Kajetanowicz zwycięzcą Rajdu Elmot

Po raz drugi w karierze Kajetan Kajetanowicz wygrał Rajd Elmot, obejmując prowadzenie w klasyfikacji mistrzostw Polski. Tomek Czopik z Magdą Lukas zajeli 5 lokatę. Tylko u nas wywiad z jedyną kobietą w pierwszej piątce Rajdowych Mistrzostw Polski.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nastroje przed pierwszą rundą Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski były doskonałe. Ponad siedem miesięcy zawodnicy zbroili się, ćwiczyli i zbierali budżet, by wystartować w pełnym cyklu naszych krajowych rozgrywek. Emocje budziły doniesienia przed sezonem „kto, gdzie, jak i w czym”.

Fot. SPRT

Zmieniły się zasady punktacji w RSMP; od tego roku we wszystkich rundach prowadzona będzie osobna klasyfikacja dla pierwszego dnia rajdu oraz osobna dla drugiego dnia rajdu, według klucza 15-12-10-8-6-5-4-3-2-1 punktów. Dodatkowo pierwsza piątka łącznej klasyfikacji generalnej otrzymuje punkty bonusowe 5-4-3-2-1. W sumie do zebrania jest 35 oczek, a nie jak dotychczas 10. Trzeba przyznać, że nowe zasady znane były tylko nielicznym, a powtórka z podstaw matematyki była bardzo potrzebna. Nie zmieniło to jednak zaciętości walki na trasach, choć na pewno przyczyniło się do tego, że drugiego dnia pechowcy z piątku, „od nowa” stanęli do walki o 15 punktów.

Zwycięzca piątkowego etapu Tomek Kuchar
w akcji na odcinku specjalnym
Fot. Piotr Nurczyński

Podczas gdy kibice zakładali się kto wygra, zawodnicy na oesach mieli naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Od pierwszego odcinka ton nadawał Leszek Kuzaj. Do piątej próby był liderem rajdu, systematycznie powiększając swoją przewagę nad rywalami. Niestety szanse na dobry wynik pogrzebała felga, która na jednej z hop pękła w 207-ce S2000 prowadzonej przez Qziego. Wtedy, po wygranym odcinku, na prowadzenie wyszedł Kajetan Kajetanowicz w N-grupowej Subaru Imprezie, jednak chwilę później złapał kapcia i musiał uznać wyższość Tomka Kuchara. To właśnie wrocławianin wygrał pierwszy dzień rajdu zaledwie 1,4 sekundy przed Kajetanowiczem. Ponad 20 sekund tracili Tomasz Czopik (Lancer EVO IX), Michał Sołowow i Maciej Oleksowicz (obaj w 207 S2000).

 

Deszczowe warunki nie przeszkadzały mistrzowi Polski Bryanowi Bouffier
Fot. Piotr Nurczyński

Jeszcze więcej walki przyniósł drugi dzień rajdu. Piątkowe słoneczne niebo przykryły gęste chmury, z których zaczął padać deszcz. Wielu zawodników wybrało się na dociętych lub nie slickach, więc starali się jechać ostrożniej. Liderzy zmieniali się praktycznie z odcinka na odcinek. Prowadzenie w rajdzie próbował utrzymać Tomek Kuchar, jednak został pokonany i od OS-9 Michał Sołowow widniał na czele tabeli drugiego dnia. Do walki włączył się piątkowy pechowiec (kapeć) i aktualny mistrz Polski Bryan Bouffier, który stopniowo zmniejszał stratę do lidera mistrzostw Europy i „dopadł” Sołowowa na dwunastej próbie. To właśnie Francuz w Lancerze EVO IX był najszybszy drugiego dnia i zgarnął komplet 15 punktów. Jednocześnie z walką o zwycięstwo w sobotę, toczyła się bitwa między Kajetanowiczem a Kucharem o zwycięstwo w całym rajdzie. Niestety Tomek popełnił błąd i za falstart na OS-13 dostał 10 sekund kary. – Jestem bardzo zawiedziony – mówił na mecie Kuchar. – Już nie pamiętam, kiedy przytrafił mi się tak prosty, szkolny błąd, jak falstart. Walczyliśmy o sekundy… Potem byłem zdenerwowany, popełniałem następne błędy. No cóż, taki jest sport!

