Ford Escort ze złota, srebra i diamentów trafi na aukcję

Prawdziwa gratka dla miłośników tego niegdyś popularnego modelu, a także dla osób, które cenią nietypowe wyroby jubilerskie.

Niezwykłego Escorta stworzył Russell Lord – zawodowo jubiler, a prywatnie prawdopodobnie największy fan tego modelu. Na przestrzeni lat był właścicielem 55 egzemplarzy!

Swoją pracę nad modelem w skali 1:25 rozpoczął 25 lat temu, traktując to trochę jak hobby, chociaż dość absorbujące, ponieważ poświęcił na nie tysiące godzin. Największą pracę włożył w ten projekt w ciągu ostatnich trzech lat, kiedy powziął mocne postanowienie dokończenia swojego dzieła.

Nadwozie Escorta wykonał ze srebra, podczas gdy felgi, tylny spojler oraz zawiasy maski to 18-karatowe złoto. Grill również jest zrobiony ze złota, ale białego. Przednie reflektory wykonane są z diamentów, tylne z rubinów, a kierunkowskazy z pomarańczowych szafirów. Auto ma też wiele niezwykłych detali, jak dźwignia zmiany biegów z platyny, wykończona diamentami. Diamentów jest tu zresztą całkiem sporo – tylne chlapacze i część nadkoli zdobią czarne diamenty, których w całym modelu znajdziemy aż 600.

Do wykonaniu tego modelu Escorta Mk2, wzorowanego na rajdowej wersji, którą prowadził Ari Vatanen, w latach 70., Russell Lord użył materiałów o łącznej wartości około 90 tys. euro. Możemy tylko domyślać się jak zawrotną kwotę uda się osiągnąć podczas licytacji tego modelu, która odbędzie się 2 maja. Cały dochód zostanie przekazany na cele charytatywne.

Najnowsze

Tesla potrafi już jeździć w pełni autonomicznie!

Do takiego wniosku można dojść oglądając wideo prezentujące samodzielną przejażdżkę Modelu 3. Ale czy faktycznie obietnice Elona Muska znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Podczas niedawnej konferencji Tesli można było usłyszeć wiele zapewnień na temat tego, że przyszłość czai się tuż za rogiem i ledwie miesiące dzielną nas od wyjechania w pełni autonomicznych samochodów na drogi.

Na potwierdzenie tych słów zaprezentowano wideo, na którym widać jak Model 3 pokonuje wybraną przez kierowcę trasę, zgodnie z wytycznymi nawigacji. Samochód bez żadnej ingerencji osoby siedzącej na miejscu kierowcy, zajmuje odpowiednie pasy na drodze, zatrzymuje się przed znakami STOP, itd. Nagranie robi wrażenie, a część osób zaproszonych na konferencję miało okazję odbyć 15-minutową przejażdżkę w trybie autonomicznym i ich reakcje były bardzo entuzjastyczne.

Tak duży przeskok technologiczny ma być możliwy dzięki nowemu chipowi opracowanemu przez Teslę. Jego zadaniem jest wspieranie sieci neuronowych, które analizują wszystkie dane pochodzące z czujników samochodu. Innymi słowy, auto nie korzysta z prostych algorytmów, ale ze sztucznej inteligencji, która podejmuje decyzje o tym, jak pojazd ma jechać.

Gotowa do wprowadzenia na rynek wersja tego układu ma pojawić się pod koniec bieżącego roku. Elon Musk snuje wizje, że już w 2020 roku na ulicach zobaczymy autonomiczne Tesle. Ten początek rewolucji ma być wbrew pozorom łatwy do zrealizowania, ponieważ nie są wymagane żadne dodatkowe czujniki czy radary. Standardowy dla aut amerykańskiego producenta zestaw 8 kamer, 12 czujników ultradźwiękowych oraz radar mają w zupełności wystarczyć. Wystarczy zainstalować wspomniany chip, a konkretnie cały nowy komputer sterujący (Musk podał, że jego koszt to 5000 dolarów lub 7000 dolarów w przypadku samochodów już wyprodukowanych) i możemy cieszyć się autonomicznym samochodem.

