Ewa Pertyńska

Jeden z najrzadszych modeli Mercedesa sprzedany!

Jeden z najrzadszych modeli Mercedesa, 280SE 3.5 w wersji Cabrio z 1970 r., został sprzedany 15 listopada na aukcji Silverstone na Lancaster Insurance Classic Motor Show.

Mercedes 280SE 3.5 Cabrio, z kierownicą po prawej stronie i dźwignią zmiany biegów zamontowaną w podłodze, ze skrzynią biegów w wersji automatycznej i z nadwoziem typu cabrio, jest przedstawicielem najrzadszego z wariantów niemieckiej marki oraz jednym z 68 wyprodukowanych modeli tego typu. Kiedy został wyprodukowany w 1970 roku, wielu ludzi wierzyło, że Mercedes stworzył najlepszy samochód świata. Dla kierowców z zamiłowaniem do świeżego powietrza i z odpowiednią zasobnością portfela, nie było innego wyboru niż 280 SE. Samochód z silnikiem V8 o pojemności 3,5 litra, był najszybszym, najbardziej "wystawnym" i również najdroższym autem z wówczas dostępnej oferty Mercedesa.

Jego wartość przed aukcją została oceniona między 200 a 250 tysięcy funtów (1 080 000 – 1 350 000 złotych), zaś ostateczna wylicytowana cena wyniosła 219 375 funtów, czyli około 1 154 000 złotych.

Gwiazda aukcji, odkupiona 11 lat temu od ówczesnego właściciela z Wielkiej Brytanii, została przetransportowana do Australii, by wieść żywot pełen uciech i wygód. Czemu zresztą trudno się dziwić, taki samochód nie zasługuje na żadne inne traktowanie niż iście arystokratyczne. Został oddany pod opiekę specjalistów od Sleepy Beauties (Śpiące Piękności) z Brisbane, którzy w ciągu pięciu lat i przy funduszach na poziomie 200 tysięcy dolarów (676 tysięcy złotych) odrestaurowali tę cudowną maszynę.

Manager aukcji, Guy Lees-Milne, opowiada o przedmiocie aukcji:

„Jest to piękny przykład samochodu, przez wiele osób uważanego za najlepszy za świecie. Ten w dodatku został dostatecznie doceniony i dopieszczony technicznie. Poświęcono mu bardzo wiele należnej mu uwagi”.

Po renowacji auto zostało ocenione przez samego właściciela na 95,5 punktu na 100 możliwych w skali. Możemy bez większych wyrzutów sumienia zaufać tej opinii, bo jej wystawca jest zarazem zarządcą jednej z największych firm na świecie zajmujących się renowacjami aut. Osobiście oddał auto w ręce najlepszych profesjonalistów ze słowami: „zajmijcie się nim tak, by był równie dobry, jeśli nie lepszy od tego, który wyszedł prosto z fabryki”. W tym momencie auto jest również w grupie samochodów, z których ma zostać wyłoniony jeden, będący w najlepszym stanie.

Hyundai promuje technologie wodorowe. Na czym polega program H2U?

„Jest nie tylko ekstremalnie pięknym i niesamowicie utrzymanym samochodem, jest również bardzo dobrą inwestycją”, Guy Lees-Milne dodaje. „Częściej spotykany model ostatnio został wylicytowany za kwotę 425 000 tysięcy doladów (1 436 500 złotych: przyp. red.).”

Takie kwoty kompletnie nas nie zaskakują. Tak fantastycznie piękne auto z duszą zasługuje na każde, pełne zachwytu spojrzenie i każde pieniądze z zasobnego portfela.

Najnowsze

Test Ducati Monster 821

Ducati Monster 821 to mniejszy brat Monstera 1200. Wygląda niemal identycznie, jest lżejszy zaledwie o 3 kilogramy, dysponuje nieco mniejszą mocą – ale to nie oznacza, że jest maszyną łagodną i potulną. Słowo „potwór” w nazwie zobowiązuje.

Włoskie znaczy piękne… i wygodne!
Zacznijmy od wrażeń wzrokowych – w przypadku włoskiej marki możemy spodziewać się, że będą pozytywne – i tak jest w istocie. Jakość materiałów i dbałość o detale jest na najwyższym poziomie. Muskularny, zwarty motocykl w czerwonym malowaniu wygląda jak prawdziwa bestia czająca się do skoku. W samym wyglądzie widać obietnicę ostrej jazdy. Monster 821 spełnia ją bez wysiłku.

