Jakie skarpetki wybrać do jazdy motocyklem?

Podczas jazdy na motocyklu najbardziej marzną nam dłonie i stopy. Radzimy, jakie zakładać skarpetki, aby podróże motocyklowe w nadchodzące zimne dni upływały nam w komforcie cieplnym.

Sprawdziłam to w dość ekstremalnych warunkach – pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się płakać z bólu, którego przyczyną było zimne powietrze i wysokość nad poziomem morza. Nie będziemy jeździć w rękawicach narciarskich ani w góralskich skarpetach rodem z zakopiańskich straganów. Ale na chłód, jak i na upał trzeba coś wykombinować, żeby nasze stopy ani się nie zagotowały, ani nie zamarzły.

Buty motocyklowe muszą dobrze chronić całą stopę oraz usztywniać kostkę – powinny to być wysokie buty. Jestem zdania, że skarpety do takich butów powinny być nieco wyższe niż cholewka, po to, żeby buty bezpośrednio nie dotykały skóry w żadnym miejscu. Im wyższe buty, tym wyższe powinny być skarpetki.

Dobra moto-skarpetka powinna mieć wzmocniony materiał na palcach, piętach oraz z przodu, czyli tam, gdzie najbardziej się naciąga. Ściągacz powinien utrzymywać skarpetkę w jednej pozycji.

Porządne skarpetki motocyklowe dla kobiety muszą mieć wzmocnione palce i piętę oraz przód na łydce. Ideałem byłoby wykonanie z włókna termoaktywnego.
fot. Dainese

Wcale nie trzeba kupować skarpet typowo motocyklowych. Po odpowiednie dodatki można wybrać się do sklepu z odzieżą outdoorową, który ma w swojej ofercie szeroką gamę skarpetek trekkingowych. Myślę, że takie w zupełności wystarczą. Bardzo istotny jest skład, czyli to z jakich materiałów skarpetę zrobiono. Dziś, kiedy tzw. szpej górski produkuje się z tkanin technicznych, czyli takich, które łączą w sobie trwałość i właściwości oddychające, nie trudno o bieliznę termoaktywną. Na ciepłe dni porządna skarpetka powinna składać się w co najmniej 80% z włókien termoaktywnych, czyli takich, które pozwolą skórze oddychać i nie spowodują w bucie istnej powodzi. Mokry but to prawdziwe przekleństwo – w warunkach niedostatecznie wysokiej temperatury długo pozostaje wilgotny a potem, niestety, nabiera, mówiąc eufemistycznie, zapachu dawno niewietrzonej piwnicy. Wysoka zawartość sztucznych włókien sprawia, że skarpetka po wyjęciu nogi z buta, bardzo szybko wysycha – nadmiar wilgoci odparowuje w ciągu kilku – kilkunastu minut i można jechać dalej. Najpopularniejszym materiałem termoaktywnym jest tkanina Coolmax – jest to tkanina bezszwowa, zapewnia poczucie komfortu w czasie użytkowania i z upływem czasu nie traci swoich właściwości. Poza Coolmaxem znajdziemy jeszcze takie materiały jak: Dry BodyGuard, BodyDry czy ThermoDry.

Skarpetki na motocykl powinny być wyższe niż cholewka buta.

Nie będę polecać żadnej konkretnej firmy, bo jest ich bardzo wiele i każda oferuje podobny asortyment – ważniejsza jest jakość i zawartość materiałów termoaktywnych w produkcie.

Skarpetki trekkingowe świetnie spiszą się także w czasie innego wysiłku fizycznego, nie tylko podczas jazdy na motocyklu.

O ile na ciepłe dni z doborem skarpet nie ma większego problemu tak w końcówce sezonu albo na jego początku, trzeba ubrać się nieco cieplej. Technologia owszem, wychodzi nam naprzeciw, ale tradycyjne komponowanie stroju „na cebulkę” sprawdzi się i tutaj. Producenci i na zimne dni wymyślili „mądre” skarpetki. I nie całkiem sztuczne.

Wełna przez wiele lat kojarzyła mi się z drapiącymi swetrami, które dopiero po godzinie lub dwóch od założenia przestawały dokuczać. Taka zwykła wełna, nie poddana obróbce i słabo skręcona jest do niczego – nagrzewa się, a mokra natychmiast traci właściwości grzewcze i oziębia organizm. Taką wełnę i wyroby z niej omijam szerokim łukiem od dawna. Poza tym do produkcji zimowej odzieży termoaktywnej nie stosuje się zwykłej owczej wełny. Podstawą jest włókno z merynosa – dziwnego stwora z wielkimi, zakręconymi jak rogale, rogami. Tkaniny z udziałem takiej wełny są nieco grubsze niż tkaniny z włóknem Coolmax, ale wciąż daleko im do puchatych swetrów. Wełna merynosa jest produktem naturalnym, który dzięki obróbce zyskuje lekkość i możliwość sprawnego  „kompresowania się” w bagażu. Skarpety z merynosa nie są aż tak oddychające jak te z cienkich tkanin ale bardzo dobrze izolują i chronią przez zimnem. Sprawdzony (również górski) patent to dwie warstwy skarpet – wewnętrzna cienka, letnia, oddychająca, i zewnętrzna ciepła i trochę grubsza. Wełna z merynosa naprawdę daje radę w różnych warunkach. Minusem jest wysoka cena – mało kto będzie chciał zapłacić za taki komplet skarpet (Coolmax + wełna z merynosa) prawie 200 złotych. A to przecież tylko jeden zestaw. Zanim kupimy, upewnijmy się, że skarpetki naprawdę są z wełny merynosa, a nie są mieszanką tego i owego, gdzie wełny jest mały procent. Takie „oszukane” skarpetki stopy nie ogrzeją.

