ŠKODA wkracza w erę elektromobilności – pierwszy elektryczny model!

Zeroemisyjne, zwinne i przestronne auto powstało z myślą o komfortowym poruszaniu się po miastach. Czy ten model znajdzie swoich zwolenników? Kiedy będzie dostępny w Polsce?

Pierwszy bezemisyjny samochód w 124-letniej historii marki jest napędzany wyłącznie silnikiem elektrycznym o mocy 61 kW. Auto zostało wyposażone w akumulator litowo-jonowy o pojemności 36,8 kWh umożliwiający zasięg do 265 km w cyklu WLTP. Pierwszy w pełni elektryczny model ŠKODY będzie dostępny w Polsce na początku 2020 roku.

Pomimo kompaktowych wymiarów: 3 597 mm długości i 1 645 mm szerokości, ŠKODA CITIGO E iV oferuje przestronne, czteroosobowe wnętrze z bagażnikiem o pojemności 250 l, który można zwiększyć do 923 l po złożeniu tylnych siedzeń.

Pierwsza elektryczna ŠKODA różni się wizualnie od modeli CITIGO z napędem konwencjonalnym. Z przodu samochód wyróżnia przeprojektowany zderzak i atrapa chłodnicy w kolorze nadwozia. CITIGO E IV jest standardowo wyposażony w światła przeciwmgielne i światła do jazdy dziennej LED. Kierunkowskazy są zintegrowane z obudowami lusterek bocznych w kolorze czarnym lub w kolorze nadwozia. Podobnie jak w przypadku pozostałych nowych modeli na pokrywie bagażnika umieszczona jest nazwa marki ŠKODA pisana drukowanymi literami. Z zewnątrz CITIGO E można również rozpoznać po emblematach CITIGO E oraz IV umieszczonych z tyłu pojazdu.

ŠKODA CITIGO E IV, ma napęd na przednią oś, posiada silnik o mocy 61 kW, który gwarantuje cichą, płynną i dynamiczną jazdę.  Maksymalny moment obrotowy 210 Nm jest dostępny natychmiast od momentu ruszenia pojazdu. W praktyce oznacza to bardzo dobrą dynamikę i przyspieszenie, które w modelu CITIGO E IV pozwala rozpędzić się od 60 do 100 km/h w ciągu 7,6 sek. oraz od 0 do 100 km/h w ciągu 12,5 s. Maksymalna prędkość pojazdu wynosi natomiast 130 km/h.

Najnowsze

Podwójne zwycięstwo Karoliny Pilarczyk w Modenie i La Chapelle

To jest jej czas! Karolina Pilarczyk najbardziej znana drifterka, która jako jedyna kobieta z Europy jeździ w amerykańskiej lidze driftingowej, europejskie rundy wygrywa jedną po drugiej. Właśnie odbyły się zawody 3 i 4 rundy europejskiej ligi driftu.

Trzecia runda zawodów rozegrana we włoskiej Modenie, była dla Karoliny Pilarczyk niezwykle udana. Tor, który być może dla niektórych jest trudy, Karolinie dał pełne spektrum zaprezentowania swoich drifterskich umiejętności. 

„Lubię ten tor, bo jest wymagający ale to tylko sprawia, że nie mogę sobie pozwolić na chwile rozproszenia. Nie było przejazdu, który nie sprawiłby mi radości i satysfakcji. Predator spisywał się wspaniale, o co zadbał Mariusz Dziurleja, mój team manager. Razem stworzyliśmy trio nie do pokonania”. – śmieje się Karolina Pilarczyk.

Rzeczywiście tak było, bowiem Karolina nie dała szans swoim rywalkom w serii Queen Of Europe, pokazując. Pierwsze miejsce na podium było potwierdzeniem jej wspaniałych przejazdów, ciężkiej pracy i wymagającej rozgrywki, bowiem rywalki, dysponujące równie potężnymi samochodami także ambitnie walczyły o zwycięstwo. Tuż po włoskiej Modenie przyszedł czas aby podnieść poprzeczkę w zawodach King Of Europe/Queen of Europe. 

Trasa 4 rundy, która odbywała się we Francji w La Chapelle , przebiegała nie na torze a po a krętych, górskich drogach w Alpach Francuskich. „Trudna runda górska zawsze daje dużo adrenaliny – tu każdy błąd kończy się poważnym uszkodzeniem auta, ale mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem” mówiła przed kwalifikacjami Karolina. „Auto spisuje się znakomicie, zostało gruntownie sprawdzone po zawodach w Modenie, więc nie powinno być niespodzianek – walczymy o utrzymanie 1-go miejsca w lidze kobiecej” dodał Mariusz Dziurleja. 

Ich przewidywania spełniły się w 100 %! Karolina zaliczyła kwalifikacje wśród najlepszych zawodników oraz po raz kolejny zdobyła pierwsze miejsce w kobiecej lidze europejskiego driftu, umacniając tym samym swoją pozycję w klasyfikacji generalnej tej konkurencji. Auto spisało się dobrze, Karolina była w bardzo dobrej formie, dlatego choć nie było łatwe, wszystko skończyło się kolejnym, w pełni zasłużonym zwycięstwem! Niestety dla wielu zawodników zawody skończyły się nie tak udanie. Kilka samochodów zostało mocno uszkodzonych w wyniku wypadków do jakich dochodziło na trasie. „Tutaj jazda jest niezwykle ciężka, myślę, że to najtrudniejsza trasa z jaką przyszło mi zmierzyć się w dotychczasowej karierze. Na szczęście dla mnie skończyła się dobrze.” – powiedziała Karolina po zawodach. Cóż drift czasami bywa ruletką, nawet najlepszym zawodnikom zabraknie odrobiny szczęścia, nastąpi chwila dekoncentracji zawodnika i auto może ulec wypadkowi. Na szczęście nasza zawodniczka jest w doskonałej formie. 
Wysokie noty w rankingach 

Karolina wysoko uplasowała się także w klasyfikacji generalnej, po czterech rundach tegorocznych zawodów, Karolina Pilarczyk znajduje się na 10 pozycji wśród najlepszych drifterów z Europy ! oraz na pierwszej pozycji wśród driftującej płci pięknej. Oby tak dalej! 

