Kobieta za kierownicą ciężąrówki – Volvo Pink Lady

Dunka Dagmar Klink od sześciu lat wspólnie z mężem prowadzi firmę transportową Ricardo Klink Transport. Dagmar udowodniła, że zawód kierowcy samochodu ciężarowego przestał być domeną wyłącznie mężczyzn. Jest kierowcą Volvo FH480 6x2 Globetrotter o wdzięcznej nazwie „Pink Lady".

Dagmar Klink
fot. Volvo Trucks

„Kiedyś nie lubiłam tego koloru, ponieważ od zawsze był przypisany kobietom. Ale od kiedy mam własną ciężarówkę, chcę aby wszyscy wiedzieli, że to ciężarówka, którą prowadzi kobieta. Chcę uświadomić ludziom, że kobieta również może być kierowcą wielotonowgo pojazdu. Dlatego wybrałam różowy kobiecy kolor” – opowiada Dagmar.

Jej ciężarówka wyróżnia się z tłumu na ulicy. Ciągnik pomalowany jest na biało-różowo. Dagmar zadbała o każdy szczegół, aby zarówno na zewnątrz jak i w środku utrzymać ten sam kolorystyczny klimat. Zarówno fotele, leżanka, łóżko, podłoga, obicie wokół jak i wszelakie dodatki – wszystko różowe bądź białe. W każdym dopracowanym elemencie widać kobiecą rękę. W ogrzewanej kabinie Dagmar czuje się komfortowo – to ważne, gdyż w trasie spędza naprawdę sporo czasu. Zadbała też o takie niezbędne wyposażenie jest lodówka, ekspres do kawy, a nawet specjalne lusterko do … poprawiania makijażu oczywiście. W wolnym czasie pracuje na komputerze, ogląda filmy na DVD lub telewizję.

fot. Volvo Trucks
fot. Volvo Trucks

 

Życie za kółkiem to nie nowość dla Dagmar, w przeszłości jeździła m.in. jako taksówkarz. W wieku 40 lat postanowiła zmienić samochód na większy. Zdobyła niezbędne uprawnienia, zakupiła ciągnik i zaczęła pracować w firmie męża.

 

 

fot. Volvo Trucks

„Kiedy przebywam w mojej ciężarówce, jesteśmy jednością. Moje Volvo jest moim ulubionym miejscem, gdy jestem w trasie i przebywam poza domem. Kocham tą przestrzeń” – kontynuuje Dagmar „Zazwyczaj na logo Volvo jest strzała – to męski symbol, zmieniłam logotyp na damski symbol. To nie już jedynie męski świat, jest on również kobiecy.”

Wnętrze Pink Lady można zobaczyć na filmie.

Najnowsze

Trudny debiut Ramony Karlsson w Meksyku

Ramona Karlsson i Miriam Walfridsson na szóstym miejscu ukończyły rywalizację w PWRC na Rajdzie Meksyku. Trudy rajdu dały się we znaki i rajdówce, i samym zawodniczkom. Michał Kościuszko był trzeci!

 

Ramona Karlsson
fot. materiały prasowe zawodniczki

Ramonę na Rajdzie Meksyku zaskoczyły tłumy widzów, szczególnie podczas pierwszego odcinka, rozgrywanego w czwartek: – To prawdziwe szaleństwo, atmosfera wśród kibiców prawie histeryczna. Nigdy nie widziałam takich tłumów na rajdzie i to jest po prostu niesamowite! – mówiła Ramona, która uliczne kryterium ukończyła na piątym miejscu. Niestety kibice nie zachowywali się podczas rajdu wzorowo, zdarzały się incydenty z rzucaniem kamieniami w pędzące rajdówki. Z powodu prawdopodobieństwa spowodowania wypadku takim zachowaniem, dwa odcinki nawet zostały odwołane.