Zwycięzcy na mecie Rajdu Elmot
Fot. SPRT

Na pechu kierowcy Peugeota skorzystał Kajetanowicz, który spokojnie i bez popełniania większych błędów wjechał na metę jako pierwszy. Szaleństwu na mecie tym bardziej nie było końca, ponieważ praktycznie nikt nie przypuszczał, że N-grupowe Subaru może być w stanie zwyciężyć w rajdzie z plejadą aut S2000. – Jestem bardzo szczęśliwy – mówił na mecie Kajto. – Myślę, że cały zespół jest zadowolony i chyba nikt nie spodziewał się, że w tym rajdzie wygra Subaru. Uwielbiam Elmot, zwyciężyłem tutaj po raz drugi w swojej karierze. Jesteśmy dobrej myśli, natomiast nie wpadamy w euforię przed kolejnymi rundami. Jeszcze bardziej szczęśliwy był jego pilot Jacek Rathe, który 12 lat czekał, by odebrać puchar za zwycięstwo w generalce rajdu. Drugie miejsce nie podobało się Tomkowi Kucharowi, jednak dzięki zwycięstwu podczas pierwszego dnia wywiózł ze Świdnicy 25 punktów do klasyfikacji RSMP, czyli tyle samo co zwycięzca – Kajetanowicz. Trzecie miejsce zajął ubiegłoroczny mistrz Europy Michał Sołowow.
– Trzecie miejsce na początek sezonu w Mistrzostwach Polski to jeden z naszych najlepszych wyników. Pewnie bylibyśmy wyżej, gdyby nie „kapeć” i wizyta poza drogą pierwszego dnia, ale każdy miał jakieś kłopoty. Nie pamiętam rajdu w Polsce, na którym byłoby tak niesamowite tempo. Moim zdaniem, nowy system punktacji to bardzo dobry pomysł. Liczy się wynik nie tylko na końcu, ale także na każdym etapie, więc jest o co walczyć i podejmować ryzyko na każdym odcinku. Myślę, że zawody stały się przez to bardziej atrakcyjne – powiedział Michał Sołowow. Bryan Bouffier podczas mokrego etapu w sobotę czuł się doskonale i awansował na czwarte miejsce w rajdzie. Nieco słabiej w deszczową pogodę jechało się Tomkowi Czopikowi, który wraz z Magdą Lukas zajęli piąte miejsce w rajdzie.

Wyniki Rajdu Elmot – Krause

1. Kajetanowicz/Rathe (Subaru Impreza)
2. Kuchar/Dymurski (Peugeot 207 Super 2000) +14,8 sek.
3. Sołowow/Baran (Peugeot 207 Super 2000) + 21,7 sek.
4. Bouffier/Panseri (Mitsubishi Lancer Evo IX) + 33,3 sek.
5. Czopik/Lukas (Mitsubishi Lancer Evo IX RS) + 1.09,8 min.
6. Oleksowicz/Obrębowski (Peugeot 207 Super 2000) + 1.21,5 min.
7. Typa/Ciupka (Mitsubishi Lancer Evo IX RS) + 1.42,0 min.
8. Kuzaj/Hundla (Peugeot 207 S2000) + 5.51,7 min.
9. Butruk/Wilk (Mitsubishi Lancer Evo IX RS) + 7.12,3 min.
10. Dobrowolski/Dobrowolski (Citroën C2 R2) +  7.19,2  min.

Nieoficjalna klasyfikacja RSMP

1. Kajetanowicz /Rathe – 25 pkt.
Kuchar/Dymurski – 25 pkt.
3. Sołowow/Baran – 23 pkt.
4. Bouffier/Panseri – 22 pkt.
5. Czopik/Lukas – 15 pkt.
6. Kuzaj/Hundla – 10 pkt.
7. Oleksowicz/Obrębowski – 8 pkt.
8. Typa/Ciupka – 7 pkt.
9. Bębenek/Bębenek – 5 pkt.
10. Dobrowolski /Dobrowolski – 3 pkt.

Najnowsze

Tulip Ragien wspiera kobiety!

Tulip Ragien jest mało znana w polskim światku motocyklowym, a przecież jest założycielką i główną inicjatorką Women's Supermoto. Priotytetem tej organizacji jest wsparcie kobiet biorących udział w wyścigach supermoto, crossie i żużlu.

fot. Woman’s Supermoto

Organizacja Women’s Supermoto działa głównie na terenie USA, jednak jak twierdzi Tulip, chcą wspierać kobiety z innych kontynentów. Pomoc z ich strony obejmuje nie tylko możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych i tam ćwiczenia danej dyscypliny pod okiem fachowców; ambicją założycielek jest pomoc i wypromowanie młodych, niedoświadczonych motocyklistek, które wymagają nie tylko nakładów finansowych, ale wsparcia menedżerskiego i marketingowego.

Szeroko zakrojona inicjatywa Tulip już dawno okazała się bardzo trafiona. Z roku na rok jest coraz bliżej do powstania międzynarodowego teamu złożonego jedynie z kobiet zawodniczek. Kilka z nich nie tylko otrzymało pomoc, zaproszenie do reprezentacji i ściga się w USA, ale zajmują one coraz lepsze pozycje w starciu z mężczyznami. Niebawem dostarczymy więcej informacji na temat tego przedsięwzięcia i zamieścimy wywiad z Tulip.

Najnowsze

Relacja z targów militarnych w Brnie

Targi IDET 2009 to już 10 edycja imprezy militarnej, na której obok prezentacji najnowszych pojazdów i rozwiązań wojskowych, można podziwiać pokazy mody umundurowania, także dla pań. Jednak najbardziej przyciągają tegoroczne debiuty, m.in. transporter Iveco SUPERAV 8x8, który ma być bronią koncernu Iveco w walce o światowe rynki m. in. z Rosomakiem.

Centrum targowe w Brnie należy do najlepszych i największych tego typu obiektów w Europie. W tym roku na ogranizowane tam targi militarne zjechało mniej wystawców, niż zdążyliśmy się przyzwyczaić w ciągu poprzednich edycji (wystawa IDET w Brnie odbywa się co 2 lata, na przemian z Bratysławą IDEB).

Na targach nie obyło się bez imprez towarzyszących, jak choćby pokazy mody militarnej. Praktyczne podejście do projektowania mundurów nie tylko zapewnia wygodę użytkowania, ale przecież dobrze uszyty i ładnie wyglądający mundur poprawia nastrój i pewność siebie, co zaprezentowała na wybiegu płeć piękna armii czeskiej. Odsetek tamtejszych kobiet w wojsku jest większy niż w Polsce. Wydają się zresztą jakby bardziej rozluźnione niż polskie żołnierki.

