"Na plecaku - Harleyem przez Amerykę" - relacja z motocyklowej podróży Karoliny Kowarskiej

"Na plecaku - Harleyem przez Amerykę" - relacja z motocyklowej podróży Karoliny Kowarskiej

12 stycznia 2017
8
3
Na tylnym siedzeniu motocykla Harley-Davidson Ultra Limited przemierzyła sporą część Stanów. Jakie są wrażenia osoby, która patrzy na Świat z tej perspektywy? Oto relacja Karoliny Kowarskiej, uczestniczki wyprawy, będącej wygraną w konkursie amerykańskiej marki Discover More.

Wyprawy, a szczególnie road tripy, to od zawsze mój ulubiony sposób poznawania nowych miejsc i kultur. Jednak dopiero dzięki Antonowi poznałam smak podróży motocyklowych, gdyż sama nie mam prawa jazdy na motocykl. W 2014 roku wybraliśmy się na naszą pierwszą dużą wyprawę po Indiach. Przez blisko miesiąc przemierzyliśmy przepięknym Royal-Enfieldem ponad 5000 km. Ta wyprawa była zupełnie wyjątkowa dzięki właśnie wybranemu przez nas motocyklowi, kultowemu w tym kraju Royalowi Enfildowi, który na dodatek został na potrzeby naszej podróży wyposażony w metalowe sakwy. Dawał nam niezależność, jaką daje samochód, ale dawał nam też coś dużo więcej - bezpośredni kontakt ze światem. Ja z natury jestem osobą bardzo ciekawą świata, więc im bliżej tego świata jestem, tym większą sprawia mi to radość.

Pomimo wyjazdów od trzech lat na wyprawy motocyklowe do tej pory nie mam prawa jazdy kategorii A, dlatego sama nie nazywam się nigdy motocyklistką. Natomiast czy mam duszę motocyklistki? W pewnym sensie na pewno! Nie wyobrażam sobie niektórych podróży w sposób inny niż na motocyklu. W każdej z takich podróży odnajduję coś nowego. Tak w Indiach byłam nie tylko plecakiem, ale również GPSem, sprawdzałam co jakiś czas czy nasze bagaże trzymają się drogi, podawałam Antonowi napoje czy jakieś snacki podczas wielogodzinnej jazdy. W Stanach odkryłam, że Harley’e są na tyle wygodne, że można się jako plecak wychylać i cykać całkiem niezłe zdjęcia. A przecież fotografia to jedna z moich pasji! Poza tym widząc jak ciężkie były nasze motocykle nie sądzę, że byłoby mi łatwo nim manewrować, szczególnie na niektórych pochyłych i żwirowych powierzchniach. Także rozkoszowałam się rolą plecaka pozwalałam sobie na koncentrowanie się na otoczeniu, a nie tylko na drodze.

W tym roku nasz urlop miał być nie mniej egzotyczny, a na pewno bardziej wygodny. A to dzięki wygranej w polskiej edycji konkursu Harley-Davidsona Discover More. Wygraliśmy naszą podróż marzeń i zdecydowaliśmy się na USA, bo jakoś tak wewnętrznie czuliśmy, że jeśli Harley to musi być chociaż kawałek Route 66. Jeśli chodzi o model to od razu wybraliśmy na podróż Harley-Davidson Ultra Limited. Mogliśmy wybrać każdy model z dostępnych u dealera (czyli praktycznie większość modeli z roku 2015 i 2016 w USA byłaby dla nas dostępna), ale to jednak wygląd Ultra Limited podbił nasze serca… przynajmniej na zdjęciach. W samym Las Vegas, gdzie odbieraliśmy motocykle, ta piękna maszyna wydała mi się potężna. Z jednej strony cieszyłam się, że dzięki trzem dużym kufrom na pewno uda nam się wszystko zmieścić, ale jednak poczułam gdzieś w głębi, że może okazać się ociężała, albo trudna w manewrowaniu. Na szczęście moje obawy zupełnie się nie spełniły. Dostaliśmy maszyny z silnikiem 1.7 (większym, niż ma moje auto!), także ociężałość na pewno nie była naszym problemem, raczej trzeba było uważać, żeby nie dostać mandatu!