Najnowsze

Motocyklowa podróż Małgorzaty do Gruzji – fotorelacja

Małgorzata to podróżniczka i prawdziwa wojowniczka! Pewnego dnia zakochała się w pomyśle motocyklowej wyprawy do klimatycznej Gruzji, problem był tylko jeden - nigdy nie jechała na motocyklu. Zobaczcie, jak spełnia się marzenia i jak niemożliwe staje się możliwe!

Moja przygoda z motocyklem rozpoczęła się od końca. Zazwyczaj ludzie zdają prawo jazdy, zdobywają doświadczenie a później kiełkują w nich plany na większe wyjazdy. Ja jak zwykle nakarmiłam się książkami. Szczególnie jedna mnie zainspirowała „Motocyklem przez Indie” Witolda Palaka o wyprawie jego i jej współtowarzyszki przez Indie. I wtedy się zaczęło. Jakby to było wybrać się w długą podróż na motocyklu? Podróżować bez podążania za drogą, bez specjalnego planu, bez żadnych zobowiązań. Zakochałam się w pomyśle o podróży motocyklowej. Do Gruzji. Było tylko jedno „ale”, nigdy w moim życiu nie jechałam na żadnym!

Rozpoczęłam poszukiwania najlepszej szkoły motocyklowej. I znalazłam taką w Sosnowcu. Nie ukrywam, że szału nie było. No cóż, nikt nie urodził się od razu z umiejętnością chodzenia prawda? Ale miałam plan w głowie a chłopcy ze szkoły byli niesamowici. Przyjeżdżałam do nich z moich rodzinnych stron, z okolic Zduńskiej Woli i zostawałam nawet na parę dni. Na weekendy wracałam do domu. Z ich ogromną wiedzą, chęcią dzielenia pasji do motocykli, poczuciem humoru oraz, co najważniejsze, z ich ogromną cierpliwością dałam radę.

A później, kiedy już zdobyłam wymarzone prawo jazdy i zaczęłam zwracać się do innych motocyklistów o pomoc w doborze sprzętu zderzyłam się ze ścianą. Zaczęły się pytania czy naprawdę chcę jechać sama. Że kobieta. Że bez doświadczenia. Że powinnam rozjeździć się wcześniej w koło tak zwanego „komina”. Zamiast konstruktywnych uwag słyszałam często wyświechtane frazesy. Denerwowałam się na lekceważące w stosunku do mnie podejście. A ja nie chciałam słyszeć, że coś jest niemożliwe. Chciałam usłyszeć jak zrobić, żeby niemożliwe stało się możliwym! Zauważyłam, że zbyt duża wiedza i doświadczenie może podcinać skrzydła marzeniom.

A ja byłam trochę jak dziecko, które nie mając żadnego bagażu doświadczeń nie boi się niczego. Pewnego dnia moja koleżanka Ania skontaktowała mnie ze swoim znajomym z pracy. Przypadek. Kiedy już straciłam nadzieję, że ktoś mi pomoże i pomiędzy jednym piwem a drugim wylewałam przed nią swoje żale nad tym faktem stwierdziła, że zna kogoś. Chłopak, który mnie nie znał i nigdy nie widział na oczy nagle zgodził się, żeby mi pomóc. Pamiętam, że przeszło mi przez głowę, że to pewnie jakiś wariat i skończę z wyciętą nerką. Łukasz, który okazał się mechanikiem i sam przejechał już niejedne „stany” czyli m.in. Kirgistan, Tadżykistan uwierzył we mnie. Poświęcił mi mnóstwo czasu, przygotował motocykl do wyjazdu, nauczył podstaw obsługi motocykla, poznał z wieloma osobami, które również służyły radami. Podczas całej wyprawy był na łączach i wysyłając obrazki uczył mnie na odległość. Ostatnio usłyszałam, że ładnie pokonuję zakręty. A ja wiem, że za tym stoją rysowane na szybko instrukcje Łukasza. Zawsze mogłam na niego liczyć co jest dla mnie bardzo cenne. Włożył w całe to szaleństwo mnóstwo serca i pozostał częścią tego wyjazdu. Prawdą jest, że bez niego tego wyjazdu nie byłoby.

Ilu motocyklistów, tyle opinii na temat odpowiedniego motocykla na długie podróże. Zdecydowałam się na 250cc. Wybierając motocykl często słyszałam, że nigdzie nim nie zajadę, że prędzej mi tyłek odpadnie i, że powinnam postawić na coś większego. Jedno przeczyło drugiemu według mnie. Jak miałam jeździć na motocyklu o dużej pojemności bez wcześniejszego doświadczenia? Spędziłam miesiące na czytaniu blogów, artykułów oraz konsultacjach z Łukaszem. Wybór padł na Hondę CRF 250L. Choć on nie do końca był do niego przekonany. A ja się uparłam. Dlaczego Honda? Potrzebowałam czegoś lekkiego, małego co w razie wywrotki będę mogła sama podnieść. Ekonomicznego. Również zadałam sobie pytanie jakie mam właściwie oczekiwania od motocykla. Wiedziałam, że nie usiedzę na asfalcie i, że będą ciekawiły mnie dziury i off roady. Przejechałam się Hondą i poczułam, że to najlepszy wybór. Przy okazji przeżyłam moją pierwszą przygodę na jeździe próbnej i postanowiłam, że jeśli tak się zaczęło, to niech tak zostanie. A co się wydarzyło? Zgubiłam się w Szczecinie. Wjechałam na autostradę gdzie nie mogłam nigdzie zawrócić. Więc tak jechałam. W marcu, przy zachodzie słońca, bez rękawic, w trampkach, w lekkiej wiosennej kurtce, bez telefonu, bez pieniędzy, bez dokumentów.

