Film: Audi R8 V10 Plus daje z siebie wszystko na hamowni

Jak brzmi dźwięk silnika Audi R8 V10 Plus, kiedy auto daje z siebie wszystko? Na pewno domyślacie się już, że wrażenia słuchowe są nie byle jakie. Oto krótki film przedstawiający wysiłki nowego Audi na hamowni. Ciarki na plecach gwarantowane!

Audi, jako marka, która szczyci się zaawansowanymi rozwiązaniami technologicznymi, nie mogła wydać zwyczajnej reklamy modelu, który jedynie przemierza drogi położone wśród malowniczych krajobrazów. Specjaliści z  Ingolstadt przygotowali krótki pokaz możliwości modelu R8 na hamowni.

„To video umożliwia entuzjastom czterech kółek usłyszenie Audi R8 V10 Plus, które zostało wykorzystane do granic możliwości” – mówi Kristian Dean, manager działu reklamy z brytyjskiego oddziału Audi.

Najnowsze

Monika Koch – polska stunterka motocyklowa. Wywiad

Jedna z najlepszych stunterek w Polsce. Młodziutka, ambitna, prawdziwa. Nie gwiazdorzy, ma w sobie mnóstwo pokory, ale też determinację, aby być coraz lepszą.

Poznałyśmy się z Moniką podczas I edycji Samochodowego Pucharu Kobiet Motocaina.pl na warszawskim lotnisku Bemowo, gdy przyjechała zrobić dla nas show – pokaz stuntu motocyklowego. Zawodniczki i kibice byli zachwyceni, media relacjonowały to widowisko jako unikatowe, bo rzeczywiście, wówczas stunterek było aż… dwie. Wiedziałam już wtedy, że ta dziewczyna ma ogromną szansę na sukces i życzyłam jej, aby wkrótce pojawiała się na wszystkich ważnych imprezach motocyklowych w kraju, mogła żyć ze stuntu i cieszyć się swoją pasją. Jednak zarówno specyficzne, rodzime środowisko, jak i brak zainteresowania sponsorów i chęć rozwoju zdecydowały, że nasz kontakt urwał się na jakiś czas. Monika wyjechała.

 

Wyjechałaś do Stanów, żeby trenować stunt. Co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że podjęłaś taką decyzję?

W Stanach miałam okazję być zimą 2009 i na przełomie 2010 i 2011 roku. Nic specjalnego się nie wydarzyło – po prostu kolega zapytał mnie, czy jadę, ja na to, że tak, więc w ciągu czterech dni spakowaliśmy się i pojechaliśmy. Pod koniec września 2011 roku natomiast wyjechałam do Anglii, w poszukiwaniu lepszej pogody i innych możliwości niż te dostępne w Polsce.

Większość motocyklistek ogranicza się do bezpiecznej jazdy jednośladem. Tobie to nie wystarczyło?

Oj, nie wystarczyło! Wystarczyła jedna przejażdżka na kole, żebym nie mogła już o tym zapomnieć.

fot. archiwum Moniki Koch

Jak zaczęła się Twoja przygoda z motocyklami – ktoś Cię namówił do spróbowania jazdy jednośladem, czy po prostu kiełkowało to w Tobie od dawna?

To był bodajże przełom 2006 i 2007 roku – dokładnie już nie pamiętam. Koledzy zabrali mnie na jazdę terenową crossami i tak się wszystko zaczęło. Potem dorobiłam się swojego motocykla, na którym zresztą miałam niefartowny wypadek. Pod koniec 2009 roku zaczęłam próbować swoich sił na seryjnym motocyklu – Hondzie CB500, a w 2010 już jeździłam na prawdziwej, stuntowej, gotowej do tego rodzaju jazdy Hondzie CBR F4i.

Jesteś młoda, potencjalna kariera stunterska przed Tobą. Jak ją sobie wyobrażasz? Do czego dążysz?

To trudne pytanie. Nie nastawiam się na utrzymywanie się ze stuntridingu. Owszem, robię pokazy, jeśli zostanę na nie zaproszona, zawsze biorę udział w zawodach, ale to tylko dlatego, że po prostu uwielbiam stunt i ludzi wokół niego skupionych, zawsze miłych, przyjaznych i pomocnych. Do czego dążę? Chcę być jak najlepszym riderem. Nie mam żadnego ciśnienia ze strony sponsorów, zawodników czy kogokolwiek innego, po prostu robię to, co lubię i czekam, aż coś zacznie z tego wychodzić.

