Honda CRF450R – nowa wersja flagowego crossa

Japoński producent wprowadza na rynek nową wersję flagowego motocykla moto-crossowego. Honda CRF450R pojawi się w salonach już na początku przyszłego roku.

Odświeżony model po raz pierwszy wyposażono w elektryczny rozrusznik dostępny w standardzie. Zasila go lekki akumulator litowo-jonowy, a usunięcie dźwigni kopniaka pozwoliło zmniejszyć masę motocykla. 

Japońscy inżynierowie zmienili ustawienia przedniego i tylnego zawieszenia, żeby uzyskać jeszcze lepszą zwrotność w zakrętach. Tym razem zainstalowano wyścigowe, sprężynowe zawieszenie Showa (49 mm) z obniżonym środkiem ciężkości. Nowa wersja oferuje o 11 proc. większą moc i moment obrotowy.

Przy okazji wprowadzenia odświeżonej wersji, w cenniku pojawił się zupełnie nowy model CRF450RX. Jest to maszyna wyposażona już w standardzie w specyfikacji enduro. Jednoślad ma elektroniczny wtrysk paliwa PGM-FI oraz przycisk do zmiany map zapłonu w ramach systemu EMSB (Engine Mode Select Button). Maszynę wyposażono w 8,5-litrowy zbiornik paliwa, 18-calowe tylne koło, elektryczny rozrusznik oraz boczną nóżkę. Wersja przeznaczona na rocznik modelowy 2018 ma akumulator litowo-jonowy, dzięki czemu masa jednośladu obniży się o 600 g. 

Obydwa modele – CRF450R i CRF450RX pojawią się w salonach w Europie w drugiej połowie tego roku

Najnowsze

Motocyklem sama na Bałkanach – (pierwsza) podróż życia

"Jak wiele historii w życiu dwudziestoparolatki tak i ta zaczęła się od faceta. A dokładniej od zerwania" zaczyna swoja relację z samotnej podróży motocyklowej Aleksandra Ścibiorek.

Zakończenie z dnia na dzień prawie czteroletniego związku sprawiło, że wszystkiego musiałam szukać i uczyć się sama.

Ulubiony sposób spędzania wakacji – w siodle motocykla i na festiwalu muzycznym – już nie wydawał się tak dostępny. W końcu nie umiem nawet wstawić swojego dużego bandita na centralkę, co tu mówić o podniesieniu po ewentualnej wywrotce?

Potraktowałam to jako wyzwanie.

Wybrałam „optymalną” trasę na ulubiony festiwal w słoweńskim Tolminie. Przez Belgrad, Sofię, Saloniki, Ochrydę, Tiranę, Mostar, Dubrownik i Rijekę. Żeby było trudniej i ciekawiej, jechać miałam sama. Po szybkiej kalkulacji studenckich zarobków doszłam do wniosku, że muszę bardzo mało jeść i bardzo dużo pracować, żeby móc zrealizować ten pomysł.

O zakupie kufrów, kamerki czy GPS mogę zapomnieć. Kosztowniejszy sprzęt jak tankbag czy namiot – pożyczyć. W kwestii ewentualnych napraw liczyć na nieomylność mechanika, który od lat serwisuje bandziorka. W pozostałych kwestiach – na łut szczęścia. Ostatni miesiąc przed wyjazdem spędzałam na zmianę w pracy lub na siłowni. Poza tym (i pobraniem wielojęzycznego słowniczka motocyklowego)  – niewiele mogłam zrobić, by uniknąć potencjalnych komplikacji.

Wszystko szło zgodnie z planem, noclegi zabukowane, gniazdo zapalniczki zamontowane, „zestaw naprawczy do wszystkiego” w postaci srebrnej taśmy i garści „trytytek” – przygotowany. Ale przecież udany motocyklowy wyjazd nie może obejść się bez „schodów”! Moje zaczęły się na kilka dni przed ruszeniem w trasę. Zobaczywszy moje spuchnięte oko lekarz stwierdził, że kwalifikuję się na SOR. Na najbliższych kilka tygodni zakazał kontaktu z kurzem, pyłem, brudem, potem i soczewkami. Z tego ostatniego byłam skłonna zrezygnować. Z wymarzonej przygody – nigdy w życiu!

