Debata Sejm Motocyklistom – będzie lepiej?

Sezon 2014 będzie rokiem motocyklisty, jest szansa na specjalny pas dla motocyklistów i poprawę warunków na drodze! Sejm zaprosił 21 listopada motocyklistów do wspólnej debaty!

Niedawno pisałyśmy materiał o tym, jak wpłynęły zmiany przepisów w zdawaniu na prawo jazdy na ubiegające się o ten dokument motocyklistki – czytaj tutaj. Byłyśmy ciekawe, czy ten problem zostanie poruszony na debacie. Nie został.

Debata zebrała przy jednym stole motocyklistów oraz władzę ustawodawczą. W spotkaniu udział wzięła  m.in. Fundacja Jednym Śladem, Fundacja Motoserce, Stowarzyszenie Stop Śmierci,  a także Polski Związek Motorowy, Zarząd Dróg Miejskich i Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Pojawiło się także Motocyklowe Ratownictwo Medyczne, Motopomocni oraz organizatorzy kampanii społecznej „Równi na drodze”. Inicjatorem spotkania był Pan Maciej Banaszak z Klubu Poselskiego Ruch Palikota.

Kobiety na motocyklach – ile nas jest? Statystyki przeczytasz tu.

Podsumowanie sezonu motocyklowego 2013
Pierwszą część spotkania stanowiło podsumowanie tegorocznego sezonu. Ze statystyk wynika, że liczba wypadków z udziałem motocyklistów zwiększyła się o 10% w stosunku do roku ubiegłego. Przekłada się to na realne liczby 240 wypadków ze skutkiem śmiertelnym i 1940 zdarzeń, w wyniku których uczestniczy zostali ranni.

Fot. Natalia Bułyk

Według  raportu za najczęstszą przyczynę wypadków motocyklowych uznaje się:

  1. Gwałtowane hamowanie
  2. Jazdę bez oświetlenia
  3. Jazdę po niewłaściwej stronie drogi
  4. Niedostosowanie prędkości do warunków jazdy
  5. Nieprawidłowe wyprzedzanie
  6. Stan techniczny pojazdu

Motocyklista ambasadorem zmian
W dyskusji poświęcono wiele uwagi sprawom związanym ze wsparciem akcji krwiodawstwa, zwiększaniem bezpieczeństwa na drodze oraz poprawie komfortu jazdy motocyklistom.  Jak podkreślała Pani poseł Beata Bublewicz, Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego oczekuje od motocyklistów, że sami staną się ambasadorami tych akcji. Pani poseł, od 13 lat zapalona miłośniczka enduro, zwróciła szczególną uwagę na aspekt pierwszej pomocy. Przeprowadzone sondaże wykazują, że polskie społeczeństwo boi się udzielać pierwszej pomocy poszkodowanym i nie udzieliłoby jej będąc uczestnikiem wypadku. Pani poseł zwróciła się z prośbą do motocyklistów o działania zwiększające świadomość społeczeństwa i rozpowszechnianie wiedzy dotyczącej udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej.

Akcja „Równi na drodze” oraz Motoserce
Podsumowano również przeprowadzone w tym roku akcje „Równi na drodze” oraz działania Fundacji Motoserce. Akcja Polskiego Związku Przemysłu Motorowego miała na celu zmianę wizerunku motocyklisty, uświadomienie społeczeństwu, że wszyscy uczestnicy ruchu drogowego mają równe prawa i są równi wobec siebie. Projekt został oceniony bardzo dobrze, również za granicą, gdzie nasi bałkańscy sąsiedzi zwrócili się z prośbą o wsparcie w przeprowadzeniu podobnej akcji na terenie swojego kraju. Fundacja Motoserce zebrała w tym roku 15 tyś litrów krwi w 84 miastach.

