Joanna Szymków-Matuszewska

Citroen C3 Aircross: pierwsza jazda – cukierek czy psikus?

Niewiele ponad rok temu mieliśmy w Polsce premierę nowego Citroena C3, który został przyjęty przez polskich kierowców nadspodziewanie dobrze, a już Citroen przygotował dla swoich wielbicieli kolejną niespodziankę - model C3 Aircross.

Model ten jest odpowiedzią Citroena na ciągle rosnące zainteresowanie miejskimi SUV-ami. Nie da się ukryć, że w ostatnich latach jest to najszybciej rozwijający się segment samochodów i chętnych na nie jest z roku na rok coraz więcej. Nowy C3 Aircross, wprowadzony na miejsce C3 Picasso, jest produkowany w zakładzie PSA w Saragossie, na tej samej linii, co Opel Crossland X. Trzeba więc przyznać, że to dość odważne posunięcie – dwa konkurujące ze sobą samochody z jednego segmentu i jednej grupy, produkowane na tej samej taśmie… Citroen jednak śpi spokojnie i rozwiewa wszelkie obawy twierdząc, że grupy docelowe dla każdego z tych samochodów są całkowicie różne. Patrząc na nowego Aircrossa nie sposób się z tym nie zgodzić.

Jak twierdzi producent, Citroen C3 Aircross jest skierowany do klientów ceniących wyrafinowanie, dobre samopoczucie i wędrówki po bezdrożach. Zamiarem koncernu było stworzenie samochodu, który świetnie będzie się sprawdzał w mieście, ale też nie gorzej poradzi sobie poza nim. Grupą docelową są przede wszystkim ludzie młodzi i aktywni. Citroen wyszedł naprzeciw potrzebie indywidualizacji i stworzył samochód z 90 opcjami personalizacji nadwozia (na rynku polskim dostępnych jest 85). Jest to możliwe dzięki dostępności 8 kolorów nadwozia, 4 kolorów dachu do wyboru w wersjach z dwukolorowym nadwoziem i 4 pakietów kolorystycznych.

We wnętrzu możemy wybierać spośród pięciu różnych wystrojów, inspirowanych światem dekoracji wnętrz oraz mody (Citroen oferuje nam nawet modny wzór pepitki na wykończeniu siedziska foteli i uchwytów w drzwiach w wersji Hype Mistral). Niewątpliwie Citroen położył duży nacisk na kwestie wykończenia, szczególnie jest to widoczne w wyższych wersjach wyposażenia. Tu jednak uwaga – w zestawieniu z szykownymi materiałami trochę razi zastosowany na drzwiach plastik nie najwyższej jakości. Można jednak na to spokojnie przymknąć oko, bo w pozostałych elementach wnętrza widać dużą dbałość producenta o szczegóły. Szczególnie zwracają uwagę i ożywiają wnętrze barwne akcenty umieszczone w kierownicy i nawiewach. Centralnie na środku kokpitu zainstalowany został ekran dotykowego monitora, dzięki któremu możemy swobodnie zarządzać urządzeniami znajdującymi się na pokładzie, a więc klimatyzacją, radiem, telefonem czy nawigacją współpracującą z TomTom Traffic. Poniżej, a więc tam, gdzie intuicyjnie najczęściej odkładamy nasz telefon, znajdziemy półeczkę z wmontowaną bezprzewodową ładowarką telefonu. Jest to pomysłowe i bardzo wygodne rozwiązanie, które będzie sobie chwalił niejeden nabywca Aircrossa – oczywiście, jeśli najpierw wyposaży się w telefon z funkcją Qi.