Prawdziwa rywalizacja rozpoczęła się w piątek. Szwedzka załoga dawała sobie świetnie radę, po 6 odcinkach wskoczyła na miejsce czwarte. Niestety pod koniec OS 7 zaczęły się kłopoty z hamulcami: – Na szczęście hamulce zepsuły się w odpowiednim momencie, bo strach pomyśleć, co by było, gdyby przestały działać kilkaset metrów dalej, gdzie droga była wąska i kręta. Na szczęście usterka została naprawiona, ale musiałyśmy skorzystać z systemu SuperRally – wspomina Ramona, którą awaria kosztowała spadek na 6 lokatę w PWRC. Jakby kłopotów było mało – Miriam się rozchorowała, ale wytrwała w dyktowaniu, a potem uzyskała pomoc medyczną, która postawiła ją na nogi.   

fot. materiały prasowe zawodniczki

W sobotę Szwedki od nowa zaczęły odrabiać stracone sekundy i na 15 odcinku uzyskały czwarty czas. Niestety Rajd Meksyku okazał się być bardzo wymagający dla sprzętu – kolejna awaria, nastąpiła w skrzyni biegów. Ale mimo to, Ramona zachowała optymizm: – Tracimy do rywali sporo czasu na górskich odcinkach, bo drogi te odbiegają od naszych, a tu doświadczenie jest bardzo ważne. Ale wiele się uczymy, zespół mamy bardzo zgrany i Miriam już dobrze się czuje. Jesteśmy gotowi do walki w niedzielę – mówiła zawodniczka.

 

 

fot. materiały prasowe zawodniczki

Plan na niedzielę był prosty – wskoczyć oczko wyżej w klasyfikacji PWRC. No i szło całkiem dobrze, ale najpierw przydarzył się mały problem z elektryką, a potem złapany na skale kapeć, zupełnie zaprzepaścił szansę na poprawę: – To był bardzo urozmaicony i satysfakcjonujący rajd. Trudno się pogodzić z problemami technicznymi, ale to nasz debiut i jednocześnie jeden z najtrudniejszych rajdów WRC. Potrzebujemy więcej czasu i doświadczenia. Teraz świętujemy, że jesteśmy na mecie i nie możemy się doczekać następnego rajdu! – mówiła Ramona, która na kolejną rundę PWRC poczeka do 27 kwietnia.
Rajd Meksyku rozgrywany na szutrowych trasach liczył ponad 430 km oesowych. Bardzo pozytywnym akcentem tego rajdu było trzecie miejsce na podium PWRC wywalczone przez Michała Kościuszko i Maćka Szczepaniaka.

Najnowsze

Polka na starcie rajdu pustynnego w Maroku

17 marca Polka, Gabriela Grajewska, stanie na starcie Rajdu Gazel, czyli Rallye Aicha des Gazelles 2012, za kierownicą Dacii Duster, w kategorii Crossover. Uczestniczki przemierzą pustynię przy pomocy tradycyjnych narzędzi do nawigacji: kompasu i mapy w skali 1:100 000.

Gabriela Grajewska (z prawej) i pilotka Ana-Maria de la Fuent.
fot. Renault

Zakazane jest używanie GPS-a, telefonu komórkowego i innych urządzeń elektronicznych. Rajd jest zarezerwowany wyłącznie dla kobiet. W tym roku w rywalizacji weźmie udział 301 pań z 21 krajów. Pilotem Polki będzie Ana-Maria de la Fuente z Meksyku. Załoga ma numer 318.

– Największe wyzwania to znieść zmęczenie, czyli tylko 4 godziny snu i ponad 14 godzin za kierownicą na dobę oraz utrzymać wysoki poziom koncentracji – mówi Gabriela Grajewska.

 

Nigdy do tej pory nie wystartowała w rajdzie żadna Polka. Dwa lata temu do startu na motocyklu przymierzała się Natasza Caban, znana z samotnego rejsu dookoła świata. Niestety, brak sponsorów pokrzyżował jej plany. Tym bardziej należy się zatem cieszyć, że Pani Gabrieli udało się zdobyć odpowiedni budżet.