Imprezy towarzyszące to nieodłączny element targów.
Fot. E. Milcar

Na targach oczywiście nie zabrakło nowinek motoryzacyjnych, które z pewnością zainteresują miłośników militariów. Na stoisku Iveco prezentowano LMV, gdzie obok znanej już wersji pięcioosobowej ze zdalnym karabinem maszynowym, pokazano zupełnie nową odmianę z krótką, dwudrzwiową kabiną. Nie zabrakło też cieszącego się stosunkowo niską popularnością Iveco Massif w wersji nie różniącej się niczym od samochodów cywilnych. Wisienką na torcie okazała się premiera skrzętnie zasłanianego siatką maskującą (nam się udało jednak zdobyć fotki) Iveco SUPERAV 8×8. Model ten ma być strzałem w dziesiątkę koncernu Iveco w segmencie kołowych wozów opancerzonych.

 

 

Transporter Iveco SUPERAV 8×8 będzie gotowy do produkcji w 2010 roku
Fot. E. Milcar

Imponująco prezentowały się także ostatnie nabytki armii czeskiej, czyli LMV ze stanowiskiem zdalnym Rafael, Dingo 1 oraz Pandur II z wieżą zdalnie sterowaną Elbit wyposażoną w armatę 30 mm.

Ciekawie zapowiadają się także propozycje opancerzenia Toyoty Land Cruiser, która jest dominującą platformą jeśli chodzi o przeróbki pojazdów funkcjonujących już na rynku.

Świetnie zaprezentowała się Tatra; na stoisku wystawiono model T 810 6×6 z silnikiem Steyr o mocy 240 KM oraz 6-biegową skrzynią biegów ZF. Ładowność tego samochodu wynosi 12 t. Inna wersja tego samochodu, tym razem z opancerzoną kabiną oraz częścią ładunkową pokazana została na stoisku armii czeskiej. Zobaczyliśmy także podwozie w konfiguracji 8×8 wyposażone w kabinę opancerzoną (Level 1). Podobny samochód trafi wkrótce do Polski; z naszych informacji wynika, że kabina w polskiej odmianie będzie znacznie lepiej opancerzona, a samochód zostanie wyposażony w mocniejszy, bo 600-konny silnik Deutz.

PANDUR II 8×8 z wieżą Elbit 30mm
Fot. E. Milcar

Czesi z powodzeniem zakończyli postępowanie przetargowe zakupu transportera Pandur II 8×8 wyposażonego w pełni automatyczną i bezzałogową wieżę Elbit; notabene wywoływała ona wątpliwości ekspertów dotyczące jej odporności na działanie w niskich temperaturach, które rzekomo mogą obniżać jej sprawność.

Czeska jednostka badawczo-rozwojowa VOP 25 zaprezentowała też kadłub pod wersje specjalne Pandura: wóz dowodzenia, wóz rozpoznawczy (planuje się dwie odmiany różniące się wyposażeniem w radar), wóz inżynieryjny oraz medyczny. O kompleksowym podejściu Czechów świadczy także oferta w pełni dynamicznego symulatora do szkolenia kierowców.

W świetle rosnących wymagań w zakresie mobilności oraz opancerzenia korzystnie prezentuje się Duro III 6×6, prezentowany na tym samym stoisku co Pandur (czyli GDLS), budowany na wspólnych elementach z Eagle IV (o którym więcej można przeczytać tu). Podobnie jak przed rokiem w Bratysławie, ciekawie wyglądały pojazdy na stoisku Land Rovera (w Polsce, podczas MSPO w Kielcach stoiska LR były dotychczas uboższe). Pokazano m.in. opancerzoną wersję Range Rovera oraz Defendera w kompletacji dla sił specjalnych SOF (Special Operation Forces).

Land Rover Defender w wersji dla sił specjalnych.
Fot. E. Milcar

Inna wersja tego pojazdu o kryptonimie Cowboy użytkowana jest przez armię czeską. Na ich stoisku obok Dingo 1 stanął Dingo 2, który jest znacznie cięższy i lepiej opancerzony od poprzednika.

Na targach mogliśmy też podziwiać całą gamę  pojazdów logistycznych armii czeskiej, bazujących na podwoziach Tatry. Ofertę ciężarówek na tragach uzupełniał Mercedes Zetros 6×6.

Podsumowując, jubileuszowa, 10 edycja targów – choć nieco mniejsza od poprzednich edycji – zgromadziła kilka naprawdę interesujących ekspozycji. Decydenci polskiej armii mogą nabawić się kompleksów zwłaszcza na stoisku armii czeskiej; mają oni do dyspozycji zarówno opancerzone Tatry, LMV, RG 31, jak i Dingo.

Najnowsze

Podróż przez Europę do Portugali

W 19 dni Grażyna z Tomkiem pokonali 9500km i przejechali 6 państw by dotrzeć do portugalskiego Faro na Bike Show, gdzie wraz z nimi zjechało przeszło 20,000 motocyklistów.

Wtorek, 15 lipca 2003 r.

O 16 kończę pracę, pędem do domu, zjeść coś i do garażu. Motocykl czeka już gotowy do drogi. Wyruszamy o 18. Do Wrocławia trasa jest super, potem zaczynają się płyty…. Nocujemy w Lubsku u Cioci. Pyszna kolacja i spać.