Wraz z wprowadzeniem tej funkcji, właściciele Tesli będą mogli udostępniać je innym osobom jako taksówki. Według założeń projektu Robotaxi, kiedy jesteśmy na przykład w pracy, nasz samochód może jeździć po drogach jako autonomiczna taksówka. Musk szacuje, że na czysto będzie można zarobić 65 centów za każdą przejechaną milę, zakładając, że połowa przebiegu będzie robiona bez klienta.

Ten entuzjazm chłodzą jednak eksperci oraz inżynierowie, którzy opracowują technologie autonomiczne dla innych koncernów motoryzacyjnych. Wskazują oni jednoznacznie, że Tesla ma za mało czujników (brak na przykład lidaru), aby mieć odpowiedni obraz sytuacji na drodze, a większa moc obliczeniowa to za mało, żeby pojazd mógł się odnaleźć w każdej sytuacji. Zwracają też uwagę, na wspomniane wcześniej wideo, na którym Model 3 radzi sobie co prawda wzorowo, ale na drogach, którymi jedzie, panuje niewielki ruch i nie pojawił się żaden pieszy. Co by było, gdyby Tesla wjechała do centrum miasta w godzinach szczytu?

Nie zapominajmy, że firmy takie jak Waymo, czy Uber od lat prowadzą intensywne testy nad samochodami autonomicznymi i mają na drogach publicznych całe floty takich pojazdów. Żaden z największych graczy nie mówi jednak, że jest już gotowy na wprowadzenie ich na rynek. Wydaje się być mało prawdopodobne, żeby Tesla dysponowała jakąś przełomową technologią, której nie ma konkurencja. Elon Musk znany jest za to ze składania odważnych obietnic i czasami beztroskiego podejścia do bezpieczeństwa osób, które kupiły jego samochody, na co żaden duży koncern nigdy osobie nie pozwoli. Warto też pamiętać, że w pełni autonomiczna Tesla miała wyjechać na drogi już w 2016 roku.

Najnowsze

Mopar rozpoczyna sprzedaż 1000-konnego silnika Hellephant

Dobra wiadomość dla wszystkich, którzy planują swap w swoim aucie, albo szukają czegoś naprawdę mocnego do samochodu, który właśnie budują.

Inżynierowie z dywizji Mopar, należącej do koncernu FCA, przygotowali prawdziwego potwora wśród silników. Jego nazwa Hellephant jest zbitkiem słów, który można przetłumaczyć jako „Piekielny Słoń”. Nawiązuje ona do jednostki napędowej z drugiej generacji Dodge’a Chargera – „Elephant V8” oraz do obecnie oferowanego Chargera Hellcata.

Potężny silnik to oczywiście Hemi V8 z kompresorem. Ma on 7 litrów pojemności, generuje 1000 KM oraz 1288 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Może go kupić każdy chętny, chociaż trochę odstrasza cena, ustalona na 29 995 dolarów. Przy okazji warto dokupić zestaw akcesoriów – komputer sterujący, kable, czujniki i tym podobne, dedykowane drobiazgi, wycenione na dodatkowe 2265 dolarów.

Nie jest tanio, ale to prawdopodobnie najprostszy sposób, aby pozyskać 1000-konny silnik, przygotowany do montażu w dowolnym samochodzie. A jeśli mimo to cena was odstrasza, to możecie zaoszczędzić 10 tys. dolarów i kupić od Mopara jednostkę o mocy 707 KM, która napędza Chargera Hellcata oraz Jeepa Grand Cherokee Trackhawka.

Najnowsze

Goodc

Test Ford Edge ST Line 2.0 L EcoBlue 238 KM – auto idealne?

Ford Edge przeszedł modernizację i jest najlepszym przykładem na to, jak nie zepsuć tego, co już pierwotnie było bardzo udane. Czy odmłodzona wersja auta jest rzeczywiście aż tak dobra, jak poprzedniczka?

Z samochodami z rynku amerykańskiego jest tak, że nie zawsze spełniają oczekiwania europejskich klientów. Zwykle są zbyt plastikowe wewnątrz i aż nadto bujają się na zakrętach. To, co trafia do Amerykanów, nieodceniają Europejczycy. Ford, mając ogromne doświadczenie w produkcji aut na światowe rynki, doskonale zna charakterystykę poszczególnych grup docelowych, dlatego samochody, choć wyglądają na takie same, różni prawdziwa przepaść – zarówno w kwestii wykorzystanej technologii i samego stylu.

