to wszystko z klocków Lego. Wykorzystano ponad 344 tys. elementów, a całość waży łącznie 768 kg. 

Ekipa projektowała ten samochód przez 222 godziny, a następne 1833 godzin mozolnie składano klocek po klocku, żeby przeistoczył się w imponujące dzieło. Całość oparto na specjalnej ramie z aluminium ważącej prawie 130 kg. Dla przykładu jedna opona wykonana z klocków Lego waży 45 kg. 

Oprócz klocków na pokładzie pojawiła się prawdziwa elektronika. Batmobil wyposażono w system bezprzewodowej łączności obsługujący Apple CarPlay i Android Auto z wbudowanym modelem 4G LTE oraz Wi-Fi.

Samochód można obejrzeć na targach w Detroit, a po zakończeniu imprezy trafi na specjalną wystawę. Niestety, nie będzie można go kupić.

https://www.youtube.com/watch?v=Ezm-VUI4PpA

Najnowsze

Justin Bieber sprzedaje nietuzinkowe Ferrari

To nie lada gratka dla wszystkich majętnych fanek (lub fanów) kanadyjskiego piosenkarza. Już za kilka dni trafi pod młotek Ferrari 458 Italia należące do gwiazdy muzyki pop.

Justin Bieber często zmienia samochody. Jakiś czas temu nabył Ferrari 458 Italia, którym zajęła się ekipa West Coast Customs. Włoski supersamochód oklejono niebieską folią w charakterystycznym odcieniu, a nadwozie przyozdobiono kilkoma modyfikacjami. Do tego zainstalowano nowe felgi Forgiato i wysokiej klasy system audio.

Samochód trafił na listę aukcyjną BarretJackson w Scottsdale w Arizonie. Już 22 stycznia odbędzie się licytacja Ferrari wyprodukowanego w 2011 roku Na temat samego auta niewiadomo zbyt wiele, poza tym, kto był jego właścicielem. Samochód miał stłuczkę w Kalifornii, ale według dokumentacji doszło jedynie do uszkodzeń tylnej części nadwozia, a poduszki nie wystrzeliły.

Sześcioletnie Ferrari 458 Italia wyceniono na 150 tys. dolarów. Jednak ze względu na popularność byłego właściciela cena może poszybować w górę.

 

Najnowsze

Zapomniał gdzie zaparkował auto, zapłacił majątek

Problemy z pamięcią mogą sporo kosztować. Przekonał się o tym pewien mieszkaniec Szkocji, który pożyczył samochód od kolegi, żeby pojechać na koncert. Jego problemy rozpoczęły się tuż po występie.

Szkot wybrał się pożyczonym samochodem na koncert do Manchesteru. Pozostawił auto na jednym z parkingów wielopoziomowych i udał się na imprezę. Po koncercie postanowił wrócić do auta, ale wtedy zaczęły się problemy. Nie pamiętał, gdzie pozostawił samochód. 

Przez pięć dni poszukiwał zagubionego BMW, po czym zwrócił się o pomoc do służb mundurowych myśląc, że samochód został odholowany. Jednak słuch po samochodzie zaginął.

Dopiero po kilku miesiącach zgłosiła się do niego policja, a funkcjonariusze oznajmili, że samochód przez ten czas stał zaparkowany pod stadionem Etihad. Ucieszony kierowca czym prędzej udał się po odbiór samochodu, ale wtedy pojawił się kolejny problem.

Będzie musiał uiścić opłatę parkingową, która ze względu na długi okres postoju wynosi około 25 tys. zł. Z pewnością będzie to najdroższy bilet parkingowy w jego życiu, a jego znajomy drugi raz nie pożyczy samochodu.

https://www.youtube.com/watch?v=LYOoPHXi4Og

Najnowsze

Policyjne alkomaty bezużyteczne zimą?

Polska policja używa alkomatów, które nie powinny być wykorzystane przy temperaturze poniżej -5 stopni Celsjusza. Czy w takim przypadku pomiary mogą być uznawane za prawidłowe?

O całej sprawie poinformował kilka dni temu „Dziennik Gazeta Prawna”. Specyfikacja alkomatu Lion AlcoBlow informuje, że urządzenie pracuje prawidłowo w zakresie temperatur od -5 do +40 stopni Celsjusza. W takich warunkach sprzęt jest odporny na wszystkie zanieczyszczenia i pozwala na przeprowadzenie badania trzy sekundy po pobraniu próbki. Urządzenie jest zasilane czteroma bateriami typu AA, które pozwalają dokonać około 5 tys. pomiarów. Kalibracja powinna się odbywać co 12 miesięcy.

