Kolumna prezydencka pędziła bez zatrzymania przez przejazd kolejowy

Amatorskie nagranie pokazujące jak kolumna prezydencka omija stojące przed przejazdem kolejowym auta i na pewniaka przejeżdża przez tory, wywołało niemałą burzę w internecie. I jeszcze ten policjant machający lizakiem na wypadek, gdyby nadjeżdżał pociąg. Oto jak było naprawdę.

Na nagraniu widzimy jak kolumna prezydenta Dudy, prowadzona przez oznakowane radiowozy, przejeżdża przez tory kolejowe. Bez zatrzymania, upewnienia się, że nic nie nadjeżdża, za to omijając sznur samochodów, czekających przed przejazdem.

Internauci szybko zlokalizowali miejsce – to jedna z ulic w Brzesku. Natomiast tory, które widzimy na nagraniu, są od lat wyłączone z użytkowania. Prawdopodobnie policjanci prowadzący kolumnę wiedzieli o tym, że nic po tych torach nie jeździ i nie muszą się obawiać żadnego zagrożenia.

A o co chodzi z policjantem z drugiego radiowozu, który wygląda jakby lizakiem chciał zatrzymać nieistniejący pociąg? Przyglądnijcie się uważnie. Funkcjonariusz macha przez cały czas, nakazując kierowcom pozostanie w miejscu.

Wokół przejazdów rządowych, nie tylko prezydenta Dudy, narosło wiele kontrowersji. Nie pomaga w tym też reputacja Służby Ochrony Państwa (dawny BOR), która wielokrotnie doprowadzała do wypadków i kolizji. Jednak w tym konkretnym przypadku raczej trudno mówić o jakiejś sensacji.

Najnowsze

Kamila Nawotnik

Test Ford Focus ST 2.3 EcoBoost 280 KM – spełniona obietnica wrażeń

Powiedzmy to jasno, już na wstępie - Ford Focus Mk3 RS jest niemal doskonały. Nie wiadomo, jaka przyszłość czeka najbardziej charakterny i sportowy wariant modelu, ale dopóki na rynku nie zawita nowa odsłona wściekłego hothatcha, mamy coś, co osłodzi wszystkim czas oczekiwania. Sprawdziłyśmy, na co stać jego łagodniejszego brata – Focusa ST 4. generacji.

Pomarańczowy lakier Orange Fury, wymagający dopłaty 5000 zł., jest wart absolutnie każdej złotówki. To jeden z najpiękniejszych odcieni, jakie są dostępne na rynku motoryzacyjnym, a Focusowi pasuje wyjątkowo. Tak jak ST, ewoluował w czasie. W poprzedniej generacji kierowcę uwodziło wściekło pomarańczowe malowanie Electric Fury, zarezerwowane tylko dla wersji sportowej. Orange Fury nadal jest dostępna na wyłączność, ale tym razem w innym, dojrzalszym wydaniu – akrylowym, bez zbędnych efektów metaliczno-perłowych.  

Dlaczego zaczynamy od rozwodzenia się nad barwą lakieru? Bo to dzięki niemu już podczas pierwszej przejażdżki, przechodnie, których przepuszcza się na światłach, uśmiechnięci od ucha do ucha przystają w pół kroku, bez skrępowania wskazując na magnetyzujący emblemat ST. Litery umieszczone na sporej, czarnej osłonie grilla, wyglądają szalenie dobrze i nie ma tu znaczenia czy mówimy o Fieście, czy o Focusie. W przypadku Forda ten symbol naprawdę coś oznacza: obietnicę wrażeń.

Ford Focus ST
Najnowsza odsłona Focusa ST to przede wszystkim świetna dynamika. Turbodoładowany EcoBoost o pojemności 2.3 litra, który znajdziemy także w słabszej odmianie Mustanga, generuje 280 KM mocy oraz moment obrotowy na poziomie aż 420 Nm, dostępny w zakresie 3000-4000 obr./min. Parametry pojazdu porównywalne są z Renault Megane RS Trophy. Oba auta rozpędzą się do 100 km/h w 5.7 sekundy, ale to Renault pojedzie nieco szybciej (choć tylko o 10 km/h) – Focus rozpędzi się do maksymalnie 250 km/h.  

Geny wyczynowca
W opcjonalnym pakiecie Performance pojawia się kilka rozwiązań, które nawet w najgorszym dniu pomagają kierowcy przypomnieć sobie sens życia. Są to m.in. funkcja Launch Control oraz międzygaz, szalenie przydatny tak na torze, jak i na co dzień. Dzięki niemu redukcja biegu, w zasadzie niezależnie od prędkości, jest płynna, szybka i zupełnie bezbolesna. Jeśli jednak macie już w sobie wyrobiony nawyk samodzielnego sterowania obrotami przy zmianie przełożenia, „przegazówkę” można wyłączyć. Oba systemy, podobnie jak w Fieście ST, dostępne są w wersji z 6-biegową skrzynią manualną.   