Najnowsze

O I ekspedycji polskich motocyklistek w niedalekie rejony

Nie będzie to historia wielkiego wyjazdu poza granice świata, w najbardziej odległy punkt od domu. Nie będzie to też o zdobywaniu dalekich kontynentów. Będzie trochę bliżej, żeby nie powiedzieć, trochę nawet wokół komina, ale zdecydowanie zwariowanie i spontanicznie, bo przecież tak jest najlepiej.

I ekspedycja polskich motocyklistek w niedalekie rejony – czyli wokół komina.
fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Nie będę się też rozpisywać o tym jakie były plany, gdzie miałyśmy dojechać, czy w jakim składzie. To też w dużym stopniu uległo modyfikacji.

Wreszcie po dwóch tygodniach wyczekiwania, upragnionego wrześniowego weekendu, zaczynającego się od piątku 13-go trzy delikatnie zwariowane kobietki ruszyłyśmy w swoją motocyklową podróż z Koszalina… przed siebie.

Widok zza okna…
Deszcz wystartował jeszcze w czwartek o godzinie 17, kiedy postanowiłam podjechać na stację benzynową zatankować. W końcu umówiłyśmy się, że w piątek będziemy spakowane, zwarte i gotowe do wyjazdu o 16. Zastanawiałam się tylko, czy mój niedawno nabyty kombinezon nie przemoknie. Na szczęście obeszło się bez wody zarówno w majtkach i jak i butach. Głupio by było zmoknąć do suchej nitki dzień przed wyjazdem, bo raczej marne szanse, że ciuchy wyschłyby do końca. Obecność deszczu też mnie nie martwiła, w końcu od wyjazdu dzieliły nas prawie 24 godziny. W ten czas mogło się jeszcze wiele wydarzyć… Niestety jak się przekonałam, w ciągu kolejnych 20 godzin nie wydarzyło się zupełnie nic, co mogłoby sugerować, że za zaświeci słońce, albo chociaż księżyc. Lało nieprzerwanie do godziny 13 w piątek 13.

Jeszcze rankiem zadzwoniła Justyna stawiając nasz wyjazd pod znakiem zapytania, do tego dołożyłyśmy kiepskie samopoczucie Izuli i koniec był wręcz pewny. Ale… nim przybiłyśmy ostatni gwóźdź do trumny naszemu wypadowi, zaproponowałam abyśmy zaczekały do soboty i nawet zmieniły trasę. Dziewczyny się zgodziły, przecież wszystkie już zapakowane byłyśmy jedną nogą w podróży.

Kiedy od 13 ucichły krople deszczu obijające się o parapet kuchni i nie usłyszałam tego znajomego dźwięku przez kolejne 30 minut wysłałam do Justyny radosnego SMS o moim wielkim odkryciu. Ona również uradowana postanowiła, że dziś przepędzi maszynę. Ja też miałam taki pomysł. A skoro byłyśmy już dwie? Do kompletu brakowało tylko Ani i Izuli. Szybkie telefony i już było wiadomo. Iza z racji choroby jednak pasowała, ale Ania… choć już pogodziła się z myślą i nawet, jako jedyna zdążyła zmodyfikować plany weekendowe na niemotocyklowe, dołączyła do nas.

Byłyśmy już trzy!
Nie miałyśmy pomysłu i noclegu. Ja za to pamiętałam o kontakcie z Pankracynką, poznaną na forum Mad Moto Girls. Wykonałam obiecany telefon.

Cześć, tutaj Frytka z forum MMG. Bo wiesz… my miałyśmy jechać tam do Lidzbarka Warmińskiego, no ale pogoda nam trochę płata figle i chyba jednak odpuścimy sobie. Ale jako, że jesteśmy już zapakowane i koniecznie chcemy gdzieś wyruszyć, ustaliłyśmy, że można by do Gdańska się wybrać. Możesz nam podpowiedzieć czy tam gdzieś w okolicy jakąś agroturystykę albo coś ograniemy? – dopiero po chwili dotarło do mnie, że zapytałam o agroturystykę w Trójmieście, co jakby, delikatnie mówiąc, jest… zabawne.

Słuchaj wpadajcie, możecie spać u mnie – odpowiedziała Pankrac.

Nie spodziewałam się takiego biegu zdarzeń. Szybki telefon do dziewczyn z nową propozycją, telefon potwierdzający do Pankrac i już o 17, zważywszy na to, że od 16:00 do 16:30 wisiałyśmy na telefonach, zwarte i gotowe ruszyłyśmy spod sianowskiej Biedronki zdobywać Gdańsk.