Jeszcze zanim usiądziemy na ergonomicznie wyprofilowanej kanapie, spodziewamy się wygody. I Ducati nie zawodzi. Pozycja jest dość agresywna, pochylona do przodu i z mocno ugiętymi kolanami. Na szczęście idealnie zaprojektowane wgłębienia w baku i kształt siedziska sprawiają, że możemy w tej pozycji pozostać długo bez poczucia dyskomfortu.

Poezja w ruchu
Po uruchomieniu silnika odczujemy lekkie wibracje i usłyszymy przyjemne basowe dudnienie. Monster wyposażony jest w dwucylindrowy silnik Testastretta o układzie cylindrów w kształcie litery L i z rozrządem desmodromicznym – jego brzmienie jest zatem dość nietypowe. Można je opisać jako basowy pomruk, któremu towarzyszy wysoki, metaliczny stukot. Ruszenie powoli tą maszyną sprawia pewien kłopot – każdy ruch manetki to intensywny zryw do przodu. Ponadto na niskich obrotach Monster jest raczej narowisty – szarpie łańcuchem, jakby kaprysił, że nie dane mu pokazać, co potrafi. Kiedy jednak wejdziemy w wyższe zakresy obrotów – praca silnika zmienia się nie do poznania. Powyżej 5 tysięcy obrotów motocykl staje się lekki, zwinny, płynnie pędzi przed siebie, jakby dostał skrzydeł. Zmiana jest nagła i niesamowita. Ta maszyna po prostu nie lubi jeździć powoli. Za to jeśli pozwolimy się ponieść szybkości – odwdzięczy się cudownymi wrażeniami. Przepustnica reaguje natychmiast na każdy ruch dłoni kierowcy. Podobnie hamulce – bardzo solidne i potrafiące zatrzymać rozpędzoną bestię w miejscu. ABS w standardzie poprawia poczucie bezpieczeństwa.

Prawdziwa frajda zaczyna się jednak, kiedy mamy przed sobą zakręty. Składanie Monstera nie wymaga żadnego wysiłku. Ponadto raz złożony trzyma się łuku jak przyklejony. Duża w tym zasługa świetnych opon Pirelli Diablo Rosso II – nawet w jesiennym chłodzie i deszczu idealnie trzymały się nawierzchni. Szybka jazda w zakrętach cieszy niezależnie od wybranej mapy silnika (a do wyboru mamy tryby Touring, Sport i Urban).

Askoll NGS - włoski, elektryczny skuter. Wiemy, kiedy pojawi się w Polsce

Rumak bez skazy?
Czy zatem jest w tym motocyklu coś, do czego można się przyczepić? Dla mnie była to topornie pracująca skrzynia biegów – zmiana wymaga  zdecydowanego, wręcz brutalnego ruchu stopą i upewnienia się, że na pewno udało się wrzucić odpowiedni bieg.

Nieco uciążliwym mankamentem jest brak jakiejkolwiek ochrony kierowcy przed wodą pryskającą znad tylnego  koła w czasie jazdy w deszczu. Kiedy jest mokro zsiądziemy z motocykla z całkowicie zachlapanymi błotem i wodą plecami, a nie jest to zbyt przyjemne.

{{ gallery(1303) }}

Kolejny problem to błyskawiczne nagrzewanie się silnika w wolnej miejskiej jeździe – w czasie jednego cyklu świateł temperatura potrafiła się podnieść o kilkanaście stopni Celsjusza. W dodatku silnik jest niemal nieosłonięty i całe to ciepło uderza bezpośrednio w nogi kierowcy. A mamy późną jesień – co będzie w środku upalnego lata?

Nie jest to więc idealna maszyna do jazdy po mieście. Nie sprzyja temu także dość szeroka kierownica i jeszcze szersze lusterka, które utrudniają przeciskanie się w korkach. Natomiast szybkie przeloty obwodnicą na drugi koniec miasta to na Monsterze 821 wspaniała rzecz. Ten motocykl spisze się też doskonale na wszelkiego rodzaju wycieczkach – także tych dłuższych – dzięki wygodnej pozycji i sporej mocy przydatnej przy wyprzedzaniu. Zużycie paliwa wyniosło 5,3 litrów na setkę w mieście i spadło do 5 litrów w dłuższej trasie – to bardzo przyzwoity wynik, jak na silnik takich rozmiarów.