Wprawdzie Focus ST nie jest super dziki (wciskając gaz do dechy przy 50 km/h, silnik, jak na swoje możliwości, rozkręca się trochę za wolno i oczekiwałabym tu większego kopa), ale jego sportowy charakter wystarczy, aby mocniej chwycić za kierownicę i czerpać satysfakcję z każdego pokonywanego kilometra. Zwłaszcza, że przy ruszaniu, podczas bezwzględnego wciśnięcia pedału gazu w podłogę, ta próbuje czasem wyrwać się z rąk. Na próbach jednak się kończy i pomimo nawet tego delikatnego szarpnięcia, nie tracicie kontroli nad sterem.

Ford Focus ST
Rozpędzona pokonuję autem kolejne łuki, ale nie czuję strachu – wiem, że ST idealnie poradzi sobie z utrzymaniem trakcji, o ile sama zachowam rozsądek. Zawieszenie jest sportowo sztywne i dość twarde, ale jednocześnie nadaje się do codziennego użytkowania. Podczas jazdy dociera do nas mnogość nierównych studzienek i liczba fałdów na drodze (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam Zarząd Dróg Miejskich), ale da się przymknąć na to oko. W normalnym trybie jazdy amortyzatory wybaczają trochę więcej, choć nadal zachowana jest sportowa sztywność. Focus ST z pakietem Performance (dopłata 5000 zł, warto!) ma z tyłu niezależne wielowahacze z dodatkowym adaptacyjnym systemem ciągłej regulacji tłumienia CCD. 

Odpłaci pięknym na nadobne
Podczas jazdy wyraźnie czuć, że auto w zasadzie w każdej chwili jest zwarte i gotowe do wyjechania na tor. Focus ST dobrze radzi sobie z zakrętami, przy każdym łuku zachowując równowagę. Gdy jednak, niesiona podekscytowaniem, przesadzę z prędkością, zostanę szybko sprowadzona na ziemię. W zakrętach Focus ST jest świetnie wyważony, dzięki czemu można łatwo wyczuć całe auto, ale w momentach wysilonej próby ma też skłonność do podsterowności. Brakuje mi w nim wspomagania pozwalającego na jeszcze ciaśniejsze pokonywanie łuków – elektronicznej szpery na tylnej osi lub systemu w stylu 4Control, dostępnego w Megane RS. Czegoś, co pozwoliłoby skutecznie zacieśnić zakręt i dokręcić w nim tylną oś tak, aby auto nie uciekało nam przodem bez większego pola do kontry. Słowem wyjaśnienia – nie chcę samochodu z napędem 4×4, którym będę mogła jechać jak przylepiona do ziemi, ale fajnie czasem zarzucić delikatnie bokiem / tyłem, a nie robić średnio oczekiwany i  opisany wcześniej, tzw. slide przednią osią. To coś, co zapewnia Hyundai i30 N Performance i to samo daje Megane RS (niekoniecznie Trophy).  

W Focusie ST o zachowanie trakcji dba elektronicznie sterowany mechanizm różnicowy o podwyższonym tarciu (eLSD), współpracujący z systemem poprawiającym stabilność na zakrętach (Torque Vectoring Control), który na bieżąco dostosowuje moment obrotowy silnika rozdzielany na przednie koła. Normalnie ich wpływ na jazdę nie zwraca przesadnie naszej uwagi, ale to trochę jak z pszczołami – żyją sobie, dzięki nim żyjemy my, ale w zasadzie dopiero gdy ich zabraknie, naprawdę docenimy te małe stworzenia.   

Ford Focus ST
Wszelkie niedociągnięcia ST nadrabia doskonałymi hamulcami. 33-milimetrowe tarcze z zaciskami o podwójnych siłownikach z przodu i 30-milimetrowe z tyłu podołają wyzwaniom, którym poddawany jest układ w Fordzie GT. W dużym skrócie, to oznacza, że mamy do czynienia z hamulcami, które nie idą na kompromisy. Ostrymi jak brzytwa, odpornymi na przegrzewanie, ale też nie przesadnie czułymi.   

Również układ wydechowy jest tym, co Ford potrafi robić naprawdę dobrze. Już wyjściowo ST wydaje z siebie piękny basowy pomruk, który po przejściu w tryb sportowy może w pełni pokazać swój potencjał. Wówczas zmianom ciśnienia towarzyszą strzały z rury wydechowej, cudownie urozmaicające i tak wspaniałą podróż tym autem. Im szybciej jedziesz, im wyższe obroty osiąga silnik, tym bardziej donośny staje się tembr układu. W trybie sportowym / wyścigowym donośniejszy staje się także dźwięk pracującego motoru. Niestety, jest on wówczas wzmacniany głośnikami, ale pomimo tego ma tak przyjemną melodię, że Focusowi można wybaczyć to drobne oszustwo.  

Skok sprzęgła jest trochę za długi, choć łapie na idealnej wysokości. Podobnie jest ze skrzynią – lewarek, mały w stylu typowym dla rasowych hothatchy, bez problemu odnajduje drogę do poszczególnych biegów, zapewniając całkiem krótki skok. Na mój gust mógłby być jeszcze krótszy, ale nie będziemy czepiać się szczegółów, bo i tak skrzynia w Focusie ST pracuje po prostu świetnie.   