Co ciekawe, pomimo nowoczesnego wnętrza, Citroen przekornie zastosował bardzo klasyczne w swoim wyglądzie zegary. Dzięki temu wnętrze nie jest przesadzone, ale zarazem bardzo ciekawe. Bez wątpienia sprzyja też podróżom za miasto – jest przestronne i fukcjonalne. W desce rozdzielczej znajdziemy oświetlony i chłodzony schowek, w którym bez problemu zmieści się 1,5 litrowa butelka z wodą. Po stronie pasażera znajdziemy specjalną półeczkę, na której możemy umieścić długopis, klucze czy inne drobne, podręczne rzeczy. W tylnej kanapie standardem jest klapa pozwalająca na przewóz nart czy innych długich przedmiotów. Jeśli natomiast mamy do zabrania spory bagaż, kanapę można przesunąć o 15 cm. Dzięki temu pojemność bagażnika to 410 / 520 litrów – w zależności od ustawienia kanapy.

A jak C3 Aircross prezentuje się z zewnątrz? Stylistycznie oczywiście nawiązuje do swojego mniejszego brata – znanej już na rynku C3. Znajdziemy tu charakterystyczne dla nowych modeli Citroena dwupoziomowe światła – na górnym poziomie światła LED do jazdy dziennej, połączone z logo marki podwójnymi chromowanymi listwami, poniżej natomiast główne światła w kształcie kwadratów. Charakteru SUV-a dodaje dość pokaźna osłona zderzaka, która dodaje autu terenowości. Z tyłu producent umieścił światła z efektem 3D, które zostały wzbogacone o czarne, lśniące wstawki na pokrywie bagażnika. Potężny tylny zderzak z ochronną nakładką nawiązuje rysunkiem do przodu i podkreśla specyficzną dla SUV-a naturę. Nowy Aircross ma też mocno zarysowane błotniki, poszerzające nakładki ochronne nadkoli i boczne listwy, chroniące dolne partie nadwozia. Producent zastrzega jednak, że w tym modelu nie spotkamy tzw. airbumps, które znane są już z Cactusa i C3. Te cechy nadwozia w połączeniu z opisywanymi już możliwościami personalizacji pojazdu i doboru jego kolorystyki sprawiają, że z pewnością nie można powiedzieć, że ten SUV jest nudny.

Nudne też nie jest poruszanie się tym samochodem, a to też dzięki zastosowanemu systemowi Grip Control, który pomimo napędu na jedną, przednią oś, pomaga w poruszaniu się po trudnym piaszczystym lub ośnieżonym terenie. Funkcja Hill Assist Descent pomaga natomiast w utrzymaniu ograniczonej prędkości jazdy na drodze o silnym nachyleniu. Ani kierowca, ani pasażerowie nie będą też narzekać na zastosowane w tym modelu zawieszenie, które świetnie wybiera nierówności, ale przy tym nie jest też zbyt miękkie i samochód nie pływa po drodze. Minusem jest jednak to, że na szybko pokonywanych zakrętach zbyt często przód samochodu wyjeżdża nam z obranego toru jazdy.

Do dyspozycji mamy 3-cylindrowe silniki benzynowe PureTech 130 KM z 6-biegową skrzynią manualną, 110 KM z manualną i automatyczną skrzynią i 82 KM ze skrzynią manualną oraz silniki wysokoprężne BlueHDi 120 (skrzynia manualna 6-biegowa) i 100 KM (skrzynia manualna 5-biegowa). Podczas pierwszych jazd testowałyśmy zarówno stutrzydziestokonną benzynę, jak i stukonnego diesla z pięciobiegową skrzynią manualną. O ile z pierwszego silnika i sześciobiegowej skrzyni jesteśmy bardzo zadowolone (jedyne, nad czym można by popracować to zbyt odczuwalny brak mocy z dołu), o tyle opcja stukonnego diesla z 5-stopniową skrzynią była zbyt toporna, a zmieniając biegi miało się wrażenie prowadzenia starego Ikarusa. Na szczęście już na wstępie Citroen zapowiedział, że do połowy przyszłego roku 5-biegowe skrzynie zostaną całkowicie wycofane z produkcji i myślę, że w tym wypadku to całkiem dobra decyzja.