Miałam jedynie kask, motura i modliłam się o to, jak ja znajdę drogę z powrotem. W końcu po 30 km zjechałam na stację benzynową i w tym kasku, którego nie potrafiłam ściągnąć bo dopiero co go kupiłam i nie wiedziałam jak system DD się otwiera, weszłam do środka. Poczekałam grzecznie w kolejce a kiedy przyszła moja kolej wytłumaczyłam ekspedientce, że się zgubiłam, że ja na motocyklu i czy może mi mapę pokazać. I wszystko w tym kasku. Dziewczyna zaniemówiła i zaczęła się rozglądać jakby za jakąś ukrytą kamerą. Więc ją utwierdziłam, że nie, to nie żart. Napad to też nie jest. Trafiłam z powrotem. Wszyscy bali się o mnie. A ja usiadłam, rozgrzałam się herbatą i wiedziałam, na jakim motocyklu pojadę do Gruzji. Skoro tak się nasza wspólna przygoda zaczęła niech się dalej toczy. W ten sposób Honda została Moturem. I to Moturem przez „u” a nie „ó”. Podróż zweryfikowała moją decyzję i dziś mogę powiedzieć, że to był wybór idealny. 

Najmniej kłopotu sprawiło mi spakowanie się. To, że nie umiałam jeździć, że na koncie miałam przejechane może 800km, że nie miałam za dużo czasu na przygotowanie się do tej wyprawy, tego zmienić nie mogłam. Ale wykorzystując moje doświadczenie w pakowaniu się na wyprawy w góry mogłam się chociaż dobrze zapakować. Nie wzięłam nic niepotrzebnego. Dwa t-shirty i trzy zmiany bielizny w zupełności wystarczyły. Do tego namiot, śpiwór, kuchenka i parę innych niezbędników. A i tak jadąc zastanawiałam się czy nie mogłam okroić bagażu jeszcze bardziej. W Istambule okazało się, że nie mogę chodzić przez parę dni w ubraniach motocyklowych, jednak temperatury temu nie sprzyjały, wiec musiałam kupić cywilne ubranie. Zamiast okroić musiałam dodać.

Nadszedł dzień wyjazdu. 13 czerwca. Chybocąc się na boki pod ciężarem bagaży robiłam dobrą minę do złej gry. Cały dzień w deszczu, A mówili: siedź w domu, faceta znajdz i dzieci ródź. To nie! Pojechała! Bo motocykl. Bo przygoda. Bo książek się naczytała i też tak chciała…. Zimno. Mokro. Ba! Jak miało nie być mokro jak padało od rana. Wszystko mokre. Białe linie czyhały na drodze a tiry, ktore mnie wyprzedzały, zalewały woda. Więcej wody z tirów leciało niż z nieba. A wiało jeszcze od nich! Oj boziu jak wiało. Prawie jak na Mazurach. Mokro, wiało a moja 250cc łapała wiatry jak żagiel. To ja sobie ponarzekalam tego dnia ale samo się nie mogło pojechać więc parłam do przodu. Liczba motocyklistów spotkanych po drodze w ten dzień: sztuk dwie. A później już samo się potoczyło. Każdy dzień był wyzwaniem. Zdobywaniem doświadczenia. Nie liczyłam kilometrów. Nie to było dla mnie ważne. Ważna była podróż sama w sobie, to co przeżywam, czego doświadczam. A przeżywałam na swój specyficzny sposób. Dostrzegając każdy drobiazg który mnie otaczał, każdą osobę, którą spotkałam. A spotykałam ich całe mnóstwo ponieważ drogi, które obierałam były boczne i prowadziły przez wioski. Do tego wiecie jak to jest. Człowiek tak jedzie i czasem coś mu sie tam, oprócz much i motyli, obije o kask. Jakieś przemyślenia którymi później dzieliłam się na moim blogu.  

Spotykałam innych ludzi po drodze i przeważnie mieli jakieś noclegi zarezerwowane, jakiś cel, jakieś miejsca, które chcieli zobaczyć. Mój plan generalnie na Rumunii się zakończył. Później już był tylko spontan. Więc np. wjeżdżając do Serbii czy Grecji szukałam noclegu na granicy. Pieniędzy tamtejszych nie miałam. Karty sim również nie miałam. Z benzyna też coś kiepsko stałam…. . B r a w o ! Jadąc często w ostatnich godzinach przypominało mi się, że spać gdzieś trzeba. Zjeść też się przyda. Choć z tym jedzeniem to różnie mi czasem wychodziło. Pierwsze trzy dni z wrażenia nie jadłam nic oprócz jednej bułki wciągniętej gdzieś na krawężniku przy stacji benzynowej. Często przez te dwa miesiące podróży po prostu się budziłam, stawiałam kropkę na mapie i mówiłam do Motura: tam jedziemy! A co? My nie pojedziemy?