Fot. Natalia Bułyk

Podczas debaty opracowano pięć najważniejszych postulatów:

  1. Usunięcie błędów merytorycznych w ustawie dotyczącej szkolenia przyszłych motocyklistów, m.in. umożliwienie instruktażu zaczynając od mniejszych pojemności motocykla. W tej chwili na kursach rozpoczyna się jazdy na motocyklach 600ccm. To jak wskazywano podczas dyskusji stanowi niebezpieczeństwo dla kursantów.
  2. Ubezpieczenie motocykli sezonowo, ciekawy temat dający szansę na wyrejestrowanie motocykla w okresie poza sezonem i wprowadzenie opłat półrocznych.
  3. Zwiększenie nacisku na szkolenia świeżo upieczonych motocyklistów, co obniżyłoby koszty związane z wypadkami na drodze. Słowem inwestycja w środki przeciwdziałanie wypadkom, szkolenia podnoszące wiedzę i umiejętności kierowców, zamiast naprawiania często tragicznych skutków wypadku.
  4. Zwiększenie działań związanych z promowaniem akcji krwiodawstwa, w tym rozszerzenie działań umożliwiających gratyfikację dawców krwi i promowanie akcji  wśród społeczeństwa.
  5. Zmiana przepisów związana z dopuszczalną prędkością 45km/h mniejszych pojemności względem importowanych jednośladów, których prędkość to 50km/h. Zmusza to kupującego do ponoszenia dodatkowych kosztów związanych z przerejestrowaniem i zmianą samego pojazdu.

Testowe pasy dla motocyklistów
Poruszono również wątek  testowych pasów dla motocyklistów i należy wciąż mieć nadzieję, że temat powróci w sezonie 2014.

Motocyklowe karetki pogotowia
Szczególną uwagę zwrócono również na motocyklowe karetki, wprowadzenie medycznych patroli będziemy wymagało zmiany w ustawodawstwie, ponieważ jak podkreślały osoby z ramienia Ministerstwa Zdrowia przepisy jasno określają jakie wyposażenie powinien mieć ratownik medyczny. W tej chwili w Polsce mamy zaledwie kilka pojazdów pomocy medycznej, ale chociaż dojeżdżają pierwsze na miejsce wypadku, konieczna jest również interwencja karetki pogotowia. Zdecydowana większość osób zgodziła się z tym, że należy zadbać o to, aby ilość motocyklowych ratowników została zwiększona i zmieniono odpowiednie regulacje.

Fot. Natalia Bułyk

Rok Motocyklisty
Na koniec wspaniała dla motocyklistów informacja –  rok 2014 będzie Rokiem Motocyklisty. Możemy się spodziewać, że dotychczas nieświadomi zagrożeń pozostali uczestnicy ruchu będą bardziej niż do tej pory uświadamiani . Przewidziano kampanię promującą motocyklistów. Zatem już nie możemy się doczekać sezonu, by zobaczyć mentalną przemianę tych kierowców, którzy jeszcze nie do końca akceptują motocyklistów na drodze.

Pełna relacja z debaty do obejrzenia tutaj.

Najnowsze

Yamaha będzie produkować samochody

Zaskakujące wiadomości dotarły do nas prosto z salonu Tokyo Motor Show. Yamaha, znany producent motocykli, quadów czy skuterów wodnych wchodzi na rynek samochodowy, a partnerem japońskiego giganta w nowym przedsięwzięciu ma być nie kto inny, a Gordon Murray Design.

Nowy, czterokołowy pojazd Yamaha Motiv ma być podobny do słynnych już modeli Gordon Murray (znany z projektów samochodów F1 i aut McLarena F1) – T.25 i T.27 City Car.

Yamaha Motiv, pojazd przeznaczony dla dwóch osób, jeśli wejdzie do produkcji, będzie dostępny w dwóch wariantach, jak również będzie można dokonać wyboru silnika: ekeltrycznego o mocy 25 kW, lub spalinowego, jednolitrowego, z 3 cylindrami o mocy powyżej 100 koni mechanicznych. Masa Yamaha Motiv to 730 kilogramów.

Yamaha Motiv w wersji elektrycznej.
fot. Gordon Murray Design

Podczas prezentacji na Tokyo Motor Show inżynierowie Yamaha demonstrowali, jak mogą wyglądać nadwozia nowego samochodu, zaś model koncepcyjny wbudził spore zainteresowanie i zachwyt wśród odwiedzających wystawę.