Jak więc oceniamy ten samochód? Zdecydowanie jako cukierek i to niemal dosłownie. Citroen C3 Aircross jest modelem nietuzinkowym nie tylko dzięki swojemu wyglądowi i możliwościom jego dopasowania do własnych potrzeb, ale też dzięki swoim właściwościom i zastosowanym w nim systemom ułatwiającym i umilającym podróżowanie – zarówno to w miejskiej dżungli, jak i to daleko za miastem. Jego trochę zabawkowy wygląd i ciekawe wzornictwo wnętrz ucieszy oko nawet największego malkontenta, a każda podróż Aircrossem będzie przyjemna i komfortowa. A przecież właśnie tego nam trzeba – trochę więcej koloru i uśmiechu każdego dnia i dbałości o drobne przyjemności.

NA TAK
+ wygląd wnętrza i możliwość personalizacji nadwozia;
+ funkcjonalność, w tym bezprzewodowa ładowarka do telefonu;
+ systemy Grip Control i Hill Assist Descent.

NA NIE
– przód uciekający w zakrętach;
– pięciostopniowa skrzynia biegów.

Dane techniczne Citroen C3 Aircross

Silnik

Wersja Live

Wersja Feel

Wersja Shine

1.2 PureTech 82KM

z 5-biegową skrzynią manualną

 

52.900 zł

 

58.900 zł

 

66.500 zł

1.2 PureTech 110 KM z 5-biegową skrzynią manualną

 

58.900 zł

 

64.900 zł

 

72.500 zł

1.2 PureTech 110 KM z 6-biegową skrzynią automatyczną

 

 

70.650 zł

 

78.250 zł

1.2 PureTech 130 KM z 6-biegową skrzynią manualną

 

 

69.300 zł

 

76.900 zł

1.6 BlueHDi 100 KM z 5-biegową skrzynią manualną

 

66.900 zł

 

72.900 zł

 

80.500 zł

1.6 BlueHDi 120 KM z sześciobiegową skrzynią automatyczną

 

 

78.100 zł

 

85.700 zł

Najnowsze

Motocyklowe wyzwanie Marty Zgórzyńskiej – Maroko na BMW R1200GS

Niektóre motocyklistki unikają dużych maszyn i długiego podróżowania, zwłaszcza do krajów arabskich. Marta Zgórzyńska swoją wyprawą udowadnia, że dużym motocyklem można swobodnie przemierzyć całe Maroko!

Wyzwanie
Nazywam się Marta Zgórzyńska, jestem motocyklistką. Bieżący rok był dla mnie przepełniony motocyklami: targi, wystawy, konkursy, projekty, wyjazdy. Ktoś, kto mnie zna powie: nic nowego. A jednak! Niepokorna, z głową pełną pomysłów, w nieograniczonej wyobraźni, zapragnęłam przeżyć przygodę. Ale nie sama. Postanowiłam rzucić hasło: wyzwanie – bo dla wielu przygoda, jaką miałam w planach na dużym motocyklu turystycznym to wyzwanie.

[…] Przygoda życia, zamiast leżenia plackiem na plaży. Dosiadamy rumaki i przemierzamy babskim teamem jakiś cudowny kawałek tej Ziemi! Za mną!”

Duży motocykl, szczerze mówiąc, miał być swego rodzaju pułapką, ale i miał zweryfikować umiejętności jeźdźców. Po powrocie z czerwcowych dni BMW Motorrad Polska, gdzie byłam jednym z wystawców (prowadzę firmę Custom Bike Poland) – utwierdziłam się w swoich planach. Tam wybrałam ekipę organizatorów wojaży, którzy oficjalnie funkcjonują jako profesjonalne biuro podróży. Wybrałam doświadczony zespół, który był w stanie zapewnić mi i moim towarzyszkom organizacyjne, formalnie i logistycznie wsparcie, a wszystko to za rozsądną cenę. Najważniejsze był fakt, zapewnienia motocykla, który wyłącznie brałam pod uwagę – BMW R1200GS. Klamka zapadła. Adv Poland miał nas zabrać do Maroko.