Wszystko pod kontrolą
Zegary Ducati Monster 821 to jeden szeroki ekran LCD pełen przydatnych informacji. Prędkość wyświetlana jest cyfrowo, obroty w formie przyrastającego paska na górze ekranu. Poza tym przed oczami mamy nieustająco informacje o: temperaturze silnika, średnim zużyciu paliwa i aktualnie używanej mapie silnika. Mamy też małą ramkę po lewej stronie, gdzie możemy wybrać, jaką informację chcemy oglądać: przebieg, długość bieżącej wycieczki lub godzinę. Niestety, nie ma opcji pokazania zapiętego aktualnie biegu ani wskaźnika zużycia paliwa. O tym, że benzyna się kończy, daje znać kontrolka rezerwy (w baku pozostaje wtedy paliwo na około 30-40 kilometrów jazdy). Ogólnie zegary są czytelne i pomocne, jednak mam zastrzeżenia do sposobu ich obsługi – dojście do tego, że mapę silnika zmienić można nieopisanym przyciskiem w lewej rączce oraz przyciskiem włączającym kierunkowskazy zajęło mi sporo czasu. Bez instrukcji obsługi ciężko jest zgadnąć, jak zmienić poszczególne ustawienia.

Wakacje z kamperem to wyzwanie - jak przygotować się do podróży?

Lusterka są bardzo dobrze wykrojone. Doskonale widać w nich wszystko, co dzieje się za plecami i z boku kierowcy. To wielka zaleta – przy dynamice jazdy Monstera wiedza, co robią pojazdy za nami i obok jest kluczowa dla szybkiego wyprzedzania i sprawnego poruszania się w gęstym ruchu.

Kto oswoi bestię?
Ducati Monster 821 to motocykl dla doświadczonych kierowców, którzy potrafią docenić błyskawiczne reakcje silnika i jego moc. Ta maszyna doskonale słucha motocyklisty, ale nie wybacza błędów. Przypadkowe zbyt mocne odkręcenie manetki może skończyć się lądowaniem w karoserii samochodu przed nami. Jeśli jednak ktoś czuje się na siłach precyzyjnie okiełznać bestię, dostarczy mu ona niezapomnianych wrażeń. No i jeśli będzie go stać na to, by zapłacić 47 900 złotych (w wersji Dark: 45 900 złotych). Na taką cenę składają się: kultowy look, mnóstwo drogiej elektroniki oraz niesamowita frajda z jazdy. A ta ostatnia, jak wiadomo, jest bezcenna.

Alfa Romeo świętuje oficjalnie 110 lat istnienia. Pokaże

Dane techniczne Ducati Monster 821:

SILNIK
Silnik: 821 Testastretta 11, L-Twin cylinder, 4 zawory na cylinder, rozrząd desmodromiczny, chłodzenie cieczą
Średnica cylindra: 88 mm
Skok tłoka:  67,5 mm
Pojemność skokowa:  821,1 cm3
Stopień sprężania:  12,8:1
Układ paliwowy:  Elektroniczny wtrysk paliwa

WYMIARY
Długość:  2 154 mm
Wysokość siedzenia (bez obciążenia):  785 – 810 mm
Kąt pochylenia główki ramy: 24,3°
Wyprzedzenie:  93,2 mm
Rozstaw osi:  1 480 mm
Opony, przód: 120/70 ZR17 Pirelli Diablo Rosso II
Opony, tył: 180/60 ZR17 Pirelli Diablo Rosso II
Pojemność zbiornika paliwa: 17,5 l
Masa (bez płynów):  179,5 kg
Masa (gotowy do eksploatacji):  205,5 kg

PRZENIESIENIE NAPĘDU
Skrzynia biegów – manualna 6. biegowa
Sprzęgło – mokre, wielotarczowe, hydrauliczne
Wstępne przeniesienie napędu:  Łańcuch, przełożenie 1,85:1
Przełożenie 1 bieg:  37/15
Przełożenie 2 bieg:  30/17
Przełożenie 3 bieg:  28/20
Przełożenie 4 bieg:  26/22
Przełożenie 5 bieg:  24/23
Przełożenie 6 bieg:  23/24

PODWOZIE
Rama: stalowa, rurowa
Wydech:  ze stali nierdzewnej, lekki system 2-w-1 z katalizatorem wyposażonym w dwie sondy lambda
Zawieszenie przód: odwrócony widelec 43 mm
Zawieszenie tył: regulowany amortyzator Sachs, obustronny wahacz aluminiowy
Koła, przód:  10-ramienny odlew aluminium 3,50×17
Koła, tył:  10-ramienny odlew aluminium 5,50×17
Hamulce przód:  2 pół-pływające tarcze 320 mm, 4-tłoczkowe zaciski Brembo z pompą promieniową, ABS w standardzie
Hamulce tył: jedna tarcza 245 mm, 2 tłoczkowy zacisk, ABS w standardzie.