Czy były takie ewolucje, które sprawiły Ci dużo problemów, do tego stopnia, że miałaś ochotę przestać próbować i odpuścić?

Najtrudniej było z cyrklami. Drifty poszły w miarę gładko – zresztą szczerze je uwielbiam. W przypadku cyrkli natomiast jest pewien haczyk. Zaczniesz skręcać, uda się raz dwa i myślisz sobie – ha, super, za dwa tygodnie będzie po wszystkim! Tak właśnie myślałam, robiąc pierwsze podejścia pod koniec 2011 roku. Oczywiście się myliłam… w kwietniu zaczęłam mocniej męczyć ten trick, w sierpniu było już całkiem nieźle. I wtedy pojawił się problem – mój motocykl nie był w stanie za mną nadążyć i zaczął mnie stopować. Jak z nieba spadł mi wówczas Kawasaki 636, którym jeżdżę do dziś. Zmieniwszy motocykl, musiałam się uczyć tricków od nowa, ponieważ i punkt balansu jest inny, i motor bardziej wrażliwy… Niemniej pod koniec 2012 roku zaczęło w końcu wychodzić. Obecnie jestem w stanie zrobić dwa-cztery cyrkle – zależy jak wyjdzie (śmiech).

fot. archiwum Moniki Koch

Co sprawia Ci największą przyjemność, kiedy masz pokaz? Aprobata tłumu? Poprawne wykonanie wszystkich zamierzonych przez Ciebie ewolucji? A może masz duszę artysty, który po prostu chętnie występuje przed publicznością?

Lubię, kiedy ludziom pokaz się podoba, kiedy krzyczą, wiwatują, jest dużo dymu i szumu. Sama się wtedy nakręcam, chociaż zawsze czuję stres, że coś się nie uda.

Jak długo trzeba trenować, aby dojść do takiej wprawy i posiąść takie umiejętności, jakie Ty prezentujesz obecnie? Kiedy dokładnie zaczęłaś uprawiać stunt, ile miałaś wtedy lat?

Profesjonalnie zaczęłam w 2010 roku (jakieś podbijane i wolne gumy w 2009) z pewnymi przerwami. Naprawdę poszłam do przodu od chwili, gdy zamieszkałam w Anglii (koniec 2011), chociaż wcześniej w Polsce też dużo trenowałam. Tu, gdzie teraz jestem, sezon się nie kończy, więc trenuję cały rok.

Natomiast co do czasu potrzebnego na naukę tricków – trudno powiedzieć, to bardzo indywidualna sprawa. Jedni uczą się szybko, inni troszkę wolniej. Wpływa na to wiele czynników – determinacja, motywacja, strach, dyspozycyjność czasu i funduszy.

Zwykle kobiety są zachęcane do spróbowania swoich sił np. na torze czy w terenie. Sama chciałaś postawić motocykl na koło, czy to Twoje towarzystwo uznało, że świetnie się do tego nadajesz?

Oczywiście, że sama! I jak szybko stawiałam, tak szybko lądowałam w rowach (śmiech). Myślałam czasami, żeby się poddać, ale jednak wytrwale trenowałam. I udało się.

fot. archiwum Moniki Koch

Jakie były pierwsze akrobacje, które Ci się udawały?

Najpierw nauczyłam się jazdy na hamulcu nożnym, jako że nie miałam tzw. handbreaka, na stojąco i na siedząco. One hander – z jedną ręką w powietrzu. Potem zaś różnego rodzaju palenia gumy.

Kiedy dokładnie uznałaś, że to właśnie stunt będzie Twoim pomysłem na jazdę motocyklem? Czy ta decyzja – jak możesz ocenić teraz z perspektywy czasu – była słuszna?

Chciałam spróbować swoich sił w czymś innym niż motocykl crossowy, którym jeździłam wcześniej. Myślę, że to była słuszna decyzja, chociaż sentyment do crossów mi pozostał.