Mój pierwszy zjazd z asfaltu nastąpił na Ukrainie. Jadąc tam wymyśliłam sobie, że odwiedzę pewną wioskę. Nasłuchałam się, że piękna, pozazdrościłam i wymyśliłam, że też tam chcę. Co się tam działo! Cztery gleby zaliczone. Z tego ilość samodzielnie podniesionego Motura sztuk dwie. Ciężko np. wyciągnąć samej Motura z głębokiego rowu… . Ale na miejsce dojechałam, rozbiłam się na dziko za wioską a w nocy szum rzeki i świerszcze. Pięknie było.  
Moim kolejnym małym off roadem była droga do Theth w Albani. Ostatnie kilometry to taki szuterek. Dziś potwierdzam internetowe opinie, że niewymagający. Ale dla mnie wtedy to był kataklizm. Załadowany Motur dobijał na dziurach i kamieniach. Ja sama nie wiedziałam jak mam nim jechać. Zrzuciłam bagaże w krzaki i przejechałam trasę z zadkiem w górze. Pierwsza jazda na stojąco i frajda niesamowita!

Potem była kolejna próba offowa, również w Albani. Ta zakończyła się podwójną glebą na wzniesieniu. Pojechałam sama w miejsce, gdzie w promieniu kilku kilometrów nie było nikogo. Musiałam radzić sobie sama. W pełnym słońcu zrzuciłam bagaże i robiłam podchody do podniesienia Motura, przerzucania go na drugi bok, ponownego podnoszenia, zawracania. Po godzinie w pełnym słońcu pot lał się ze mnie strumieniami. Dałam radę. Tego dnia zaliczyłam jeszcze jedną glebę na dość prostym odcinku. Miałam dość i pojechałam nad morze. Autostradą. Obiecując sobie, że już nigdy na żaden off road nie wjadę. A przynajmniej nie sama. 

Kolejne wyjazdy w teren odbyły się już w Gruzji pod okiem mojego znajomego Mariusza. Były gleby, były łzy, była złość i zwątpienie we własne siły. Było rzucanie kaskiem i kopanie Motura. Ale zarazem był to naprawdę fajny czas i wiele się nauczyłam. Mariusz był świetnym nauczycielem i wiedział kiedy mnie zdopingować, kiedy wyśmiać a kiedy pochwalić. W Rumunii natomiast miałam za sobą moje pierwsze prawdziwe winkle. Nie jakieś tam zakręciki. Takie winkle, które podobno wszyscy kochają. A ja…mało nie umarłam ze strachu. Zakręty to takie esy floresy, że od patrzenia już kręciło mi się w głowie. Pamiętam, że pierwszych dwóch nie ogarnęłam. Co ja będę ukrywać, nie dałam im rady i wyrzuciło mnie na drugi pas. I tu wkroczył ponownie Łukasz. Wysyłał mi obrazki jak mam pokonać zakręty. Powoli bo powoli ale dałam radę. A później studiowałam i wprowadzałam w praktykę to, co mi narysował. W Rumunii wymarzyła mi się również Transalpina. Postanowiłam, że jak jechać to grubo! Przeżyję nie przeżyję ale spróbować muszę. Ruszyłam w jej kierunku i po drodze mijały mnie same wielkie motocykle, błyszczące, z kuframi i tylko śmigały bziuuum… . A ja pyr, pyyr, pyyyr, pyyyyr…….pod górę… . Niedawno usłyszałam od znajomego motocyklisty, że bardzo fajnie pokonuję zakręty. Łukaszowe rysunki pomogły. 

Na swojej drodze spotkałam bardzo wielu niesamowitych ludzi. Kiedyś szukałam kemmpingu i okazało się, że internety kłamią i camping jest zamknięty. Robiło się ciemno, szans na dzikie rozbicie nie było i powoli sama zaczynałam sie znajdować w ciemniej dziurze. Przygarnął mnie właściciel hotelu-stajni. Trzy gwiazdki na płocie a ja mogłam się rozbić na polanie, dostałam wode i sławojkę. I poranne budzenie przez krowy oraz piękne widoki.
Innym razem również kemping. Dojechałam tam przez łąki. Przywitał mnie sam właściciel.Trochę z duszą na ramieniu się u niego rozbijałam. Bo niby kemping, niby nie. Może oficjalnie otworzy go za tydzień…a może za dwa…a może nigdy. Na razie organizował prywatne imprezy… . Zwątpiłam. On sam po czterech dniach zabawy miał swój świat. Taki flałer pałer. Muza leciała z głośników i zagłuszała wszystko w około. Oprócz niego nie było nikogo. Kemping gdzieś tam w górach na odludziu. Zostałam. Trudno. Najwyżej wyrwie mi wątrobę albo nerkę. Nerkę może zabrać, straty Motura bym nie przeżyła. Wszystkie moje obawy były zbędne, ponieważ chłopak okazał się przesympatyczny. Podarował mi na drogę wodę, sok i opowiedział milion historii o okolicy i uściskał na koniec mówiąc: take care… a nastepnie prawie mu wjechałam w kable wiszące pomiędzy domkami. Nie widzialam ich, no co? Innym razem bardzo miłe dziewczyny w hotelu dały mi ogromny pokój z ogromnym łożem! Śniadanie w cenie, którego normalnie nie robią dla nikogo a motur dostał jak król oddzielne miejsce pod dachem zamykane na klucz. Mimo, ze parking pod chmurką był i to bardzo przyzwoity. Może nasz ubłocony wygląd ich tak wzruszył,bo znów wpakowałam sie gdzieś gdzie nie powinnam sama jechać.

Tak człowiek jedzie i nie może przyzwyczaić się do fejmu. Wiecie. Jedziecie przez jakieś wioski i dzieci Wam machają. No jaki czad! No to trzeba odmachać. Jak królowa Elżbieta się czasem czułam. Ciekawe czy ona jeździ na motocyklu….? I czy też by tyle machała? Dorośli też machali. Albo podjechałam raz do Lidla w Serbii, siadłam w cieniu na krawężniku i patrzyłam. Podchodzi starszy facet do motura. Ogląda, obchodzi, ogląda znów obchodzi dookoła.. i nagle mnie widzi. Jaki banan na twarz mu wpełzł! Pokazuje, że motur fajny, gestykuluje dalej drepcze dookoła. Na koniec wsiadł do auta i dalej mi machał. Wiem, wiem, że dla wielu to chleb powszedni. Ale dla mnie to za każdym razem taka nowość była. A właśnie. Trzeba skądś było odjechać. No ruszyć po prostu po ludzku, zaryczeć i z klasą odjechać. Taaa. Zawsze miałam stres kiedy patrzyły takie oczy na mnie i myślałam: byle tu nie wygrzmocić, byle nie wygrzmocić.