Środa, 16 lipca 2003 r.

Pobudka o 6, śniadanie, kawa i ruszamy do granicy w Olszynie. Przekraczamy ją o 8. Bocznymi drogami docieramy do trasy Zgorzelec – Dresdno. Jako że czas pędzi nieubłaganie musimy tankować na stacjach przy autostradzie. Około 1,12 euro za litr.

fot. Tomasz Sokołowski

Jedziemy trasą: Dresdno – Chemnitz – Hof – Norynberga – Heilbronn. Zmieniamy się co 200 km – na stacjach benzynowych. Raz zatrzymujemy się na drugie śniadanie. Przed Heilbronn wpadamy w korek. Jest ogromny. Akurat prowadzi Tomek i próbuje manewrować między samochodami, koło tirów upał jest nieznośny. Honda ma pewnie to samo zdanie, bo w pewnym momencie zaświeca się kontrolka chłodzenia. Zjeżdżamy na parking i czekamy z pół godziny. Ponieważ korek nadal jest ogromny postanawiamy pojechać na skróty uciekając od autostrady. Wjeżdżamy do Heilbronn, tankujemy (już tylko 1,05 euro za litr) i jedziemy sobie spokojnie drogą krajową w stronę Karlsruhe. W pewnym momencie zaczyna kropić, padać, lać… za nami słychać burzę. Nawet nie ma sensu przebierać się w ortaliony – i tak jesteśmy już mokrzy, a przed nami się przejaśnia. Docieramy znowu do autostrady. Jest już sucho. Ostatni postój w Niemczech i wjeżdżamy do Francji przed Mulhouse. Jest 18. Już w domu zdecydowaliśmy, że we Francji jedziemy autostradami (cała podróż przez Francję to około 35 euro), więc pędzimy za drogowskazami na Lyon. Trasa świetna. Czuję, że Tomek zaczyna z tyłu drzemać, wjeżdżam więc na jeden z przydrożnych parkingów – tzw. „Arie” – i robimy użytek z butli. Herbatka, zupka, kanapki – stawiają nas na nogi i po 22 ruszamy dalej.

Mijamy Lyon i przez płatne bramki dostajemy się na autostradę do Marsylii. Zaraz za nimi zatrzymujemy się na nocleg. Jesteśmy wykończeni i dalsza jazda byłaby zbyt ryzykowna. Jest 24, rozbijamy namiot i zasypiamy. Pędzące 100 m od nas samochody nie robią na nas najmniejszego wrażenia. Tego dnia przejechaliśmy 1323 km.

Czwartek, 17 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wstajemy po 7, śniadanie, pakowanie i w drogę. Jak najszybciej do Hiszpanii. Zaczynamy już czuć siedzenia… Po drodze łapie nas przelotny deszczyk, ale im dalej na południe tym cieplej. Robimy sobie przerwę na lunch… czyli kanapki i zupkę. Przed kolejnymi bramkami znowu zapala się lampka z chłodzenia. Po bliższej kontroli na parkingu okazuje się, że nie włącza się wentylator. Cholera. Tomek grzebie, grzebie, czyści i… wentylator działa. Uff, mogło być gorąco (dosłownie i w przenośni). Szczęśliwi ruszamy w dalszą drogę. Do granicy docieramy około 16. Witaj Hiszpanio! Zjeżdżamy z autostrady – te w Hiszpanii są zdecydowanie za drogie – i dalej do Barcelony. Droga krajowa jest całkiem niezła. Bez zbędnego kręcenia objeżdżamy Barcelonę obwodnicami (zwiedzanie zostawiamy na drogę powrotną). Mijamy cmentarz na wzgórzu. Coś niesamowitego. Całe wzgórze poryte nagrobkami, widok szokujący.

fot. Tomasz Sokołowski

Robimy sobie przerwę kolacyjkową z widokiem na Morze Śródziemne, jest wieczór i upał nie jest już tak męczący. Około 23 postanawiamy wjechać jednak na płatną autostradę i podgonić trochę, żeby minąć Walencję. Straszliwie chce nam się spać. Zmieniamy się coraz częściej, parkingi nie wyglądają jednak zachęcająco. Za Walencją zjeżdżamy na drogę w stronę Madrytu. Na kolejnym parkingu buntuję się – nie pojadę ani metra więcej, bo oboje padamy z nóg. 1067 km daje się we znaki. Miejsca na namiot niestety nie ma. Trudno, rozbijamy się na asfalcie – z jednej strony namiot trzyma się krawężnika, z drugiej motocykla, który częściowo nocuje z nami. Jest 2 w nocy. Usypiamy momentalnie. W nocy otwieram oczy i widzę faceta zaglądającego do namiotu. Mój wrzask nie tylko budzi Tomka, ale i uruchamia alarm w stojącym kilkanaście metrów dalej samochodzie. Cóż … okazuje się, że to moja wyobraźnia sakwę motocykla zmieniła w mężczyznę.