Niedopatrzenie, ale usprawiedliwione
Biję się w pierś – nie umiem napisać, jakie zużycie osiągnęłam w normalnym trybie jazdy. Focusem ST jeździłam trzy dni i nie poświęciłam na sprawdzenie tych ustawień nawet minuty. Ten samochód – w trybie sportowym – daje tyle pozytywnych wrażeń i prowadzi się tak dobrze, że takie niuanse jak apetyt na paliwo schodzą na drugi plan.

Ford Focus ST
W ustawieniu Sport mam natomiast pełen przekrój! W zakorkowanym mieście auto pali ok. 13 l / 100 km. Jeśli mamy trochę przestrzeni i jeździmy Focusem tak, że Steve McQueen wzruszyłby się z dumy, zużycie paliwa może przekroczyć 14 litrów. W trasie, z utrzymaniem prędkości ok. 140 km/h, spalanie spada do całkiem przyjemnych 10-10,5 l / 100 km. Spodziewam się, że porównując te wyniki z normalnym trybem, rezultat w przypadku tego drugiego byłby lepszy o ok. 1,5-2 l / 100 km. 

Dręczona wyrzutami sumienia i poczuciem winy, z zaufanych źródeł dowiedziałam się, że absolutne minimum – zarezerwowane wyłącznie dla mistrzów gatunku, jadących przesadnie ostrożnie po drogach, które żywej duszy nie widziały – to wynik pomiędzy 5,5-6 l/100 km. Nieźle!

Bezpiecznie otulona
Tak czułam się, siedząc w Focusie ST. Fotele w tym aucie to głęboko wyprofilowane kubły Recaro z doskonale zaprojektowanym zagłówkiem. Są one w absolutnej czołówce, jeśli chodzi o wygodę oraz trzymanie kierowcy podczas kolejnych zakrętów i mogą bez cienia wstydu dzielić podium chociażby z siedzeniami z Megane RS. Nie będę się bez sensu rozpisywać – są genialne i już.  

Drzwi natomiast są ciężkie w sposób typowy dla Forda, co może utrudniać wysiadanie na parkingach lub otwieranie ich z rękoma obłożonymi zakupami. Mają jednak sprytny system, który ochroni auto – nasze i okoliczne, od obić. Przy otwieraniu drzwi, na wysokości najbardziej „obiciogennego” odcinka wysuwa się miękka listwa zabezpieczająca, chowana tuż przed ich zamknięciem. Proste, sprytne, skuteczne.

Ford Focus ST
Wnętrze ST jest trochę, jakby to ładnie ująć… Rozczarowujące. Jest w nim sporo typowych dla Forda plastików i mało ekscytacji. Nawet kolory są jakieś takie smutne, bo w kabinie dominuje szarość. Z drugiej strony, muszę docenić solidność wykończenia i prostotę ukrytą w klasycznych przyciskach do klimatyzacji i multimediów. Poza 8-calowym wyświetlaczem u szczytu konsoli, nie ma silenia się na obsługę dotykową (która wcale nie jest ani wygodniejsza, ani bardziej bezpieczna).   

Uniwersalny?
Z aspektów praktycznych – czy ten samochód nadaje się na co dzień? Czy możemy go kupić, mając zapewnione wspaniałe wrażenia z jazdy i adrenalinę, a przy tym funkcjonalność rodzinnego hatchbacka? Tak, ale nie do końca. Focus ST (tak jak normalny Focus) może pochwalić się przestrzenią bagażową na poziomie 375 litrów. Może wielkiego wózka z gondolą tu nie wciśniecie, ale spacerówka z bagażami na weekendowy wypad zmieści się idealnie.

Focus ST da nam wyżyć się, nacieszyć ulotną chwilą, a nawet poświęcić refleksjom i cały czas będzie przy tym dbał o nasze bezpieczeństwo. Pomogą w tym systemy, takie jak Pre-Collision Assist z funkcją wykrywania pieszych, stabilizacja toru jazdy (oba dostępne już w standardowym wyposażeniu), a także m.in. kamera cofania z szerokim polem widzenia i czujnikami parkowania z obu stron.   

Ile to kosztuje?
Ford Focus ST3 dostępny jest z testowanym silnikiem 2.3 EcoBoost od 146 300 zł (w nadwoziu kombi 4 000 zł. drożej). Możliwy jest także wybór jednostki wysokoprężnej o mocy 190 KM – wówczas cena spada do 129 100 zł. Katalog zakłada możliwość wykupienia automatycznej skrzyni z ośmioma przełożeniami, jednak na czas pisania testu konfigurator dostępny na stronie Forda uwzględnia oba warianty tylko z 6-biegową skrzynią manualną, sprawdzoną w naszym teście. Koszt często wspominanego w artykule Renault Megane RS Trophy startuje od 142 900 zł, ale już cena Volkswagena Golfa VII GTI TCR czy Seata Leona Cupra jest średnio o 24 000 zł wyższa.   