Uwaga jedziemy!
Choć miałyśmy ochotę jechać bocznymi drogami, resztki rozsądku podpowiadały, że lepiej jechać krajową 6, bo kto wie, czy nas nie zmoczy jeszcze. Prowadziła Justyna, Ania w środku a ja zamykałam nasz trzyosobowy peleton. Do 17 słońce znów zdążyło zniknąć a niebo zrobiło się biało szare. A im bliżej wschodu, tym coraz większa zdawała się być deszczowa chmura na horyzoncie. Zatrzymałyśmy się kilka kilometrów przed Lęborkiem. Termometr na drodze wskazywał około 18 stopni, mimo to wiał chodny wiatr i było zimno. Ubrałyśmy się cieplej i bez tracenia czasu ruszyłyśmy dalej. Niestety nie ujechałyśmy daleko.

Odpoczynek na plaży…
fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Na wyjeździe z Lęborka policja zabarykadowała drogę i kierowała objazdem. Między Godętowem a Lęborkiem miał miejsce wypadek i droga była zupełnie nieprzejezdna. Zrobił się korek. No ale przecież nie będziemy w nim stać! Udało nam się wyminąć kilkadziesiąt aut, policjanci kazali jechać przez Łęczyce (gdziekolwiek to jest). Nasza mapa nie posiadała tej miejscowości a GPS nie chciał nam pomóc i cały czas kierował z powrotem na 6 a my byłyśmy zbyt niecierpliwe, by zatrzymać się i dać mu pomyśleć. Nie wiem nawet w którym momencie odbiłyśmy od ciągu samochodów jadących objazdem, ale zagalopowałyśmy troszeczkę za daleko. W efekcie wylądowałyśmy w przeuroczej miejscowości na lekkim wzniesieniu o nazwie, której nawet google maps nie chce ujawnić. Dzięki małemu zagubieniu zaliczyłyśmy wspaniały zachód słońca, ale… straciłyśmy prawie godzinę na kręceniu się między Lęborkiem a Nową Wsią Lęborską oraz wszystkim okolicznymi wioskami, z której żadna nie była Łęczycą. Gdy w końcu wydawało nam się, że „to może być tutaj!”, natrafiłyśmy na już znaną barykadę oraz policjantów kierujących objazdem. We trzy wybuchnęłyśmy śmiechem, cóż innego nam pozostało? Nawigatorki z nas kiepskie.

Kiedy z Anną próbowałyśmy od jednego policjanta dowiedzieć się, gdzie dokładnie należy odbić na te Łęczyce, Justyna rozmawiała z drugim. Po czym panowie policjanci rozstąpili się przed nami i pozwolili przejechać główną drogą, choć jeszcze nie była otwarta. Pomyślałam, że dwie motocyklistki to za mało, ale trzy motocyklistki to już pojazd uprzywilejowany. I nie chcę wiedzieć, co myśleli Ci kierowcy stojący dalej w korku, których kierowano objazdem widmo.

Jechałyśmy kilka kilometrów zupełnie pustą drogą. Ale nie tylko to wprowadzało mroczny i tajemniczy klimat tego odcinka. Nawet miejscowości, które mijałyśmy zdawały się być wymarłe. Żadnych ludzi, żadnych świateł w oknach, szczekającego psa, czy czegokolwiek innego sugerującego o formie życia.

Wreszcie z daleka wyłoniło się mnóstwo migających świateł. Kilka wozów strażackich, policja oraz pomoc drogowa. Ekipa już sprzątała, po niemałym wypadku. Nie wiem co dokładnie wydarzyło się na miejscu i nie bardzo chcę wiedzieć. Samochód osobowy, który pakowano na lawetę był doszczętnie zniszczony, nie byłam w stanie rozpoznać jaka to marka. Kawałek dalej stał poturbowany VW T4 z przyczepką. Krajobraz jak z filmu, a nawet gorszy, bo prawdziwy a nie fikcja. Strażacy pokierowali nas przez sam środek tego zamieszania. Między autem pomocy drogowej a wozem strażackim. Ten obraz długo zostanie w pamięci i nawet przypomniałam sobie, że może i lepiej, że to właśnie przed Lęborkiem zatrzymałyśmy się na te kilka minut? Rzeczy nie dzieją się bez powodu.

Przed nami do pokonania było jeszcze ponad 50 km. Po takim widoku i już po zmierzchu jechałyśmy ostrożniej. Wreszcie w Gdyni przystanek w Maku i telefon do Pankracynki, że dotarłyśmy. Na nasze spotkanie wyznaczyła Skwer Kościuszki, takie ot miejsce gdyńskich motocyklistów. Zarówno tych od szpanu jak i jeżdżących. Kiedy już byłyśmy w komplecie Pankrac została naszym przewodnikiem.

Wieczorna jazda po Trójmieście trochę różniła się od mojego poglądu na temat poruszania się motocyklem po mieście. Była jednak ciekawym doświadczeniem. Ale o szczegółach może nie będę mówić głośno, za to opowiem chętnie przy kawie : ). Motóry zostały bezpiecznie na parkingu a my podążyłyśmy do gdańskiej kamiennicy na kolację nie przy świecach. Jednocześnie obmyślając plan na sobotę. Pomysłów było mnóstwo od Krynicy i Malborka po samochodowy wypad do IKEI. Na szczęście rankiem wygrał zdrowy rozsądek a zakupy w IKEI odłożyłyśmy na inny termin.