Kolejna próba woli nastąpiła, kiedy na 2 dni przed wyjazdem ze śruby spustowej mojego wychuchanego Dzioreczka zaczął lać się olej. Tak po prostu, w garażu, na zimnym silniku. Szybka interwencja znajomych znajomego i już Bandzior leżał na podłodze jednego z łódzkich warsztatów. Ja popijałam herbatkę, a zręczny mechanik korygował wysłużony gwint śruby. Kilka osób sugerowało, żeby potraktować te zdarzenia jak złe wróżby. Ale to nie było zupełnie w moim stylu! Nie po to harowałam przez pół roku, by teraz odpuścić.

Ostatniego dnia moje wątpliwości dotyczyły już „tylko” szczegółów. Jak poradzę sobie z przywiązaniem wszystkich tobołków do motocykla? I jak właściwie trafię w miejsca, do których chcę dojechać, skoro i z czytaniem mapy i z orientacją terenową u mnie gorzej niż średnio? GPS, który pożyczył mi tata, był samochodowy, więc z założenia miał być używany tylko w miastach, na ostatnie kilometry przed noclegami.

Pierwszego dnia, kiedy moim celem był beskidzki Andrychów, okazało się, że czytanie mapy wcale nie jest takie trudne. Dokładny atlas zasadniczo ułatwia sprawę. Do momentu, kiedy staje się tak dokładny, że pokazuje na jednej stronie kilka miejscowości o tych samych nazwach. Co prawda nadłożyłam 60 km, ale za to zaliczyłam swoją pierwszą przeprawę promem przez Wisłę, więc nic straconego.

Trzeciego dnia punktem docelowym jest Zakopane. Dojeżdżam do zabukowanego wcześniej hostelu późnym wieczorem. Miła recepcjonistka zaprasza Dziorka na nocleg na ciemnym podwórzu. Otwiera bramę i daje sygnały, ile miejsc zajętych, gdzie nie wolno stawać itd. Zatrzymuję się na chwilkę, a raczej – pragnę się zatrzymać, ale pod moją prawą stopą nie ma gruntu. Nie ma go też dużo dalej. Bandit z hukiem ląduje na kostce brukowej w pozycji, w której benzyna kapie z baku przez wlew. Próba przywrócenia go do pionu przez dwie średnio ogarnięte kobietki kończy się wywrotką na drugi bok. Bilans strat: złamany gmol, klamka sprzęgła, stłuczone prawe lusterko, trochę „zadrapań i siniaków”.

Na czwarty dzień zaplanowałam dojazd do Budapesztu. Naprawa strat w żywcem przeniesionym z PRL-u warsztacie ślusarskim powoduje kolejną awarię. Tym razem nie działa mikrowłącznik umieszczony pod klamką sprzęgła, czyli nie mogę w ogóle odpalić moto. Szybka naprawa z użyciem drucika od atlasu i rzeczonej srebrnej taśmy – i mogę ruszać dalej. Od granicy ze Słowacją ciągle na horyzoncie przede mną złowroga burza. Samochodowy GPS, który miał mnie pokierować na nocleg, zawodzi – uderzające w niego krople powodują, że aplikacja raz za razem cofa się do początkowego menu. Frustracja sięga zenitu. Na nocleg w Budapeszcie docieram spóźniona o 6 godzin, o 23, przemoczona do nitki.

Szóstego dnia dojeżdżam do Belgradu. Moment, w którym autostrada wpada do wielkiego, tętniącego życiem miasta jest dla mnie szokiem. Choć mam spory staż na motocyklu, w tym szalonym, bałkańskim stylu jazdy czuję się jak Simba wobec pędzącego stada gnu. Uciekam w pierwszy możliwy zjazd w głąb miasta. Kosztuje mnie to 1,5 godziny szukania bazy noclegowej, ale kto wie – może ratuje z potencjalnej opresji? Na tej autostradzie naprawdę jeżdżą jak szaleńcy!

Ósmego dnia, chcąc jak najkrótszą drogą dojechać do Bułgarii – rezygnuję z autostrad i wybieram małe, żółte drogi. Na jednym z serbskich zakrętów prawie wypadam poza trasę. Przyzwyczajona do często zbyt pochopnie stawianych w Polsce znaków A-1 i A-2 (ostry zakręt), nie planuję odpowiednio wcześniej właściwej trajektorii. Prawie wypadam z trasy i od tego momentu jadę już uważniej. Do Bułgarii wjeżdżam małym przejściem granicznym w pobliżu Widynia. Nagle znajduję się w jednym z najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej. Rumuńskie dzieciaki żebrzą pod marketem, a ja pierwszy raz, idąc po butelkę wody, zabieram ze sobą ciuchy, tankbag i kask. Mijane po drodze do Sofii wyludnione miasteczka, zapadłe wioski i zarośnięte po dach przystanki autobusowe przygnębiają mnie. Nie robię żadnych zdjęć, bo czuję się jak na pogrzebie. Humoru nie poprawiają mi nawet malownicze, niczym z gry komputerowej, przełęcze. To pierwszy kryzys podczas mojej samotnej trasy. W takim grobowym nastroju, dziesiątego dnia opuszczam Bułgarię, a jadę wypocząć do przyjaciółki z Grecji.