OSIĄGI
Moc maksymalna 112 KM
Moment obrotowy silnika:  89,4 Nm
Zużycie paliwa (średnie):  5,2 l/100 km

Najnowsze

Skuter – hit czy kit?

Czy skuter może być wyznacznikiem wolności, przygody i adrenaliny? Większość z nas kojarzy go z tanim i wygodnym transportem po mieście oraz z dostawcami pizzy. Czy słusznie?

Gdy dodamy do tych skojarzeń nieco fantazji, okaże się, że taki skuter można wykorzystać na wiele innych sposobów. Na przykład pobić nim rekord prędkości, czy rekord długości jazdy, można zwiedzić na nim świat, albo stworzyć swój gang. To tylko niektóre pomysły na niestandardowe wykorzystanie tego pojazdu.

Swój udział w biciu Rekordów Guinessa na skuterze ma Polak – Piotr Głowacki z Bełchatowa, który w lipcu 2013 r. odbył podróż ze swojego rodzinnego miasta, aż do Międzyzdrojów. Następnie wykąpał się w morzu, wsiadł na skuter i udał się z powrotem do Bełchatowa – wszystko w zaledwie 24 godziny. Bicie rekordu Guinessa było częścią wyprawy „Bez snu, bez zmęczenia”, a celem Piotra było pokonanie poprzedniego wyniku w tej samej kategorii wynoszącego 968 kilometrów. Po 24 godzinach okazało się, że osiągi były jeszcze lepsze: 1062 przejechane kilometry!

Jego skuter, Gillera Runner z 2007 roku o imieniu Papak, uwielbia podróżowanie. Piotrek na skuterze był m.in. w Grecji i Egipcie, Rosji i w krajach skandynawskich. Wyprawa do Mongolii była kolejną, niestety nieudaną, próbą pobicia rekordu na najdłuższą podróż skuterem. Zawiódł niestety sprzęt, ale pewnie to nie koniec wyzwań, bo ani pustynia, ani śnieg Piotrka nie wystraszą!

Bicie rekordów na skuterze opieraja się obecnie raczej na długości jazdy. Są testem dla wytrzymałości maszyny i kierowcy. Jednak w historii bicia rekordów prędkości na skuterze miała swój udział także kobieta. Marlene Parker w wieku 22 lat pobiła rekord świata na torze Monza, na skuterze Lambretta; było to w 1965 roku. Do bicia rekordu zgłosiło się 67 kandydatek, jednak to Marlene, pracująca wtedy jako kierowca taksówki, miała zaszczyt wziąć udział w tym wyzwaniu. Osiągnęła prędkość 110 mil na godzinę (ok. 177 km/h).

Obecnie nadal powstają konstrukcje na bazie skuterów, które mają dostarczyć wiele adrenaliny. Przykładem może być dragster 2evil z dwusuwowym silnikiem spalinowym o pojemności 172 cm3, który osiąga 150 metrów w 6,5 sekundy. Maszynę wystawia się do startów w wyścigach customowych skuterów. Niestety na naszych torach mistrzostwa Polski skuterów nie są już rozgrywane, a startowała w nich z sukcesami m.in. Natalia Florek.

 

Przykładem sporej fantazji jest Colin Furze, brytyjski hydraulik, który postanowił pobić rekord prędkości na skuterze… dla niepełnosprawnych. Swoją konstrukcję oparł na elektrycznym wózku inwalidzkim i silniku ze swojego crossowego motocykla CR125 z 1997 roku. Przebudował mu ramę, dodał skrzynię biegów i wydech. W 2010 roku na torze wyścigowym Santa Pod Raceway, rozpędził się do prędkości 71,59 mph (115,19 km/h), poprzedni rekord wynosił 62 mph (99,76 km/h).