Samochód, mimo, że mały, ma opływowy futurystyczny kształt i wygląda bardzo nowocześnie. Nie wiadomo jeszcze dokładnie, kiedy rozpocznie się produkcja samochodu Yamaha Motiv. Przedstawiciele obu firm wypowiadali się na ten temat bardzo ostrożnie. Jeśli Yamaha zakończy prace projektowe to być może produkcja maszyny ruszy w 2016 roku.

Kluczem do efektywnej sprzedaży jest dobrze działająca sieć dystrybucyjna – o to Yamaha nie musi się martwić, bo od wielu lat ma swoje przedstawicielstwa, salony i serwisy praktycznie na całym świecie. W związku z tym można śmiało stwierdzić, że sprzedaż samochodu będzie opierać się o istniejącą już siatkę handlu motocyklami.

Połączenie sił Yamahy i Gordon Murray Design to prawdopodobnie strzał w dziesiątkę. Co więcej, to krok w kierunku uczynienia przemysłu motoryzacyjnego bardziej ekologicznym. Yamaha Motiv w wersji elektrycznej to oszczędność i troska o środowisko, która materializuje się w formie uroczego auta.

Rośnie konkurencja dla Smarta ForTwo.

Yamaha Motiv – dwumiejscowe auto z silnikiem elektrycznym.

Najnowsze

Jessi Combs pobiła rekord prędkości na lądzie sprzed 48 lat!

W 1965 roku Lee Breedlove ustanowiła kobiecy rekord prędkości na lądzie. Wreszcie go pobito!

Na solnej pustyni Salt Lake Flats w stanie Utah w USA Lee Breedlove pojechała ze średnią prędkością 308,51 mil na godzinę (496,49 km/h). Jej wyczyn przez 48 lat nie został pobity, aż do października tego roku, kiedy Jessi Combs udało się rozpędzić do prędkości 392,954 mil na godzinę, czyli 632,39 km/h. Jej pojazd to North American Eagle Supersonic Speed Challenger o mocy 52000 koni mechanicznych.

Jessi Combs pobiła rekord prędkości na lądzie sprzed 48 lat!

Wydarzenie miało miejsce 9-go października na pustyni Alvord Deserd w stanie Orgon. Jessie wykonała dwa przejazdy (choć patrząc na jej pojazd można pomyśleć, że były to dwa przeloty) w odstępie jednej godziny.

Ciekawy jest pojazd, którym Jessi Combs pobiła rekord prędkości. To zmodyfikowany, amerykański samolot myśliwski Lockheed F-104 Starfighter, zdolny do osiągania wysokich prędkości w locie poziomym i podczas wznoszenia. Przerabiając go zachowano kanały wlotowe, oryginalną aerodynamikę i pozostawiono jedynie najmniejsze płaty skrzydeł z przodu nadwozia – wszystko to miało pozwolić na zachowanie stabilności i osiągnęcie dużej prędkości jazdy. Masa pojazdu to 5896 kilogramów, długości od nosa do ogona 17,07 metrów i 2,1 metrów szerokości.

Silnik maszyny (General Electric LM-1500 Turbojet) rozwija wielką moc i jest przy tym niesłychanie paliwożerny. Na minutę jazdy przypada 40 galonów spalonego paliwa – czyli ok. 151 litrów benzyny. Przy pełnym otwarciu przepustnicy jest to aż 80 galonów spalanych w ciągu minuty (co daje prawie 303 litry na minutę).

Oto bolid, jakim Jessi Combs ustanowiła nowy rekord – North American Eagle Supersonic Speed Challenger.

Ponieważ bicie rekordów prędkości wymaga zastosowania się do regulaminów, pojazd musiał zostać tak przerobiony, aby całkowicie spełniał wymagane normy i rekord nim pobity, mógł zostać uznany za prawdziwy. Pojazd zaopatrzono więc w odpowiednie koła, wykonane z aluminium.

Wnętrze kokpitu, jak w przypadku wiekszości samochodów wyścigowych, zostało wyposażone tylko w niezbędne elementy. Aparaturę ograniczono do czujników temperatury silnika, mierników poziomu oleju czy wskaźników prędkości. Kierownica to joystick, który przypomina wolant w prawdziwym samolocie. W przeciwieństwie do tradycyjnych myśliwców, gdzie tlen jest dostarczany do nosa pilota, konstruktorzy wykorzystali butlę z powietrzem, taką samą, z jakich korzystają płetwonurkowie.