Po pysznym śniadanku zapakowałyśmy się na motocykle i pojechałyśmy do Rewy (która notorycznie myli mi się z Rewalem). Tym razem dzienna przejażdżka po Trójmieście, krótki przystanek na molo w Sopocie. Choć niebo znów pokryte było szarymi chmurami, deszcz na nas nie kapał. W Rewie obiadek, szybka kawka. Wcale nie chciało się wracać, do tego było jeszcze wcześnie (około godziny 14). Kierunek ujawnił się sam.

Doskonałe towarzystwo podczas I ekspedycji polskich motocyklistek w niedalekie rejony.
fot. z archiwum Karoliny Dudzik

„Na Hel!”
Pankracynka odprowadziła nas do skrzyżowania, tam zakończyła się nasza wspólna przygoda. W międzyczasie zdążyła jeszcze spalić gumę w ramach bramy ślubnej tuż przed samochodem młodej pary. Mi udało się ledwo co zamielić lekko oponą (chyba zakopywanie w piasku jednak jest łatwiejsze nić palenie kapcia na asfalcie). Potem jeszcze orkiestra „do odcinki” aż rozstałyśmy się – Pankrac w stronę Gdańska, my na Hel. Nie mogła nam się trafić fajniejsza przewodniczka!

Droga 216 prowadzi wzdłuż zatoki Puckiej, momentami z naszej prawej strony wyłaniała się prawie błękitna woda. Szczególnie w okolicy samego Pucka. Właściwie to wyobrażałam sobie jakimi widokami można tu cieszyć oko gdy świeci słońce… albo jak przyjemnie jechałoby się tędy o wschodzie słońca! Nie wykluczam doświadczyć tego w przyszłości. Ale po chwilowym zamyśleniu wracałam do rzeczywistości. W końcu, nie można mieć wszystkiego. Z jednej strony żałowałam, że słońce nie przebija się przez chmury, z drugiej strony dzięki temu droga była mniej obfita w przypadkowych turystów. Jechało się przyjemnie.

Półwysep helski
Taki hmmm… ciekawy obszar naszego rodzimego kraju, które zapewne dla miejscowych nie jest specjalnie atrakcyjny. Dla mnie to jednak kultowy punkt do zdobycia. Podobnie jak Sianki czy Wołosate w Bieszczadach, Szklarska Poręba w Karkonoszach i wyspa Wolin. I ucieszyłam się, że kolejny krańcowy rejon Polski został zdobyty. Wprawdzie nie po raz pierwszy, bo przecież zdarzało mi się tu bywać, ale nigdy wcześniej motocyklem.

Miłą niespodzianką w centrum Helu okazały się stojące zabytkowe auta VW – garbusy oraz transportery od 1 do 3. Dla mnie tym bardziej szczególny widok, gdyż od niedawna posiadam T3. Mały spacer w porcie, kawa wypita w ogródku uroczej knajpki i powrót na zachód.

Kiedy tak siedziałyśmy i rozmawiałyśmy na różne motocyklowe tematy, zadzwonił mąż Justyny, że właśnie jest w drodze na Hel (również motocyklem). My z Anią już podjęłyśmy decyzję, że dziś wracamy. Justyna postanowiła zostać na półwyspie wraz z mężem niczym nienowo-żeńcy. Ot takie nieplanowane miłe niespodzianki, jakich sporo podczas mało zorganizowanych wyjazdów.

Zbliżając się ku końcowi…
Jeszcze razem pojechałyśmy pod zieloną tablicę z napisem Hel, żeby zrobić te śmiechowe zdjęcie pamiątkowe pod tytułem „My na tle tablicy”. Cóż nam pozostanie na kolejne lata, jak nie tych kilka zdjęć z uśmiechami i odrobina zwariowanych wspomnień w głowie? Kolejnym przystankiem była Jastarnia. Próbowałam znaleźć miejsce, gdzie uda nam się wjechać pod samą zatokę motocyklami. O tym, że do portu nie wjedziemy, wiedziałam. Długo nie mogłam zlokalizować godnej uwagi miejscówki. Gdy wreszcie takową znalazłam… okazało się, że jednak to port. Ku memu zdziwieniu wjechałyśmy bez przeszkód, brama była otwarta. Stanęłyśmy pod największym jachtem. Po raz kolejny tego wyjazdu przekonałam się, że trzy motocyklistki to zdecydowanie pojazd uprzywilejowany. Wcale nie byłyśmy specjalnie cicho, wcale też się specjalnie nie kryłyśmy. Pomimo tego nikt nas nie pogonił. Uwieczniłyśmy uśmiechnięte twarze na zdjęciach. A trwało to tyle czasu, że zdążył złapać nas mąż Justyny. Pożegnaliśmy się ostatecznie.