Jest w kraju firma, która od początku w Ciebie wierzyła i Cię wspiera – to polski producent spodni motocyklowych Mottowear. Jak sobie radzisz z pozyskiwaniem nowych sponsorów? Z rozmów z zawodniczkami różnych dyscyplin sportu motorowego wiemy, że kobietom nie jest łatwo pod tym względem…

Tak, firma MottoWear od zawsze mi pomagała. Zawsze otrzymuję parę kompletów drogich spodni, w których trenuję i jeżdżę na co dzień, a także robię pokazy. Poza tym T-shirty, czapki, rękawice… Co do innych sponsorów, niestety lista jest pusta (śmiech). Pracuję pięć dni w tygodniu i jakoś daję radę utrzymać siebie i motocykle. Moja druga połówka zajmuje się tym samym co ja, więc razem jest nam łatwiej. Czasami ludzie myślą, że „babie łatwiej”. To nieprawda. Z doświadczenia wiem, że przedstawicielkom płci żeńskiej trudniej jest pozyskać sponsorów, szczególnie w Polsce. Amerykańska scena stuntu dobrze sobie z tym radzi, tam wiele dziewczyn jest sponsorowanych nawet przez kilka firm. Niestety w Polsce za sponsorów często mamy tylko najbliższą rodzinę i siebie samych…

fot. archiwum Moniki Koch

Wyjazd do Stanów miał Ci pomóc w pozyskaniu sponsorów?

Nie, moje wyjazdy do Stanów to były wakacje i odwiedziny u znajomych.

Jak planujesz swój sezon – czy i kiedy, przy okazji jakich wydarzeń w 2013 roku, będzie Cię można zobaczyć?

W sobotę 16 marca będę robić pokazy na targach motocyklowych we Wrocławiu. Następnie chcę wziąć udział w stuntowych zawodach damskiej kategorii w Krotoszynie 28 czerwca, czekam jednak ciągle na potwierdzenie od organizatora. Będę również jeździć na Stunt Grand Prix w Bydgoszczy – i to tyle, jeżeli chodzi o Polskę. Będę jednak również uczestniczyć w zawodach angielskich i irlandzkich.

Jakim motocyklem wykonujesz swoje pokazy? Czy zamierzasz go niebawem zmienić, czy to jest ten, który pozwala Ci się jeszcze rozwijać?

Obecnie jeżdżę Kawasaki 636, i jest to motocykl, który pozwala mi się rozwijać. Mam też starą Hondę CBR F4i, której używałam wcześniej do stuntu, jednak planuję ją niebawem odbudować i używać na drodze. Jest też malutka Honda CRF 50, tzw. fiddy. Maluch, który się nie psuje i służy do zabawy – również na jednym kole.

Jaki jest Twój wymarzony motocykl do uprawiania stuntu?

Myślę, że już taki posiadam. Bardzo lubię Kawasaki – został przygotowany przez mojego chłopaka i jego znajomego, który zajmuje się tym na co dzień.

Jeździsz motocyklem na co dzień? Jakim? Wolisz jazdę po mieście czy dłuższe dystanse? Gdzie wypuściłaś się motocyklem najdalej?

Zazwyczaj jeżdżę, teraz jednak czekam na fundusze, żeby móc odbudować swoją starą F4i. Co do dystansu… najdłuższy, jaki pokonałam, to spod Łodzi do Zielonej Góry. I chyba się do tego nie nadaję (śmiech).

Lubisz jeździć samochodem? Masz jakiś wymarzony?

Owszem, lubię! Marzy mi się Fiat 125 przebudowany na pick up trucka. Mamy już plany, teraz tylko trzeba znaleźć dobry i niezbyt zardzewiały model. Marzenia są po to, żeby je spełniać!

Jakie masz pasje, hobby, zainteresowania, oczywiście nie licząc tych motocyklowych? Czy starcza Ci czasu na „zwykłe życie”, także to prywatne?

Czasu mi wystarcza dosłownie na styk – chociaż trochę odsypiam w pracy, kiedy szef akurat nie widzi (śmiech). Na co dzień zajmuję się tatuowaniem, pracuję w profesjonalnym studiu. Wykonuję też projekty koszulek i loga oraz różnego rodzaju rysunki na zlecenie. Poza tym bardzo lubię gotować – 1,5 godziny dziennie w kuchni to taka moja osobista tradycja.

fot. archiwum Moniki Koch

Jak planujesz swoją przyszłość pod kątem nauki, rozwoju zawodowego?