Jessi Combs przygotowuje się już do kolejnej próby bicia rekordu, tym razem w pojeździe trójkołowym. Do tej pory rekord prędkości pośród kobiet w takich pojazdach ustanowiła w 1976 roku Kitty O’Neil (512 mph, czyli 824 km/h).

Jessi Combs w kokpicie bolidu.

Najnowsze

Projekt: samochód dla mamy – cykl „Grze na polskich (i nie tylko) drogach”

Samochody sprowadzane ze Szwajcarii zawsze długo służyły w mojej rodzinie. Nie są najmłodsze - niemal wszyscy gustujemy w autach „prawie zabytkowych”. Jedynym wyjątkiem jest moja mama…

Sprowadzenie samochodu ze Szwajcarii jest proste!
fot. Anka Grzegorzewska

Nasz poradnik – jak sprowadzić samochód ze Szwajcariiczytaj tutaj.

Dlatego też, kiedy wybrałam się z rodzicielką na dłuższy pobyt u rodziny mieszkającej w Szwajcarii, zaczęłyśmy szukać SAMOCHODU DLA MAMY. Ze względu na ograniczenia finansowe nie mógł być nowy, ale też, boże broń, nie 20-letni! Poza tym, powinien być mały, niedrogi w utrzymaniu i prosty w obsłudze.

Kupujemy
Zasiedliśmy więc całą rodziną przed komputerem i rozpoczęły się poszukiwania. Ja patrzyłam na modele i zdjęcia, mama na ceny, a kuzyn tłumaczył z niemieckiego treść ogłoszeń (żadna z nas ni w ząb nie mówi w tym języku). Po kilku tak spędzonych wieczorach oraz kilku wycieczkach w różne rejony Szwajcarii – oj, pozwiedzałam trochę przy okazji – wybór padł w końcu na czerwonego Volkswagena Lupo.

Auto miało mały feler: zbity przedni zderzak i leciutko wgnieciony prawy błotnik. Zasiedliśmy więc znów do komputera, tym razem, żeby porozmawiać z tatą w Polsce. Tata miał ustalić koszty naprawy oraz to, czy w ogóle opłaca się sprowadzać trochę poobijany samochód. Po morderczych konsultacjach (*ustalenie wspólnego stanowiska w małżeństwie z blisko 40-letnim stażem nie jest wbrew pozorom łatwe), padło sakramentalne „tak, kupujemy”.

Volkswagen Lupo miał pewien feler…
fot. Anka Grzegorzewska

Od tego momentu zaangażowanie moich rodzicieli w przedsięwzięcie gwałtownie zmalało. Mama wróciła samolotem. A cała reszta „projektu”, czyli umowy, papiery, odprawy, a na deser przyjechanie autem do Polski (1400 km) spadło na mnie. Nie, żebym szczególnie narzekała, w końcu lubię wycieczki i przygody. Jednak tych, jakie miały mnie spotkać, nie przewidziałam w najgorszym śnie.

W drogę!
Po załatwieniu wszystkich formalności w Szwajcarii i na granicy niemieckiej (zdecydowanie lepiej tam odprawić auto niż w Polsce), ruszyłam raźno w drogę. Nigdy jeszcze nie jechałam w tak daleką trasę tak małym samochodem! W dodatku załadowanym różnymi dobrami od wujostwa, w tym pokaźną ilością porządnie śmierdzących serów.

Podróż okazała się jednak nadzwyczaj przyjemna. Wczesna wiosna, słońce, ładne widoki, brak korków na niemieckich autostradach i auto, które okazało się być całkiem znośne mimo mikrych rozmiarów.