Moim zdaniem
Będę zupełnie szczera – do tej pory Megane RS i Hyundai i30 N Performance stanowiły moją czołówkę, jeśli chodzi o (testowane dotychczas) najnowsze hothatche. Teraz wiem już, który samochód zasługuje na uzupełnienie podium. Ford Focus ST okazał się autem mającym niemal wszystko, choć nie pozbawionym wad. Tak jak nie ma ludzi idealnych, tak samo nie takich samochodów. Dlatego przymykam oko na niedociągnięcia i akceptuję tego pomarańczowego zawadiakę dokładnie takim, jaki jest – bezwarunkowo. Niewykluczone, że zdegraduje go dopiero jeszcze ostrzejsza odmiana, czyli planowany na lata 2022-23 wariant RS. Ta wściekła hybryda (normy emisji spalin, co poradzić?) nie jest jeszcze pewna na 100%, ale plotki głoszą, że generować ma szalone 400 KM mocy, przy czym obecność silnika elektrycznego z pewnością będzie oznaczać świetną reakcję od dołu. Jest na co czekać, a w międzyczasie niech ST coraz bardziej podsyca apetyt!

Wrażenia naczelnej motocaina.pl, Kasi Frendl
Moim zdaniem ten samochód spełni wszystkie oczekiwania osób, które pragną auta sportowego, ale w spokojniejszym wydaniu. Nie tak rasowego jak ekstremalna odmiana RS i nie „aż tak zwykłego” jak konwencjonalny Focus. To idealny pół środek i kompromis. Ford Focus ST to auto, którym z radością pojeździsz na torze, gdy najdzie cię ochota i wrócisz do domu z uśmiechem od ucha do ucha. Pośmigasz wesoło po górskich zakrętasach, mając wrażenie, że startujesz w wyścigu. Zawiniesz zimą na ręcznym z fasonem na jakimś parkingu. Przyspieszysz z launch control tak szybko, jak w ST możliwe, powodując szybszy przepływ krwi w żyłach (świetnie, że Ford nie bał się zestawienia tego systemu ze skrzynią manualną!). Ale jednocześnie spokojnie i wygodnie zawieziesz rodzinę na krótkie wakacje nad morze, dziecko do przedszkola czy szkoły i żwawo wyskoczysz do sklepu po ogórki kiszone dla żony w ciąży lub piwko dla chłopaka, bo wiesz, że czeka na ciebie ST.

Dla mnie jedyne, co wymagało przyzwyczajenia, to przycisk do zmiany trybów na kierownicy. Gdy byłam na sporcie, to aby szybko wrócić do trybu normalnego musiałam się „przeklikać” drugim przyciskiem Mode – a nie skrótem oznaczonym S, bo ten jest zarezerwowany tylko do włączania „sportu”. Przejście po wszystkich ustawieniach, aby wrócić do trybu normalnego, trwa zbyt długo. Przydałoby się tu pokrętło (jak w Porsche), gdzie szybko zmieniamy tryby na obecnie potrzebne, właściwie bez odrywania wzroku od drogi.

Co nie zmienia faktu, że bardzo chciałabym mieć Focusa ST w swoim prywatnym garażu!

TO NAM SIĘ PODOBA:

  •     brzmienie układu wydechowego;
  •     lakier Orange Fury;
  •     doskonałe fotele Recaro;
  •     precyzyjna, szybka skrzynia;
  •     skuteczny, sportowy układ hamulcowy.

TO NAM SIĘ NIE PODOBA:

  •     smutne, plastikowe wnętrze;
  •     silnik wkręca się odrobinę zbyt wolno – no, ale nie jest to przeceż RS!

Dane techniczne Ford Focus ST:

Silnik: Benzynowy R4
Pojemność skokowa: 2261 cm3
Moc: 280 KM przy 5500 obr./min
Maksymalny moment obrotowy: 420 Nm przy 3000-4000 obr./min
Skrzynia biegów: manualna 6-stopniowa
Prędkość maksymalna: 250 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h 5.8 s

Najnowsze

Edyta Klim

Dream Catchers Journey – przez świat po marzenia!

Marta i Łukasz, w czasie 15-miesięcznej podróży swoich marzeń, pokonali na motocyklach 57 tysięcy kilometrów!

Skąd jesteście, co w życiu porabiacie i jak to się stało, że ruszyliście razem na motocyklach w świat?

Marta: Jesteśmy z Warszawy i pracujemy w branży IT, a długie podróże motocyklowe zainicjował mój mąż Łukasz. Zainspirowany podróżą „Long Way Round” Ewana McGregora i Charley Broomana – postanowił zrobić coś podobnego i w 2012 roku wyruszył, razem z przyjacielem, w swoją pierwszą podróż z Polski do Brazylii. Trasa zajęła im blisko 8 miesięcy, a po powrocie było pewne, że na jednej takiej wycieczce się nie skończy. W następną podróż chcieliśmy już pojechać razem. Planowanie, przygotowania i oszczędzanie na nią zajęły nam kilka lat i wreszcie w czerwcu 2018 roku rozpoczęliśmy naszą wspólną wyprawę z Polski do Nowej Zelandii, bo po prostu już dalej się nie dało…

Jakimi motocyklami pojechaliście i czy trzeba je było jakoś do takiej podróży dostosować?