Dnia dwunastego czeka mnie relatywnie krótka trasa: z Salonik do Tirany. Uznając, że mam aż nadto czasu, postanawiam odwiedzić Ochrydę. To tutaj, ponad tysiąc lat temu  św. Klemens stworzył używany do dziś słowiański alfabet, cyrylicę. Im bliżej jeziora, tym więcej osób nagabuje oferując nocleg. Nie potrzebuję tego, więc zirytowana uciekam na spacer wzdłuż przystani. Tam zostaję zaczepiona kolejny raz, przez właściciela turystycznej łódki. Jest pod wrażeniem, że ja „tak sama na tym motorze taki szmat drogi”. Jego talent marketingowy sprawia, że decyduję się na rejs za 10 euro. Chcę się poczuć choć trochę jak prawdziwa turystka!

Albańskie widoki wydają  mi się najpiękniejsze, a drogi najbardziej niebezpieczne. Tu ruch jest nawet bardziej szalony, niż w Grecji. Po tylu dniach jednak doskonale w nim się odnajduję i coraz odważnej sobie poczynam. Przycisku klaksonu używam tak samo często, jak klamki sprzęgła. W Tiranie znów godzinami szukam noclegu, bo niedawno zmieniono tu nazwy ulic i nawet taksówkarze nie wiedzą, jak mi pomóc. Na noc Dziorek, niczym prezydent, dostaje najlepszą możliwą ochronę – zostaje zastawiony przez sąsiada mojej gospodyni jego potężnym SUVem, rzecz jasna niemieckiej marki. A nuż ktoś by się w nocy na niego połakomił, a tak jest bezpieczny. To prawda, że w Albanii „każdy” jeździ Mercedesem, a stacje benzynowe są rozsiane co 500 metrów. Chyba całkiem niezłe z nich pralnie pieniędzy.

W kolejnych dniach, w Mostarze, do którego zajechałam obejrzeć słynny, zrekonstruowany od zera most – upały dokuczają mi najbardziej. Nizinne i kamieniste okolice zatrzymują w sobie ogromne ilości ciepła. To chyba jeden z powodów, dla których do chorwackiego Dubrownika docieram w nie wykończona psychicznie i fizycznie. Jestem też rozkojarzona, bo jadę Magristralą Jadrańską, o której tyle czytałam i egzaltuję się zachodem słońca w tej magicznej scenerii. W połączeniu ze zbyt małym odstępem od auta przede mną, próbą hamowania w złożeniu i żwirkiem rozsypanym na łuku – kończy się to szlifem przy małej prędkości. I to jeszcze w dniu, w którym po raz pierwszy nie mam na sobie bezpiecznych moto ciuchów. Na szczęście nic złego mi się nie dzieje, Dziorek jedynie zyskuje kolejne „wojenne trofea”. Czyżby faktycznie coś pechowego było w tym „diabelskim szlaku”? Roztrzęsiona, spontanicznie decyduję się zanocować w hostelu w okolicy Dubrownika.

Przedostatni dzień przed tygodniowym postojem wykorzystuję maksymalnie: 570 km wzdłuż całego chorwackiego wybrzeża to przeżycie, jakie koronuje dotychczasową trasę. Jest przepięknie. Do tego możliwość zjechania w zatoczkę i kąpieli w Morzu Adriatyckim, gdy upał staje się nie do wytrzymania – coś nie do przecenienia. Czuję, że to jedna z definicji Wolności. Napawam się widokiem zstępujących do morza masywów gór i stwierdzam, że chyba nie zasłużyłam na to, by być w tak pięknym miejscu. Jedynie styl jazdy kierowców aut psuje mi przyjemność – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość z nich to „niedzielni” użytkownicy dróg. Cały czas jadę dość ostrożnie – wczorajszy incydent nauczył mnie pokory.