Alkomaty AlcoBlow są wyposażone w profesjonalny sensor elektrochemiczny, który pozwala szybko i precyzyjnie twierdzić czy w wydychanym powietrzu znajduje się alkohol. Urządzenie może pracować w trybie pasywnym i pozwala kontrolować osobę śpiącą lub nieprzytomną. W razie potrzeby można sprawdzić czy szklanka z napojem zawiera alkohol. Dlatego urządzenie jest często wykorzystywane do tzw. testów przesiewowych przy akcjach takich jak „trzeźwy poranek”. 

Jednak duży znak zapytania pojawia się w przypadku takich kontroli zimą, gdy temperatura na zewnątrz jest dużo niższa. W teorii oznacza to, że funkcjonariusze nie powinny korzystać z urządzenia na dworze, a badanie przeprowadzać np. w ogrzanym wnętrzu radiowozu.

Dużo zmiennych może pozwolić na podważenie badania alkomatem, ale w przypadku uzasadnionego podejrzenia jazdy pod wpływem alkoholu policjant może zabrać kierowcę na teren komisariatu, gdzie badanie zostanie potworzone w warunkach przewidzianych prze instrukcję.

Przypominamy, że dozwolone stężenie alkoholu we krwi wynosi do 0,2 promila. Kierowca, u którego stężenie alkoholu we krwi wynosi pomiędzy 0,2 a 0,5 promila, popełnia wykroczenie. Grozi za to utrata prawa jazdy na co najmniej 6 miesięcy (decyduje o tym sąd) i 5 tys. zł grzywny. W przypadku przekroczenia ponad 0,5 promila mamy do czynienia z przestępstwem. Kara za prowadzenie samochodu w takim stanie to grzywna oraz nawet dwa lata więzienia. Sąd obligatoryjnie orzeka wobec takiego kierowcy zakaz prowadzenia pojazdów od roku do dziesięciu lat.

Najnowsze

Pod Stopami Słońca: Marta Owczarek i Bartek Skowroński – relacja z motocyklowej podróży

"Dwudziestego pierwszego maja 2013 r upłynęło dokładnie 888 dni od zakończenia naszej podróży dookoła świata. Postanowiliśmy uczcić ten dzień wyruszając kolejny raz w drogę, gdyż pomimo usilnych prób powrotu do „normalnego” życia nie byliśmy w stanie dłużej wytrzymać za biurkiem" pisze dla Motocainy Marta. Oto jej relacja z niesamowitej podróży.

Odważyliśmy się „rzucić wszystko” jeszcze raz. Było to o wiele trudniejsze, niż za pierwszym razem, gdyż teraz dobrze wiedzieliśmy, jak trudny potrafi być powrót.

Naszym celem był Pamir. Jedna z teorii głosi, że nazwa Pamir wywodzi się ze staroperskiego Poy -e merh i oznacza Kraj u Stóp Słońca. Chcieliśmy dotrzeć aż do Afganistanu, a dokładnie Korytarza Wachańskiego: wąskiego pasa ziemi leżącego pomiędzy dzisiejszym Tadżykistanem a Pakistanem, którym u schyłku dziewiętnastego wieku rozgraniczono rosyjską i brytyjską strefę wpływów w Azji.

Jak się tam dostać? Nie chcieliśmy „teleportować się” przy użyciu samolotu. Taka podróż byłaby kompletnie wyrwana z kontekstu. Dlatego całą trasę z Polski przemierzyliśmy powoli, lądem, poznając dokładnie po drodze jeden z rejonów świata, który od dawna nas intrygował i stanowił wielki znak zapytania: przesyconą historią i legendami Azję Środkową, rubieże sowieckiego „Imperium”. Chcieliśmy spokojnie rejestrować i smakować wszystkie zachodzące zmiany, zrozumieć je i powiązać w całość. Dzięki temu rzeczywistość, jaką zastaliśmy u celu, ujrzeliśmy jako mniej lub bardziej logiczną konsekwencję tego, w co stopniowo zanurzaliśmy się z każdym przejechanym na wschód kilometrem.

Przy takim założeniu środek transportu, jaki wybraliśmy, może wydać się co najmniej zaskakujący. Wyruszyliśmy bowiem na dwóch motocyklach, a wiadomo, że co jak co, ale motocykle delikatnie mówiąc nie kojarzą się z leniwym przemieszczaniem. Jeśli jednak przyjrzeć się naszym „demonom prędkości”, wszystko staje się jasne. O ile jeszcze bartkowa Suzuki DR 650 znajduje jako takie uznanie w oczach amatorów dwóch kółek, o tyle Suzuki DR 200 Marty wywołuje ironiczny, wręcz graniczący z politowaniem uśmiech.