Modernizacja robi robotę
Szybki styl życia i zmieniające się preferencje kierowców wymusiły na producentach ciągłe odmładzanie swoich produktów. Pędząca do przodu informatyzacja, cyfryzacja i rozwój technologii sprawiają, że wciąż chcemy więcej i więcej. A skoro chcemy więcej, to Ford mówi do nas: „proszę bardzo” i daje nam swojego odświeżonego, napakowanego technologiami SUV-a, świeżo po modernizacji.

Zwalista i muskularna sylwetka budzi respekt. Ogromny, czarny (w wersji ST Line) grill przechodzi płynnie w przestylizowane reflektory, zaprojektowane w całości przy wykorzystaniu technologii LED. Wysoko poprowadzona maska i duża powierzchnia blach budzą u obserwatorów karoserii respekt, ale i wywołują poczucie bezpieczeństwa u kierowcy i pasażerów. Ogromne drzwi zostały przedłużone na wysokości progu, zasłaniając go szczelnie, po to, by nie brudzić ubrań o ubłocony rant auta podczas wysiadania. Tylne reflektory zyskały nowy kształt i trójwymiarową strukturę poszczególnych świateł. Dopełnieniem i ozdobą sylwetki są ogromne, 20-calowe koła. Ten samochód może się podobać i muszę przyznać, że od razu przypadł mi do gustu.

Wnętrze, z którego nie chce się wysiadać
Wnętrze zdecydowanie podąża za tym, co Edge prezentuje na zewnątrz. Mocno rozbudowana deska rozdzielcza, przechodzi płynnie w konsolę środkową. Zajęcie miejsca na fotelu wymaga krótkiego treningu, bo siedziska, nawet w najniższym położeniu, zawieszone są wysoko – idealnie dla roślejszych kierowców. Za to pozycja za kierownicą jest dostojna dla każdego, bez względu na wzrost – bardzo wygodna. Siedzenia doskonale opasają ciało kierowcy, są przyjemnie miękkie, jakby chciały powiedzieć: „zrelaksuj się, będzie ci tu miło i bezpiecznie”. I faktycznie jest. Fotele w wersji ST Line zostały wykończone skórą i miękką alcantarą. Ich wygląd nawiązuje trochę do kubełkowych, sportowych konstrukcji, ale nie dajmy się nabrać. To jedynie zabieg stylistyczny, bo ich głównym celem jest zapewniać pasażerom maksymalny komfort. Poczucie pewnego uchwytu kółka wbudza także gruba, mięsista kierownica. Skóra, którą ją obleczono jest bardzo przyjemna w dotyku, dlatego chętniej trzymamy wieniec w dłoniach. Centralny, 8-calowy wyświetlacz jest „furtką” do rozbudowanego systemu Sync3, który steruje nawigacją, systemem audio, a także zapewnia dostęp do aplikacji telefonu, po połączeniu go za pomocą Android Auto, czy Apple CarPlay. System ten rządzi multimediami i innymi funkcjami auta w sposób intuicyjny, a obsługa całości nie wymaga doktoratu – wszystko działa podobnie jak w smartfonach.


Z nowości – zmieniono tradycyjną dźwignię zmiany biegów na pokrętło, które zostało już wcześniej zaprezentowane np. w Focusie. Dzięki temu rozwiązaniu wygospodarowano więcej przestrzeni w środkowej części, którą z pewnością uda się szybko zapełnić każdej kobiecie.

Tylna kanapa została chyba zaprojektowana tak, by sadzać na niej VIP-ów. Dodano tu więcej nawiewów i pozostawiono z poprzedniej odmiany Edge’a podgrzewanie skrajnych foteli. Przestrzeni w każdym kierunku jest tyle, co w rasowej limuzynie, a dzieci w fotelikach nie dosięgną do oparć foteli swymi ruchliwymi stópkami. Zewnętrzne siedziska wyposażono oczywiście w uchwyty montażowe IsoFix. Zapewnienie pasażerom maksimum komfortu i przestrzeni – co okazało się priorytetowe przy projektowaniu Edge’a – przełożyło się nieco na wielkość bagażnika. Oczywiście, nie jest on mały! Z pewnością ustawny, pojemny, z wieloma praktycznymi rozwiązaniami do kotwiczenia zakupów. Ford określa jego wielkość na 800 litrów, ale to chyba w ramach żartu i sumując wymiary do samego dachu, bo do półki ma maksymalnie 480-500 litrów. W każdym razie wystarczająco.