Obecnie w naszym kraju istnieje wiele klubów zrzeszających kierowców skuterów. Sporo się mówi o jedności motocyklistów, ale na jednakowe wsparcie w środowisku mogą liczyć kierowcy skuterów i … motopedów. W 2012 roku powstał film dokumentalny o gangu dziewczyn z Los Angeles, która jeździ motorowerami – The Gasskettes.

{{ vimeo(37114552) }}

Skuter nie musi być wolnym i nudnym pojazdem, jego ograniczenia są tylko w naszych głowach. Ulubionym cytatem wspomnianego wyżej Piotrka Głowackiego są słowa Paulo Coelho: „Świat należy do ludzi, którzy mają odwagę marzyć i ryzykować, aby spełniać swoje marzenia. I starają się robić to jak najlepiej”.

Najnowsze

Ewa Pertyńska

Latający samochód

Powrót do przyszłości? Nic z tych rzeczy! Abstrakcja? Do tej pory - jak najbardziej. Marzenie? Dla wielu kierowców samochodów, którzy mieli okazję choć raz utknąć w korku, latający samochód może zdecydowanie być spełnieniem marzeń.

            Okazuje się, że projekt latającego samochodu coraz śmielej przechodzi ze świata fantazji do świata realnego. Słowacka marka AeroMobil stworzyła maszynę, która ku zaskoczeniu wszystkich działa!

Nissan zachęca do śpiewania w samochodzie. Stworzył specjalną playlistę, która ułatwi powrót do

            Firma zaprezentowała już wcześniej inny model, AeroMobil 2.5, jednak zachowywał się niestabilnie i nie osiągnął zbyt wysokiego pułapu. Najnowszy projekt, nazwany 3.0, zadebiutował na Festiwalu Pionierów w Wiedniu. Robi wrażenie pojazdu (samolotu?), do którego rzeczywiście chciałoby się wsiąść.

            AeroMobil jest zaledwie jedną z pierwszych prób stworzenia latającego auta, ale można w nim dojrzeć pewne unikalne rozwiązania. Skrzydła chowają się w kadłubie maszyny, gdy nie są już potrzebne. Jest to dużo bardziej efektowne, niż w przypadku modelu Terrafugia, i w dalszym ciągu funkcjonalne.

            Niestety, AeroMobil nadal nie jest magicznym rozwiązaniem problemu utykania aut w korkach. Jako maszyna latająca wymaga licencji pilota, by móc nią sterować. Nie jest również dostępna w sprzedaży. Choć niewątpliwie nie ujmuje to w żaden sposób oszałamiającemego wrażenia, które robi, gdy jest w stanie zmienić tor jazdy z ulicznego na powietrzny.

            W tym momencie wymagane są uprawnienia na tego typu wynalazki. Ale skoro takie rozwiązania już się pojawiają, kto wie, czy w przyszłości nie zobaczymy wersji dostępnej dla przeciętnego kierowcy?

Najnowsze

Świat z bliska – na motocyklu w Wietnamie

Marta i Łukasz w swojej podróży dookoła świata odwiedzili Wietnam - opowiadają nam, jakie najdziwniejsze widoki napotkali.

Nowy Opel Mokka bez kamuflażu jest zwinny i energetyczny. Zobaczcie zdjęcia!
Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński w życiu i w podróżach przede wszystkim nie chcą żałować, że czegoś nie spróbowali. Dlatego ciągle szukają okazji do poznania i przeżycia czegoś nowego. Ich największa jak dotąd przygoda to 11-miesięczna podróż dookoła świata zorganizowana na własną rękę, którą opisują na blogu  www.swiatzbliska.pl. Poprzednio opowiadali nam o podróży motocyklami przez Nową Zelandię. Tym razem zgodzili się opowiedzieć o swojej wizycie w Wietnamie, gdzie również przemieszczali się na dwóch kółkach.

                                                                                                                                                                                                                                   

 

W Waszej wyprawie dookoła świata kilka razy przesiedliście się na jednoślady – między innymi w Wietnamie. Skąd decyzja o zwiedzaniu tego kraju właśnie na dwóch kółkach?