Łukasz prowadził BMW F800 GS Adventure, a ja jechałam na Hondzie CRF 250L. O ile motocykl BMW w wersji Adventure jest już praktycznie gotowy do dużej podróży, to nad moim modelem trzeba było trochę popracować. Z takich głównych modyfikacji, jakie poczyniliśmy w Hondzie, to: wymiana baku na większy ok. 12-litrowy (do tego miałam też kanister ok. 7 litrów), zamontowanie osłony pod silnik i osłony chłodnicy, wymiana kanapy na bardziej miękką i wygodną, montaż szybki, handbar’ów, grzanych manetek i gniazda zapalniczki.

Czy dla Ciebie osobiście to było duże wyzwanie? Jak musiałaś się wcześniej przygotować, czego nauczyć – i czy ta wiedza się w praktyce przydała?

Było to wielkie wyzwanie! Zarówno fizyczne, psychiczne, jak i logistyczne. W dodatku każdego dnia nowe i inne wyzwania, ale najczęściej wszystkie z kategorii wcześniej wymienionych, wymieszanych razem (śmiech). W takiej podróży każdy zostanie zweryfikowany, sprawdzony, wystawiony na próbę, i to nie jedną! Lepiej się oswoić z tą myślą od razu! (śmiech)

Przed wyruszeniem w podróż starałam się podszlifować, jak tylko mogłam, moje motocyklowe umiejętności. Miałam przejechane trzy, ale za to bardzo intensywne, sezony na motocyklu, obfitujące w całą masę szkoleń, zarówno asfaltowych, jak i off-roadowych. Szczególnie w praktyce przydała mi się wiedza zdobyta na szkoleniach z jazdy w terenie, bo tak to już jest w życiu, że do najpiękniejszych miejsc na świecie, po prostu rzadko kiedy prowadzi asfaltowa droga.

Ile czasu pochłonęły przygotowania do takiej wyprawy?

Przygotowania zajęły nam kilka lat, z czego ostatnie 2 lata przed wyjazdem były najbardziej intensywne. Trzeba było ogarnąć: przeszkolenia motocyklowe, planowanie trasy, szukanie sponsorów, gromadzenie potrzebnego sprzętu, załatwianie wiz itp..

Jak długo trwała sama podróż, jakie kraje odwiedziliście i ile kilometrów przejechaliście?

Sama podróż trwała 15 miesięcy, podczas której przejechaliśmy 57 tysięcy kilometrów. Wyruszyliśmy z Warszawy na południe przez: Słowację, Węgry, Rumunię, Serbię, Macedonię i Grecję, aż do Turcji, skąd wjechaliśmy do Azji. Potem z Turcji ruszyliśmy na wschód przez góry Kaukazu w Gruzji i Azerbejdżanie. Następnie był: Iran, Turkmenistan i kilka „stanów” byłego Związku Radzieckiego – Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan.

W Kirgistanie spotkaliśmy się z grupą, wcześniej umówionych, podróżników, z którymi dzieliliśmy koszty chińskiego przewodnika. Potem przez zachodnią prowincję Chin, pokonując słynną przełęcz Khunjerab, wjechaliśmy do Pakistanu. Po Pakistanie przyszedł czas na: Indie, Nepal, Myanmar, Tajlandię, Laos i wreszcie Malezję, skąd pierwszy raz musieliśmy transportować motocykle inaczej, niż drogą lądową – bo na dachu pasażerskiej łodzi, na indonezyjską Sumatrę. Kilka indonezyjskich wysp później wysłaliśmy nasze motocykle statkiem do Australii, a sami polecieliśmy do Nowej Zelandii, gdzie na wypożyczonych motocyklach zrobiliśmy jeszcze 6 tysięcy kilometrów. Potem udaliśmy się do Australii, a stamtąd jakiś czas później wróciliśmy do Europy. W Europie zahaczyliśmy jeszcze o Pireneje i Alpy, aż wreszcie w połowie września 2019 wróciliśmy do domu.

Imponująca ta Wasza trasa! Była tak z góry zaplanowana, czy też spontanicznie podejmowaliście decyzje o kierunku dalszej jazdy?

Pewne odcinki trasy trzeba było z góry zaplanować, bo niektórych wiz, czy pozwoleń po prostu nie da się wyrobić na granicy, czy przez internet. Nie da się ubrać, spakować i pojechać dookoła świata na motocyklu, ot tak – bo to się skończy, prędzej czy później, na jakiejś granicy. Druga sprawa to pogoda. Wiadomo, że najfajniej motocyklem jeździ się po górach, ale górskie drogi nie zawsze są przejezdne i trzeba tak dopasować swoją dynamikę trasy, żeby w te „okna pogodowe” trafić. Oczywiście nie jest to łatwe i nam, mimo usilnych starań, w Himalaje nie udało się zdążyć, bo pogody nie da się przewidzieć ze 100-procentową pewnością.