Urlop w 2016 planowaliśmy jeszcze pod koniec 2015 roku. Od kilku lat wybieraliśmy się na wyprawy do Azji, gdzie stosunkowo niedużym kosztem można poznawać egzotyczne dalekie kultury. Tamten kawałek świata, poza pogodą, ma też swój plus w postaci wszechobecnych jednośladów dzięki czemu zawsze możemy chociaż część urlopu spędzić na motocyklach. Tym razem wybraliśmy listopad, gdyż akurat w Azji jest to okres słonecznej i suchej pory roku. Po wygranej Discover More nie mieliśmy już możliwości zmiany terminu urlopu w pracy więc zdecydowaliśmy się pojechać według wcześniej ustalonych dat (czyli od połowy listopada do początku grudnia). Stany to ogromny kraj z wieloma strefami klimatycznymi dlatego stwierdziliśmy, że na pewno gdzieś pogoda będzie ładna. Ja nigdy nie byłam w USA i przyznam szczerze, że jeśli już mnie coś pociągało to The Southwest, czyli regiony dzikiego zachodu. Oczami wyobraźni widziałam jak mkniemy na motocyklach przez Monument Valley  lub przez niekończące się rancza. Natomiast moim najbardziej wyczekiwanym parkiem było White Sands. Po przeczytaniu wielu przewodników, blogów i rozmowach z przyjaciółmi, którzy już swoje w Stanach zobaczyli, ustaliliśmy trasę. Oczywiście za długą, ale uznaliśmy, że damy się ponieść amerykańskim drogom, a w razie potrzeby będziemy improwizować.



W Las Vegas pogoda była doskonała więc już od samego początku zdecydowaliśmy się na modyfikację. Uderzyliśmy na północ, do Utah, żeby odwiedzić dwa parki narodowe, Zion oraz Bryce. Byliśmy przekonani, że dzięki wybranej porze roku nie będziemy musieli dzielić tych wszystkich nieziemskich miejsc z chmarą turystów. W Zion okazało się dodatkowo, że będziemy mogli przemierzyć parkowe trasy, które większość roku są zarezerwowane dla specjalnych autobusów, naszymi motocyklami, gdyż właśnie skończył się sezon i zawiesili transport autobusowy. Była to jak wisienka na torcie. Pogoda nam również sprzyjała przez kolejne dni i kolejne niesamowite miejsca. Po krótkiej wizycie w Kolorado, ruszyliśmy do Nowego Meksyku. Południowy zachód Stanów Zjednoczonych to idealne miejsce na podróże motocyklowe. Większość roku jest tam co prawda bardzo gorąco, ale kwiecień lub październik powinny już być dużo przyjemniejsze. Poza tym w Utah, Kolorado, Arizonie czy Nowym Meksyku jest wszystko co każdy wielbiciel motocykli doceni, czyli mała ilość rocznych opadów, mała ilość miast (a dzięki temu mniej stania na światłach), przepiękne widoki i niesamowite trasy. Sposób dostania się do celu dokonywaliśmy na dwa sposoby, albo jechaliśmy jedyną możliwą trasą albo jeśli był wybór między autostradą, a drogą stanową to praktycznie zawsze wybieraliśmy drogę stanową, lub wręcz lokalną. Są one świetnie utrzymane i najczęściej dużo ciekawsze niż prosta, zatłoczona szybka trasa międzystanowa. Niejednokrotnie kręte trasy na zachodzie, moim zdaniem, dużo bardziej docenia się jadąc motocyklem, niż wielkim vanem lub SUVem zazwyczaj z automatyczną skrzynią biegów.