Skończyłam studium architektury wnętrz na wydziale budownictwa, mam dyplom, ale nie poszłam w tym kierunku. Zdecydowałam się na douczanie i rozwijanie moich umiejętności w zakresie tatuażu i tego się trzymam.

Co byś doradziła motocyklistkom, którym bardzo imponuje jazda „na kole”, zawsze chciały to zrobić – od czego mają zacząć?

Polecam zacząć od małego motocykla, założyć tyle ochraniaczy, ile się tylko da, wytrwale trenować i przede wszystkim nie poddawać się po pierwszych porażkach – każdy z nas kiedyś zaczynał.

Obecnie w Polsce jest niewiele kobiet – stunterek – jak myślisz, czym to jest spowodowane?

Myślę, że główną przyczyną jest strach. Wiele kobiet boi się upadku, urazów. Z tego co wiem, obecnie w Polsce stuntuje ok. 6 dziewczyn.

Chciałabyś, żeby więcej dziewczyn zainteresowało się tą ewidentnie zdominowaną przez mężczyzn dyscypliną?

Byłoby fajnie, gdy więcej kobietek zaczęło jeździć! Szkoda, że damskie kategorie sportów tak często są zdominowane przez zawiść i zazdrość. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości będziemy miały swoją własną damską armię stuntriderek!

Polecamy profil Moniki na FB https://www.facebook.com/MonikaKochStuntrider

Najnowsze

Awangardowy Mercedes Grand Edition Viano

Grand Edition Viano Avantgarde to nowy model z rodziny Viano.

Bazowy model flagowej serii to Mercedes-Benz Viano w wersji Avantgarde. Jego specyfikacja obejmuje m.in.: biksenonowe reflektory, sportowe zawieszenie z pneumatyczną tylną osią, zagłówki i boczne panele pokryte skórą.

fot. Mercedes

Jeszcze szerszy zakres wyposażenia oferuje nowy model Grand Edition Viano Avantgarde. Jego sportowy charakter zdradza kombinacja nowego lakieru „mountain crystal white metallic” z osłoną chłodnicy w kolorze czarnym oraz pięcioramienne obręcze o średnicy 19 cali, zaopatrzone w opony w rozmiarze 245/45 R 19.

Atmosferę kabiny podkreśla satynowe wykończenie z deseniem drewna orzechowego oraz oznaczenia „Grand Edition”.

fot. Mercedes

Nowy Mercedes-Benz Grand Edition Viano Avantgarde dostępny jest z „kompaktowym” lub „długim” nadwoziem. Klienci mają do wyboru dwa silniki: czterocylindrowy silnik 2.2 CDI o mocy 120 kW (163 KM) oraz jednostkę V6 3.0 CDI o mocy 165 kW (224 KM).

Model debiutuje podczas salonu samochodowego w Genewie.

 

Najnowsze

Nowy salon dla motocyklistów w Warszawie: Pass2Ride

Już 23 marca w Warszawie nastąpi wielki otwarcie salonu z akcesoriami dla motocyklistów Pass2Ride. W nowym miejscu odwiedzający znajdą nie tylko potrzebny ekwipunek, ale także  poznają historie innych, wymienią doświadczenia i znajdą kompanów do podróży.

„Pass2Ride to paszport do przygody, podróży, wyzwania, spełnienia marzeń, które dotychczas były tylko marzeniami, a dziś mogą stać się Twoją rzeczywistością…”

Co mówią pomysłodawcy sklepu?

Wizyta w Pass2Ride to nie to samo, co wizyta w sklepie. Naszą wizją jest stworzenie miejsca, w którym przygoda się dopiero zaczyna. Miejsca, które jest przepełnione emocjami i kompetencją. Odwiedzając nas możesz znaleźć kompanów podróży, poznać historię różnych wypraw, wymienić doświadczenia, opowiedzieć
o swoich planach lub zrealizowanych już wyprawach albo właśnie tu rozpocząć kolejną… A przede wszystkim znajdziesz tu elementy niezbędne w układance zwanej „wyprawa”!