Gdziekolwiek się nie zatrzymałam, czy to stacja benzynowa, sklep, camping, każdy mnie pytał czy jadę sama. No sama. Przecież nie było obok mnie innego motocykla. Choć czasem się zastanawiałam jakby to było jechać z kimś. Mieć ten komfort psychiczny, że ktoś mi Motura podniesie, łańcuch naciągnie, koło zmieni w razie złapania gumy, plasterek na stłuczone kolano nalepi… . Nie musiałabym się martwić o to, co robić w razie ewentualnej awarii. A tych miałam parę. I ktoś taki się pojawił na parę dni. Rycerz, który w pelerynkę i suche skarpetki mnie ubierał, martwił się czy daję sobie radę. Nie, wiecie, nie dawałam rady. Motur sam przyjechał. Ja przyleciałam samolotem. Próbował mi też Motura podnosić, poduszkę pod głowę podkładać. Codziennie miał czyste rzeczy na zmianę, gdzie ja już trzeci dzień jechałam w tych samych skarpetkach i majtkach. Miał ubranie przeciwdeszczowe, które zakładał kiedy nie padało. Przecież padać mogło zawsze. A ja tak czekałam i czekałam aż je założy. Podróż z nim była dla mnie nowością.

Nigdy z nikim nie podróżowałam. Zawsze pereferowałam inny styl wyjazdów. Jestem wtedy wolna, mogę zmieniać plany i kierunek jazdy parę razy dziennie bez liczenia się z czyimś zdaniem. Jadąc samemu ma się też czas na spojrzenie w głąb siebie i przemyślenie wielu spraw. Podróżując solo nigdy nie jest się samotnym. Jest się wtedy bardziej otwartym na innych ludzi, gotowym na spotkania i rozmowy a kiedy nie ma się ochoty na towarzystwo jest się samemu dla siebie. Ale zarazem nie jestem negatywnie nastawiona do wspólnych wyjazdów. Muszę się przede wszystkim z kimś zgrać i mieć podobne podejście do życia i otoczenia. A przede wszystkim do sposobu podróżowania.

Co mnie zaskoczyło podczas tego wyjazdu? Na pewno niezwykli ludzie w Rumunii, Serbii i Czarnogórze. Ich gościnność, gotowość niesienia pomocy oraz uśmiech. Na każdym kroku ktoś mnie zagadywał, oferował pomoc lub po prostu machał.  Wielkim zaskoczeniem była dla mnie Grecja. Góry, których absolutnie się nie spodziewałam. Przez sto kilometrów serpentyn nie spotkałam ani jednej osoby, ani jednego zamieszkałego domu. Za to były przepiękne lasy, zachód słońca i mnóstwo czasu na przemyślenia. 

Zaskoczył mnie Istambuł w, którym się zakochałam. Oraz to, że dałam radę przejechać Turcję, a przede wszystkim poruszać się Moturem po stolicy. To był punkt podróży, którego najbardziej się obawiałam. Okazało się, że dałam radę i pierwszy raz podczas tego wyjazdu byłam z siebie dumna.
Również w Turcji, kiedy poruszając się wybrzeżem oniemiałam na widok koloru morza, krzyczałam pod kaskiem „Jak tu pięknie!”.
Zaskoczyła mnie również ilość propozycji małżeńskich (śmiech). Nie wiedziałam, że kobieta na motocyklu wywiera takie wrażenie na innych. 

Każde miejsce, które odwiedziłam jest związane z jakąś opowieścią. Czy to o osobie, która tam spotkałam czy o przyrodzie, widokach, wewnętrznych przeżyciach czy przewróconym moturze. I mimo, że w tej chwili jestem na kolejnym wyjazdzie ten był dla mnie pierwszy i wyjątkowy.

Po podróży wróciłam do pracy czyli do prowadzenia wycieczek po Gruzji i Armenii. Ale na skrzynce mejlowej czekał bilet w jedną stronę do Wietnamu. Motur zostal w Gruzji a ja w tej chwili jestem w Azji gdzie kupuję motocykl i na nim chcę zwiedzić Wietnam, Laos i Kambodżę. Jaka będzie trasa jeszcze nie wiem. Nie planuję.Jedyne co wiem to to, że zostaję do końca lutego. Znów będzie spontanicznie!

Najnowsze

Czy transport sharing poprawi komunikację w aglomeracjach?

Transport Sharing rozwija się w Polsce w bardzo szybkim tempie. Zalet takiego rozwiązania dla samych użytkowników jak i miast jest dużo, a dla operatorów to sposób na nowoczesny biznes. Na polskim rynku pojawia się coraz więcej firm świadczących takie usługi w różnorodnych jego postaciach, jednak ciągle jest to biznes wymagający precyzyjnego dopasowania do potrzeb polskiego użytkownika, który w przeciwieństwie do krajów Europy zachodniej dopiero oswaja się z nowymi możliwościami.

Miejskie rowery, hulajnogi, samochody czy też skutery wynajmowane na minuty w modelu transport – sharing stały się codziennością w większości polskich miast. Ta forma współdzielenia nie jest, jak mogłoby się wydawać czymś nowym i właściwym wyłącznie naszym czasom, bowiem początki sięgają roku 1965 ubiegłego wieku w Amsterdamie.