Jeśli chodzi o motocykle na drodze, to byliśmy zaskoczeni jak niewiele ich spotykaliśmy. Najczęściej widzieliśmy Harley’e lub Indian’y, ale jednak nie było ich tyle ile sobie wyobrażaliśmy. Poza tym widzieliśmy motory crossowe, które podróżowały na tyle ogromnych pickupów Oczywiście na trasie wszyscy motocykliści się witali. Jest to jedna z tych rzeczy, które ja osobiście bardzo lubię. Daje to poczucie pewnego rodzaju wspólnoty, która istnieje między miłośnikami jednośladów. Jeśli natomiast natrafialiśmy na jakimś postoju na motocyklistę to prawie na 100% nawiązywała się między nami rozmowa. Zaskoczyła mnie też otwartość innych Amerykanów. Po drodze spotkaliśmy dziesiątki ludzi, którzy czasem tak po prostu podczas jakiegoś postoju podchodzili do nas i pytali skąd jesteśmy, gdzie się wybieramy i dawali nam całą masę przydatnych informacji dotyczących zarówno najlepszych tras, ale też dobrych miejsc noclegowych, restauracji czy nawet ciekawych do zobaczenia miejsc. Dla nas każda taka informacja była bardzo cenna. Z przewodników znaliśmy największe atrakcje okolicy, ale uznaliśmy, że nie chcemy po prostu pędzić od miejsca do miejsca. Chcieliśmy doświadczać wszystkiego co jest w okolicy, dzięki czemu codzienne odcinki dzieliliśmy na mniejsze kawałki.

Z naszych poprzednich wyjazdów nauczyliśmy się, że w trakcie dwutygodniowej podróży naprawdę warto robić przystanki, żeby rozprostować kości. Tym razem nasze Harley’e zaskoczyły nas pozytywnie – są to motocykle stworzone do takich wypraw. Chłopaki (Anton oraz wieloletni przyjaciel Antona – Aaron) jako kierowcy, bywali bardziej zmęczeni wielogodzinną koncentracją, ale ja jako pasażer przyznam, że niejeden raz walczyłam ze snem podczas jazdy, bo było mi tak wygodnie.

Odwiedzane przez nas miejsca, były również świetnie dostosowane do motocykli. Najczęściej Parki Narodowe mają asfaltową trasę z wieloma przystankami, gdzie można zaparkować, zostawić rzeczy i pójść na wędrówkę wyznaczonym szlakiem. Szlaki są podzielone na dłuższe (nawet kilkugodzinne) i na te naprawdę krótkie (ok. 20-30 min), także każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pomimo wygody naszych Ultra Limited, chętnie wybieraliśmy się na szlak, żeby móc przyjrzeć się z bliska zarówno florze, jak i faunie. Co do amerykańskiej fauny to mieliśmy okazję, często nawet z bliska, zobaczyć takie zwierzaki jak kojoty, setki żurawi kanadyjskich (spędzają one zimę w USA), znane z bajki Chip & Dale pręgowce, dziesiątki jastrzębi i sokołów, dzikie króliki, jelenie, sarny, słonie morskie oraz ich mniejsze kuzynki uchatki, a w Portoryko nawet iguanę portorykańską. Z tych wszystkich pięknych stworzeń najbardziej obawiałam się saren i jeleni. Po zmierzchu wyskakują one na ulice, a w okolicy Parku Narodowego Bryce dowiedzieliśmy się, że w ciągu poprzedniej doby było, aż 26 wypadków z sarnami. Wypadki te były śmiertelne dla saren, ale ludzie nie ucierpieli. W naszym wypadku takie bliskie spotkanie mogłoby się skończyć dużo poważniej, dlatego jeśli już zdarzyło nam się jechać po zmroku robiliśmy to bardzo ostrożnie.