Dzięki firmie Edelweiss odkryjesz miejsca nieznane, drogi dotąd nieuczęszczane, poczujesz smak prawdziwej przygody i niezapomnianych wrażeń!
W naszym asortymencie znajdziesz między innymi produkty takich firm, jak: Touratech, Companero, Halvarssons, Lindstrands, Revit, Shoei, Schuberth, X-Lite, Daytona, Boblbee, Scala Rider, Garmin, Motorex i wiele innych.

fot. materiały prasowe

23 marca 2013 roku – Wielkie Otwarcie Pass2Ride!

Gościem będzie Tomek Kulik ze szkoły doskonalenia jazdy Kulikowisko, który opowie o technice jazdy a także podpowie, jak odpowiednio spakować się na wyjazd i jakie narzędzie ze sobą zabrać.
Swoją obecnością zgromadzonych zaszczyci również Jarosław Kornacki (specjalista z zakresu szwedzkiej odzieży Halvarssons i Lindstrands), który m. in. przybliży działanie Cool Systemu, Outlast’u czy opowie o materiale, jakim jest Hi-Art. Pomoże również odpowiednio dopasować odzież do sylwetki.
Usłyszycie o wyprawach motocyklowych z austriackim Edelweiss’em, przybliżymy działanie wszelkiego rodzaju nawigacji firmy Garmin. Jako goście zobaczycie i dowiecie się, jak sprawnie możemy spakować się na wyjazd i wyposażyć nasz motocykl w akcesoria firmy Touratech. Będzie można zapoznać się, dotknąć czy też przymierzyć odzież takich marek, jak Companero czy też ubiory rodem z Holandii firmy Revit.
W salonie zagości również szwedzka marka Boblbee oferująca w swoim asortymencie plecaki czy tankbagi, w które można łatwo i bezpiecznie spakować laptopa czy też sprzęt fotograficzny.
Nie zabraknie także takich marek, jak Daytona, Shoei, Schuberth oraz X-Lite! 

Całą uroczystość uświetni specjalnie przygotowany na tę okazję catering. Będzie można wypić kawę czy herbatę na wygodnej kanapie, umilając sobie czas oglądaniem filmów czy zdjęć z wypraw motocyklowych, a także słuchając opowieści podróżników.

Salon znajduje się przy ulicy Ul. Puławskiej 579.

Motocaina.pl też tam będzie! Serdecznie zapraszamy w imieniu organizatorów.

Najnowsze

Dlaczego Ogórek rozczula?

Volkswagen ogórek – spoglądasz w przednie światła tego obłego auta i łapie cię takie rozczulające ,,coś". Reflektory, jak nieco zakłopotane ślepka, nieśmiało patrzą przed siebie. Albo taki obrazek: zachód słońca nad kalifornijską plażą, o samochód oparto deski surfingowe...

Autko niknie w ostatnich wieczornych przebłyskach światła, tylko po lekko okrągłym charakterystycznym kształcie można rozpoznać, że to właśnie ogórek. Dziś ogórek to samochód kultowy. Można w nim spać, można przerobić go na mini dom na kółkach. Stare, czterdziestoletnie egzemplarze osiągają zawrotne ceny, które spokojnie mogą być porównywane do cen kilkuletnich nowoczesnych samochodów. Co sprawia, że ten pojazd jest taki wyjątkowy?

 

Europa potrzebuje transportera

Wiele ciekawych wynalazków to dzieło przypadku. Tak było też z Volkswagenem ogórkiem. Co więcej, pomysł wcale nie wyszedł z niemieckiej głowy. W latach powojennych, kiedy Europa podnosiła się z gruzów, brakowało dosłownie wszystkiego. Samochody przeznaczone do transportu i jednocześnie nie będące ciężarówkami były bardzo tej zrujnowanej Europie potrzebne.

W kwietniu 1947 roku Ben Pon, który importował auta VW do Holandii, w czasie służbowego pobytu w Wolfsburgu poszedł na spacer po zakładach Volkswagena. To, co tam zobaczył, bardzo go zaskoczyło. Robotnicy, aby nieco ułatwić sobie pracę, skonstruowali dziwny pojazd służący do przewożenia różnych cięższych przedmiotów między poszczególnymi halami. Maszyna tak go zainteresowała, że na szybko wykonał szkic pojazdu, który mógłby być odpowiedzią na potrzeby europejskiego rynku motoryzacyjnego.