To właśnie tam grupa młodych aktywistów wpadła na pomysł, aby zwykłe rowery pomalować na biało (stąd nazwa akcji „Witte Fietsen”) i bez żadnych blokad udostępnić je każdemu. Po jeździe można je było zostawić w dowolnym miejscu, gdzie czekały na kolejnych użytkowników. Niestety rowery były często kradzione i niszczone dlatego system ten został dość szybko zamknięty. Upłynęły trzy dekady i do pomysłu powrócono w Kopenhadze, ale tym razem już w bardziej zorganizowany sposób i na szerszą skalę. Okazało się, że to był „strzał w dziesiątkę”, rozwiązanie podchwyciły inne duńskie miasta i w efekcie bike-sharing zagościł na dobre w szeregu innych europejskich miast.

Duże miasta na całym świecie od dawna zmagają się z problemami generowanymi poprzez stały wzrost liczby pojazdów, co oczywiście w efekcie powoduje ogromne korki i brak miejsc parkingowych, a ciągle największy udział pojazdów o napędzie spalinowym przyczynia się do znacznego zanieczyszczenia powietrza. Dochodzimy już do takiej sytuacji w której mogłoby się wydawać, że jesteśmy pod ścianą – ulic nie poszerzymy, bo zwyczajnie nie ma na to miejsca.

Pomimo tego, że w miastach żyje się pod tym względem coraz trudniej, już teraz ok. 55 proc. ludzkości żyje w obszarach miejskich, a jak prognozuje ONZ w 2050 roku ten odsetek ma sięgnąć aż 68 proc. Bez radykalnych zmian w modelach komunikacji miejskiej miasta zostaną sparaliżowane.  Rozwiązaniem ma być szybki rozwój technologiczny, nieograniczony, mobilny dostęp do Internetu 
i związana z tym koncepcja IoT, czyli Internet of Things. Jaki ma to związek z poprawą transportu w aglomeracjach? Otóż kluczowy, bo umożliwiający szybki rozwój transport – sharingu, czyli transportu współdzielonego. 

Sharing economy
Młode pokolenie nie uznaje posiadania jako celu samego w sobie a bardziej sobie ceni dostępność. Często posiadanie jest poza naszymi możliwościami finansowymi stąd też rozwija się światowy trend sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia. To zjawisko społeczne i ekonomiczne obejmuje swoim zakresem świadczenie sobie przez ludzi usług, a także współużytkowanie, współtworzenie, współkupowanie. 

Model ten doskonale sprawdza się właśnie w transporcie współdzielonym. Nie musimy na własność posiadać pojazdu, aby w pełni z niego korzystać i nie chodzi tu tylko o miejskie rowery od których zrodziła się cała inicjatywa, ale o kilkanaście różnych rodzajów komunikacji np. samochody osobowe i dostawcze o napędach spalinowych, hybrydowych i elektrycznych, hulajnogi, rowery elektryczne czy w końcu skutery. 

Transport – sharing jako nowoczesny biznes
Usługi transport sharingu rozwijają się w Polsce w bardzo szybkim tempie, co świadczy o dużym na nie popycie. Obecnie na naszym rynku działa już ponad 20 operatorów i ciągle ich przybywa za czym idzie stale zwiększająca się flota pojazdów we wszystkich ich rodzajach. Śmiało można zatem stwierdzić, że ta usługa jest jednocześnie dobrym pomysłem na nowoczesny biznes. Jest to branża innowacyjna, otwierająca nowe możliwości, stawiająca zupełnie nowe wyzwania, którym należy sprostać. Dziedzina wykorzystująca nowe technologie, skierowana do osób z duchem innowacyjności.

Najnowsze

12 mitów na temat elektromobilności – Volkswagen się z nimi rozprawia!

Model ID.3 w edycji specjalnej można rezerwować już teraz - na rok przed wprowadzeniem auta na rynek. Volkswagen rozpoczyna więc batalię o edukację polskich kierowców. Rzeczywiście, wokół elektromobilności narosło wiele mitów. Jak niemiecki producent się z nimi rozprawia? Oto jego argumenty.

Wokół samochodów elektrycznych i sposobów ich eksploatacji narosło sporo mitów. Odpowiadając na często padające pytania związane z tego typu pojazdami, Volkswagen wyjaśnia z czym będzie wiązać się elektryczna rewolucja.

1. Kogo na to stać?

ID.3 kosztować będzie tyle, co porównywalny model z silnikiem Diesla.
Atrakcyjne samochody z napędem elektrycznym stają się coraz bardziej dostępne finansowo. Na przykład koszt akumulatorów w ciągu ostatnich 10 lat zmniejszył się o 80 procent. ID.3 kosztować będzie tyle, ile porównywalny Golf TDI. W wielu krajach klienci mogą też liczyć na dofinansowanie ze strony państwa. Zmniejszyły się też bieżące koszty utrzymania elektrycznego samochodu. To dlatego, że energia elektryczna jest tańsza niż benzyna czy olej napędowy, niższe są także podatki, a koszty serwisowania wynoszą tylko około jednej trzeciej kosztów serwisu konwencjonalnych samochodów. Gdy spojrzeć na tzw. „Total Cost of Ownership”, czyli na wszystkie koszty związane z posiadaniem samochodu, okaże się, że auta elektryczne znajdują się w zasięgu możliwości finansowych coraz większej liczby ludzi.