Z „zespołu stresu poglebowego” leczy mnie dopiero następnego dnia znana i lubiana, bajeczna Słowenia ze swoimi winklami, przełęczami i pocztówkowymi dolinkami w Alpach Julijskich. Po dojechaniu na miejsce festiwalu, najbliższe kilka dni przeznaczam na „aktywny wypoczynek”.

Dwudziestego pierwszego dnia, gdy zgodnie z planem, mam jeszcze 3 dni do powrotu, późnym popołudniem w austriackich Alpach łapie mnie potworny deszcz. Taki, który nie pozwala ani jechać, ani zatrzymać się by rozbić namiot. Zdesperowana rozglądam się nawet za pustostanem, w którym mogłabym przeczekać i zastanowić się co dalej. Nie uśmiecha mi się wizja płacenia za nocleg w żadnym z urokliwych górskich pensjonacików. Kiedy deszcz się nasila, a moje morale ciągnie się po asfalcie, decyduję się zajechać do przybytku, pod którym stoi zaparkowane 20 motocykli. Domyślam się, że choć nie będzie tanio, to przynajmniej żarcie będzie pyszne – w końcu koledzy motonici zwykle lubią podjeść. Faktycznie, nocleg okazuje się kosztować tyle, co moje kilka dni życia w trasie, ale nie mam innego wyjścia. Chłopaki okazują się ekipą z Niemiec, wszyscy są kierowcami autobusów. Oprócz nich i mnie, jest tu też duża grupa nastolatków, którzy mają przy sobie instrumenty ze szkolnej orkiestry. Wieczór spędzamy więc przy muzyce na żywo.

Rankiem szybki bilans zysków i strat podpowiada mi, że skoro moje finanse tak bardzo zeszczuplały, a prawie wszystkie ubrania są kompletnie przemoczone – warto spróbować wrócić do Łodzi ”na strzała”, bez kolejnego noclegu. Wychodzi to dokładnie 1000 km. Również wizja piętnastego odplątywania bagażu z motocykla przejmuje mnie dreszczem. Około godziny 9 wsiadam na moto, robiąc przerwy wyłącznie na tankowanie i taksowanie w lustrach powiększających się worków pod oczami. Po 23 docieram do domu, i sama nie do końca wierzę, w to, co właśnie udało mi się zrobić. Pierwsze marzenie „odhaczone”, a w głowie już powstała cała lista kolejnych.

Najnowsze

60 lat silnika Wankla w NSU – wystawa w Audi museum mobile

Nowa wystawa „Rewolucja - 60 lat silnika Wankla w NSU” w Audi museum mobile w Ingolstadt, to fascynujący fragment historii techniki. Okazją do zorganizowania wystawy jest jubileusz sześćdziesięciolecia rewolucyjnej koncepcji silnika z tłokiem obrotowym.

Poprzednik marki Audi, NSU, odważył się zastosować tę nową technikę już we wczesnej jej fazie, w prototypowym modelu „Prinz 3”. Wystawa, która potrwa od 20 maja do 5 listopada 2017 roku, pokaże ten oraz kilka innych modeli NSU napędzanych silnikiem Wankla. Burzliwą historię tej progresywnej techniki ilustrują też silniki łodzi, silniki lotnicze i motocyklowe, ale też kosiarki do trawy i piły motorowe wytwarzane przez różnych producentów.

{{ tn(14247) left }}„Obroty zamiast uderzeń” – ta idea silnika spalinowego z obrotowym tłokiem fascynowała Felixa Wankla od późnych lat dwudziestych ubiegłego wieku. Od stworzenia koncepcji, do gotowości do produkcji seryjnej, minąć musiało jednak ponad 30 lat. W trakcie prac badawczych, samouk Wankel stał się specjalistą od uszczelnień, jednak swój pomysł maszyny z tłokiem obrotowym cały czas nosił w głowie. Metodyczna analiza możliwości połączeń wirników i korpusów, doprowadziła Wankla pod koniec 1953 r. do skonstruowania obrotowego tłoka o kształcie trójkąta z zaokrąglonymi bokami, poruszającego się, razem z obracającym się wałem, w prawie okrągłej obudowie. Taka zasada działania jednostki napędowej wzbudziła zainteresowanie kierownictwa NSU. W marcu 1954 r., Wankel zaprojektował podstawową formę nazwanego później jego nazwiskiem silnika.
Trzy lata później, 1 lutego 1957 r., ów silnik ruszył po raz pierwszy na stanowisku kontrolnym w zakładach NSU.