Piątek, 18 lipca 2003 roku.

fot. Tomasz Sokołowski

Lekko niewyspani wstajemy o 7. Kawa, śniadanie i dalej w drogę. Skręcamy w krętą, ale dobrą drogę do Albacete. Humory dopisują. Po przejechaniu około 120 km tankujemy, a gdy wyjeżdżamy ze stacji okazuje się, że kilometromierz i prędkościomierz nie działają. Tomkowe czary-mary nie dają rezultatu. Jedziemy dalej. Docieramy do Ubedy. Jest południe, upał prawie nas zabija. Robimy przerwę na arbuza i dalej do Linares. Tam wjeżdżamy na trasę Madryt-Cordoba. Bezpłatna, dwa pasy w każdą stronę. Jest super. Mijamy Cordobę. Upał jest nadal nie do zniesienia, nie można jechać z podniesioną szybką, bo powietrze parzy. Mijamy Sewillę. Coraz więcej motocyklistów i coraz mniej kilometrów dzieli nas od Faro. Po kolejnych 80 km dojeżdżamy do mostu. Po drugiej stronie wita nas Portugalia. Do Faro docieramy o 20, a właściwie o 19, bo zaoszczędziliśmy godzinę na zmianie czasu. Dzisiaj przejechaliśmy tylko 974 km. A cała trasa do Faro to 3531 km. Uff.

W Faro motocykle są wszędzie: przed nami, za nami, jadą z przeciwka, na wiadukcie pod którym przejeżdżamy. Jesteśmy w świecie motocykli! Trafiamy na teren zlotu. Tego nie da się opisać. Tysiące motocykli (w sobotę było ponad 20 000 uczestników), wspaniała organizacja, każdy wie co i gdzie ma robić. Kolejka po bilety jest długa, ale przesuwa się błyskawicznie. Płacimy po 33 euro, dostajemy wodoodporne opaski i karteczki, które wymieniamy na reklamówki, w których są: znaczki, koszulki, nalepki, widokówki, patelenki, kalendarzyki i naszywki zlotowe, plan imprezy, plan zlotowiska (na tym terenie można się zgubić), kupony do losowania Harleya i wyjazdu na Daytonę, worek na śmieci i karnet na 3 posiłki. Jesteśmy w szoku!

Teraz jeszcze trzeba znaleźć miejsce na namiot. Nie jest to łatwe. Ale podchodzę do ogrodzonego miejsca z napisem PLAYMOUTH MOTOCYCLE CLUB i pytam ich, czy nie znalazłoby się miejsce na jeden maluteńki namiot z Polski. Zgadzają się, Hura! Jesteśmy blisko sceny. Anglicy okazują się przesympatyczni, częstują piwem i właściwie dzięki nim ten zlot jest jeszcze wspanialszy.

Wyruszamy na rekonesans. Ciągle nie chce nam się wierzyć, że tu jesteśmy, że się udało. Olbrzymia scena, dziesiątki toi-toi, prysznice, bary, miasteczko stoisk, jest nawet mała scena z barem i sztuczna oaza. Jest już przygotowane miejsce na wystawę motocykli. Nie udaje nam się obejść całego terenu, padamy zmęczeni w namiocie, Już jest jutro.

Sobota, 19 lipca 2003 r.

Wstajemy koło 8 i spacerek do spożywczego. Oczywiście wszędzie są motocykliści. Po śniadaniu dalej zwiedzamy zlotowisko i oglądamy motocykle. Koło południa wyciągam Tomka na plażę. Kąpiemy się w Atlantyku i wracamy prosto na sardynki z rusztu z winem (to też wliczone w cenę imprezy). Spotykamy naszych znajomych z Playmouth MCC. Razem z nimi ruszamy na oglądanie motocykli na 12 Bike Show. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, każdy motocykl zasługuje na zdjęcie. Widać talent, pomysł i mnóstwo kasy. Są wyznaczone następujące kategorie: Harley, Chopper, Streetfighter, Custom, Rat i Strange. W tej ostatniej kategorii uwagę przyciąga jeżdżąca wanna z silnikiem ze skutera. Na tutejsze upały to naprawdę niezły pomysł. O 21.30 przyznano nagrody dla najlepszych w każdej kategorii. Wiele jednak z tych motocykli dotarło tu na przyczepkach, tylko na Show. A to chyba jednak nie o to chodzi. O 19 jest kolacja, potem wybór miss mokrego „bez podkoszulka” i koncerty do rana. 

Niedziela, 20 lipiec 2003 r.

Pobudka i spacer po śniadanie. Część naszych znajomych z Playmouth wyjeżdża i zostajemy tylko w sześcioro. O 12 idziemy po lunch. Na scenie odbywa się właśnie losowanie motocykla i wycieczki do Daytony. No cóż, nie mamy szczęścia. Potem już typowe nagrody: najstarszy i najmłodszy zlotowicz, najliczniejszy klub, najdłuższa trasę. Tą ostatnią zwinęli nam sprzed nosa dwaj kolesie z Finlandii. No i wyprawa na plażę, fale są ogromne, słońce pali, a wokoło prawie sami motocykliści. Fajnie. W tym czasie odbywa się parada po mieście.

Wracamy na zlotowisko, a tam zaczyna się chyba najlepsza impreza zlotu. Kameralnie, bo może z 300 osób, piwo leje się za darmo, kurczaki gratis, wszyscy już w humorkach, muzyka gra. Luz. I zero chamstwa. Toasty za zdrowie gospodarzy, tańce, hulanki, swawole. Koło 1 piwo się kończy, a my wracamy całą ekipą do namiotów.

Poniedziałek, 21 lipiec 2003 r.

