Ferrari zaprasza na zakupy

Ferrari to esencja włoskiego stylu i elegancji - to Testa Rossa i Scaglietti, Spider i California. To także eleganckie akcesoria i ubrania. W londyńskiej dzielnicy Mayfair otwarto drugi co do wielkości, po mediolańskim, butik Ferrari. Dla wszystkich fanów marki i zakupów odwiedzających stolicę Wielkiej Brytanii to obowiązkowe miejsce na liście.

Dla każdego fana Ferrari ten sklep to raj na ziemi
fot. Ferrari

W pierwszych dniach maja przy jednej
z najsłynniejszych ulic londyńskiego West Endu – Regent Street otwarto sklep Ferrari.  Wstęgę przecinali jeden z szefów włoskiego producenta luksusowych samochodów Dany Bahar oraz Kimi Raikkonen. Mistrz Świata Formuły 1 z 2007 roku pozostawił ślad swojej obecności składając autograf na jednej ze ścian w salonie. Klienci będą więc mogli podziwiać nie tylko bogaty asortyment, ale także uwieczniony na długie lata podpis Mistrza.

Sklep powstał w pięknej, zabytkowej kamienicy ekskluzywnej dzielnicy Mayfair, uwielbianej przez wielbicieli zakupów i butików. Jego projekto to dzieło znanego włoskiego designer’a – Massimo Iosa Ghini, który zaprojektował m.in. port lotniczy Alitalii, Aero Caffe, stację metra Kropcke w Hanowerze, czy wnętrza hotelu New York Palace w Budapeszce. Ten wszechstronny bolończyk tworzy także meble i przedmioty codziennego użytku dla takich firm jak m.in. Bonaldo, Cassina, Moroso, Fiam, czy Hoesch. Jego styl wyróżnia dynamizm, ruch i płynność oraz „miękkie”, zaokrąglone linie i kształty. Butik Ferrari w Londynie odzwierciedla tę konwencję. Przestrzeń sklepu przedzielono szklaną ścianą, która harmonijnie łączy dwie różne w charakterze i wystroju części. Na wystawie wzrok przyciąga model repliki F2005 Formuły 1. Podczas otwarcia butiku Kimi Raikkonen, kierowca teamu Ferrari F1 powiedział: – To hołd dla historii i ducha Ferrari. Luksus i samochody wyścigowe to wszak bratnie dusze.

W liczącym ponad 500 metrów kw. dwupiętrowym salonie poświęconym historii firmy znajdzie się coś dla dużych i małych fanów Ferrari. Może zresztą niekoniecznie trzeba być wielbicielem lub wielbicielką zespołu, aby jeździć na rowerze firmowanym przez włoskiego producenta i właściciela zespołu Formuły 1. Propozycje Ferrari to nie tylko ubrania (Puma wear), miniaturowe modele samochodów (Mattel), buty, czy okulary słoneczne (Marcolin). To także akcesoria podróżne, dziecięce foteliki samochodowe, telefony (Motorola, Vertu), notebooki (Acer), perfumy (Morris), gry (Microsoft) i mnóstwo drobiazgów, które z pewnością mogą być świetnym prezentem lub pamiątką. Najmłodsi na pewno znajdą tam misie i samochodziki. Co więcej, wbrew pozorom, nie wszystko jest czerwone! Choć ten kolor nieodłącznie kojarzy się wszystkim z Ferrari, to w sklepie z łatwością można znaleźć eleganckie czarne kurtki, brązowe torby, czy portfele i granatowe walizki ze znaczkiem konika. Są także linie specjalne produktów np. dotyczących Ferrari California, wygranej w Mistrzostwach Świata Konstruktorów w F1 (po raz 16.), czy linia sygnowana symbolem Enzo Ferrari z lat 60.