W fabryce NSU w Neckarsulm, zespół skupiony wokół dr Waltera Froede, szefa działu rozwoju NSU, uprościł technicznie skomplikowaną strukturę dwóch elementów, z których jeden obracał się wewnątrz drugiego. Po raz pierwszy, wersja tego silnika nazwana KKM (Kreiskolbenmotor) z odwróconą kinetyką, użyta została w roku 1962, w urządzeniu „Ski-Craft”. Tę maszynę wyciągową dla narciarzy wodnych również można zobaczyć na wystawie w Audi museum mobile. Zaledwie rok później, we wrześniu 1963 r. na targach IAA we Frankfurcie, zaprezentowano premierowy model NSU Spider, również wyposażony w silnik Wankla. To pierwsze na świecie seryjnie produkowane auto z tego rodzaju jednostką napędową, rozpaliło emocje związane z zastosowaniem tłoka obrotowego. W kolejnych latach, prawie wszyscy znaczący producenci samochodów, dwuśladów czy silników, weszli do szerokiego kręgu licencjobiorców NSU/Wankla.

Na zwiedzających wystawę „Rewolucja – 60 lat silnika Wankla w NSU”, oprócz samochodu NSU Spider, oczekują też inne eksponaty, np. pierwszy prototyp modelu NSU „Prinz 3” z 1959 r. oraz NSU Ro 80. Oba wyposażone w jednostki Wankla. NSU Ro 80, dzięki swojej innowacyjnej technice i ponadczasowej stylistyce, zapewnił sobie tytuł samochodu roku 1967. Na ekspozycji stoją również dwa modele Audi: prototyp Audi 200 KKM z roku 1979 oraz Audi A1 e-tron z 2012 r., a także sportowy bolid  Italdesign Namir z roku 2009. Inne atrakcje wystawy to m.in. Mazda Cosmo 110S, Citroen M35 oraz samochód wyścigowy Malibu Virage.

Silnik Wankla był stosowany nie tylko w samochodach, ale też w skuterach śnieżnych, pompach pożarniczych, piłach motorowych, łodziach motorowych oraz motocyklach. Wystawa ukazuje szereg tego typu produktów, ale też silniki stacjonarne oraz przekroje.

Najnowsze

Samochód Boscha – osobisty asystent na czterech kołach

Mój dom, moje miejsce pracy, mój samochód. Obok domu i biura, pojazd staje się trzecią sferą życia człowieka. Bosch pokazuje w nowym pojeździe koncepcyjnym, co to dokładnie oznacza i jak w przyszłości będzie wyglądała jazda samochodem.

Zautomatyzowane i połączone z internetem funkcje w samochodzie nie tylko sprawiają, że podróż nim będzie bezpieczniejsza i bardziej komfortowa, ale sam samochodów stanie się asystentem na czterech kołach

„Łączenie samochodów z ich otoczeniem oraz internetem stanowi kluczowe wyzwanie dla przyszłej mobilności. W ten sposób sprawiamy, że łączność z siecią jest doświadczana osobiście, a ludzie zyskują więcej czasu na prowadzenie własnego życia, nawet podczas kierowania samochodem” –mówi dr Dirk Hoheisel, członek zarządu Robert Bosch GmbH.

Inteligentny zestaw wskaźników i interfejsy użytkownika
W pojeździe koncepcyjnym Boscha kamera monitorująca (tzw. Driver Monitor Camera) rozpoznaje kierowcę i odpowiednio do jego potrzeb ustawia koło kierownicy, lusterka i temperaturę we wnętrzu. Automatycznie ustawiana jest kolorystyka zestawu wskaźników, aktualizują się terminy w kalendarzu, wyświetla się ulubiona muzyka, najnowsze podcasty i cel jazdy w nawigacji, którą kierowca zaprogramował kiedy był jeszcze w kuchni. Kamera czuwa także podczas jazdy, zwłaszcza gdy powieki kierowcy stają się ciężkie. Wykrywa ona poziom zmęczenia i rozpoznaje to czy kierowca zasypia. Zmęczenie kierowcy jest bowiem bardzo często przyczyną poważnych wypadków. Takie oznaki można zazwyczaj wykryć wcześnie poprzez badanie ruchu powiek kierowcy. System określa zdolność kierowcy do koncentracji i stopień zmęczenia oraz, w razie potrzeby, wysyła ostrzeżenie. To sprawia, że jazda staje się jeszcze bezpieczniejsza. Co więcej, system wykrywania zmęczenia stale monitoruje zachowanie kierowcy, dzięki czemu może bezpośrednio interweniować w przypadku gwałtownych ruchów kołem kierownicy.