Sam rajd jest dość specyficzny, biorą w nim udział często zupełne amatorki, modelki, aktorki, które wspierane igromnymi budżetami firm – zwłaszcza francuskich – lądują na zwykle końcowych pozycjach. Jedynie 10 procent startujących pań to profesjonalistki. Więcej o charakterze rajdu tutaj.

fot. Renault

To pierwszy udział Polki w tego rodzaju przedsięwzięciu. W ramach przygotowań wzięła między innymi udział w szkoleniu z nawigacji: czytanie czarno-białych map topograficznych, skuteczne posługiwanie się kompasem, punkty odniesienia na pustyni. Przeszła także testy prowadzenia auta na trudnych nawierzchniach takich jak: piasek, kamienie, wysuszone rzeki, podmokłe delty czy trawa. Dacia Duster świetnie się sprawuje w takich warunkach – dodaje nasza zawodniczka.

Rajd Gazel składa się z 6 etapów o łącznej długości prawie 2500 km.
Szczególnie trudne zapowiadają się dwa etapy zwane maratonami. Samotna noc na pustyni, 2 dni w drodze i będziemy zdane wyłącznie na siebie w kwestii przeglądu technicznego samochodu – wyjaśnia Gabriela Grajewska. Zwycięzcą zostają nie najszybsze załogi a takie, które przebyły jak najmniejszą liczbę kilometrów między punktami kontrolnymi w określonym czasie. Kilometry karne są doliczane gdy zespół ominie punkt kontrolny lub poprosi o pomoc techniczną.

fot. Renault

Rozgrywany w południowym Maroku Rallye Aicha des Gazelles odbywa się od 1990 r. i wzięło już w nim udział 3000 kobiet z 36 krajów. Już 3 zespoły świętowały triumfy w samochodzie Dacia Duster – zwyciężczynie w kategorii Crossover w 2010 i laureatki 2. i 3. miejsca w 2011 roku.

W 22 edycji Rajdu Aicha des Gazelles wystartuje 6 zespołów z sieci Women@Renault.
W tym roku duety miłośniczek przygód zmierzą się z marokańską pustynią za kierownicą czterech Dacii Duster w kategorii SUV i dwóch w kategorii pojazdów z napędem na 4 koła.

Duster zadebiutował w Polsce w kwietniu 2010 r. Charakteryzuje go przede wszystkim bezkonkurencyjny stosunek ceny do przestronności wnętrza i pojemności bagażnika, ale również: własności terenowe, niskie zużycie paliwa oraz niskie koszty eksploatacji. Samochód oferowany jest w trzech wersjach wyposażenia: Duster, Ambiance oraz Laureate i w następujących wersjach silnikowych: 1.6 16V 105 4×2 i 4×4, 1.5 dCi 110 4×2 i 4×4, 1.5 dCi 90 4×2 oraz 1.6 16V 105 4×2 z fabryczną instalacją LPG. Od momentu wprowadzenia na polski rynek Duster cieszy się dużym zainteresowaniem klientów.

Najnowsze

Motocyklistki na zakupach

Sekcja „motocykle" w serwisie Allegro stale się rozrasta. Już pobieżna analiza pokazuje, że można tam znaleźć ciekawe pozycje, zarówno motocyklowe jak i akcesoryjne.

Sezon na zakupy akcesoryjne otwarty.
fot. Suzuki

Zgodnie ze statystykami, największym powodzeniem cieszą się wszelkie akcesoria motocyklowe, od kasków począwszy, na kurtkach i butach skończywszy. Pasjonaci jednośladów niezmordowanie śledzą wszelkiego typu aukcje, by upolować interesującą okazję. W kwietniu największy szał panuje na choppery i cruisery, w maju na crossy i enduro. W czerwcu najwięcej chętnych jest na motorowery, skutery i motocykle sportowe, w lipcu – na szosowo-turystyczne.

Ale to jeszcze nic. Na Allegro można natknąć się na prawdziwe gratki. Kawasaki GPZ900R, na którym Tom Cruise ścigał się z odrzutowcem w „Top Gun”? Proszę bardzo! Triumph Speed Triple 955 z teledysku Aaliyah „More than a woma”? Czemu nie! W serwisie można też kupić wszystkie modele Harleya Davidsona, którymi jeżdżą bohaterowie serialu „Sons of anarchy”, a także ten, na którym Arnold Schwarzenneger lansował się w drugiej części „Terminatora”. Z innych ciekawostek: w zeszłorocznym sezonie sprzedano tyle kasków, że wystarczyłoby dla wszystkich uczestników największego europejskiego zlotu motocyklowego na Jasnej Górze.