Ferrari cieszące się wyższą niż spodziewana sprzedażą samochodów w czasach globalnego kryzysu otworzyło w tym miesiącu podwoje jeszcze jednego sklepu, tym razem we Florencji. Gościem specjalnym był drugi kierowca zespołu Ferrari Felipe Massa.  

fot. Ferrari

W otwartym właśnie sklepie klienci mogą podziwiać oprócz szerokiego asortymentu różnorodnych produktów także wyjątkowe samochody: Ferrari 275 GTB zaprojektowany przez słynnego Pininfarinę oraz Enzo Ferrari zbudowany w 2002 samochód wykorzystujący zaawansowane rozwiązania technologiczne stosowane w bolidach F1.
Na nowego właściciela oczekuje także tutaj replika  bolidu F2003. Mniejszy niż londyński, bo „tylko” 240 metrowy butik zaprojektowany również przez Studio Iosa Ghini oferuje oczywiście także pełen asortyment produktów firmowanych znaczkiem Brykającego Konika.

Ferrari posiada już swoje sklepy zarówno w Europie jak i na Bliskim Wschodzie, w Azji i Ameryce, m.in. w Singapore, Miami, Honolulu, Johannesburg, Venice Airport i San Francisco. W najbliższych trzech latach Włosi planują otwarcie 40 podobnych salonów, w tym roku jeszcze w Dubaju, Jeddah, Bahrainie i Nowym Jorku. 

Sklep internetowy Ferrari www.ferraristore.com – ma już 100,000 zarejestronwanych użytkowników z 65 krajów i 5 kontynentów. 

Najnowsze

Ferrari zaprasza na zakupy

Ferrari to esencja włoskiego stylu i elegancji - to Testa Rossa i Scaglietti, Spider i California. To także eleganckie akcesoria i ubrania. W londyńskiej dzielnicy Mayfair otwarto drugi co do wielkości, po mediolańskim, butik Ferrari. Dla wszystkich fanów marki i zakupów odwiedzających stolicę Wielkiej Brytanii to obowiązkowe miejsce na liście.

 

Dla każdego fana Ferrari ten sklep to raj na ziemi
fot. Ferrari

 

W pierwszych dniach maja przy jednej
z najsłynniejszych ulic londyńskiego West Endu – Regent Street otwarto sklep Ferrari.  Wstęgę przecinali jeden z szefów włoskiego producenta luksusowych samochodów Dany Bahar oraz Kimi Raikkonen. Mistrz Świata Formuły 1 z 2007 roku pozostawił ślad swojej obecności składając autograf na jednej ze ścian w salonie. Klienci będą więc mogli podziwiać nie tylko bogaty asortyment, ale także uwieczniony na długie lata podpis Mistrza.

Sklep powstał w pięknej, zabytkowej kamienicy ekskluzywnej dzielnicy Mayfair, uwielbianej przez wielbicieli zakupów i butików. Jego projekto to dzieło znanego włoskiego designer’a – Massimo Iosa Ghini, który zaprojektował m.in. port lotniczy Alitalii, Aero Caffe, stację metra Kropcke w Hanowerze, czy wnętrza hotelu New York Palace w Budapeszce. Ten wszechstronny bolończyk tworzy także meble i przedmioty codziennego użytku dla takich firm jak m.in. Bonaldo, Cassina, Moroso, Fiam, czy Hoesch. Jego styl wyróżnia dynamizm, ruch i płynność oraz „miękkie”, zaokrąglone linie i kształty. Butik Ferrari w Londynie odzwierciedla tę konwencję. Przestrzeń sklepu przedzielono szklaną ścianą, która harmonijnie łączy dwie różne w charakterze i wystroju części. Na wystawie wzrok przyciąga model repliki F2005 Formuły 1. Podczas otwarcia butiku Kimi Raikkonen, kierowca teamu Ferrari F1 powiedział: – To hołd dla historii i ducha Ferrari. Luksus i samochody wyścigowe to wszak bratnie dusze.