Pierwsze koty za płoty
Nigdy wcześniej nie podróżowałam w taki sposób i poza Europę. Nie miałam doświadczenia w takich wojażach, choć w jeździe motocyklami wszelkiej maści owszem. Cudowne było to, że jedyną rzeczą, którą miałam się zająć przed wyjazdem, to spakować walizkę tak, by nie przekraczała odprawionych 20 kg bagażu plus 10 kg bagażu podręcznego. Uwierzcie, było ciężko.

4 listopada, lotnisko w Modlinie. Ja, zwarta i gotowa, w blokach startowych, podekscytowana jak nigdy, zaraz wyruszę na wakacje z motocyklami w tle. Szczyt marzeń! Wylądowałam w hiszpańskiej Maladze, gdzie rozbawiona, z nowymi towarzyszami podróży (Kara i Krzyś) zgubiliśmy się na lotnisku. Szukali nas dobrą godzinę. Grunt to mocne wejście!
Przywitał nas wieczór i cudowne 25 stopni. Szczęśliwie odnalezieni, przetransferowani bezpiecznie do hotelu, nie omieszkaliśmy od razu po zameldowaniu udać się na plażę i przywitać się z morzem – w piękną noc, pod rozgwieżdżonym niebem. Następnego dnia rano oficjalnie przywitani odbieramy motocykle, na których za chwil kilka rozpoczniemy wyprawę po czarnym lądzie. I tu niejednemu Panu, my kobietki – kierowniczki, zniszczyłyśmy światopogląd. Jak jest możliwe, że będziemy dosiadać GSy 1200?! Niespodzianka!

Startujemy!
Z Malagi podążyliśmy przepiękną trasą, wzdłuż linii brzegowej w stronę Gibraltaru. Andaluzja jest boska. Wiem, że w głąb lądu wiją się cudowne miejsca do jazdy z winklami, jakich w Polsce nie uświadczysz. Na przykład Ronda. Z Gibraltaru przeprawa promem do Afryki z ekipą organizatorów przebiegła sprawnie i przyjemnie. Formalne sprawy załatwione. Wszyscy zatem zacieśnialiśmy znajomości, rozmowom na promie nie było końca! Wiedzieliśmy, że nie ma co być bohaterem podczas tej wyprawy: Maroko to inny kraj, na innym kontynencie, inna religia, kultura, obyczaje, inne tereny, zupełnie inny klimat niż ten, który znamy z Polski. Przed wyjazdem wszyscy mężczyźni z mojego najbliższego otoczenia opowiadali niestworzone historie, jak w tym Maroko jest niebezpiecznie. Tubylcy to dzikusy, nie ma bieżącej wody, jest niebezpiecznie dla kobiety, że nie powinnam tam jechać, bo jeszcze nie wrócę. Maroko zachwyca swoją różnorodnością, dziś to wiem na pewno. Na całym wyjeździe czułam się bezpieczniej niż można sobie wyobrazić.

Przesuwając palec po mapie miejsc do odwiedzenia było sporo, teren ukształtowany był różnie. Odcinki asfaltowe momentami zachwycały swoją jakością. Nawierzchnia była gładka, jak brzuch ryby. Czasem trzeba było uważać – np. w górach Atlas na kamyki, piach, czy zrywki skalne spadające z góry na drogi – by nie uśliznęło się koło. W Atlasie Wysokim winkle zdawały się nie mieć końca, oponki w GSie można było zamknąć. To świetne doświadczenie dla każdego motocyklisty, tego początkującego, jak i wprawionego jeźdźcy.

Na Saharze natomiast są proste przeloty, cudowne słońce, niesamowici uczestnicy w ruchu drogowym. Trzeba było czasem uważać na nawiany piach, który mógł zasłaniać jakąś wyrwę w jezdni. Czasem wędrujące wielbłądy, mimo swoich niemrawych ruchów, potrafiły zaskoczyć szybkością i zwinnością, wskakując na drogę z nienacka. Tak jak stada owiec, kóz, osłów, wypasane przez Beduinów, czy małpy w małpich gajach, które przecinały czasem nasze szlaki. Wszystko to było tak nierzeczywiste, czułam się tam, jak w bajce! Widoki zapierały dech w piersiach – atmosferę potęgował fakt, że mając na głowie kask motocyklowy jesteś sama ze sobą i delektujesz się tym podwójnie!