2. Jest za mało stacji ładowania.

Możliwość zasilania aut energią elektryczną: liczba stacji szybko rośnie.
Liczba publicznie dostępnych stacji, na których można zasilić akumulator elektrycznego samochodu rośnie bardzo szybko. Już dzisiaj jest ich w Niemczech ponad 17.400 – i każdego dnia przybywają kolejne. Supermarkety, hotele, właściciele parkingów instalują dla swoich klientów punkty zasilania, to samo robią firmy dla swoich pracowników. Ambitne plany związane z rozwojem infrastruktury dotyczą też Polski – dość powiedzieć, że ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych nakłada na gminy obowiązek stworzenia do końca 2020 roku rozbudowanej infrastruktury – od 60 punktów ładowania w gminach liczących do 100 000 mieszkańców, aż po 1000 stacji w ponad milionowych. Będąc posiadaczem karty We Charge Volkswagena klient będzie mógł w przyszłości korzystać z energii elektrycznej na 100.000 stacji zasilania w całej Europie. Samochód elektryczny można również naładować prądem o niskiej mocy z domowego gniazdka. Około 70 procent ładowań odbywa się właśnie w domu lub w miejscu pracy użytkownika elektrycznego samochodu. Oznacza to, że „tankowanie” po drodze staje się zbędne.

3. Ładowanie trwa za długo.

Czas ładowania: już dzisiaj na stacjach szybkiego zasilania prądem o dużej mocy proces ten nie trwa długo.
Tak naprawdę elektrycznego samochodu wcale nie trzeba ładować tak często, jak się zdaje. Około 70 procent tych czynności odbywa się w domu albo w miejscu pracy, co oznacza, że kierowca wyrusza w drogę autem z w pełni naładowanym akumulatorem. A jeśli w czasie dalszej podróży rzeczywiście musi pojechać szybciej, także nie będzie to problemem. Dzięki możliwości szybkiego ładowania ID.3 można zasilić prądem o mocy 100 do 125 kilowatów. Podczas jazdy autostradą oznacza to półgodzinną przerwę na tankowanie co 260 km. Proces zasilania akumulatora jest bardzo prosty – odpowiednia aplikacja i sam samochód nie tylko wskazują drogę do najbliższej stacji, ale też informują o dostępnych na niej formach ładowania. Rozwój w tej dziedzinie następuje każdego dnia, coraz bardziej ułatwiając eksploatację elektrycznych samochodów. 

4. Elektryczny samochód może jeździć tylko na krótkich dystansach.

Zasięg: „elektryk” może jeździć również w dalekie trasy.
Problem zasięgu rozwiązano już dawno. Nowe samochody elektryczne po jednokrotnym ładowaniu mogą pokonać odległość nawet 550 km – takim zasięgiem będzie mógł pochwalić się także ID.3. Także infrastruktura – zwłaszcza wzdłuż autostrad i dróg szybkiego ruchu – staje się coraz lepsza. W całych Niemczech już dzisiaj znajduje się 2.000 publicznych stacji szybkiego ładowania, na których w ciągu kilku minut można zasilić akumulator energią elektryczną. IONITY, spółka niemieckich producentów aut, buduje wzdłuż europejskich autostrad, co 120 km, kolejne tzw. High Power Charging Station. Oczywiście, w ciągu najbliższych lat ta sieć będzie nadal rosnąć. Jak podkreśla Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, plany operatorów punktów ładowania są bardzo ambitne i możemy spodziewać się szybkiego wzrostu liczby stacji, w tym także stacji szybkiego ładowania.

5. Elektryczne samochody są niebezpieczne.

Bezpieczeństwo: elektryczne auta pod tym względem nie ustępują modelom z silnikami spalinowymi.
Elektryczne samochody zapewniają wysoki poziom bezpieczeństwa – tak jak wszystkie auta dopuszczone do ruchu w Europie. Do zapobiegania ryzyku powstania pożaru czy porażenia prądem służą specjalne systemy bezpieczeństwa. W razie wypadku przepływ prądu w akumulatorze jest natychmiast przerywany. Poza tym, akumulator w autach Volkswagena znajduje się w odpornej na zderzenia obudowie umieszczonej w podłodze pojazdu, gdzie jest chroniony przed uszkodzeniem. Testy przeprowadzone przez ADAC po raz kolejny pokazały, że ryzyko powstania pożaru w samochodzie elektrycznym jest znacznie niższe niż w wypadku aut z silnikiem spalinowym. Proces zasilania auta energią elektryczną jest również całkowicie bezpieczny i może się odbywać także podczas deszczu.

6. Elektryczne samochody nie mają znaczenia dla ochrony klimatu.

CO2: elektryczne auta są najbardziej neutralne dla środowiska spośród wszystkich rodzajów napędu.
Elektryczne samochody przyczyniają się do ochrony klimatu. W porównaniu z modelami z silnikiem Diesla czy benzynowym przyczyniają się do powstania znacznie mniejszej ilości dwutlenku węgla. Golf TDI w ciągu całego cyklu życia emituje średnio 140 g CO2/km, a e-Golf – 119 gram. Również w porównaniu z modelami zasilanymi wodorem lub tzw. eFuel (paliwem syntetycznym), auto elektryczne wypada bardzo dobrze. W najbliższych latach będzie się stawało jeszcze bardziej neutralne dla klimatu, ponieważ na wszystkich dużych rynkach do sieci trafia coraz więcej energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Elektryczne samochody będą więc automatycznie w coraz większym stopniu zasilane „zielonym prądem”. Volkswagen idzie o krok dalej i w postaci ID.3 po raz pierwszy prezentuje model zupełnie neutralny pod względem bilansu CO2. ID.3 staje się w ten sposób pionierem motoryzacji nieobciążającej środowiska naturalnego.