W liczącym ponad 500 metrów kw. dwupiętrowym salonie poświęconym historii firmy znajdzie się coś dla dużych i małych fanów Ferrari. Może zresztą niekoniecznie trzeba być wielbicielem lub wielbicielką zespołu, aby jeździć na rowerze firmowanym przez włoskiego producenta i właściciela zespołu Formuły 1. Propozycje Ferrari to nie tylko ubrania, buty, czy okulary słoneczne. To także akcesoria podróżne, dziecięce foteliki samochodowe i mnóstwo drobiazgów, które z pewnością mogą być świetnym prezentem lub pamiątką. Najmłodsi na pewno znajdą tam misie i samochodziki. Co więcej, wbrew pozorom, nie wszystko jest czerwone! Choć ten kolor nieodłącznie kojarzy się wszystkim z Ferrari, to w sklepie z łatwością można znaleźć eleganckie czarne kurtki, brązowe torby, czy portfele i granatowe walizki ze znaczkiem konika.

Ferrari cieszące się wyższą niż spodziewana sprzedażą samochodów w czasach globalnego kryzysu otworzyło w tym miesiącu podwoje jeszcze jednego sklepu, tym razem we Florencji. Gościem specjalnym był drugi kierowca zespołu Ferrari Felipe Massa.

fot. Ferrari

W otwartym właśnie sklepie klienci mogą podziwiać oprócz szerokiego asortymentu różnorodnych produktów także wyjątkowe samochody: Ferrari 275 GTB zaprojektowany przez słynnego Pininfarinę oraz Enzo Ferrari zbudowany w 2002 samochód wykorzystujący zaawansowane rozwiązania technologiczne stosowane w bolidach F1.
Na nowego właściciela oczekuje także tutaj replika  bolidu F2003. Mniejszy niż londyński, bo „tylko” 240 metrowy butik zaprojektowany również przez Studio Iosa Ghini oferuje oczywiście także pełen asortyment produktów firmowanych znaczkiem Brykającego Konika.

Ferrari posiada już swoje sklepy zarówno w Europie jak i na Bliskim Wschodzie, w Azji i Ameryce.
W najbliższych trzech latach Włosi planują otwarcie 40 podobnych salonów.  

Najnowsze

Przeszkoleni na Cougara

Polscy żołnierze zakończyli szkolenie dla kierowców i dowódców pojazdów typu MRAP 4x4 Cougar (MRAP - Mine Resistant Ambush Protected). Może nieco dziwić fakt, że na samochód de facto ciężarowy i  to z automatyczną skrzynią biegów, konieczne jest przeszkolenie. Jednak ze względu na gabaryty oraz własności trakcyjne, zachowanie bezpieczeństwa ruchu wymaga specjalnego treningu.

Pojazd klasy MRAP Cougar.
Fot. MON

Zajęcia podobne do tych, które wcześniej organizowano w Bagram, prowadzone były przez amerykańskich specjalistów. Szefem ostatnich był Richard Stedman. Podczas szkolenia teoretycznego ponad dwudziestu polskich żołnierzy poznało między innymi parametry techniczne pojazdu MRAP. Usłyszeli również o sytuacjach, z jakimi spotkali się dotychczas amerykańscy kierowcy tych pojazdów, na przykład w wyniku niewłaściwej eksploatacji, oraz o sytuacjach niebezpiecznych dla zdrowia lub życia. W części praktycznej natomiast pod czujnym okiem instruktora każdy żołnierz musiał bezbłędnie pokonać wyznaczony odcinek trasy.

Jak powiedział Richard Stedman, to szkolenie ma tak naprawdę jeden cel. „Chodzi o to, aby każdy polski żołnierz, który usiądzie za kierownicą MRAP-a, znał dobrze jego możliwości, umiał poradzić sobie w sytuacjach, kiedy może być zagrożone zdrowie lub życie. Żaden żołnierz podczas patrolu nie może być zaskoczony, nie mieć określonej wiedzy. Dobre wyszkolenie gwarantuje odpowiedni poziom bezpieczeństwa, a nierzadko ocala życie. Pojazdy typu MRAP dzięki swoim parametrom technicznym i właściwej obsłudze gwarantują bezpieczeństwo”.