Musimy szczerze przyznać, że przed przyjazdem do Wietnamu w ogóle nie planowaliśmy zwiedzania tego kraju na motocyklach. Wydawało nam się, że nasze niewielkie jeszcze umiejętności (świeżo zdane prawo jazdy kategorii A i pierwsze kilometry przejechane po Nowej Zelandii) nie pozwolą nam na poruszanie się po tamtejszych drogach na dwóch kółkach. Jednak zaraz po przyjeździe do Sajgonu nadarzyła się okazja „nie do przepuszczenia” – dostaliśmy propozycję żeby zwiedzić Deltę Mekongu. Jak się okazało, najlepszym sposobem na tanie zwiedzanie bez zorganizowanej wycieczki było pojechanie tam właśnie na motocyklach. Zapachniało przygodą więc długo się nie zastanawialiśmy i ruszyliśmy w drogę.

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

W jaki sposób weszliście w posiadanie motocykli w Wietnamie? Wypożyczyliście je? Kupiliście używane?

W Wietnamie motocykle czy skutery wypożycza się tak jak u nas rowery. Jest to zdecydowanie najbardziej popularny środek transportu więc pojazdy te są dostępne dosłownie wszędzie. O prawo jazdy nikt nie pyta. Czasem tylko (naprawdę nie jest to wymagane zawsze) trzeba pokazać, że ogarnia się jazdę na dwóch kółkach kręcąc kilka ósemek na placu przed wypożyczalnią. Jeśli potrafisz przyspieszyć, zahamować i skręcać, a do tego nie przewracasz maszyny przy tych manewrach, jest twoja! W naszym przypadku motocykl na wyprawę w Deltę Mekongu wypożyczył miejscowy chłopak poznany w ramach couchsurfingu, więc właściciel nas nawet nie widział (a tym bardziej naszych praw jazdy).

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Czy mieliście jakieś problemy z bezpieczeństwem? Nie było problemu z wypożyczeniem kasków czy stanem technicznym pojazdów?

Stan techniczny motocykla powinien być wystarczająco dobry, żeby można było na nim przejechać z punktu A do punktu B. Jeśli maszyna spełnia te wymogi to znaczy, że jest w stanie technicznym akceptowanym przez większość Wietnamczyków. Tak przynajmniej wygląda to z boku, bo o oficjalnych wymogach odpowiednich ministerstw oczywiście nie mamy pojęcia. Jednak widać gołym okiem, że wiele maszyn przemykających po drogach Wietnamu nie spełnia nawet minimalnych wymogów bezpieczeństwa. Często brakuje im lusterek, świateł mijania, stopu czy migaczy, a opony miewają tak łyse, że aż strach. Zdarza się też, że nie działa nawet prędkościomierz (tak było w naszym przypadku). Na szczęście zdecydowana większość kierowców jeździ w kaskach, więc chociaż w ten sposób się chronią. Natomiast jest jeden element wyposażenia, bez którego nikt nie odważy się włączyć do ruchu drogowego – a jest nim klakson! O tym dlaczego odpowiadamy w następnym pytaniu.

Jakie było Wasze pierwsze wrażenie w ruchu ulicznym w Azji?

Nasze pierwsze spotkanie z ruchem ulicznym w Wietnamie miało miejsce w Ho Chi Minh i musimy przyznać, że nie mogliśmy uwierzyć w to co zobaczyliśmy. Po pierwsze okazało się, że nadrzędną, zawsze obowiązującą i jedyną zasadą, którą w Wietnamie znają i przestrzegają wszyscy jest „Większy ma pierwszeństwo!” Każdy (zarówno miejscowy jak i turysta), który chce przejechać ten kraj bez uszczerbku na zdrowiu musi się do niej stosować absolutnie zawsze i wszędzie – również jako pieszy. Może to brzmieć niewiarygodnie, ale od tej zasady nie ma odstępstw absolutnie nigdy. Dla przykładu: ciężarówka jadąca pod prąd na rondzie ma pierwszeństwo, autobus przecinający sześć pasów ruchu by zawrócić na moście ma pierwszeństwo, bus wjeżdżający na wąską dróżkę uczęszczaną w 99% przez jednoślady ma pierwszeństwo, nie mówiąc o motocyklach jeżdżących po chodnikach czy traktorach wjeżdżających na skrzyżowanie na czerwonym świetle.

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Jak można się domyśleć niełatwo jest przyzwyczaić się do tego, że wszyscy tak otwarcie i nagminnie łamią wszelkie reguły obowiązujące na drodze. Obserwując sposób poruszania się pojazdów z boku można wręcz powiedzieć, że zasad generalnie nie ma, a ruch uliczny jest absolutnie nieprzewidywalny. Ponad to wszystko warto dodać, że mało kto w Wietnamie jeździ swoim pasem ruchu, a skutery i motocykle jeżdżą chmarą poruszając się trochę tak jak ławica ryb omijająca przeszkody, które nagle pojawią się na drodze.