Wśród mieszkańców Maroko są dwie podstawowe grupy etniczne: Berberowie, którzy są rdzennymi mieszkańcami północnej Afryki i Arabowie. Trudno podobno dziś odróżnić zarabizowanego Berbera od zberberyzowanego albo „czystego” Araba. Wśród tych dwóch grup można jeszcze wyróżnić Rifenów, mieszkających w górach Rif – mają oni zazwyczaj ciemne włosy i ciemne oczy; Tamazightów w górach Atlasu Średniego – mają niebieskie lub zielone oczy i jasne włosy (piękne kobiety o ciemnej karnacji z szafirowymi oczami ); Szaujów w górach Atlasu Wysokiego – mają czarne, proste włosy (w odróżnieniu od Arabów, którzy mają zazwyczaj włosy kręcone) i ciemne oczy; Kabylów na wybrzeżu morza Śródziemnego; Tuaregów na środkowej Saharze, którzy w Merzouga pokazali nam przy ognisku, jak wygląda ich kultura, muzyka i zabawa. Bogactwo etniczne powala!

Odwiedziliśmy podczas wyprawy dwie stolice królewskie – Fez z siedzibą ich króla (bagatela 84ha) i Marakesz. Wewnątrz miasta Fez jest kilka innych m.in. żydowskie. Tam życie toczy się zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy. Odwiedziliśmy przepiękną medinę (stare miasto), gdzie wąskie uliczki serwowały nam moc wrażeń wizualnych, zapachowych i smakowych. Niezapomnianych wrażeń dostarczyła wizyta w najstarszej garbarnii skór – niektórzy nie dali rady wytrzymać…

Marakesz z kolei – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Cały ten kraj zaskakuje. Biedne wsie i miasteczka kontrastują z bogactwem na ulicach dużych aglomeracji Maroko. Skuterki, riksze, muły, osły na ulicach, w medinach, wszędzie w miastach i zawsze mnóstwo ludzi wokół o każdej porze dnia i nocy. Lokalni kupcy fenomenalni, z którymi należy się z szacunku do nich potargować. W każdym sklepie, bazarku, budce wisi obraz króla – poddani kochają go, swój kraj i flagę absolutnie. Na wjeździe i wyjeździe z miast zawsze rozstawione są policyjne patrole na rogatkach, na rondach i placach czy skwerach powiewają flagi Maroko.

Jedzenie jest przepyszne, np. harira, zupa ze świeżej kolendry, soczewicy, fasoli i jagnięciny. Tażin to ichniejsze mięso (baranina, wołowina, drób – nigdy wieprz) z cebulą i innymi warzywami oraz różnymi dodatkami jak zioła i przyprawy. Na deser podawane są ghoriba, czyli ciastka z migdałami lub sezamem z dodatkiem kufasy. Do popicia Marokańczycy przyrządzają mieszankę herbaty zielonej – (zazwyczaj jest to gunpowder) z miętą i cukrem – pół na pół – ulepek, ale pyszny.Zawsze trzeba się liczyć z atrakcjami żołądkowo-jelitowymi w mniejszym lub większym stopniu (warto się odkażać), ale pamiętajcie – w Maroko nie kupicie alkoholu (oprócz jednego sklepu w Marakeszu).