Biorący udział w szkoleniu żołnierze musieli zdać egzamin teoretyczny, a także zaliczyć część praktyczną kursu. Jednym słowem wszyscy musieli udowodnić, że zarówno w teorii, jak i praktyce  MRAP nie ma dla nich żadnych tajemnic. Kurs zaliczyli wszyscy uczestnicy, tym samym więc polskie siły zadaniowe obecne w Ghazni mają kolejną grupę dobrze wyszkolonych i certyfikowanych kierowców pojazdów typu MRAP.

Najnowsze

Półmetek sezonu WRC na Sardynii

Rajd Sardynii jest szóstą rundą Rajdowych Mistrzostw Świata. Oznacza to, że jesteśmy na półmetku rywalizacji o tytuł najlepszego kierowcy na całym ziemskim globie. Wydaje się, że nic nie jest w stanie przerwać doskonałej passy Sebastiena Loeba, który wygrał wszystkie tegoroczne rundy. Ma o 19 punktów więcej od swojego kolegi z zespołu Daniego Sordo. Najgroźniejszy dotychczas rywal Mikko Hirvonen traci równe 20 oczek.

Bazą rajdu jest nadmorskie miasto Olbia, a trasy zlokalizowane zostały na północno-wschodnim szmaragdowym wybrzeżu wyspy. Gorąca Sardynia i jej kręte, wąskie i kamieniste szutrowe odcinki specjalne będą stanowiły wyjątkowo trudne wyzwanie dla załóg i samochodów. Zawodnicy w ciągu trzech dni mają do przejechania 1 263,20 km, w tym 17 odcinków specjalnych o łącznej długości 347,12 km. Do walki stanęła cała czołówka z mistrzostw świata, a także zawodnicy walczący w Junior WRC. 

Kościuszko na mecie wygranego Rajdu Sardynii
Fot. KRT

Michał Kościuszko i Maciek Szczepaniak, liderzy klasyfikacji Mistrzostw Świata JWRC, zakończyli zapoznanie z trasą Rally d’Italia Sardegna, szóstej eliminacji Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Świata. Konkurencja wśród Juniorów podczas tego rajdu będzie naprawdę ciężka, ale polska załoga się nie poddaje.
Tegoroczne odcinki Rajdu Sardynii pokrywają się w dużej części z zeszłorocznymi, możemy więc używać tych samych notatek, a to bardzo pomaga. Przyczepność na zapoznaniu była znacznie lepsza, niż w ubiegłym roku, kiedy przed rajdem padało cały czas. Odcinki są twarde, dużo krótkich niewidocznych zakrętów. Na poboczu leży wiele dużych głazów, co wymaga bardzo precyzyjnej jazdy. Bardzo ciekawy jest pierwszy odcinek z drugiego dnia – biegnie po trakcie kolejowym, z którego zostały usunięte szyny. Będzie tam bardzo ślisko i będzie głęboka koleina. Na rajd zapowiadana jest słoneczna pogoda. Na zapoznaniu temperatura przekraczała 30 stopni, więc w rajdówce będzie dwa razy tyle. Mam nadzieję, że w tym roku na Sardynii będą również polscy kibice i będą tak samo widoczni, jak w ubiegłym roku. Ponieważ mamy ograniczoną liczbę opon, odcinek testowy przejedziemy tylko raz, aby sprawdzić ustawienia auta – powiedział Michał Kościuszko.

Warto dodać, że właśnie podczas ubiegłorocznego Rajdu Sardynii Michał z Maćkiem wygrali wśród Juniorów.
– W tym roku chciałbym powtórzyć ten sukces i przywieźć z Włoch kolejne 10 punktów – dodał Michał.

Najnowsze

Na Africa Twin przez świat

„Wyprawy motocyklowe, szybko uzmysławiają nam, że to właśnie dzięki motocyklom możemy spełnić nasze marzenia o podróżach do źródeł, w najdalsze zakątki świata". Tak powstaje pomysł wyprawy: "Na motocyklach przez świat (World On Bikes)".