Interaktywny interfejs użytkownika typu HMI (ang. Human Machine Interface) przekształca samochód w osobistego asystenta na czterech kołach. Ten interfejs dostarcza kierowcom w odpowiednim momencie ważnych informacji i jest w każdej sytuacji uważnym obserwatorem. W przyszłości, dzięki bardziej zindywidualizowanej komunikacji, zautomatyzowane i podłączone do internetu funkcje będą obsługiwane intuicyjne, wygodnie i bezpiecznie, a kierowcy będą mogli dostosować je do indywidualnych wymagań – zarówno podczas stania w korkach, poruszając się w ruchu miejskim czy na rodzinnym wyjeździe. W pojeździe koncepcyjnym została zastosowana technologia umożliwiająca sterowanie niektórymi funkcjami za pomocą gestów i poprzez dotyk. Takie rozwiązane jest możliwe dzięki wykorzystaniu czujników ultradźwiękowych, które wytwarzają wyczuwalny opór, gdy kierowca wykonuje gest dokładnie w obszarze rejestrowanym przez kamerę. To sprawia, że sterowanie gestami jest jeszcze łatwiejsze i mniej uciążliwe dla kierowców, gdyż mogą oni zmieniać informacje na wyświetlaczu, przyjmować połączenia telefoniczne lub wywołać nową playlistę, bez dotykania wyświetlacza. Za każdym razem, gdy kierowca dotyka ekranu wyświetlacza, wyczuwa pod palcami wibrację przez co może łatwiej zarządzać informacjami, które są wyświetlane, bez odwracania wzroku od drogi.

{{ tn(14245) left }}Połączenie z inteligentnym domem, warsztatem i całym światem
A co z planowaniem podczas podróży wieczornego posiłku? Samochód i dom są ze sobą połączone za pośrednictwem sieci internetowej. Mykie, asystent kuchni Bosch, może w samochodzie zaproponować przepisy kulinarne online. Rzut oka z samochodu do wnętrza podłączonej do sieci lodówki i już wiadomo czy są w niej niezbędne składniki spożywcze. Dzięki połączeniu sieciowemu pomiędzy samochodem i domem, kierowca może zdalnie sprawdzić czy zamknął okno lub drzwi wejściowe. Wystarczy gest lub przycisk palca na wyświetlaczu, aby automatycznie zamknąć dom i monitorować jego stan. Ponadto podłączony do internetu samochód jest połączony również z warsztatem. Powiadamia on kierowcę o konieczności przeprowadzenia przeglądu okresowego, na żądanie wyznaczy termin wizyty w warsztacie i może zapewnić, że niezbędne części zamienne będą na niego czekały w serwisie.

Najnowsze

BMW Serii 8 Coupe – premiera już wkrótce!

Kilka dni temu bawarski koncern ogłosił nadejście nowego samochodu koncepcyjnego, który zaprezentuje podczas tegorocznego Concorso d’Eleganza Villa d’Este 26 maja. Będzie to wyjątkowa okazja, aby poznać BMW Serii 8 Coupe, którego premiera jest planowana na 2018 rok.

11 maja, podczas walnego zgromadzenia, prezes zarządu BMW AG, Harald Krüger, ogłosił nadejście nowego samochodu koncepcyjnego. Grupa BMW zaprezentuje projekt podczas tegorocznego Concorso d’Eleganza Villa d’Este dnia 26 maja. BMW Serii 8 Coupe pojawi się w 2018 roku i ma być to połączenie bezkompromisowej dynamiki i współczesnego luksusu – podstawowych cech nowoczesnego coupe BMW.

„BMW Serii 8 Coupe będzie bazować na tradycji luksusowych sportowych coupe oraz uzupełni naszą ofertę o prawdziwy samochód marzeń, przejaw samochodowej fascynacji w najczystszej postaci” – mówi Krüger o nowym modelu. „Seria 8 Coupe pomoże nam osiągnąć pozycję lidera w segmencie samochodów luksusowych. Już dziś mogę powiedzieć, że to będzie prawdziwie luksusowe sportowe coupe”.

W oczekiwaniu na premierę auta pozostaje nam opublikować jedyne oficjalne zdjęcie auta, które udostępnił mediom producent.

Najnowsze