Jeśli chodzi o florę to wszystko nam się wydawało ciekawe, gdyż są to rośliny zupełnie inne od tych spotykanych w naszym kraju. Podziwialiśmy przepiękne okazy kaktusów saguaro czy opuncji, oraz inną roślinność, taką jak juka, herbatę mormonów czy pinie, z których zbieraliśmy orzeszki piniowe bezpośrednio z szyszek. Wydawałoby się, że z pary – flora i fauna – to fauna może tylko stanowić niebezpieczeństwo na drodze. Jak się okazuje w Stanach zagrożenie może stworzyć również flora. Dowiedzieliśmy się tego już w pierwszym tygodniu podróży jadąc z Jemez Springs do miasteczka Madrid. Poprzedniego dnia zostaliśmy poinformowani przez barmana w knajpce gdzie jedliśmy kolację, że ma być wietrznie. Mi nawet przez myśl nie przyszło, że to jakiś problem, ale barman mówił, żeby uważać na ten wiatr. Jako, że amerykanie mają tendencję do nadmiernego dbania o bezpieczeństwo uznałam, że ten wiatr to pewnie jakaś przesada i nic nam nie będzie. Następnego dnia, jak co dzień, poranek przywitał nas przepięknym słońcem, więc wsiedliśmy na motocykle i… po paru kilometrach okazało się, że wiatr osiąga prędkość do 150 km/h. Nasze maszyny były ciężkie, ale jednak wiatr wiejący z taką prędkością znosił nas skutecznie na pobocze, więc chłopaki musieli się dość męczyć z prowadzeniem. A poza wiatrem, no właśnie, amerykańska flora w akcji, czyli biegacze pustynne znane z kreskówek o dzikim zachodzie. Anton już wypytywał parę dni wcześniej kiedy je zobaczymy, ale jak już je napotkaliśmy, to chcieliśmy jak najszybciej o nich zapomnieć. Biegacze potrafią osiągać rozmiar połowy samochodu i pomimo tego, że są dość lekkie to są uzbrojone w kolce. Zderzenie z większym biegaczem z prędkością 150 km/h mogło dla nas skutkować wywrotką, więc postanowiliśmy zmienić trasę i schroniliśmy się w pobliskim Albuquerque. Po raz pierwszy zrozumiałam, że w USA pogodę bierze się na poważnie. Na szczęście takiego wiatru doświadczyliśmy jeszcze tylko raz w drodze do Arizony. Kolejne dni pomimo nieraz mroźnych poranków były słoneczne, więc parę warstw bielizny termicznej i dobre motocyklowe ubrania zapewniały nam odpowiedni poziom komfortu. Ja osobiście zmarzłam kilka razy kiedy jechaliśmy po zmroku, oraz już pod koniec podróży w okolicach Grand Canyon’u, gdzie temperatury w ciągu nocy były minusowe, a w ciągu dnia rosły do ok. 5 stopni. Anton w swoim HD miał podgrzewane manetki, co nas mile zaskoczyło, gdyż amerykanie kojarzą się z krajem całorocznych opon, a my braliśmy motocykle w znanej z upałów Nevady, więc nie spodziewaliśmy się takich luksusów.

Dla mnie ta podróż to było na pewno spełnienie marzenia o odkrywaniu dzikich zakątków USA i przyznam, że możliwość odbycia tej podróży na tak pięknych motocyklach była czymś wyjątkowym. Dzięki takiemu sposobowi podróżowania doświadczaliśmy wszystkiego dużo bardziej, bo czuliśmy żar słońca, przeszywający wiatr, czy zapach lokalnej roślinności. Samochód nie daje takiego poczucia bycia „tu i teraz”. Na pewno samochodem byśmy zwiedzili te wszystkie miejsca, ale doświadczenie byłoby zupełnie inne. Wiem to, gdyż po oddaniu motocykli wynajęliśmy vana i ruszyliśmy z Las Vegas do San Francisco. Cieszyłam się w Death Valley, że mamy vana, dzięki któremu mogliśmy tam przenocować oraz wtedy, gdy zaczął padać śnieg, ale kiedy tylko dotarliśmy do pełnej zakrętów drogi stanowej nr 1 w Kalifornii biegnącej wzdłuż oceanu od razu westchnęłam mówiąc, że super byłoby mieć tutaj motocykl. Poza tym, podczas podróży Harley-Davidsonami sam nasz widok chodzących w ciuchach motocyklowych w wielu miejscach wywoływał przyjazny uśmiech i pozdrowienie „drive safe!”. A to sprawiało, że czułam, że wszystko nam się uda, gdyż każdy nam tego życzy.

Więcej na: https://www.facebook.com/TheBorderlessAdventure/

    Komentarze

    kasia
    13 stycznia 2017 12:58
    To zdecydowanie nie dla mnie. Wolałam wzięć kredyt i kupić nówkę w piasecznie w toyocie bo teraz mam pewność co do jakości i niezawodności auta.
    Karolina
    13 stycznia 2017 17:10
    Bardzo fajny artykul! I zazdroszcze wyprawy, sama nie mialabym dosc odwagi na taki dystans motocyklem ale naewno przezycie niezapomniane :)
    Magda
    17 stycznia 2017 20:49
    Karo, super wyprawa! I świetna relacja, bardzo przyjemnie się czyta :) Pozdrowienia