 

fot. Łucja Kryńska

Aleksandra Trzaskowska o sobie mówi, że jest „łazikiem” i „szwędaczem”, który kocha podróże i wszelkie formy ruchu. Jej największe życiowe pasje to narciarstwo: zjazdowe, klasyczne i tourowe, żeglarstwo, jazda konna, motocykle i oczywiście podróże. Za swoje dotychczasowe sukcesy uważa: poznanie drugiej połówki Jurka, z którym dzieli podróżnicze pasje, zrobienie uprawnień instruktora narciarskiego i sternika morskiego, wzięcie udziału w wielu pasjonujących podróżach żeglarskich, mi.in. z Ushuaia na polską stację antarktyczną im. Arctowskiego, po Karaibach, przez fiordy Norweskie, po Morzu Północnym i Bałtyckim oraz z Wysp Azorskich do Chorwacji, uczestnictwo w regatach żeglarskich w klasie „Pol-Skif”, zorganizowanie wspólnie z Jurkiem wypraw m.in. po Patagonii, do Nepalu, do Mongolii i po całej Europie.

 

Na wieszaku w pracy garnitur. Buty – może nie na kilkunastocentymetrowym obcasie – ale „pracowe”. Formalny strój. A jeszcze przed chwilą gnała przez korytarz do łazienki w ciuchach motocyklowych. Krótka okupacja, poprawienie „oka”, spojrzenie w lustro. Z motocyklistki w adwokatkę. „Grunt to przyzwyczaić pracodawcę do wkraczania do firmy w motocyklowym ubraniu. Mi się udało.” – śmieje się Ola Trzaskowska, prawniczka o sercu socjolożki i duszy włóczykija. Można powiedzieć, że ma szczęście. Większość jej współpracowników to tzw. „Afrykanerzy” – miłośnicy Hondy XRV znanej bardziej jako Africa Twin. Motocykla, wzorowanego na tryumfującym w rajdzie Paryż-Dakar modelu  NXR. Ola też jest „Afrykanerką”, właściwie od niedawna. Do pracy przyjeżdża na motocyklu dość często, szczególnie gdy w ciągu dnia musi coś pozałatwiać. Ale teraz porzuca garnitur, obcasy i wyjeżdża na pół roku, a może dłużej, na pierwszy etap motocyklowej wyprawy dookoła świata.

 

fot. Jerzy Piątkiewicz

Rozmowę o najnowszej wyprawie World on Bikes Ola zaczyna bardzo skromnie. Bo jakże inaczej określić w jej przypadku mówienie, że dotychczas „troszkę pływała i chodziła po górach”? Włóczykijstwo, włóczykijstwem, ale jak sama przyznaje od zawsze jednak chciała jeździć na motocyklach. Niestety, jak to w przypadku młodzieńczych marzeń bywa, rodzice stanowczo zaprotestowali i nastoletnia Ola zrozumiała, że o zakupie motora musi na jakiś czas zapomnieć. Miłość do jednośladów odżyła z pojawieniem się innej miłości – życiowej – Jurka. Okazało się, że oboje noszą gdzieś w sobie nieprzepartą chęć do realizacji pasji jaką jest turystyka motocyklowa. Poniekąd będącą konsekwencją generalnej słabości obojga do szwendania się. Jurek dość szybko odkrył enduro a Ola uznała jeżdżenie za dalszy etap rozwoju, marząc gdzieś w przyszłościowych planach o treningach na torze. Podkreśla: – „Sam kurs prawa jazdy na motocykl zdecydowanie nie wystarcza. Niezależnie od planów warto się szkolić technicznie, chociaż kosztuje to sporo pracy i energii”.

 

Oboje jeżdżą stosunkowo niedługo. Ze cztery-pięć lat. Jednak starają się z Jurkiem każdą wolną chwilę spędzać na motocyklach. Nie jest to proste, zważywszy na fakt że Ola pracuje w korporacji centrum stolicy. Przyznaje, że nierzadko kończy pracę po godzinie 19tej. Rok temu walkę o urlop przegrała. Nie puścili jej. Miał to być kolejny wyjazd motocyklowy. Ale Ola uważa, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Co się odwlecze… Dotychczas realizowali z Jurkiem motocyklowe podróże głównie po Europie i Polsce. Ola wyznaje zasadę, że warto pomyśleć ile ma się czasu i co się chce zobaczyć. Ale bez ciśnienia, nakręcania kilometrów. Chociaż oczywiście, przyznaje, są też tacy, których za cel stawiają sobie pojechać w tydzień do Maroka i z powrotem. Ola się od takiej „turystyki” zdecydowanie odcina.