Zachęceni przez Petera i Eddiego wybieramy się na cały dzień do Aqua Parku i gdyby nie zbyt przypieczona skóra, byłoby super. Wieczorem Peter zaprasza nas wszystkich na kolację. Pyszne tosty i sałatka, a przed nami Atlantyk, gdzieś w dali migają światełka statków, a może to już Ameryka?

Wtorek, 22 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wszystko co dobre kończy się, więc i zlot dobiega końca. Żegnamy się z Anglikami i ruszamy w przeciwne strony. Obiecujemy sobie, że jak tylko się da, to się spotkamy tu za rok. My kierujemy się w stronę Lizbony. Po drodze zwiedzamy urocze miasteczko Silves z obronnym zamczyskiem Maurów na szczycie wzgórza. Zachowały się tam nawet zbiorniki wodne, które zaopatrywały całe miasto w wodę w XVII w.

Omijamy płatną autostradę i zachodnim wybrzeżem docieramy do Lizbony. Trasa jest przyjemna, a upał tak nie przeszkadza, gdyż wiatr z Atlantyku go osłabia. Płatnym mostem, 3 kojarzącym nam się z San Francisco, nad którym góruje postać Chrystusa wjeżdżamy do miasta. Dzięki pomocy tubylczego motocyklisty docieramy do Dworca Rossi. Według przewodnika Pascala w tej okolicy można znaleźć najtańsze pokoje. I faktycznie, na IV piętrze kamienicy przy Placu Dom Pedro IV znajdujemy przytulny pokoik za 25 euro za noc. Motocykl ląduje na strzeżonym parkingu. Dzielnica jest ciekawa… co trochę zaczepiają nas dealerzy zdziwieni, że motocykliści nie chcą od nich żadnych prochów. A wybór jest duży. Nocne zwiedzanie miasta jest niezapomnianym przeżyciem. Wzgórza świateł, uliczki i schody wypełnione knajpkami, turyści i górujące nad tym ruiny zamczyska. Zmęczenie bierze jednak górę i zasypiamy. Wreszcie jest miękko.

Środa, 23 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Budzę się koło 8 i pędzę na parking po motocykl. Płaci się za każdą rozpoczętą godzinę, a po co nam dodatkowe koszty skoro za dnia Hondzia świetnie się czuje pod domem.

Śniadanie i dalsze zwiedzanie miasta. Jedziemy na tereny Expo 98. Mieści się tam drugie co do wielkości oceanarium świata. Po zapłaceniu 9 euro od osoby wchodzimy. Wow. Jesteśmy w szoku. W krainie pingwinów jest nawet prawdziwy śnieg. To trzeba zobaczyć samemu.

Potem ruszamy w kierunku Sintry uważanej za letnią stolicę Portugalii (tak jakby mieli tam zimę…). Razem z Hondzią wdrapujemy się na punkt widokowy i tam podziwiając ocean jemy gorące kubki. Centrum miasteczka to strome, wąskie uliczki zapełnione sklepikami. Podziwiamy piękne azulejos – ręcznie malowane płytki ceramiczne, z których słynie Portugalia.

fot. Tomasz Sokołowski

Decydujemy się kupić jedną małą na pamiątkę. Potem oglądamy zamek królewski i wspinamy się do góry, żeby zwiedzić ruiny twierdzy Maurów i Pałac da Pena – niesamowity, kolorowy przykład łączenia wielu styli architektonicznych. Niektórzy twierdzą, że kiczowaty. Płacimy po 3 euro za zwiedzanie ogrodów pałacowych (wnętrze pałacu to kolejne 7 euro) i po obejrzeniu pałacu z zewnątrz ruszamy ogrodami w dół. Widzimy czarne łabędzie i biało-czarne, pełno jest oczek wodnych, ławeczek, a drzewa chronią od lejącego się z nieba żaru.

Wracamy do Hondy i stromą krętą drogą docieramy do Cabo da Roca – najdalej na zachód wysuniętego punktu Europy. Wiatr jest niesamowity – przy około 40 0C marzniemy!. Dobrze, że mamy kurtki. Wracamy do Lizbony i cały wieczór chodzimy po uliczkach i zachwycamy się kolorystyką miasta.

Czwartek, 24 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Pobudka i w drogę. Ostatni rzut oka na Lizbonę i 17 km mostem Vasco Da Gama wracamy na właściwy brzeg rzeki Tag.

Bezpłatną drogą N4 a następnie N14 zmierzamy do Evory. Po drodze oglądamy ruiny zamku w Montemor o Novo. W Evorze postój i zwiedzanie pięknej katedry oraz podziwianie resztek rzymskiej świątyni z II w. – to najstarsze pozostałości rzymskie w Portugalii.

Jedziemy dalej w stronę Beji i Serpy. Wjeżdżamy do Hiszpanii. Droga N433 w stronę Sewilli jest bardzo malownicza, co trochę mijamy wioskę z górującym nad nią wzgórzem i zamkiem. Najpiękniejszy jest ten w Aracenie. Mijamy Sewille i płatną autostradą (5,70 euro) jedziemy do Cadizu. Warto zwiedzić to miasto. Stamtąd drogą N 340 kierujemy się w stronę Algeciras i znajdujemy fajny camping w Tarifie Camping Torre de la Pena 2 i płacimy 32 euro za dwie noce. Tarifa to najdalej na południe wysunięty punkt Półwyspu Iberyjskiego.

Piątek, 25 lipiec 2003 r.