Ben Pon narysował spory samochód przypominający duże pudło na kółkach. Silnik umieścił z tyłu. Ze swoim projektem poszedł do szefa VW, Heinricha Nodrhoffa. Pomysł zdolnego Holendra nie do końca się spodobał, ale niemieccy konstruktorzy, mimo początkowych obaw, przystąpili do pracy.

fot. Volkswagen

Prototyp Volkswagena Transportera, bo taką samochód ten otrzymał oficjalną nazwę, został wykonany w 1949 roku. Samochód miał te funkcje, o które najbardziej chodziło ówczesnym klientom – był przestronny, mógł pomieścić ośmiu pasażerów, siedzenia dawały się łatwo demontować i w ten sposób samochód osobowy przeistaczał się w auto dostawcze. Samochód nieoficjalnie nazywano Bulli, w Polsce przyjęła się nazwa ogórek, pochodząca zapewne od obłego, wydłużonego kształtu.

Seryjną produkcję uruchomiono w początkach 1950 roku. Dziennie składano dziesięć takich samochodów. Nieco później Volkswagen uruchomił produkcję tzw. Samba – Busa, czyli ogórka z przeznaczeniem do wożenia ludzi. Samba miała karoserię pomalowaną w dwóch kolorach i dwadzieścia jeden okien. Po prostu szał!

Lata pięćdziesiąte to czas testów i wprowadzania ulepszeń w ogórkach. W tamtym czasie samochód cieszył się wielką popularnością, a firma Volkswagen ze swoim nowatorskim pomysłem idealnie trafiła w potrzeby rynku. W zaledwie cztery lata od rozpoczęcia produkcji po drogach Europy jeździło już około stu tysięcy takich maszyn w różnych wersjach. Auto było tak rozchwytywane, że firma musiała otworzyć nową fabrykę dedykowaną tylko i wyłącznie ogórkom. Produkcja tych samochodów została przeniesiona do Hanoweru, ale nowa fabryka szybko okazała się za mała. Popyt na transportery rósł bardzo szybko, więc Volkswagen otworzył kolejną linię produkcyjną.

fot. Volkswagen

Końcówka lat pięćdziesiątych to nowe pomysły techniczne –  ogórek otrzymał zsynchronizowaną przekładnię, a nie było to popularne rozwiązanie pośród produkowanych wówczas samochodów. W praktyce oznaczało to większą swobodę i łatwość podczas zmiany biegów. W 1960 roku wprowadzono też migający kierunkowskaz.

2 października 1962 roku z fabryki Volkswagena wyjechał dwumilionowy transporter. Samochód ulegał nieustannym modyfikacjom. Dołożono przesuwane boczne drzwi (poprzednie otwierały się na boki), zwiększono też ładowność z 750 do 900 kilogramów.

Wszystkie koła idą w ruch

Volkswagen Bullik w drugiej połowie lat sześćdziesiątych dostał nową nazwę – T2, a także szersze boczne okna. Przełom lat 60 – 70. to czas intensywnego rozwoju – rozrasta się fabryka, ogórek ulega kolejnym ulepszeniom. Samochód, który do tej pory miał napęd tylko na tylną oś, otrzymuje napęd również na przednie koła. Dzięki temu Bullik może zjechać z asfaltowych dróg; w terenie świetnie daje sobie radę.

W końcu lat siedemdziesiątych produkcja ogórka zostaje przeniesiona do Ameryki Południowej i Meksyku. Transporter był prawie wszędzie; podbił serca Europejczyków, jeździł w Afryce, na Bliskim Wschodzie, w obu Amerykach. W Europie zasługi tego niepozornego autka są nie do przecenienia. Usprawnił gospodarkę powojennej Europy, służył jako pojazd uprzywilejowany, z czasem zaczęto go traktować jako kempingowego vana, czyli mały domek na kołach.