 

fot. Aleksandra Trzaskowska

 

W planach na najbliższe pół roku – Azja Centralna. Aleksandra nie ukrywa obaw przed niespodziankami natury formalnej. To trudny region pod tym względem. Mieszkańcy Unii Europejskiej są przyzwyczajeni do przemieszczania się wręcz bez paszportów. W Azji, to czy wjedziesz do danego kraju, często zależy od humoru pana, który sprawdza papiery i podnosi prowizoryczny szlaban. Ola i Jurek mają wszystkie wizy i zebrali wymagane dokumenty. Mieli przejściowe problemy z wizą irańską. Jerzy ją dostał, Ola nie. Powód? Bo jest niezamężną kobietą. To wystarczyło. Jednak posiadanie wszystkich „papierków”, pozwoleń nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Nie można być pewnym, że uda się przekroczyć granicę.

Uzbierali przed pierwszym etapem swej podróży, cały zeszyt pozwoleń. Chiny, Tybet – szczególnie mogą okazać się pełne niespodzianek. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy swej podróży, Ola z Jurkiem chcą przejechać przez Indie do Chin. Następnie wrócą – podreperować budżet i – ewentualnie – zastrzega ze śmiechem Ola – motocykle. Może oczywiście się zdarzyć, że czas ich wyprawy się przedłuży. Tak obstawiają przyjaciele, mówiąc, że ich „Afrykanerów” przygna z powrotem do kraju wyłącznie pusta kieszeń. Ale czas pierwszego etapu podróży pozostaje kwestią otwartą. Tak jak i kolejne plany. – Dalej mamy Birmę – zamyśla się Ola: – Przez nią nie da się przejechać. Który region obierzemy za kolejny cel? Jestem hiszpańskojęzyczna, więc może Ameryka Południowa? –  zastanawia się.  Ola ogromnie żałuje, że nie są z Jurkiem rosyjskojęzyczni. Uczyli się wprawdzie rosyjskiego rok, półtora przed wyprawą, więc powinni się porozumieć. Trochę mówią, lepiej czytają, ale nie jest to swobodna komunikacja.  – Niestety należymy już do tego pokolenia, dla którego rosyjski nie był obowiązkowy i mało kto go wybierał w szkole by się uczyć.  – wzdycha Ola.

 

fot. Łucja Kryńska

Do podróży przygotowywali się niezwykle sumiennie. Szczegolnie, że regiony w które się teraz udają, są dla Oli zupełną nowością. Poza Mongolią nie zapuścili się dalej w Azję Centralną. Nowum geograficzne, kulturowe. To trudne kraje – zwłaszcza z punktu widzenia kobiety. Przecież w Iranie, nie mogą one nawet ubiegać się o prawo jazdy na motocykl. Ola przykłada ogromną wagę do poszanowania kultury kraju w którym się znajduje. Nawet jeśli nie jest do czegoś na codzień przyzwyczajona. Będzie musiała uważać, wyczuwać sytuację: czy jako kobieta będzie mogła iść dwa kroki przed mężczyzną, odezwać się pierwsza, wyjść z inicjatywą. – Jestem gotowa nosić chustę na głowie. Chętnie przyjrzę się, z czystej socjologicznej ciekawości, jak kobiety żyją w tamtych krajach. – mówi Ola. Jurek w ich dwuosobowym team’ie odpowiada za kwestie techniczne, ona za logistyczne i formalności. Będzie musiała jeśli trzeba, ustąpić pola Jerzemu i oddać mu „swoją działkę”.