Cel Hel – ekipa polskich motocyklistek.
fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Z Anią około godziny 18 wystartowałyśmy do Koszalina. Powrót lokalną 216 i krajową 6, znanymi drogami. Z jednym tankowaniem, zajął nam 3h bez kilku minut. Pomimo tego, że do przejechania było tylko 220 km, uważam, że to całkiem dobry czas. Ostatnie 70 km pokonywałyśmy w ciemnicy, już po zachodzie słońca, więc tempo trochę spadło. Do tego te moje rozregulowane światła…. ehhh czas najwyższy naprawić tę usterkę. Kiedy zeszłam z motocykla, już na parkingu pod domem, chwilę czasu zajęło mi, nim znów rozprostowałam kości. Pewnie część z was zna to uczucie. Po zmroku temperatura znacznie spadła i przyznam, że nie naszykowałam się na taką pogodę. W domu ciepła herbatka na rozgrzanie i pod kołdrę. Ania napisała dopiero rano, że bardzo zmęczona, jednak ogromnie szczęśliwa dojechała do swojej bazy. Czekałyśmy jeszcze na powrót naszych nienowo-żeńców. Dojechali w niedzielne popołudnie.

Złote myśli
Choć deszcz wisiał w powietrzu cały czas, nie padało ani przez moment. Ucieszyłam się, że nie zrezygnowałyśmy z wypadu, z powodu jakiejś błahostki, jaką jest niepewna pogoda. Ale to nie koniec refleksji. Dla mnie wyjazd, choć krótki, był kolejnym ciekawym i innym doświadczeniem. Pierwszy raz podróżowałam tylko z dziewczynami (i to więcej niż sztuk 1). Jaki jest efekt? W głowie zrodziło się milion pomysłów na kolejne zarówno mniejsze jak i większe wyjazdy. Pomimo różnicy wieku, doświadczenia, czy stażu za kierownicą dwóch kółek, jeździło nam się dobrze. Owszem nie raz gubiłyśmy się, nie maiłyśmy też kontaktu przez Bluethoot. Właściwie to w drodze powrotnej uświadomiłam też sobie, że nie mam nawet numeru telefonu do Anki. Nie raz też któraś klęła w kasku, że ta została z tyłu, a tamta zaś wyrwała. W bilansie końcowym, każda z nas okazała się wyrozumiała i tak zwyczajnie normalna a rozmowy nie kończyły się awanturami i fochami. A właśnie tego obawiałam się najbardziej podczas damskiego wypadu. Niepotrzebnie. Dodatkowo, dla moich kompanek posiadanie rodziny czy dzieci zupełnie nie było przeszkodą na weekendowy wypad! I to jest fajne. Coś czuję, że w przyszłym roku… częściej będziecie mogli spotkać nasz motocyklowy pojazd uprzywilejowany, nie tylko we wrześniu i kto wie, może w jeszcze większym składzie! Do zobaczenia!

Szerokości!

Najnowsze

Wywrotka Klaudii Szmaj na torze w Gorzowie – film

Jest obecnie jedyną Polką startującą na torach żużlowych. Niedawno zdała licencję i praktycznie odrazu można ją było zobaczyć na pierwszych zawodach w Gnieźnie i niedawno w Gorzowie Wielkopolskim - Mistrzostwach Okręgu Lubuskiego.

Klaudia Szmaj dumna ze zdobycia licencji żuzlowej – jako pierwsza Polka!
fot. Falubaz

Jej start w Gorzowie na pewno okupiony był sporym stresem, choć, sądząc po bardzo dojrzałej wypowiedzi Klaudii przed kamerą, podeszła do niego z należytym spokojem. W drugim biegu, startując z najbardziej zewnętrzej pozycji, na pierwszym okrążeniu wyprzedziła dziarsko rywala po wewnętrznej toru, jednak niestety na nadchodzącym wirażu uległa poślizgowi i – na szczęście niegroźnie – uderzyła w bandę.

W 8. biegu, na starcie stała jako druga od wewnętrznej, jednak ruszyła z duża dozą rozwagi i pozostawała z tyłu stawki ze sporą stratą do poprzedzających zawodników. Nie wybiło jej to jednak z własnego rytmu jazdy i walki o ułamki sekund; było widać, jak z okrażenia na okrążenie zmniejsza odległość do rywali. Zakończyła niestety zawody bez zdobyczy punktowej.

Warto podkreslić, że to drugi start Klaudii w poważnych zawodach na żużlu od zdobycia licencji żuzlowej, a konkurowała ze zdecydowanie bardziej doświadczonymi zawodnikami. Jechała po raz pierwszy na tym torze i poradziła sobie naszym zdaniem świetnie, traktując ten start jako dobry trening przed kolejnymi zawodami.

Z profilu Klaudi Szmaj: „W Gorzowie, podobnie jak wcześniej w Gnieźnie na wysokości zadania stanęli kibice. Młoda „Myszka” Falubazu zbierała brawa takie same jak przyjeżdżający tego dnia na czele stawki miejscowi zawodnicy. Za miłe powitanie Klaudii oraz doping kibicom z Gorzowa serdeczne dzięki!”