W końcu lat siedemdziesiątych radykalnie zmieniła się konstrukcja nadwozia, tylko okrągłe reflektory przypominały poprzednie wersje transportera. Wersja zbliżona wyglądem do pierwowzoru nadal jest produkowana w Brazylii; edycja Flower Power jest przeznaczona do podróżowania.

Busem ku wolności

Ogórka nie spotkałam chyba tylko w Mongolii. Widziałam go w tajskim mieście Phuket na wyspie o tej samej nazwie, w Malezji, w garażu mojej rzymskiej przyjaciółki, w Holandii na ulicy sąsiadującej z moją. Tych samochodów jeszcze trochę jest, a pasjonaci remontują wozy bardzo dokładnie, dając im nowe życie.

Kolorowy, wymalowany Volkswagen stał się jednym z symboli ruchu hippisowskiego w USA – w tych samochodach młodzi, zbuntowani przeciwko wojnom i przemocy ludzie przemierzali amerykańskie drogi. Ogórki były dla nich mobilnymi domami, którymi poruszali się od jednego miasta do drugiego, często bez celu, po to, żeby być w drodze.

fot. Volkswagen

Ogórek zawsze wywołuje uśmiech i pozytywne uczucia. Samochód jest tak lubiany, że nie mając prawdziwego, bez trudu można zrobić sobie kolekcję metalowych modeli. Nawet firma Lego wyprodukowała klocki, z których można zbudować sobie ten samochód. I wbrew pozorom nie jest to zabawka tylko i wyłącznie dla dzieci. Czerwony samochód z Lego ma biwakowe wyposażenie, kraciaste firanki w oknach, ruchome szyby, otwierane drzwi i skrętne koła.

Ogórek czasem występuje w filmach, np. w amerykańskiej komedii “Little Miss Sunshine”.

A w Polsce? W Pępowie niedaleko Gdańska mieści się prywatne muzeum Volkswagena, prowadzone przez państwa Ewę i Zenona Sucheckich. Kolekcja liczy sobie ponad czterdzieści aut. Są wśród nich również ogórki. Samochód można wynająć na każdą okoliczność, a na tych, którzy mają problem ze swoim autem, czeka profesjonalny serwis i pomoc.

Więcej na: www.vwmuseum.pl

 

Transporter, Caravelle, Multivan i California – to cztery podstawowe wersje wyprodukowanego w milionach egzemplarzy światowego bestsellera marki Volkswagen. Dla całego grona wielbicieli – rzemieślników, rodzin, biznesmenów i globtroterów – te wszechstronne samochody stanowią wyraz motoryzacyjnego światopoglądu, są synonimem mobilności i uniwersalności. Między innymi dlatego jest to najpopularniejsza rodzina modeli w swojej klasie w Europie.

Korzenie serii Volkswagenów nazwanej pierwotnie „Typ 2” sięgają wczesnych lat 50-tych. „Typ 1” to legendarny Garbus, który początkowo stanowił podstawę dla „Typu 2” (zwanego potocznie w Niemczech„Bulli”, w Polsce „Ogórek”). W rzeczywistości „Ogórek” zrobił karierę porównywalną z Garbusem i stał się nieodłącznym elementem motoryzacyjnego krajobrazu prawie na całym świecie. Na początku jego historii stoi nazwisko Ben Pon. Jego rodzinne przedsiębiorstwo „Pon’s Automobielhandel” zostało w 1947 roku oficjalnym importerem Volkswagena na obszar Holandii. Jeszcze w tym samym roku Ben Pon wpadł na pomysł, aby zaoferować auto dostawcze na bazie Garbusa. Legendarnym już dzisiaj szkicem samochodu w notatniku przekonał ówczesnego szefa Volkswagena Heinricha Nordhoffa do swojej genialnej idei. Taki był początek wyjątkowej kariery busa i samochodu dostawczego – „Ogórka”.

Do dziś sprzedanych zostało ponad 8 milionów pojazdów tego modelu i jego pochodnych. Pierwsza generacja samochodu nazywanego wewnętrznie T1 – skrót od Transporter 1 – pojawiła się na rynku w 1950 roku i stała się motoryzacyjnym symbolem cudu gospodarczego i światowego ruchu hippisowskiego. W 1967 roku pojawił się T2, w 1979 – T3, 1990 – T4 i w 2003 – T5.

 

Najnowsze