Mimo wszystko spontanu też było bardzo dużo, bo z drugiej strony wszystkiego zaplanować się nie da (śmiech). Zresztą, jak już wjechaliśmy na tereny Azji Południowo-Wschodniej, to nie było potrzeby wielkiego planowania. Wtedy na bieżąco spotykaliśmy się z lokalnymi motocyklistami na piwo/kawę i rozmawialiśmy o tym, które trasy warto przejechać, a które nie.

W jakich miejscach/krajach się zakochałaś?

Uwielbiam miejsca, które są po prostu „pocztówkowo piękne”, ale jednocześnie nieturystyczne. Bo nic tak nie psuje mi efektu, jak kolejka turystów czekających na zdjęcie (śmiech). Dlatego zakochałam się w wielu trasach w Tadżykistanie, w Północnej części Pakistanu, w irańskich pustyniach, laotańskich i birmańskich wioskach. Najczęściej były to też miejsca zamieszkałe przez nieliczną ludność lokalną, która zawsze i bez jednego wyjątku, była dla nas bezgranicznie gościnna. Jeden kraj, zresztą z tych bardzo zbliżonych do nas kulturowo, szczególnie zawrócił mi w głowie i była to… Nowa Zelandia. Objechaliśmy ją wzdłuż i wszerz, i naprawdę nie było dnia, żeby mi się nie podobało! Byliśmy tam w zasadzie, tuż przed rozpoczęciem zimy. Koniec sezonu, praktycznie żadnych turystów i my w środku najpiękniejszej jesieni, jaką widziałam.

A są miejsca gdzie już nigdy nie chciałabyś wracać?

Ciężko powiedzieć, czy da się jakąkolwiek podróż zorganizować tak, żeby nie przejeżdżać przez miejsca, których człowiek nie lubi i w których się źle czuje. W każdym kraju są miejsca brzydkie, przeludnione, zaśmiecone, śmierdzące i smutne. Ich się nie uniknie. Czy mogłabym zatem powiedzieć, że nigdy bym gdzieś nie wróciła? Chyba nie, bo żeby dojechać w miejsce fajne, czy też dla przykładu odwiedzić starego znajomego w New Delhi, prawdopodobnie zawsze będę zmuszona pokonać miejsca, gdzie nie chciałabym się ponownie, czy kiedykolwiek znaleźć.

A jak to się stało, że jechał też z Wami…szczeniak?

„Szczeniak” to na dzień dzisiejszy już prawie dwuletnia sunia Lucky i do tankbag’a by się już z pewnością nie zmieściła (śmiech). Znaleźliśmy ją w Kirgistanie, dosłownie na środku drogi, którą jechaliśmy. Miała wtedy góra 3 tygodnie i 2 połamane tylne łapy… Ostatecznie udało nam się jej pomóc i znaleźć dla niej nowy dom, ale to długa historia, więc zaciekawionych jej losem odsyłam tu: https://dreamcatchers.pl/znalezlismy-szczescie-kirgistanie-czyli-historia-lucky-wielki-final/

Profil podróżników na FB: https://www.facebook.com/DreamCatchersJourney/

Najbliższe spotkanie z podróżnikami – 27 lutego w kinie Praha w Warszawie: https://www.facebook.com/events/2570630103225832/

Najnowsze

Edyta Klim

Amerykańskie fascynacje Ewy Kupczyk

Dla Ewy samochody to nie tylko pojazdy, każdemu oddaje część swojego serca. Obecnie posiada wymarzony samochód - Dodge RAM i zakochała się w amerykańskiej motoryzacji.

Jaki silnik w duszy Ci gra i dlaczego?
Silnik, w którym się zakochałam i przy którym już pewnie zostanę – to zdecydowanie 5,7 HEMI. Uwielbiam jego możliwości, jego moc, specyficzną budowę na bazie V-ki i przy tym piękny dźwięk V8! Do tego, jak na swoje parametry, jest stosunkowo oszczędny w spalaniu. Oczywiście oszczędny, jak na wielki amerykański silnik, bo właściciele volkswagenów polo mnie w tym miejscu po prostu wyśmieją (śmiech).

Jak rozwijała się Twoja motoryzacyjna pasja? Od czego się zaczęło i jak potoczyło?

Moja motoryzacyjna pasja rosła, tak naprawdę, wraz ze mną. Jestem trzecią córeczką tatusia, tą z przypadku (śmiech) i cóż, jednocześnie niespełnionym marzeniem o synu. Być może z tego względu, od małego towarzyszyłam tacie w jego motoryzacyjnych zainteresowaniach, co w naturalny sposób się na mnie przeniosło. Byłam, jak taka mała chłopczyca, bawiąca się samochodzikami i resorkami oraz jeżdżąca na wszelkie jazdy próbne razem z tatą. Właśnie dzięki niemu umiem też wymienić koło, czy „wysłuchać”, co mi stuka w aucie i z grubsza wiem, co tam pod maską mam (śmiech). Niby nic, a jednak okazuje się, że daje to kobiecie większą niezależność. Moje przyjaciółki wiedzą, że jak mają kłopoty z samochodem, to przyjadę, odpalę go z kabli, czy zaholuje do warsztatu. Jak tylko zrobiłam prawo jazdy, to po prostu wiedziałam, że muszę mieć duże auta z duszą, napędem na 4 koła i sporym silnikiem.