Po przejechaniu Litwy, Łotwy, Estonii i fińskiej Karelii wjeżdżamy do Rosji. Bocznymi, leśnymi drogami tajgi, mijając maleńkie wsie i podupadające choć wciąż urokliwe cerkwie, kierujemy się w stronę Uralu, gdzie przekraczamy granicę Europy i Azji. Tu dopada nas z pozoru niewinna rosyjska plaga: atak miliardów motyli zwanych baboczką. Jest ich tak wiele, jak byśmy przedzierali się przez burzę śnieżną. Nie jesteśmy w stanie poruszać się szybciej niż 20km/h, gdyż inaczej motylki roztrzaskują się o nas i tracimy widoczność. W takich warunkach przecinamy Ural najdalej wysuniętym na północ przejazdem, nieopodal wsi o nazwie Kytłym.

Od tego momentu odbijamy na południe, w stronę Kazachstanu.  Docieramy nad wyschnięte Morze Aralskie i przekonujemy się, jak tragiczne mogą być skutki sowieckiego eksperymentu rolniczego. W Kazachstanie po cichu przedostajemy się z pomocą rosyjskich inżynierów na teren zamkniętego „gwiezdnego miasta” Bajkonuru, skąd startują promy kosmiczne.

Kolejny kraj na naszej trasie to Kirgistan, gdzie wjeżdżamy nareszcie w wysokie góry. Szukamy zapomnianych przejazdów i zagubionych dolin, ścigamy się z końmi, przyglądamy się życiu jednych z ostatnich nomadów, a Bartek o mały włos nie porywa panny młodej. Dowiadujemy się również, dlaczego Kirgizi nienawidzą się z Uzbekami, słuchamy opowieści o krwawych rozruchach, jakie ogarnęły kraj po rozpadzie ZSRR.

W końcu wjeżdżamy do Tadżykistanu i Pamiru. Znaleźliśmy się „Pod Stopami Słońca” To najpiękniejszy zakątek byłego Związku Radzieckiego, jaki zobaczyliśmy. Ale jednocześnie najuboższy, a do tego to właśnie tu miała miejsce jedna z najkrwawszych wojen domowych, jakie wybuchły po rozpadzie ZSRR. Jesteśmy też świadkami zaanektowania części terytorium Pamiru przez chińskie wojsko.

W Tadżykistanie udaje nam się zdobyć afgańską wizę i pozwolenia motocyklowe. Mimo to granica jest zamknięta – oficjalnie z powodu epidemii cholery. Po wielu dniach oczekiwania wjeżdżamy wreszcie do Korytarza Wachańskiego. Afganistan brzmi groźnie – ale Korytarz Wachański to zakątek tak odcięty od reszty świata, że nie dotarły tu nawet działania wojenne. Lecz to, co ujrzeliśmy, zaparło nam dech. To miejsce, gdzie czas zatrzymał się sto lat temu – bo od czasu stworzenia Korytarza życie w zasadzie nie uległo tu zmianie. To nie tylko podróż na koniec świata, to przede wszystkim podróż w czasie.

Od tego momentu zaczynamy wracać. Wcześniej jednak odwiedzamy policyjny Uzbekistan a następnie Turkmenistan, straszno-śmieszną despotię, gdzie nazwy miesięcy ponazywano imionami rodziny prezydenta a ludzie zostali zmuszeni do czczenia napisanej przez swego przywódcę świętej księgi, po przeczytaniu której idzie się prosto do nieba. Tu stajemy u Bram Piekła – ogromnego ziejącego ogniem krateru powstałego na skutek eksplozji przy próbach odwiertu. 

Podróż po Azji Środkowej dobiega końca. Jednak jeszcze nie wracamy do domu. Zanim to się stanie, przejeżdżamy zaskakujący Iran, który okazał się być zaprzeczeniem wszystkiego, co się o nim mówi w mediach. Potem zwariowana zima na Półwyspie Arabskim, lecz to już inna opowieść.

Gdy pod koniec lutego szykujemy się wreszcie do przepłynięcia razem z motocyklami na Czarny Ląd, nagle odkrywamy, że… wkrótce będzie nas więcej. W tej sytuacji postanawiamy przyjechać na trochę do Polski. Tym razem wiemy, że to nie powrót, a tylko wyjątkowa przerwa w podróży.

Najnowsze