A teraz się zrelaksuj…
Forda Edge opisać można dwoma słowami, które brzmią: spokój i cisza. Wydaje się być samochodem kompletnym. Podczas jazdy w samochodzie panuje kompletna cisza. Do uszu nie docierają odgłosy z silnika, a ogromne przecież nadwozie zdaje się przepływać ponad nierównościami drogi. Zawieszenie pozostaje przy tym przyjemnie sprężyste, ale też ultra komfortowe. Ford jest światowym specjalistą w budowaniu doskonałych układów jezdnych i niezależnie, czy wybierzecie Fiestę, Focusa, czy którykolwiek inny model, będziecie pod wrażeniem możliwości jezdnych tych aut.

Zabrzmiało to jak krypto reklama? Wierzcie mi, ciężko znaleźć tak dobrze prowadzące się samochody i to nawet wśród reprezentantów klasy premium. Ford zresztą zauważył przywiązanie klientów do swoich produktów, którzy aspirując do wyższej klasy nie chcą rezygnować z walorów użytkowych swoich samochodów. Stworzył dla nich linię Vignale, czyli namiastkę luksusu.

Wróćmy jednak do naszego egzemplarza i błogiej„ciszy”. W świecie pełnym bodźców, szybkich karier w korporacjach ten spokój po zajęciu miejsca za kierownicą jest wybitnie potrzebny. Moim zdaniem zawieszenie Edga spełni wymagania najbardziej wymagających kierowców. Docenią oni z pewnością także wyciszenie kabiny i dbałość o detale i zapewnienie pasażerom maksymalnego komfortu. Nawet podczas szybkiej jazdy nie docierają do nas hałasy i szumy pochodzące od karoserii. Aż dziw bierze, że można tak skutecznie odizolować się od świata zewnętrznego. Inżynierowie zastosowali tu pewien technologiczny fortel. Samochód wyposażony został w układ redukcji hałasu Active Noise Control, który składa się z szeregu czujników i mikrofonów, które wychwytują przeszkadzające nam fale dźwiękowe – te niwelowane są za pomocą wysłania odwrotnej fali dźwiękowej z systemu audio. Brzmi ekscytująco, ale producenci samochodów już od dawna „oszukują” nas puszczając nam dźwięki rasowo brzmiących silników, podczas gdy pod maską pracują dychawiczne, 3-cylindrowe konstrukcje. Ale na szczęście nie w tym wypadku.

Ten tembr…
Jedynym odgłosem, jaki dociera do wnętrza, jest pomruk wysokoprężnego, doładowanego silnika. I tu znów cisną mi się na usta słowa pochwały dla inżynierów Forda. Potrafili wydobyć z niego rasowe brzmienie, które nie przypomina dźwięku diesla. To prawdopodobnie znów „zabieg upiększający”, ale liczy się efekt. A ten jest spektakularny! Dwulitrowy, podwójnie doładowany motor, połączono z 8-biegową skrzynią . Silnik jest zupełnie nową konstrukcją i zastosowano w nim dwie sekwencyjnie pracujące turbosprężarki. Pierwsza odpowiada za rozpędzanie auta od „zera”, druga dołącza się po osiągnięciu przez silnik wyższych obrotów i daje mu jakby drugi oddech.

Drugi (a może już 10-te 😉 efekt „wow” Edge’a to z pewnością doskonały system audio B&O Play, który został zaprojektowany i dedykowany właśnie do tego modelu. Jest skrojony na miarę, więc dźwięk wydobywający się z głośników okala pasażerów mięciutką mgiełką – jeśli słuchamy muzyki cicho, np. klasycznej, lub – jeśli zamarzy nam się dudniący hip hop – zaskoczy czystymi, głębokimi niskimi tonami. Fenomenalny!