Jedziemy do Algeciras sprawdzić ceny promów do Ceuty – hiszpańskiego miasteczka w Afryce. Może by tak… niestety 130 euro za wycieczkę tam i z powrotem przekracza nasz fundusz. Ruszamy więc dalej na podbój Gibraltaru. Kontrola paszportów i już jesteśmy. Ruch na szczęście jest prawostronny. Jedziemy w okropnym ścisku w stronę Skały i rezerwatu. Płacimy 25 euro (chociaż walutą obowiązującą są funty) za dwie osoby i motocykl. Mamy prawie cały dzień na zwiedzanie. Wchodzimy do Groty Św. Michała. Coś niesamowitego, olbrzymia jaskinia a w środku sala koncertowa i niesamowita akustyka. Kolejny punkt wycieczki to Wzgórze Małp. Jest ich mnóstwo, ale na szczęście żadna nie próbuje wsiąść na motocykl. Zwiedzamy jeszcze muzeum – tunel wykuty przez Brytyjczyków w skale, bronili się stamtąd przed wrogami. Ponieważ upał doskwiera wracamy na camping i szybko na plażę.

Sobota, 26 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Nadal trzymamy się drogi N 340 – tzw. Trasy Nadśródziemnomorskiej. To jedyny sposób na przetrwanie tych temperatur – morska bryza. Dodatkowym plusem są piękne widoki. Mijamy Malagę oraz Almerię. Za Almerią wjeżdżamy na trasę A92 prowadzącą do Guadix – miejsca, gdzie ludzie nadal mieszkają w pieczarach. Skręcamy w stronę Tabernas, czyli Texas Hollywood – to tam w latach 60 kręcono w Europie westerny. Przemierzamy pustynię. Pomimo późnej pory (19) upał jest okropny. Jak najszybciej wracamy więc nad morze i w okolicach miasteczka Garrucho znajdujemy kemping.

 

Niedziela, 27 lipiec 2003 r.

Uciekamy z okropnego kempingu i dopiero na trasie robimy przerwę śniadaniową. Przy okazji trafiamy na brzoskwiniowy sad i po raz pierwszy w życiu możemy skosztować brzoskwini „prosto z drzewa”. Okolica jest nadal skalista i tylko dzięki wysiłkowi ludzi oraz nawadnianiu terenu płaskowyż jest zielony. Mijamy Murcie, Alicante, Xabie. Droga nadal kręta. Co jakiś czas wjeżdżamy do tunelu. Nad jednym z nich na wzgórzu stoi olbrzymi zamek – a przynajmniej jego mury. W Cullerze skręcamy na drogę do el Saler i szukamy kempingu. Obowiązkowa kąpiel w morzu, Sangria….

Poniedziałek, 28 lipiec 2003 r.

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Planujemy dotrzeć do Barcelony – około 400 km i tam znaleźć kemping.

Jednak tuż za Walencją wpadamy w ścianę deszczu, szybko uciekamy, ale i tak schniemy przez następnych kilkanaście kilometrów. Po jakichś 100 km robimy się senni, więc zatrzymujemy się na plaży, Tomek drzemie, ja sobie pływam. Ruszamy dalej, ale pogoda jest jakaś senna, gdyż po godzinie nie jesteśmy w stanie prowadzić. Zatrzymujemy się przy plaży, wyciągamy kalimaty i szybko usypiamy. Coś ta Barcelona nam się nie przybliża…

Gdy udaje nam się wreszcie ruszyć dalej zauważamy już z daleka wielką kolejkę górską. Podjeżdżamy bliżej i znajdujemy Port Aventura studia Uniwersal – ogromny park rozrywki. Jak się okazało po powrocie do domu – widziana przez nas kolejka górska jest największą w Europie. Jesteśmy koło Tarragony – około 100 km od Barcelony. Postanawiamy jednak znaleźć kemping i kolejny dzień spędzić na zabawie. Wizyta w supermarkecie (warto tam robić zakupy, ale w niedziele wszystkie są nieczynne) i rozbijamy się na świetnym kempingu na 1143 km drogi N 340.

Wtorek, 29 lipiec 2003 r.

Było warto. Dzień szaleństwa. I bohaterska jazda głową w dół na kolejce. Brrr. Robi wrażenie. Wieczór spędzamy w knajpce przy kempingu nad pyszną paelą. Kelner zapytał jak zamawialiśmy piwo, czy ½ litra, choć zwyczajowo pije się tam 0,33. Ciekawe czemu?

Środa, 30 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wyjeżdżamy koło 10 i dobrze nam już znaną drogą numer N 340 docieramy do Sitge., tam skręcamy na drogę C31 i szukamy kempingu. Znajdujemy całkiem fajny w Gavie – 14 km przed Barceloną. Jest dosyć drogi 24 euro za noc – ale to taka okolica. Plaża, obiad i wyruszamy na podbój Barcelony. Obowiązkowo Katedra Gaudiego Sagrada Familia, gotycka część miasta, spacer po Ramblas – głównej promenadzie Barcelony, a potem szukamy cmentarza, który zrobił na nas takie niesamowite wrażenie kilkanaście dni wcześniej. Z bliska okazuje się, że to całe wzgórze jest jednym wielkim miasteczkiem-cmentarzem, po którym jeżdżą samochody. Imponujące budowle, pomniki. Warto tam zajrzeć. Oglądamy słynny stadion olimpijski i parę minut przed 20 jesteśmy przy Fontana Magica. Punktualnie o 20 zaczyna się pokaz. Można to oglądać bez znudzenia, przed 21 do tańczącej wody dochodzą różnokolorowe światła, a koło 22 muzyka. Robimy sobie jeszcze nocną rundkę po mieście i wracamy do namiotu.