Trzymamy kciuki za jej kolejne starty i świetne wyniki oraz polecamy fanpage Klaudii na FB.
https://www.facebook.com/szmaj.speedway?fref=ts

Najnowsze

Maria Costello kończy sezon w pierwszej dziesiątce

W ostatnią sobotę, podczas imprezy Pizza Race Bike na torze w Killalane, Maria Costello na swoim Kawasaki ER6 znowu pokazała klasę plasując się na ósmej pozycji.

Maria Costello

Pochodząca z Northamptonshire zawodniczka, która jest założycielką projektu „Woman on a Motocycle” jest bardzo zadowolona z tego, w jakim stylu kończy bieżący sezon.

Start Costello na  mierzącym 3,6 mili torze Killalane to zdecydowanie jej największy sukces pośród wszystkich wyścigów w jakich brała udział do tej pory. Przed ostatnim startem jej największe wątpliwości budził sam tor – pogoda mogła zepsuć wyścig i sprawić, że przyczepność będzie bardzo ograniczona. Organizatorom nie pozostało nic innego jak skrócić wyścig do pięciu okrążeń.

W dniu wyścigu znacznie poprawiła się pogoda  i wszyscy byli przekonani, że będzie przebiegał w znacznie bardziej bezpiecznych warunkach. Mimo kilkukrotnych lekkich opadów, w momencie startu tor był suchy i Costello mogła się skupić na ustanowieniu swojego najlepszego wyniku na torze Killalane.

Bardzo dobre wyniki, jakie Costello uzyskała w czasie startów podczas tegorocznego sezonu wyścigowego pozwalają jej bezpiecznie poczuć się w czołówce stawki. Jednak mimo dobrej pozycji na starcie Costello straciła czas w zakrętach; rywale ją prześcignęli – m.in. Derek Costello i Nigel Moore. Dopiero ostatnie okrążenie pozwoliło jej nadrobić straty i na metę dojechała jako ósma.

– Ulżyło mi, że z tych wszystkich startów wyszłam bez szwanku, a to, że jestem w pierwszej dziesiątce to dla mnie ukoronowanie całego mijającego sezonu. Będę starać się, aby wysoka pozycja, jaką mam teraz, została utrzymana. Jestem bardzo dumna z tego, co udało mi się osiągnąć i składam szczególne podziękowania na ręce Boba Jacksona za złożenie mocnego i niezawodnego silnika. Specjalne podziękowania należą się również Kevowi Corbally, który wspierał mnie przez cały ten sezon. – powiedziała Costello.

Maria Costello bierze udział w różnego typu imprezach wyścigowych. Kolejnym jej startem była impreza w klasycznym stylu – Goodwood Revival. Maria była tam jako pierwszej kobieca załoga  – wraz z nią zobaczyłysmy Fabienne Severinne-Hoffman. Warto zwrócić uwagę na motocykl, na którym jechały zawodniczki – 498 cm3 BMW RS 500 z 1956 roku. Model ten wyprodukowano tylko w trzech egzemplarzach.

– Goodwood Revival to jedna z moich ulubionych imprez w całym rajdowym kalendarzu. To powrót do lat 50. i 60. – ery wyjątkowych motocykli. O mój stylowy wygląd zadbają – Vintage Hair Lounge, którym powierzam ułożenie włosów. Strój i dodatki powierzam znanym sobie formom, z którymi współpracuję od dawna. Mam nadzieję, że nie tylko zawodnicy ale i widzowie poczują klimat sprzed ponad pięćdziesięciu lat i przyjdą na imprezę w strojach wpisujących się w tamte złote czasy. Dla mnie najbardziej ekscytujące jest jednak to, że pojadę na wyjątkowym motocyklu. Czuje się też zaszczycona tym, że będę stanowić część pierwszej damskiej załogi w tym wyścigu – mówiła Costello przed Goodwood Revival.

Maria Costello torze Killalane.

Najnowsze

RMF Maxxx Kager Rally – wypowiedzi zawodniczek i relacja

Runda finałowa RMF MAXXX KAGER Rally odbyła się w dniach 13-15 września 2013 r. w Morawicy koło Kielc. Przybyło 68 załóg z całej Polski, a wśród nich kobiety w roli kierowców i pilotek. Część z nich stanęła na podium.

W piątek, o godz. 18 kolumna motocykli, quadów i samochodów ruszyła na objazd trasy. Nazajutrz, o godzinie dziewiątej, z parku serwisowego wystartowała pierwsza załoga. W sobotę i niedzielę zawodnicy mieli do pokonania 120 kilometrów trasy podzielonej na 6 sekcji po 2 odcinki specjalne, ze startem w Grabowcu i metą w Drochowie. Uroczyste zakończenie rajdu wraz z wręczeniem pucharów i nagród za zwycięski rajd w Morawicy i klasyfikację generalną miało miejsce w niedzielę.

Agnieszka Janaszkiewicz podczas RMF Maxxx Kager Rally w Morawicy.
fot. materiały organizatorów

Pytamy zawodniczki, o ich wrażenia, przygody podczas rajdu i zadowolenie o miejsce na mecie.

Jak wrażenia po udziale w rajdzie?