Tak minęło mi kilka godzin podróży. Jechałam autostradami A5 i A4, z Bazylei na Zgorzelec, z planem noclegu gdzieś na Dolnym Śląsku. Ale tak dobrze mi szło, że postanowiłam dojechać do Warszawy za jednym zamachem. Niestety, gdzieś za Gerą zaczęły dziać się dziwne rzeczy…

Kłopoty
Zrobiło się już późne popołudnie, spadła temperatura i od jakiegoś czasu jadę z włączonym ogrzewaniem. W pewnym momencie  zdaję sobie sprawę, że przestało ono działać. Zjeżdżam na pierwszą lepszą stację benzynową. Patrzę, gmeram, sprawdzam czy wszystko działa, ale nic szczególnego nie znajduję. Ruszam dalej. Po kilkunastu kilometrach widzę, że niebezpiecznie rośnie temperatura wody. W pierwszym odruchu (dzięki tato!) chcę rozkręcić maksymalnie ogrzewanie, ale ono przecież nie chodzi. Na wolnych obrotach udaje mi się dojechać do zjazdu z autostrady i zatrzymać, zanim wybuchnie chłodnica.

Volkswagen Lupo
fot. Anka Grzegorzewska

Nie jest dobrze. Takich atrakcji jeszcze nie miałam, chociaż moje stare auta płatały mi różne figle. Co robić? Sprawdzam poziom płynu, który już prawie się gotuje, dolewam wody. Lepsze to niż nic. Czekam, aż ostygnie. Po kilku kanapkach postanawiam wrócić na trasę i dojechać do najbliższego parkingu – to tylko kilka kilometrów. Udaje się, ale nie bez emocji. Zatrzymuję się i studzę silnik, a w międzyczasie postanawiam wykonać „telefon do taty”. Opisuję objawy, sprawdzam pod maską kilka rzeczy, które sugeruje tata i kupuję zapas wody. Płynu do chłodnicy nie ma, bo nie ma stacji benzynowej.

Najdroższe podpięcie na krótko
Diagnoza nie jest niestety najlepsza, a wręcz fatalna – prawdopodobnie poszła pompa wody. Oznacza to tyle, że dystans jaki mogę pokonać, skurczył się do zasięgu marszu zwykłej mrówki leśnej. Zrobiło się ciemno, jest marzec – zimno. Piję gorącą kawę, bo zdążyłam już porządnie zmarznąć i zastanawiam się gorączkowo, co dalej? Niemiecka pomoc drogowa? Nie, stanowczo za drogo. Warsztat – w końcu jestem prawie w Chemnitz? Odpada, przecież jest sobota wieczór! Dociera do mnie, że utknęłam na jakimś małym parkingu, jedyna pobliska knajpka wieczorem zostanie zamknięta, a wokół żadnej wsi, tylko lasy. Czuję, jak moja sytuacja dramatycznie się pogarsza…

Dzwoni tata! Może coś wymyślił? Mówi, żebym podpięła na krótko wentylator chłodnicy, da mi to trochę większe pole manewru, i żebym znalazła nocleg. Dobre sobie! Nigdy w Chemnitz nie byłam. Internetu w komórce nie mam (zaraz, dlaczego właściwie tak się upierałam, że nie jest mi potrzebny?). Wykonuję więc kolejny „telefon do przyjaciela”, tym razem do domu, do Patryka. „Znajdź mi proszę, najbliższy tani nocleg w promieniu kilku kilometrów, od dziury w której się znajduję” – błagam i podaję oznakowanie najbliższego zjazdu. Ok., zaraz oddzwoni.

Tymczasem muszę się zająć podpięciem. Wiem już jak to zrobić, bo kiedyś się tego nauczyłam w moim starym, kochanym Polo z 1982 r. Ale co z tego, skoro nie mam mojej skrzynki z narzędziami. Dobrze jeszcze, że zawsze noszę przy sobie scyzoryk. Tylko skąd wziąć odpowiedni kabel? Myśleć, myśleć… Mam! Zasilacz do mojego MacBooka! Jak wrócę, kupię nowy. Niewiele myśląc wzięłam się do roboty. Sprawa dosyć prosta, jeszcze tylko sprawdzam, czy wiatrak kręci się w odpowiednim kierunku i gotowe.