7. Zbyt wiele elektrycznych aut doprowadzi do przeciążenia sieci.

Dostawy prądu są niezagrożone mimo dużej liczby „elektryków”.
Czy sieć energetyczna sprosta dużej liczbie elektrycznych samochodów? Odpowiedź brzmi: tak. Roczny pobór prądu np. w Niemczech wynosi 520 terawatogodzin. Milion samochodów zużywa w ciągu roku 2,4 terawatogodziny, czyli 0,5 procent ogólnego zapotrzebowania. Zagrożenia nie ma także w Polsce. Nawet natychmiastowe pojawienie się w naszym kraju miliona elektrycznych Golfów, nie spowodowałoby zwiększenia zapotrzebowania na energię elektryczną o więcej niż… jeden procent. Warto dodać, że wg danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych krajowe zużycie energii elektrycznej wzrosło w 2018 r. względem 2017 r. o 1,66 procent. Warto spojrzeć także na kraje, w których samochody elektryczne są bardzo popularne. W Norwegii co drugi sprzedany w minionym orku samochód ładowany był z gniazdka.

8. Elektryczne auta spowodują spadek zatrudnienia.

Elektryczna ofensywa Volkswagena gwarantuje większą liczbę miejsc pracy.
Elektryczny samochód można wyprodukować przy nakładach niższych o 30 procent niż w wypadku aut z silnikami spalinowymi. Na dłuższą metę w przemyśle samochodowym liczba miejsc pracy może się więc zmniejszyć. Tym ważniejsze jest, żeby od samego początku zdobyć na rynku dobrą pozycję. Volkswagen aktywnie wdraża program transformacji, a dzięki ofensywie w dziedzinie elektrycznych aut tworzy nowe, trwałe perspektywy dla tysięcy pracowników. Prawie wszystkie zakłady Volkswagena w Niemczech są zaangażowane w produkcję aut z nowej rodziny ID. W samej fabryce w Zwickau przy produkcji modeli ID. będzie zatrudnionych 8.000 pracowników. W epoce strukturalnych zmian w przemyśle samochodowym pojazdy elektryczne zapewniają trwałe zatrudnienie.

9. Elektryczne auta zagrażają pieszym.

Bezpieczeństwo w miastach: „elektryki” będą wytwarzać „sztuczny” dźwięk.
W odróżnieniu od tradycyjnych samochodów, auta elektryczne nie mają silnika spalinowego i dlatego są bardzo ciche. Mniejszy hałas to zaleta. Dla pieszych także nie jest zagrożeniem. ID.3 do prędkości około 30 km/h będzie emitował swój własny, niepowtarzalny dźwięk. Podczas szybszej jazdy wystarczy sam odgłos opon toczących się po nawierzchni. Od lata 2019 roku wszystkie elektryczne samochody będą musiały obowiązkowo generować dźwięki. Ponadto, dzięki dużej liczbie systemów asystujących auta takie jak ID.3 zapewniają i tak bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa.

10. Elektryczne samochody nie dają przyjemności z jady.

Elektryczne auta są nie tylko szybkie, ale też bardzo komfortowe.
Jazda elektrycznym autem sprawia mnóstwo frajdy. Zwłaszcza podczas startu elektryczny silnik pokazuje, jak wielką ma moc. Siła powstająca po wciśnięciu pedału przyspieszenia może wcisnąć kierowcę w fotel – prawie jak w samolocie. To dlatego, że silniki elektryczne już od samego startu rozwijają maksymalny moment obrotowy. Do tego dochodzi konstrukcja sprzyjająca dynamicznej jeździe – akumulator w modelu ID.3 znajduje się w podłodze i wręcz dociska pojazd do podłoża, przez co elektryczny Volkswagen porusza się jak samochód sportowy. O wielkich technicznych możliwościach świadczy Volkswagen ID. R – model bijący światowe rekordy przyspiesza od 0 do 100 km/h w ciągu 2,25 sekundy. Ponadto kierowca i pasażerowie mają więcej miejsca na nogi, bo w elektrycznym aucie nie ma ani silnika spalinowego, ani mechanicznej skrzyni biegów, ani tunelu pośrodku podłogi. 

11. Elektryczne auta wyglądają nieatrakcyjnie.

Stylistyka: pojazdy z rodziny ID. przyciągają wzrok.
To prawda, dotychczas samochody elektryczne raczej nie rzucały się w oczy. Różnice pomiędzy e-Golfem, a Golfem z silnikiem spalinowym zauważali na przykład tylko znawcy. Ale to się zmienia. Samochody z rodziny ID. Volkswagena będą miały nowoczesny, niemal futurystyczny design z punktami świetlnymi i wyraźnie zaakcentowanymi liniami nadwozia. Rewolucja dotknie także wnętrz samochodów: ponieważ silnik elektryczny zajmuje znacznie mniej miejsca niż spalinowy, można było całkowicie zmienić proporcje elektrycznych aut – wyszło to na dobre ich stylistyce i sprawiło, że wnętrza stały się dużo bardziej przestronne. W przyszłości elektrycznych samochodów będzie tak dużo, że zaspokoją wszelkie gusta i wszelkie potrzeby transportowe. Do rodziny ID. będą należeć modele od kompaktowych przez SUV-y po lifestylowego Bulli.

12. Zabraknie surowców do produkcji.

Akumulatory: litu jest wystarczająco dużo, a kobaltu wykorzystuje się coraz mniej.
Surowców nie zabraknie. Przy dzisiejszej technice pokłady litu wystarczą do wyprodukowania miliardów elektrycznych samochodów. Poza tym akumulatory są stale udoskonalane. Na przykład udział kobaltu zmniejszył się w nich z 12 do około 6 procent. Zaopatrzenie w surowce nie stanowi więc problemu, tym bardziej że zużyte akumulatory będą wykorzystywane ponownie. W dłuższym okresie akumulatory będą poddawane recyklingowi nawet w 97 procentach. Rzadkie metale staną się więc coraz mniej potrzebne.

Źródło: informacja prasowa Volkswagen Polska

Najnowsze