Dlatego w takim totalnym chaosie nie można obejść się bez klaksonu, którego użycie jest zgoła inne niż u nas. W Wietnamie nikt bowiem nie trąbi na „barana” czy „babę za kierownicą”, za to nieustannie daje innym znać, że jedzie. Bardzo pomocne w tej drogowej orkiestrze jest to, że dźwięk klaksonu jest przeważnie dopasowany do gabarytów pojazdu tak jak szczekanie do wielkości psa. Rowerek będzie nieustannie ostrzegał pozostałych niezbyt głośną piszczałką, żeby nikt go nie przejechał, za to jak ciężarówka ryknie raz klaksonem głośnym jak trąba, wszyscy szybciutko się usuną. Patrząc z boku wydaje się, że ta kakofonia dźwięków jest nie do ogarnięcia, ale będąc uczestnikiem tego szalonego ruchu drogowego człowiek szybko się uczy. Trąbienie naprawdę pomaga! 

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Czy udało Wam się przyzwyczaić do tamtejszego stylu jazdy?

Chyba trzeba się w Wietnamie urodzić i wychować, żeby się do tamtego stylu jazdy naprawdę przyzwyczaić. My ogarnęliśmy ruch drogowy na tyle, by móc przechodzić przez ulicę nie będąc potrąconym przez nadjeżdżające pojazdy (co jest nie lada sztuką i testem odwagi), oraz przejechać te kilkaset kilometrów na motocyklach bez wypadku czy stłuczki, co z perspektywy czasu uważamy za nasze największe osiągnięcie w kategorii „ekstremalnych przygód” w tej rocznej podróży dookoła świata.

Jakie najbardziej niewiarygodne zachowania kierowców widzieliście?

O tym można by napisać książkę! Oprócz wspomnianej już jazdy pod prąd na rondzie, zawracania na moście pomiędzy pędzącymi pojazdami, czy innych „odstępstw” od oficjalnych zasad ruchu prawostronnego, niesamowite jest to co Wietnamczycy są w stanie przewieźć na jednym małym motorku czy skuterze. My zaobserwowaliśmy następujące bagaże: dwupłatowe drzwi, stół, wielki materac wciśnięty między kierowcę i pasażera wystający po metr na wszystkie strony, wieniec pogrzebowy, karnisz, telewizor kineskopowy, kolumnę (!), kilka szyb okiennych rozmiaru balkonowego, cztery 20 kilogramowe worki ryżu, zwierzęta takie jak psy, świnie czy kozy, dziecko w wysokim wiklinowym foteliku i oczywiście tylu ludzi ilu się zmieści (najwięcej naliczyliśmy 5 osób na jednym małym jednośladzie). To są naprawdę tylko wybrane przykłady.

Kolejnym zaskoczeniem jest to, że w Wietnamie na dwóch kółkach jeździ się niezależnie od pogody. Słońce i bezchmurne niebo czy monsunowa ulewa, przez którą widoczność ogranicza się do kilkunastu metrów, są równie dobrymi warunkami pogodowymi na jazdę. W tym drugim przypadku zakłada się płaszczyk przeciwdeszczowy (czyli wielką plastikową folię z otworami na ręce i głowę) i jedzie się dalej.

Podróży na motocyklu w ulewnym deszczu doświadczyliśmy na własnej skórze (i to bardzo dosłownie) właśnie podczas wyprawy do Delty Mekongu, kiedy to w którymś momencie nagle po prostu lunęło jak z cebra. Najpierw schowaliśmy się pod drzewem, ale po 15 minutach byliśmy i tak cali przemoczeni więc nasz nowo poznany kolega z couchsurfingu zasugerował, żebyśmy jechali dalej bo mamy przed sobą jeszcze długą drogę. Więc ruszyliśmy. Łukasz prowadził w kasku bez szybki (tylko takie były w wypożyczalni), a Marta siedziała z tyłu obejmując go w pasie z całych sił. Po pół godzinie nieprzerwanego rzęsistego deszczu na jezdni utworzyła się rzeka z wodą sięgającą do połowy kół. W tej sytuacji nie zawsze wiedzieliśmy czy woda, która nas oblewa to deszcz, czy rozbryzgi wydobywające się spod kół przejeżdżających pojazdów. Jedyny moment, kiedy nie mieliśmy wątpliwości co nas oblało był, gdy z rykiem głośnego klaksonu minęła nas rozpędzona ciężarówka. Wtedy bowiem przykryła nas metrowej wysokości brudna fala ciepłej wody rozgrzanej od gorącego asfaltu. Na szczęście ta podróż skończyła się tylko na przemoczonych ubraniach i plecakach, ale bez żadnych poważniejszych szkód.