Czwartek, 31 lipca 2003 r.

Pobudka, kąpiel w morzu i zbieranie muszelek. Pakowanie i w drogę. Mijamy Barcelonę i  kierujemy się w stronę Monistrol, żeby wspiąć się stamtąd 9 km krętą górską drogą do klasztoru Montserrat – miejsca kultu religijnego w Katalonii. Po obejrzeniu klasztoru i podziwiania widoku rozpościerającego się pod nami ruszamy w kierunku Andory. Przejeżdżamy płatnym (7 euro brr) tunelem o długości ponad 5 km i już jesteśmy w Andorze.

Spore korki w miasteczkach i mnóstwo motocykli, jak również sklepów motocyklowych – biorąc pod uwagę krótki tam sezon jest to zadziwiające. Nie mieliśmy pojęcia, że Andora jest tak imponującym ośrodkiem narciarskim. Przejeżdżamy kolejne pasmo Pirenejów, robimy zakupy w bezcłowym sklepiku i wjeżdżamy do Francji. Odbijamy od głównej drogi (na Tuluse) i drogą D118 przez góry podziwiając widoki przedzieramy się do Carcasson. Robimy sobie piknik z widokiem na zamek i kilka kilometrów dalej znajdujemy spokojny i tani (11 euro) kemping.

Piątek, 1 sierpień 2003 r.

Teraz to już szybki powrót do domu. Przez Albi, Mende, St.Ettienne i dalej do Lyonu. Tam wjeżdżamy na drogę N 83 i jedziemy w stronę Besanson. Znajdujemy kemping, ale nie wiemy, ile kosztuje, bo o 24 recepcja jest już nieczynna a o 6 jeszcze nie. Objeżdżamy szlaban i szybko spać.

Sobota 2 sierpień 2003 r.

Docieramy do płatnej autostrady i znaną nam już drogą wracamy do domu.

Cała trasa zajęła nam 19 dni, przejechaliśmy około 9500 km, zwiedziliśmy 6 państw, wydaliśmy około 1100 euro i 100 zł (paliwo w Polsce). A teraz zbieramy pieniążki, żeby za rok znów być na Faro.

 

 

Najnowsze

Ekologiczny super-motocykl

Zapewne za każdym razem gdy odpalasz swój motocykl myślisz o globalnym ociepleniu a gdy przekręcasz manetkę z przerażeniem spoglądasz w niebo, kontrolując czy dziura ozonowa nie przesunęła się znad Antakrtydy.

fot. Fuseproject

Jeśli stresuje Cię, że Twój motocykl powoduje, iż liściom zapychają się pory, Mission Motor One będzie ucieleśnieniem Twoich marzeń. Jeżeli przeżywasz, że Twoja maszyna płoszy gniazdujące ptactwo, ten supermotocykl o napędzie elektrycznym okaże się dla Ciebie strzałem w dziesiątkę.

 

Projekt z San Francisco zainicjowała grupa Fuseproject. Wspólnie z amerykańskimi producentami hot-rod’ów postanowili stworzyć produkt.. przyjazny dla środowiska. Zielone eco-idee vs konsumpcyjny tryb życia? Superbikes na służbie ekologów?

 

fot. Fuseproject

Znaleźli się tacy, którzy twierdzą że te tematy można ze sobą pogodzić. Yves Behar, wieloktronie nagradzany projektant specjalizujący się we wzornictwie przemysłowym stworzył najszybszy na świecie, napędzany jednostką elektryczną super-motocykl nazwany Mission Motor One. Mimo swojej muskularnej sylwetki zadziwiająco lekko osiąga prędkość 240km/h. Zaprojektowane ostrymi liniami nadwozie wsparte na lekkiej, aluminiowej ramie, skrywa baterie przykryte powłoką o strukturze plastra miodu.

 

 

 

fot. Fuseproject

Żadnego baku, rur wydechowych, żadnego pulsowania widlastej dwójki czy skowytu rzędowego czterocylindrowca. Żal z powodu utraty niepowtarzalnego akompaniamentu gangu wydechu ma ukoić informacja, że taka maszyna zostawia w powłoce ozonowej dziureczkę najwyżej wielkości zapalniczki? Czy ktoś policzył ile dwutlenku węgla wyprodukuje elektrownia dostarczająca prąd do zasilenia tego cudeńka?

 

Nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia ekologii ten super-motocykl grupy Fuseproject zostawia daleko w tyle, napędzanych benzyną „smrodliwych” konkurentów. Projekt Beharta dowodzi, że ekologiczne i nie zanieczyszczające środowiska produkty wcale nie muszą być przeciętne i nieciekawe.

Przychodzi jednak refleksja, ile takich motocykli musiałoby zastąpić jeżdżące maszyny, by zneutralizować zanieczyszczenia powstałe przez jedną, chińską fabryczkę. I jak rozwiązać kwestię niebezpiecznej cichobieżności tego sprzętu? Proponujemy megafon z ulubionymi soundtrackami H-D albo Ducati. Tylko czy o to chodzi w swobodnej jeździe motocyklem?

Żródło:

http://www.ridemission.com
http://www.fuseproject.com/

Najnowsze