Czasem kabelki od Macbooka mogą okazać się pomocne w najmniej oczekiwanych miejscach.
fot. Anka Grzegorzewska

Dzwoni Patryk, znalazł nocleg i może mnie pokierować. Świetnie, ruszam więc w drogę, powoli, żeby za szybko nie zagrzać silnika. Temperatura o tej porze dnia i roku, na szczęście, działa na moją korzyść. Z telefonem przy uchu, Patrykiem na Google Maps po drugiej stronie, staram się po ciemku śledzić trasę jaką mi opisuje i jednocześnie kontrolować temperaturę płynu. Idzie mi całkiem sprawnie. Mówię jeszcze, żeby od razu kupił mi przez Internet zasilacz, bo stary właśnie pocięłam na kawałki. Chwilę zajmuje mu szukanie, po czym w słuchawce zapada grobowa cisza. „Czy ty wiesz ile oni chcą za taki cholerny kabel?!” – słyszę – „Ponad cztery stówy!”. Tylko się nie denerwować.  Zachować spokój, najważniejsze teraz, to trafić na kemping. Wynająć domek, zjeść kolację, ogrzać się i odpocząć. Uff, udało się.

Jak skończyła się historia?
Następnego dnia Patryk załatwił lawetę ze Zgorzelca (z warsztatu znajomego sąsiada jego rodziców). Właściciel warsztatu podrzucił mnie do hotelu w Zgorzelcu, a w poniedziałek dojechał Patryk z moim tatą, przejmując po drodze nową pompę (zamówioną z porannym odbiorem we Wrocławiu – majstersztyk logistyki!).

Samochód został naprawiony i w dwa auta wróciliśmy do Warszawy. Była to moja najdłuższa i najbardziej kosztowna wyprawa po samochód do Szwajcarii. I kto powiedział, że 20-letnie audi jest gorsze?

Zapytacie dlaczego tyle zachodu? Tata świetnie zna się na Volkswagenach i jego telefoniczna diagnoza była trafna. Mechanik w Zgorzelcu, słuchając mojej relacji twierdził, że problem leży gdzie indziej. A może wcale „baby za kółkiem” nie słuchał?

Najnowsze

Zawodniczki podsumowują Rajd Cieszyńskiej Barbórki

W ubiegłą sobotę rozegrał się rajd, będący ostatnią już rundą Rajdowego Pucharu Polski. Tym razem na starcie stanęły dwie zawodniczki w roli pilota, jednak żadna z nich nie osiągnęła mety.

Na starcie usytuowanym na cieszyńskim rynku pojawiły się 64 załogi. Pogoda nie rozpieszczała, bo od rana było mglisto, mokro, ślisko i bardzo chłodno.

Barbara Gosztyła z mężem Przemysławem wyjechali na trasy w Oplu Astra z numerem 26. Dawno nie widzieliśmy tej załogi:

Barbara Gosztyła
fot. z archiwum Barbary Gosztyły

– Tegoroczna Barbórka była dla nas pierwszym a zarazem ostatnim rajdem w sezonie. Awaria silnika na Rajdzie Mikołowskim – niestety przekreśliła nasze szanse na start w Rajdzie Wisły. Później doszły „dziury budżetowe” i w efekcie pozbieraliśmy się dopiero na Rajd Barbórki Cieszyńskiej. Początek zapowiadał się wyśmienicie – organizator jak zwykle przygotował bardzo techniczne, trudne odcinki, a przy tym bardzo kompaktową całość z niewielką ilością kilometrów na dojazdówkach. Na pierwszym odcinku (Puńców) zaliczyliśmy mały obrót, niestety odkleiło nam tył i ustawiliśmy się tyłem do kierunku jazdy, przez co straciliśmy około 10-15 sekund. Drugi odcinek poszedł nam znacznie lepiej, uzyskaliśmy drugi czas w klasie i 9. w klasyfikacji generalnej i poczuliśmy, że możemy walczyć o wysokie miejsce na podium – pomimo tego, że jechaliśmy ze sporą rezerwą.