I jakie to były modele?

Po zrobieniu uprawnień, pierwszym autkiem była Toyota RAV4  (1998 r, silnik 2,0 w benzynie) w pierwszej wersji, a więc od razu poszłam w terenówkę, choć małą. Potem  było Mitsubishi Pajero z silnikiem 2,2 DID i początek przygody z jazdą terenową. Były też dwa Nissany Patrole i zabawa z nimi w off-road, przynosząca dużo emocji! Następnie weszłam w Jeepa Grand Cherookee – najpierw diesla 3,0, a potem upragnionego 5,7 Hemi z 2006 roku i tym samym pokochałam amerykańskie rozwiązania i motoryzację.

Lubisz samochody w serii, czy bardziej personalizowane?

Samochody to nigdy nie był dla mnie tylko pojazdy. Wkładałam dużo serca w ich zmiany, tuning i personalizowanie – bo to pełna przyjemność i radość z ich posiadania. I tak Jeep, którym jeździłam, do teraz jest rozpoznawalny, gdziekolwiek się pokaże. Sprzedawałam go jednak z lekkim ukłuciem w sercu.

Jakie masz teraz „oczko w głowie” w swoim garażu?

Obecnie to Dodge RAM – moje marzenie do kilku lat, które rodziło się, ale musiało dojrzeć. Albo to ja musiałam dojrzeć do tego, by jeździć po mieście takim potworem? Być może… RAM w pięknym czerwonym kolorze, którego w chwili obecnej zmieniam tak, jak sobie wymarzyłam: lift, dystanse, tuningowa maska z wlotami powietrza, oświetlenie, tłumik Magnaflow, felgi z USA, inny grill. Z moto-fanami jest już tak, że potrafią pięknie wymyślać i tworzyć, coraz to nowsze, wizje. To wciągające, długotrwałe i cóż… niestety pochłaniające też oszczędności, ale to chyba cecha każdej pasji. Tak więc koleżanki wydają pieniądze na kosmetyczkę, SPA, czy sportowe pasje, a ja, bardzo często – odkładam na kolejne motoryzacyjne inwestycje i daje mi to ogromną ilość radości! Po pracy pędzę do warsztatu, by zobaczyć jak idą postępy prac nad moim potworem i odliczam dni, kiedy znów wyjadę nim na ulice.

Jak się prowadzi taki wielki, amerykański samochód? Nie czułaś się w nim malutka po przesiadce z tych terenówek?

RAM-iaka kupiłam w Białymstoku, więc jak w niego wsiadłam i pojechałam w pierwszą trasę przez pół Polski – to faktycznie przez chwilę czułam się w nim zagubiona. Wydawał mi się dość duży w stosunku do Granda, do którego byłam przyzwyczajona od kilku lat. Ale to był moment, teraz już jesteśmy zgraną parą! W zeszłym roku zrobiłam prawo jazdy na kategorie B+E, ponieważ od jakiegoś czasu zdarza mi się jeździć z lawetą.  Tak więc do dużych aut i sporej masy, która jedzie za mną, jestem już przyzwyczajona (śmiech).

Czy bycie fanem amerykańskiej motoryzacji w Polsce jest trudne? Co sprawia największy kłopot?

Faktycznie, amerykańskie auta z Polsce to nadal mniejszość. Rynek jest wciąż nienasycony, może dlatego, że w czasach, gdy do  naszych zachodnich sąsiadów (dalszych i bliższych) auta ze USA zjeżdżały swobodnie, bywały mieniem przesiedleńczym, a  i pasjonatów było zwyczajnie stać na ich sprowadzanie – to u nas był jeszcze głęboki PRL. Dlatego jadąc na zlot do Niemiec lub Holandii możemy zobaczyć olbrzymią ilość aut i ich ciekawych właścicieli.

U nas temat nadal raczkuje, choć nie da się ukryć, że rozpędza się w tempie ekspresowym. Statkami przypływają do nas przepiękne, zabytkowe samochody, które znamy ze starych amerykańskich filmów, a następnie ich nowi właściciele doprowadzają je znów do stanu świetności. Choć właśnie to „doprowadzanie” bywa dość kłopotliwe. Wyspecjalizowanych warsztatów i sklepów z częściami jest bardzo mało, a duża część usługodawców z branży samochodowej reaguje na te auta, wręcz „alergicznie”. Samochody przypływają do nas zza oceanu, to i części czasami trzeba też ściągać, a przerobienie elektryki to zawsze problem, zwłaszcza ze względu na chęci fachowców, a raczej ich brak…. Nie da się ukryć, że sprawia to trochę trudności i zachodu nam – właścicielom. Ja na szczęście znalazłam warsztat, który wszystkie moje fanaberie realizuje szybko i perfekcyjnie.