SUV jak nie SUV!
Wrażenia z jazdy – zarówno dzięki świetnemu silnikowi, jak i zawieszeniu – są bardziej niż pozytywne! Auto zbiera się do jazdy od najniższych obrotów i bardzo dynamicznie rozpędza. Wyniki przyspieszania na papierze nie imponują (producent podaje, że do osiągnięcia 100 km/h Edge potrzebuje 9,6 sekundy), ale wrażenia subiektywne są zdecydowanie bardziej korzystne. Poza tym SUV Forda pokazuje swoją siłę dopiero po przekroczeniu tej prędkości. Moment obrotowy 500 Nm pcha wielkie cielsko do przodu z niezmienną siłą i pozwala mu zrobić porządek na lewym pasie autostrady. Zresztą samochód, który pochodzi z rynku amerykańskiego, stworzony został by połykać nim setki kilometrów i najlepiej czuje się w długich trasach. Co prawda Ford wyposażył Edge’a w układ kierowniczy o zmiennym przełożeniu i bez problemu można nim manewrować również w mieście, ale dwa metry szerokości i prawie pięć metrów długości predestynują go jednak do długich, wygodnych i beztroskich podróży.

Gdy jednak kierowcę poniosą nieco emocje i zechce z rodziną – lub bez – pośmigać energicznie po zakrętach, to czemu nie? Edge w tej kwestii odstaje od charakterystyki prowadzenia wysokich SUVów – prowadzi się jak dobrze zawieszone kombi (np. uterenowione kombi typu allroad). Naprawdę świetna robota inżynierowie! A przy tym jest bezpiecznie, bo wszystkie koła są napędzane, także auto zachowa się w sposób przewidywalny na każdej nawierzchni, także śniegowej.

Oczywiście, bez kija w mrowisko się nie obędzie. Byłoby wspaniale, gdyby w przyszłości Forda dorzucił – nawet do wyposażenia opcjonalnego – dobrą, dwusprzęgłową skrzynię biegów, która jeszcze mocniej poprawiłaby dynamikę tego wyjątkowego auta. Jasne, rozumiem założenia projektantów i to, że Edge „urodził się” jako cruiser, który ma dostojnie przewieźć pasażerów we wskazane, odległe miejsce. Także wybaczam. Bo to auto i tak jest paktycznie idealne.

W trasie Ford Edge 2.0 L EcoBlue 238 KM, z 8-biegowym automatem zużył mi średnio około 8 litrów na 100 kilometrów. Praw fizyki nie da się oszukać i wysokie, muskularne nadwozie i masa ponad 2100 kilogramów robią swoje. Szybka jazda autostradą w Niemczech, lub dynamiczna po zakrętach sprawi, że komputer wyświetli z pewnością liczbę dwucyfrową. Są to jednak wartości zbieżne z tym, jakie mają rynkowi rywale. Poza tym za przyjemność dłuższego użytkowania Edge’a musimy – niestety – zapłacić minimum 196 570 złotych (bazowa wersja startuje od 172 000 zł: Trend ze 190-konnym dieslem). To nie jest mała kwota, tym bardziej, że konkurencja przy tej cenie i gabarytach oferuje zwykle możliwość przewiezienia siedmiu osób. Jednak pamiętajmy, że przyglądając się wyposażeniu niemieckich SUVów od razu zauważymy, że aby dorównać kompletacji Edge’a trzeba by dużo więcej zapłacić; z pewnością grubo ponad 200 tysięcy. A w Fordzie, za tę cenę otrzymujemy rodzinne auto w pełni kompletne, doskonale wyposażone, wręcz idealne w prowadzeniu i wybitnie komfortowe. Ze względu na tę kwotę nie należy się spodziewać wysypu Edge’ów w waszym mieście, a to dodatkowo wpłynie na jego ekskluzywność. Jeśli więc planujecie zakup tak dobrego auta, to spieszcie się, bo ponoć Edge’a ma wkrótce zastąpić nowy model (Kuga, Escape) w odmianie 7-osobowej.