 

Na szlifowaniu umiejętności lingwistycznych i obejścia kulturowego przygotowania się oczywiście nie kończą. Mnóstwo czasu przed wyprawą zajęło im poprawienie „tężyzny fizycznej”, zgromadzenie niezbędnych informacji, ekwipunku. Ponieważ motocykl jest wymagający kondycyjnie, poza sezonem jeździli na nartach. Uprawiali narciarstwo tourowe, zdjazdowe, biegowe.  – Przed wyprawą dodatkowo chodziłam też na basen i siłownię – mówi Ola: – Nieszczególnie lubię to drugie. Wolę uprawiać sport na powietrzu, ale wyprawa wymagała pracy nad mięśniami – dodaje.

 

fot. Aleksandra Trzaskowska

Ola ukończyła także kursy warsztatowe, żeby mieć względne pojęcie co jest czym w motocyklu.  – Ale to żłobek. Ledwie liznęlam temat – śmieje się.  Od wszelkich rzeczy technicznych jest Jurek. Skręcił i rozkręcił właściwie dwa motocykle. Wiele zmienili w swych Africa Twin by je dostosować do wyprawy. Muszą wytrzymać dużo większy ciężar więc poprawili zawieszenia, zamienili linki sprzęgieł na metalowe, zamontowali dodatkowe gniazda zapalniczek, CB radia żeby mogli  się komunikować. Zamówili specjalnie przygotowane kufry. Od jesieni do wiosny spędzali po pracy prawie każdy dzień w garażu. Właściwie głównie Jurek, bo Ola siedziała w Internecie wyszukując informacje, mapy, trasy lub załatwiała wizy i biegała po ambasadach.

 

 

fot. Aleksandra Trzaskowska

Skąd wiedzieli co ze sobą zabrać na wyprawę? Informacje czerpali głównie z forów internetowych i od osób które miały za sobą podobne doświadczenia. Sami też już wcześniej jeździli, więc podstawowy ekwipunek mieli przetestowany.  – Czym więcej się jeździ, tym mniej rzeczy się zabiera – śmieje się Ola i dorzuca: – Podejrzewam, że nie wieziemy więcej „tobołków” niż inni. –  Z pewnością i tak jest im łatwiej niż parom jadącym na jednym sprzęcie, bo tu każde z nich podróżuje osobnym motocyklem. Przeważa sprzęt techniczno-kampingowy. Dodatkowo Ola zabiera aparat fotograficzny, laptopa, telefon satelitarny, apteczkę. Rzeczy osobiste stanowią mały procent. W rzeczywistości mało się ich używa. Materiały z których robione są np. koszulki szybko schną, więc nie trzeba ich ze sobą wozić zbyt wielu. Łatwo też je prać w drodze. Poza cywilizacją będą spać w namiotach. – Ale będziemy się rozbijać w pobliżu domostw i ludzkich obejść – zastrzega Ola. W miastach planują nocować w motelikach. Mają zamiar z Jerzym jednak bardziej skupić się na części przyrodniczej wyprawy niż podziwiać architekturę miast. – Podobno często po takich wyprawach niektóre osoby mają problem z przeniesieniem się z powrotem do łóżek, ciekawe czy my też będziemy woleli spać na karimatach – zastanawia się.

 

 

fot. Łucja Kryńska

Ola przyznaje, że bardzo ważne w planowaniu tras jest nie to ile kilometrów dziennie jest człowiek w stanie przejechać, a stan miejscowych dróg. Dla przykładu w Tadżykistanie większość z nich ma górski charakter i w ciągu jednego dnia nie da się pokonać wielu kilometrów. Nie założyli więc z Jerzym konkretnej średniej odległości, którą mieliby osiągnąć jednego dnia. Z pewnością chcą jak najszybciej dojechać do Stambułu, co nie będzie takie trudne, zważywszy na liczbę autostrad po drodze. Ponieważ sama podróż uwarunkowana jest wieloma czynnikami, może się okazać, że potrwa ona dłużej niż planowane wstępnie pół roku.

 

Telefon satelitarny (w miejscach typu Pamir żadne telefony komórkowe nie działają), wsparcie bardzo dużej grupy przyjaciół, ubezpieczenia medyczne. Ola wbrew pozorom nie boi się tego, że mogą nie dać sobie rady czy, że będą siebie mieli wzajemnie dość. Sprawdzili się już wcześniej. Jej obawy dotyczą przede wszystkim barier formalnych. Takich nie do przeskoczenia. – Jest to w jakimś stopniu nieuniknione – smutnieje ale zaraz ożywia się: – Jednak jestem bardziej podekscytowana przed wyjazdem niż zdenerwowana.