Trzecim zaskoczeniem było to, że w Wietnamie wszyscy parkują swoje motocykle w domu. Wjeżdżają po schodkach i parkują w salonie – tak po prostu. Co więcej często można zobaczyć jednoślady zaparkowane na noc w hotelowych holach. Robi się tak, by uchronić się od kradzieży.

Które rejony Wietnamu zwiedziliście w ten sposób? Jakie najciekawsze miejsca tam zobaczyliście?

Na motocyklach zwiedzaliśmy Deltę Mekongu i małą miejscowość na północy Wietnamu o nazwie Sapa. Oba miejsca są naprawdę przepiękne i rewelacyjne do zwiedzania właśnie w ten sposób. Choć warunki do jazdy w obu przypadkach są bardo różne. Sapa to wioska w pięknych, górzystych okolicach gdzie droga często wije się pod górę by po chwili stromo opadać w dół. Co ciekawe miejscowi korzystają wówczas z możliwości zaoszczędzenia na paliwie i jadą w dół na zgaszonym silniku. W Sapie urzekły nas szczególnie tarasy ryżowe, które położone są wzdłuż dróg więc gdzie nie pojedziesz, tam piękne widoki masz gwarantowane. Delta Mekongu to inny świat. Jest płasko ale ruch dużo większy. No i czasem trzeba skorzystać z promu żeby dostać się na drugą stronę jednej z wielu odnóg tej wielkiej rzeki.

Jeździliście sami, czy towarzyszył Wam jakiś lokalny przewodnik?

Do Delty Mekongu pojechaliśmy z chłopakiem, którego poznaliśmy w ramach couchsurfingu oraz z kilkoma innymi turystami z Europy i Azji. Była nas więc całkiem wesoła gromadka. A po Sapie jeździliśmy już sami, bo nabraliśmy na tyle odwagi po pierwszej wyprawie, że zdecydowaliśmy się pojeździć na własną rękę.

Czy jednoślady ułatwiły Wam dotarcie do miejsc, gdzie nie udało by się dojechać w inny sposób?

Podróż innymi środkami transportu z pewnością też byłaby możliwa zarówno do Sapy jak i Delty Mekongu, ale wyprawa motocyklami była zdecydowanie ciekawsza.

Czy macie jakieś porady dla osób, które chciałyby podróżować motocyklem po krajach azjatyckich?

Hmm… Trudno nam dawać rady kiedy sami nie mamy doświadczenia w dalekich podróżach motocyklem po Azji, bo przejechaliśmy tylko kilkaset kilometrów po Wietnamie. Ale ponieważ w Azji generalnie wszystko jest możliwe to i przejechanie jej na motocyklach jest do zrobienia. Na pewno trzeba mieć ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy, który zakryje wszystko co powinno być suche, bo w Azji bardzo często pada deszcz.

Czy kobieta podróżująca na motocyklu wywołuje tam zdziwienie? Z jakimi reakcjami lokalnej ludności się spotykaliście?

W Wietnamie chyba mało kogo dziwi kto, jak, i z jakim bagażem jeździ na motocyklu więc kobieta na dwóch kółkach nie będzie zwracała szczególnej uwagi. Natomiast biali turyści jadący w „ławicy” skuterkowo-motocyklowej powodują, że część osób na ten widok po prostu się uśmiecha.

Czy gdybyście mieli podejmować tę decyzje ponownie – nadal zdecydowalibyście się na zwiedzanie Wietnamu na dwóch kółkach?

Całego Wietnamu raczej nie odważylibyśmy się zwiedzać na motocyklach z racji tego, że nasze doświadczenie jazdy na dwóch kółkach jest jeszcze niewielkie. Ale jeśli kiedyś jeszcze tam pojedziemy to na pewno znajdziemy takie miejsce, gdzie w miarę bezpiecznie i bez stresu będzie można pozwiedzać ten kraj właśnie w taki sposób.

Dziękujemy za rozmowę.

Najnowsze