Czyli jaki?
Ford Edge nie jest sportowcem i nadanie mu przydomka ST Line tego nie zmieni. Ale każdy, kto decyduje się na zakup SUVa to wie i raczej wykorzystuje taki samochód w mieście i na dłuższe wyjazdy. Auto jest doskonałym kompanem w trasie i fantastycznie izoluje kierowcę od świata zewnętrznego. Daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa, tak ważne w dzisiejszych czasach, a cisza, nawet jeśli generowana przez system audio sprawia, że świetnie wykończony samochód staje się oazą, szklanym kloszem, który chroni nas przed złem zewnętrznego świata. Wiem, znów zabrzmi to jak reklama, ale nie obraziłabym się, gdybym mogła częściej  uciekać do takiej oazy, więc Edge z pewnością mógłby zagościć na dłużej w moim garażu.

NA TAK
– budząca respekt sylwetka z amerykańskimi akcentami;
– niezwykle komfortowe wnętrze;
– doskonałe wyciszenie wnętrza;
– świetne audio;
– dobre własności jezdne.

NA NIE
– brak wersji 7-osobowej.

Dane techniczne Ford Edge ST Line 2.0 L EcoBlue 238 KM, 8-biegowy automat

Silnik:

Wysokoprężny R4, Bi-Turbo

Pojemność skokowa:

1997 cm3

Moc:

238 KM przy 4000 obr./min

Maksymalny moment obrotowy:

500 Nm przy 3000 obr./min

Skrzynia biegów:

Automatyczna 8 biegów

Prędkość maksymalna:

216 km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h

 9,6 s

Długość/szerokość/wysokość:

4827/1928/1751 mm

Najnowsze

„Jazda! Motoryzacja w międzywojennej Gdyni” – wystawa już otwarta

Jak połączyć przyjemne z pożytecznym? Można wybrać się na zakupy do galerii, a jednocześnie obejrzeć ciekawą wystawę o tematyce motoryzacyjnej.

Po raz drugi w Galerii Klif otwarto wystawę, będącą efektem współpracy z Muzeum Miasta Gdyni. Tym razem na 30 wielkoformatowych fotografiach poznajemy motoryzacyjną historię Gdyni. Miejsce wystawy nie jest przypadkowe: w pierwszej w Gdyni galerii, jaką jest Klif, po raz pierwszy przedstawiono pierwsze – niepublikowane wcześniej – zdjęcia z życia miasta. Wystawę będzie można oglądać do końca maja na pierwszym piętrze Galerii Klif.

Wystawa opowiada o codziennym życiu. Bohaterami tej opowieści są również mieszkańcy przedwojennego miasta – strażacy, szoferzy, młodzi eleganccy mężczyźni i piękne kobiety Część zdjęć ma charakter reportażowy, część to portrety i zdjęcia „ustawiane” – opowiadają fascynującą historię o samochodach, które już w latach 20. XX wieku były codziennością. Wśród zdjęć można zobaczyć pierwszą w Gdyni: , oficjalną wizytę Prezydenta II RP Ignacego Mościckiego, pierwszego budowniczego miasta Eugeniusza Kwiatkowskiego czy pierwszą stację paliw, karetkę, szkołę jazdy.

Taksówki, karawany i nie tylko
Ratowały życie i zdrowie jako karetki i samochody straży pożarnej, służyły jako taksówki, jechano nimi na niedzielne wypady za miasto i wreszcie, podobnie jak dzisiaj, były wyznacznikiem statusu społecznego. Używali ich na co dzień politycy i wyżsi oficerowie, widać je pod kościołem i podczas obchodów Święta Morza. Powoli wypierały wozy konne, służąc także do rozwożenia towarów i jako karawany pogrzebowe.

– Zapraszam mieszkańców Gdyni do poznania naszej drugiej już wystawy, ukazującej dzieje miasta i jego mieszkańców. Konsekwentnie budujemy markę Galerii Klif jako miejsca otwartego na społeczność i kulturę Gdyni. Gościły już u nas wystawy artystów-plastyków, a w lutym zainaugurowaliśmy współpracę z Muzeum Miasta Gdyni. Warto podkreślić, że wystawa, którą prezentujemy została przygotowana przez Muzeum w partnerstwie z Galerią Klif, a opowiada o pięknie, odwadze i nowoczesności – mówi Mariola Rogóż, dyrektor Galerii Klif.