Agnieszka Borkowska
fot. materiały organizatorów

Agnieszka Janaszkiewicz
Organizacja bez zastrzeżeń, trasy krótkie (osobiście preferuję  dłuższe trasy po 60 – 100 kilometrów), ale te były wymagające, o zróżnicowanej nawierzchni. Dzięki porannym mgłom drogi były wyjątkowo śliskie i nie pozwalały na rozwijanie szalonych prędkości. Zbyt mocne naciśnięcie pedału gazu mogło się zakończyć wypadnięciem z trasy lub „rolką”.

Aleksandra Kujawa
Trasy rajdu były bardzo ciekawe. Długie, szerokie proste zakończone ciasnymi zakrętami prosto do lasu. Wrażenia z jazdy były bezcenne.

Agnieszka Borkowska (II Miejsce w klasie Sport do 150 KM w RMF MAXXX KAGER Rally w Morawicy)
Pierwszy raz startujemy w RMF MAXXX KAGER Rally i pierwszy raz jesteśmy na takim szybkim rajdzie. Żałujemy, że nie mogliśmy wziąć udziału w poprzednich eliminacjach. Rajdy off-roadowe to konik mojego męża i na początku jeździłam tylko po to, by spędzać z nim więcej czasu, ale w końcu zaczęło i mnie „wciągać”. Jeżeli chodzi o trasę była ciekawa technicznie, dużo prostych, co sprzyjało prędkości. Szalona jazda! Rajd zatem był super, bardzo szybki i pełny emocji. Podnosi adrenalinę na maksa i przy tym jest dobra zabawa. Taka odskocznia od życia codziennego.

Gosia Kosińska (III Miejsce w klasie Sport do 150 KM w Klasyfikacji Generalnej w RMF MAXXX KAGER Rally)
RMF MAXXX KAGER RALLY w Kielcach był zdecydowanie najlepszą edycja z serii 3 rajdów ze względu na trasę. To typowa szybka trasa RCC, na której jazda samochodem była czystą przyjemnością i zabawą. Trasy bardzo mi się podobają, są szybkie, fajne i nie są męczące. Pilota mam najlepszego na świecie, nawet mi śpiewa w trakcie jazdy.

Małgorzata Kosińska
fot. materiały organizatorów

Co się działo ciekawego podczas tego wydarzenia w Państwa ekipie?

Agnieszka Janaszkiewicz
Nic nadzwyczajnego, mieliśmy dwie awarie. Pierwszego dnia „złapaliśmy gumę” a drugiego zgieliśmy drążęk i wahacz tylnego koła, ale udało się ukończyć wszyskie odcinki. Generalnie jechaliśmy w miarę rozważanie, bo 20 września wyjeżdżamy na rajd do Czech i nie chcieliśmy rozbić auta, ale mój ukochany klierowca czasami musi poszaleć, postanowił sobie skoczyć (oczywiście celowo) na jednej z tak zwanych hopek. Miotało nami na prawo i lewo, a po lewej stronie była olbrzymia dziura, której wcześniej nie zauważyliśmy. Na szczęście auto zostało opanowane i pojechaliśmy dalej uśmiechając się do siebie z zadowoleniam.

Aleksandra Kujawa
Cały zespół RMF 4RACING Team to grupa przyjaciół, którzy świetnie czują się w swoim towarzystwie. Bardzo podobała mi się niespodzianka przygotowana przez naszych chłopców z serwisu, którzy po ostatnim etapie przywitali nas trzymając w rękach wielką tablicę z napisem: „Serwis serdecznie wita rajdowców”. Było to niezwykle miłe z ich strony.

Agnieszka Borkowska (II Miejsce w klasie Sport do 150 KM w RMF MAXXX KAGER Rally w Morawicy)
Nasza załoga podczas tego rajdu wystawiona była na wieeeele „przygód”. W pierwszym dniu przy trzeciej próbie na I OS przydażyła nam się „świeca” i wywrotka. Na szczęście szybko udało nam się wydostać z auta i w niedługim czasie nadjechała załoga „286”, która nie odmówiła nam pomocy i  pomogła podniesć auto (kibice byli zbyt „rozluzowani” promilami, więc przy ich pomocy nie dalismy rady). Stąd nasza strata czasowa około 3 minut. Do tego doszło pare usterek technicznych po przjechaniu odcinków, które bardzo szybko Tomek usuwał i dalej w drogę. Udział w RMF Maxx przekonał mnie z jakim superowym kierowcą jeżdżę, który pomimo różnych problemów technicznych z autem doskonale sobie poradził. Doceniam fakt, ze zaufał mi jako „pilotowi” i sądzę, że ma to wpływa na naszą komunikację. A najwiekszym plusem jest fakt, że w końcu to PILOT RZĄDZI, co z umiejętnościami kierowcy daje dobre wyniki.

Gosia Kosińska (III Miejsce w klasie Sport do 150 KM w Klasyfikacji Generalnej w RMF MAXXX KAGER Rally)
Ze względu na tak dobrze dobraną trasę do rajdów CC nasza załoga oraz pozostałe załogi  nie miały większych problemów np. z samochodami, poza tym atmosfera na campie jak zawsze była cudowna. Radość na twarzy można zaobserwować tak naprawdę na każdym zdjęciu.