Mniej budująca jest natomiast informacja, że 78% kupujących na Allegro to mężczyźni. Motocyklistki, gdzie jesteście?

Najnowsze

Samochód, który zabija…?

Lubimy mroczne historie o nawiedzeniach i przekleństwach. Miło się ich słucha i równie miło je opowiadać, z dreszczykiem emocji i obowiązkową wstawką „nie jestem przesądna, ale...". Legendy mają swój urok.

Do ich grona należy mrożąca krew w żyłach opowieść o klątwie Habsburgów i zabójczej limuzynie, która rzekomo ściąga zły los na każdego, kto do niej wsiądzie.

Wszystko miało swój początek 28 czerwca 1914 roku, kiedy następca tronu Austro-Węgier, arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg w towarzystwie żony Zofii, wsiadł do eleganckiej limuzyny sygnowanej przez uznaną fabrykę Gräf & Stift. Z dworca kolejowego w Sarajewie udali się w kierunku koszar wojskowych. Trasa przejazdu była znana od kilku dni, jednak – nie zważając na niebezpieczeństwo – para zdecydowała się podróżować z opuszczonym dachem. Nie mieli pojęcia, że wzdłuż przejazdu czyhają na nich uzbrojeni zamachowcy.

Granat rzucony przez jednego z nich odbił się od arcyksiążęcej limuzyny i wybuchł w pobliżu drugiego samochodu w kordonie, raniąc kilka osób. Kolejna próba powiodła się lepiej – mimo przedsięwziętych środków bezpieczeństwa, jeden ze spiskowców, Gavriło Princip, zdołał zbliżyć się do pojazdu na tyle, by oddać celny strzał. Arcyksiążę i jego małżonka zginęli, a ich śmierć zapoczątkowała tragiczny łańcuch zdarzeń, którego efektem był wybuch wojny na skalę taką, jakiej historia dotąd nie znała.

fot. materiały prasowe

Limuzyna, jeszcze wówczas nie uważana za pechową, trafiła w ręce jednego z uczestników feralnego przejazdu, generała Oskara Potiorka. Już na początku wojny jego oddziały zostały zdziesiątkowane, a decyzje taktyczne generała bezlitośnie wyśmiano. Reputacja wojskowego legła w gruzach. Zmarł pogrążony w depresji.

Samochód zaanektował jeden z podwładnych generała. Nie minęło 10 dni, nim spowodował tragiczny wypadek. Zabił dwoje wieśniaków, stracił panowanie nad kierownicą i wjechał w drzewo, tracąc życie na miejscu. Pod koniec wojny limuzyna przeszła na własność gubernatora Jugosławii. W ciągu czterech miesięcy brał udział w czterech wypadkach samochodowych – jeden z nich kosztował go utratę ręki. Kolejny właściciel, lekarz, również zginął w feralnym aucie po zaledwie pół roku użytkowania. Ten sam los spotkał kolejnych właścicieli: diamentowego potentata Simona Mantharidesa i szwajcarskiego kierowcę rajdowego. Kolejnym pechowcem okazał się serbski farmer, który nabył limuzynę z uwagi na jej wartość historyczną. On również nie pożył długo. Ostatnią ofiarą mściwego auta był właściciel garażu, wracający z wesela. Legenda głosi, że w pewnym momencie limuzyna przestała go po prostu słuchać i powiodła wprost na zatracenie.

Pechowy samochód, otoczony złą sławą, znajduję się obecnie w muzeum w Wiedniu. Przyciąga nieprawdopodobną liczbę turystów, którzy pragną zobaczyć morderczą limuzynę na własne oczy. Wierzyć, nie wierzyć? No cóż, nie jestem przesądna, ale…

Najnowsze