Za to plusem naszych wielkich maszyn jest uniwersalność części. Bardzo często jest tak, że te same części pasują do aut z lat 70-tych, jak i tych z roku 2000 i wzwyż. Śmiejemy się, że amerykanie stwierdzili, że jak coś się już raz sprawdziło, to nie ma potrzeby tego zmieniać. Mimo tych małych trudności, jedno jest pewne –  maszyny te odpłacają się nam cudnym mruczeniem, piękną jazdą i niebagatelnym wyglądem. Wydaje mi się, że tak już jest – gdy ktoś jeden taki samochód pokocha, to już nie chce z nich wyjść. Przez ich wygodę, moc i co tu dużo mówić – często wielkość.

Czy Twój samochód powszechnie zwraca uwagę? Zaczepiają Cię np. na ulicy z jego powodu?

Cóż, nie da się ukryć – Dodge RAM zwraca uwagę, a już kobieta o skromnym wzroście 165 cm za jego kierownicą dodaje temu zjawisku wagi (śmiech). Trudno zatankować bez rozmowy z kimś na stacji benzynowej. Choć opinie są różne,  jak to w życiu – niektórym się podoba, inni twierdzą, że jest to fanaberia i leczenie kompleksów. Ale mnie, szczerze mówiąc, nie do końca interesuje, co ludzie na ten temat myślą… Mi się jeździ wspaniale i uwielbiam wyjeżdżać nim w trasę – to jest sama przyjemność!

Czy za Twoim zainteresowaniem amerykańską motoryzacją idzie także zainteresowanie tym krajem, jego kulturą, historią i wycieczkami w tym kierunku?

Nie – stricte Stany Zjednoczone nie kuszą mnie, aż tak bardzo, podróżniczo i kulturowo – przynajmniej na razie, mimo że bardzo doceniam ich dobytek motoryzacyjny (śmiech). Moje podróżnicze plany to dalsze poznawanie Azji. Indie, Tajlandia i Korea już za mną, więc teraz planuje kolejne eskapady. Tam niestety swojego Dodge nie wezmę, ale oglądanie tamtejszych rozwiązań motoryzacyjnych i drogowego chaosu – to gratka dla kogoś zafascynowanego motoryzacją.

Czy pasjonaci amerykańskiej motoryzacji często się spotykają? Czy to zgrane i otwarte środowisko?

Środowisko fanów amerykańskiej motoryzacji się rozrasta, ale przez swoją specyfikę trzyma się bardzo blisko siebie. I tak kierowcy popularnych na naszych drogach Mustangów i Camaro przyjaźnią się z kierowcami terenowych Jeepów, charakternych Bronco, czy zabytkowych Buick’ów i Caddilac’ów. Na zloty przyjeżdżamy zabytkowymi furami, które onieśmielają swoją urodą, jak i nowymi maszynami, które mocą i nowoczesną linią wbijają w fotel.

Środowisko fanów motoryzacji z USA jest bardzo otwarte, bardzo serdeczne i przede wszystkim pozbawione zawiści, czy pretensji do siebie. Regularnie organizujemy spoty, zloty, wspólne motoryzacyjne grille, czy nawet  wypady na obiad w weekend. Wszystko po to, by popodziwiać nasze „perełki”, spędzić razem czas i powymieniać doświadczenia. W Polsce jest już kilka mocno ugruntowanych imprez: Oleśnica, Łeba, Olesno, Krotoszyn, Silverado City. Obecnie w Poznaniu mocno działamy, organizując coraz to nowsze i większe imprezy – jest zlot HOT Cars w podpoznańskim Puszczykowie i wiele mniejszych spotów. W zeszłym roku na Dębcu zorganizowaliśmy zlot, połączony z koncertem, na który zjechało się ponad 50 aut.

W tym roku, po wakacjach, organizujemy imprezę motoryzacyjną na większą skalę, na którą – mamy nadzieję – zjadą się „amerykańskie perełki” z całego kraju. Zlot będzie połączony z przejazdem pokazowym przez centrum miasta i koncertem na polanie, nad miejskim jeziorem Malta. Na zlot zapraszamy oczywiście redakcję Motocainy i wszystkich motoryzacyjnych pasjonatów!

 

Najnowsze

Harley Davidson LiveWire – elektryczny motocykl zostanie zaprezentowany na Poznań Motor Show

Pierwszy, w pełni elektryczny model ze stajni Harley-Davidson to kolejny motocykl, jaki będzie można zobaczyć na stoisku marki podczas tegorocznej edycji targów Poznań Motor Show.

Zamocowany w LiveWire akumulator pozwala osiągnąć średni zasięg na poziomie 158 km (w testach miejskich uzyskano 235 km). Dzięki szybkiej ładowarce DC Fast Charge motocykl naładujemy od zera do stu procent w ciągu 60 minut. Nowy model Harley-Davidson rozpędza się od 0 do 100km/h w zaledwie trzy sekundy, a dzięki wykorzystaniu rozwiązania twist-and-go ma możliwość przyspieszania od razu po obróceniu manetki, bez konieczności używania sprzęgła i zmiany biegów.

Prowadzenie i kontrolę ułatwi system Elektronicznego Sterowania Podwoziem, a oprócz tego na wybranych rynkach LiveWire zostanie wyposażony w funkcję H-D Connect, która zapewnia zdalną łączność między motocyklistą a motocyklem.

Najnowsze