Aleksandra Kujawa u boku Piotra Zelta w jednym z rajdów.
fot. materiały organizatorów

Czy załoga jest zadowolona z miejsca na mecie?

Agnieszka Janaszkiewicz
Tak, wprawdzie awarie nie pozwoliły nam zająć miejsca na podium w edycji klieleckiej, ale zajeliśmy pierwsze miejsce w klasyfikacji rocznej w klasie Profi.

Aleksandra Kujawa
Razem z kierowcą Krzyśkiem Biegunem zajęliśmy drugie miejsce w klasie Super Sport do 150 KM i jest to dla nas ogromnym sukcesem! Oboje dopiero zaczynamy profesjonalną przygodę z offroadem, więc konkurowanie z doświadczonymi i utytułowanymi zawodnikami dostarczyło nam potężnej dawki pozytywnej adrenaliny. Żal było wyjeżdżać z Kielc.

Agnieszka Borkowska (II Miejsce w klasie Sport do 150 KM w RMF MAXXX KAGER Rally w Morawicy)
Oczywiście, że jesteśmy zadowoleni z wyniku na mecie. Po pierwszym dniu zmagań startowalismy w niedzielę z drugiej pozycji, pomimo wypadku na trasie w sobotę. No i udało nam się utrzymać pozycję i ukończyliśmy rajd na II miejscu. Tym bardziej, że do I miejsca brakowały sekundy.

Gosia Kosińska (III Miejsce w klasie Sport do 150 KM w Klasyfikacji Generalnej w RMF MAXXX KAGER Rally)
– 2013 rok jest to mój pierwszy sezon, w którym tak naprawdę się ścigam. Dlatego nie mogę powiedzieć, że jestem niezadowolona z 4 miejsca, tym bardziej, że mam doczynienia z tym sportem dopiero od 2 lat.  Ale 4 miejsce – jak by nie było – najgorszym miejscem ze wszystkich możliwych, no może oprócz ostatniego.

Wyniki:

RMF MAXXX KAGER Rally w Morawicy

MOTO

1. Hubert Dzianok

2. Piotr Lasota

3. Bartosz Podsiadło

QUAD 4×4

1. Maciej Isbrandt

2. Piotr Ceklarz

3. Tomasz Krupa

QUAD 2×4

1. Mirosław Wojnowski

2. Arkadiusz Bernat

3. Adrian Bernat

PROFI

1. Łukasz Skoczeń, Daniel Konieczny

2. Wojciech Krupa, Waldemar Wojnar

3. Marcin Proszkowsk, Arkadiusz Gadziała

SUPER SPORT pow. 150 KM

1. Damian Baron, Tomasz Zawada

2. Artur Owczarek, Roman Popławski

3. Leszek Kokoszka, Michał Kokoszka

SUPER SPORT do 150 KM

1. Piotr Gadomski, Krzysztof Zakaszewski

2. Krzysztof Biegun, Aleksandra Kujawa

3. Andrzej Dudziak, Jakub Moliter

SPORT pow. 150 KM

1. Dariusz Krzywkowski, Bartłomiej Krzywkowski

2. Lucjan Paluch

3. Grzegorz Rzędowski, Marcin Jawor

SPORT do 150 KM

1. Marcin Kołodziejczak, Kuba Kozakowski

2. Tomasz Borkowski, Agnieszka Borkowska

3. Arkadiusz Orzeł, Krzysztof Biernacki

TRUCK

1. Józef Świderski, Wojciech Łazarski

2. Józef Cabała

3. Stefan Bieryt, Rafał Bieryt, Piotr Bieryt

KLASYFIKACJA GENERALNA

MOTO

1. Hubert Dzianok

2. Piotr Lasota

3. Grzegorz Grzybek

QUAD 4×4

1. Filip Mucha

2. Józef Guzy

3. Grzegorz Bodziony

QUAD 2×4

1. Arkadiusz Bernat

2. Maciej Albinowski

3. Adrian Bernat

PROFI

1. Marek Janaszkiewicz, Agnieszka Janaszkiewicz

2. Marian Zdebski, Jacek Wiśniewski

3. Marcin Sobiech, Piotr Czasnyka

SUPER SPORT pow. 150 KM

1. Damian Baron, Tomasz Zawada

2. Aleksander Szandrowski, Rafał Płuciennik

3. Kazimierz Bzdyk, Wojciech Topór

SUPER SPORT do 150 KM

1. Andrzej Dudziak, Jakub Moliter

2. Krzysztof Biegun, Aleksandra Kujawa

3. Piotr Gadomski, Krzysztof Zakaszewski

SPORT pow. 150 KM

1. Dariusz Krzywkowski, Bartłomiej Krzywkowski

2. Tomasz Wójcik, Artur Janda

3. Paweł Bomba

SPORT do 150 KM

1. Marcin Kołodziejczak, Jakub Kozakowski

2. Arkadiusz Orzeł, Krzysztof Biernacki

3. Gosia Kosińska, Andrzej Derengowski

TRUCK

1. Józef Świderski, Wojciech Łazarski

2. Stefan Bieryt, Rafał Piotr, Bieryt

3. Andrzej Świgost, Krzysztof Dziedzic

Najnowsze