Mercedes i tajemnice dawnych zdjęć
Każde zdjęcie kryje swoją tajemnicę. Większość ukazanych na nich osób pozostaje anonimowa, w przeciwieństwie do samochodów. Zdjęcia potwierdzają niezwykłą popularność Fordów, widać na nich czechosłowackie sportowe wozy Aero 50, popularne „Dekawki” – DKW, Chevrolety, Ople czy polskie Fiaty – w tym tak specyficzne modele jak sześcioosobową limuzynę Fiat 1100! Opinię najsolidniejszego automobilu miał zasłużenie Mercedes-Benz i właśnie auto tej marki zaprasza do obejrzenia wystawy. Będzie można je oglądać przy głównym wejściu do Galerii Klif.Najstarsze zdjęcie na wystawie pochodzi z czerwca 1926 roku i upamiętnia pierwsze tankowanie na nowo otwartej stacji benzynowej obecnie na ulicy Węglowej. Do ciekawszych należą portrety taksówek i taksówkarzy firmy Brunona Czappa. Uwagę przykuwa logo firmy taksówkarskiej BC, staranne ubiory szoferów i biała plandeka, dzięki której, jak w dzisiejszych turystycznych meleksach, można było bez przeszkód podziwiać okolice. Zdjęcia ukazują też różnorodność ówczesnych aut – widać na nich autobus miejski, auta dostawcze, Chevrolet pick-up, auto strażackie, karetki pogotowia, auto szkoły szoferów Adolfa Sajewicza, luksusową limuzynę na wycieczce w lesie (być może to Źródło Marii), a nawet małe autko dziecięce ze strażacką drabiną. Uśmiecha się z niego mała śliczna buzia, wyraźnie uszczęśliwiona tym zdjęciem.

Zagadki związane ze zdjęciami
Oglądanie wystawy z pewnością może dostarczyć wiele emocji. Gdzie zrobiono to zdjęcie? Czy to nie jest ktoś z naszej rodziny? A gdzie w Gdyni był hotel „Bałtyk” i Bank Gospodarstwa Krajowego? Kim był Józef Jereczek, którego nazwisko widnieje wśród kwiatów na aucie-karawanie? Co spowodowało wybuch domu przy ulicy Bema? Na którym ze zdjęć widać Eugeniusza Kwiatkowskiego?

– Ekspozycja składa się z niepublikowanych wcześniej zdjęć ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni. Dla miłośników historii miasta jest to niepowtarzalna okazja, by prześledzić rozwój miejskiej międzywojennej infrastruktury. Spojrzeć z innej perspektywy na historię powstania miasta z morza i marzeń. Dla fanów motoryzacji jest to prawdziwa wizualna uczta. Dzięki współpracy z Galerią Klif, wszyscy mieszkańcy Gdyni mogą podziwiać wyjątkowe, inspirujące kadry z historii naszego miasta – mówi Michał Miegoń z działu promocji Muzeum Miasta Gdyni.

Warto potraktować tę wystawę jako swoistą historyczną szaradę, a kogo historia aż tak nie interesuje, może po prostu obejrzeć samochody, których już nie ma, a które rozgrzewają wyobraźnię miłośników motoryzacji. Fotografie pokazują również rozwój miejskich dróg. Przeciętnie w okresie międzywojennym budowano 5 km nowych dróg rocznie, choć nierzadko przekraczano tą liczbę, chociażby przy budowie dzielnicy Działki Leśne, gdzie szosy wytyczano na stromych morenowych zboczach. Samochody pojawiające się w międzywojennej Gdyni importowano. Dopiero w 1936 roku, przy ul. Świętojańskiej 110 powstało przedstawicielstwo firmy Polski Fiat. W 1937 r., przy ul. Starowiejskiej 37, otwarto Auto Centralę Bracia Skwiercz z salonem Mercedesów.

Wystawa jest prezentowana przez pięć tygodni, w dniach od 26 kwietnia do 31 maja, w godzinach otwarcia Galerii, na pierwszym piętrze. Klif sfinansował wydruki archiwalnych fotografii, a po zakończeniu wystawy zostaną one przekazane do Muzeum Miasta Gdyni. Dzięki temu będą mogły być pokazywane przy innych okazjach, promujących Gdynię i jej historię.

Najnowsze