Niestety trzeci OS, Goleszów, okazał się dla nas wyjątkowo pechowy. W okolicach siódmego kilometra doszliśmy poprzedzającą nas załogę, która przez około 1,5 km nie pozwoliła się wyprzedzić i blokowała nas, mimo dawanych przez nas wyraźnych sygnałów dźwiękowych. Zniecierpliwieni w obliczu kolejnych 2 kilometrów „na ogonie” sporo wolniejszej załogi nr 25, zaryzykowaliśmy wyprzedzanie na dość wąskiej prostej. To niestety skończyło się przebitymi oponami, uszkodzonymi felgami i zawieszeniem. Walczyliśmy o każdą sekundę, zaryzykowaliśmy – i niestety przegraliśmy. Nie byliśmy już w stanie kontynuować rywalizacji. Pozostał jedynie niesmak po niesportowym zachowaniu załogi nr 25 i gorzka nauczka na przyszłość. Mimo to się nie łamiemy i już planujemy pokazać, co potrafimy w kolejnym sezonie! – podsumowuje Basia, a my trzymamy kciuki za porządny budżet na kolejny rok startów dla tej sympatycznej załogi.

Kolejna pilotka – Katarzyna Wojtiuk, śmieje się, że jej największym rajdowym atutem jest niska waga. Myślimy, że to jednak coś więcej! Dopiero pod koniec sezonu zdobyła licencję, a jej kalendarz startów szybko się rozrósł. Tym razem pojechała u boku Tomasza Curyło w Renault Clio z klasy historycznej. A mało brakowało, by się nie udało.

Katarzyna Wojtiuk
fot. Paulina Wierzgacz

– Okazuje się, że jednak rozmiar ma znaczenie. W tym przypadku mała liczba kilogramów, którą pokazuje waga, gdy na nią wejdę. Dzięki temu dostałam zaproszenie na prawy fotel od Tomka Curyło na ostatnią rundę Pucharu Polski, Barbórkę Cieszyńską.

Trzy dni przed rajdem zdarzył się koszmar, na myśl o którym, drży ze strachu każdy pilot. W następstwie powikłań choroby dostałam zapalenia krtani, czyli całkowitej utraty głosu! Oczywiście taka błahostka nie mogła mnie powstrzymać i czwartkowym wieczorem z całą torbą leków byłam już w Cieszynie. Problemy zdrowotne jednak mnie nie opuściły, bo odzyskawszy upragniony i jakże niezbędny głos, zaserwowałam sobie… zatrucie. Na zapoznaniu Tomek patrzył na mnie z coraz większym niepokojem, ale ostatecznie udało się zrobić opis, bo na starcie i osiągnięciu mety zależało nam obojgu równie mocno.

Wystartowaliśmy z cieszyńskiego rynku i już wiedzieliśmy, że warunki będą ekstremalnie ciężkie. Trasa była pogrążona we mgle, która utrzymała się do końca rajdu. Mimo ostrożnego tempa na pierwszym oesie zaliczyliśmy zwiedzanie pleneru, gdzie przez moment pogroził nam słup telegraficzny. Podróży przez pierwszą pętlę nie ułatwiały także zabite syfem opony oraz dziko podskakujący tył samochodu, który na spadaniu po raz drugi zafundował nam stan przedzawałowy. W dodatku na serwisie ujawnił się wyciek oleju z miski i dostaliśmy przykazanie, aby oszczędzać silnik. Nie chcąc dołączyć do coraz liczniejszego grona załóg poza drogą, postanowiliśmy za wszelką cenę osiągnąć metę. A spokojne pokonanie drugiej pętli zaowocowało pomrukiem aprobaty od naszego serwisu.

Pełni nadziei wyruszyliśmy na ostatnie dwa odcinki, znikając we mgle i zapadającym zmierzchu. Cel był tak blisko, jednak meta zbyt daleko. Zerwany sworzeń wahacza pokrzyżował nam plany i niestety ostatnie kilometry pokonaliśmy na lawecie. Mimo wszystko, to była tylko jedna z trzech barbórek w tym roku. Grudzień może zakończyć się niespodzianką – w końcu do trzech razy sztuka! – mówi obiecująco Kasia.

Emocje rajdowego sezonu 2013 już opadły, tytuły mistrzowskie rozdysponowane. Pozostało nam jedynie czekać na uroczyste zwieńczenie sezonu, podczas tradycyjnego Rajdu Barbórka. Wielkie motoryzacyjne show już 7 grudnia, rozegra się na terenie Warszawy.

Najnowsze