Mentorzy wyprawy? Było ich kilku. Chociażby Marek Godlewski który sam objechał w końcu świat dwukrotnie. Jeśli chodzi o technikę jazdy jest w oczach Oli nie do pobicia. – Nauczył nas na co uważać, jak jeździć z dużym obciążeniem, jak pokonywać wzniesienia, trudne tereny – wylicza Ola. Łucja Kryńska pomagała w zaopatrzeniu apteczki wyprawowej. Dwie torby specyfików wyniesione z apteki okazują się minimum. Kilka osób z forum Africa Twin, które dzieliły się radami, bo jeździły w rejony Azji Centralnej i mają bogate doświadczenia. Z pewnością wyprawa Oli i Jerzego ma wielu ojców i matek.

 

fot. Aleksandra Trzaskowska

Ale sam pomysł i przygotowania wcale nie muszą być największym problemem. W końcu najważniejszy jest sprzęt na którym chce się przemierzać bezdroża. A w tym przypadku kobiecość troszkę zaczęła uwierać. Ola na początku jeździła Suzuki SV 650 a Jerzy Yamahą Buldog. Jeden wyjazd na Słowację i zapadła decyzja o zmianie charakteru sprzętu. Wiedzieli już, że będą szukać motocykli na dłuższe i dalsze wyprawy. Poza szosowe, po drogach terenowych. Jurek szybko opowiedział się za Afirca Twin, ale Ola nie uważała, żeby był to dobry motocykl dla dziewczyny. Z drugiej strony przyznaje, że nie miała jednak specjalnego wyboru. Africa Twin ma bowiem jeden duży, niekwestionowany plus. Jest to niewątpliwie motocykl sprawdzony w przeróżnych warunkach. Chociaż nie jest to nowy model, wciąż jest popularny. Nie ma w nim elektroniki, jest prosty w obsłudze. Wiadomo co może być w nim awaryjne i łatwo się na taką ewentualność przygotować. Ale z Olą był problem. Powiedziała, że na Africa Twin nie pojedzie i już. – Wzięłam nawet od taty Jurka na jeden z naszych wyjazdów „Transalpa” – opowiada – Ale w drodze powrotnej wsiadłam na motocykl Jerzego i przekonałam się do Africa Twin. Ciężka, ale w prowadzeniu idealna i gdy już jedzie, jest nie do przebicia. Super motocykl – zachwala Ola. Chociaż przyznaje, że ciężar motoru przeszkadza jej szczególnie w mieście, gdy musi gdzieś wycofać np. pod górkę czy zjechać z krawężnika. – Gdy motocykl jest obciążony, dotykam całą stopą ziemi. – tłumaczy: – Ale bez balastu dotykam jej tylko palcami. Mam 168cm wzrostu.

 

Ola nie ukrywa, że na podróż Africa Twin zdecydowała się też ze względu na Jurka. Dobrym pomysłem jest wybrać się na dwóch takich samych sprzętach. Serwis i części dotyczą bowiem wówczas właściwie jednego motocykla, a nie dwóch.

 – Szkoda jednak – dodaje Ola – że nie ma turystycznego motocykla stricte dla dziewczyn. Może ktoś to wreszcie zauważy? – pyta retorycznie. I ma rację. Większość oferowanych maszyn jest albo zbyt wysokich, albo zbyt ciężkich, albo po prostu nie nadają się tak naprawdę w teren. Dziewczyny często są zmuszone zdecydować się np. na BMW GS. Bo są małe, ale nie każdy lubi takie motocykle – zauważa Ola – i jednak są naszpikowane elektroniką.

 

Na bieżąco losy Oli i Jerzego można śledzić na wyprawowym blogu: www.worldonbikes.pl oraz na stronach National Geografic.

Najnowsze