Maroko w takim wydaniu, jakie zaserwował mi Adv Poland jest tym, czego oczekiwałam po takiej podróży. Motocykle BMW R1200GS spisały się doskonale, jechałam bez obciążenia bagażami (wszystko transportował bus), wyłącznie ja, motocykl i Maroko – wśród takich motofreaków, jak ja. Niezmordowanie mogłam cieszyć się jazdą – w sumie przemierzyliśmy około 3 tysięcy kilometrów. Mogłam cieszyć się tym do granic możliwości, bez ciśnienia od organizatorów. Nie raz zaliczałyśmy świetne postoje z dziewczynami. Magia podróżowania po świecie sprawia, że zaczynamy weryfikować swoje priorytety. Ja po Maroko już nigdy nie będę taka sama. Ta podróż pokazała mi, że trzeba podążać za marzeniami. Nie chcę się zatrzymać. Wciąż marzę, by pokazać wam Maroko moimi oczami, kobiety, motocyklistki – ja wracam.

Najnowsze

Żółty czajnik Renault

Renault przypomniało anegdotę z przeszłości i zaprojektowało żółty czajnik „The Yellow Teapot”. W ten sposób Renault chce uczcić 40 lat sukcesów, pasji i dumy marki, które zapisały się w historii F1.

W 1975 roku Renault zdecydowało o dołączeniu do bardzo eksluzywnego świata Formuły 1 i zaistniało w nim w 1977 roku wraz z pierwszym samochodem RS01. Dla ówczesnego kierownictwa Renault start w Formule 1 wiązał się z wprowadzeniem zaawansowych technologii silnikowych. Po wielomiesięcznych badaniach wybrano silnik z turbodoładowaniem, który wcześniej nie był stosowany w Formule 1, ale odpowiadał planom i ambicjom Renault. Renault wystawiło pierwszy w historii Formuły 1 samochód z silnikiem turbodoładowanym. Było to w 1977 roku podczas Grand Prix na torze Silverstone.

Kilka lat później technologia turbo zaczęła być wykorzystywana przez inne stajnie i dziś w tę technologię nadal są wyposażone nowoczesne samochody Formuły 1. Przy wprowadzaniu nowej technologii pojawiły się również kłopoty techniczne i problemy z niezawodnością, co powodowało czasami konieczność wycofania się z wyścigu. RS01 w kolorach marki, głównie żółtym, a także czarnym i białym zjeżdżał do boksu, a nad nim unosił się biały dym, będący oznaką problemów z silnikiem. Ken Tyrrell, szef konkurencyjnej stajni, na widok dymiącego samochodu przejeżdżającego obok jego stanowiska żartobliwie ochrzcił RS01 mianem „the Yellow Teapot” (żółty czajnik). Wyrażenie to podchwycili członkowie jego stajni, a potem innych ekip w czasie kolejnych Grand Prix. Od tego czasu RS01 zaczęto nazywać The Yellow Teapot.

Renault, a konkretnie RS01, wygrało po raz pierwszy wyścig Formuły 1 dwa lata później, podczas Grand Prix Francji w Dijon w 1979 roku. To zwycięstwo Jean-Pierre’a Jabouille’a, inżyniera i kierowcy RS01, pozostaje wielkim wyczynem i osiągnięciem, jeśli chodzi o szybkość, z jaką zostało odniesione. Ten i następne sukcesy udowodniły, że technologia turbo sprawdziła się w Formule 1. Zyskały również szacunek stajni brytyjskich, na czele z Tyrellem.

Najnowsze

Nowy Ford EcoSport SUV

Nowy kompaktowy SUV Ford EcoSport jako pierwszy model otrzymuje zupełnie nowy, mocny 1,5-litrowy silnik Diesla EcoBlue, a dzięki napędowi na wszystkie koła oferuje lepsze własności jezdne.

Najnowszy kompaktowy model sportowo-rekreacyjny (SUV) Ford EcoSport charakteryzuje się nie tylko bardziej stylową linią nadwozia i bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i użytkowymi, ale jest także pojazdem dużo wszechstronniejszym, dysponującym lepszymi własnościami jezdnymi.

Nowe wcielenie Forda EcoSport po raz pierwszy otrzymuje inteligentny napęd na wszystkie koła, zapewniający lepsze własności trakcyjne i większe możliwości radzenia sobie w terenie. Źródłem napędu jest silnik diesla EcoBlue o pojemności 1,5 litra, dysponujący mocą 125 KM.  Model ten jest po raz pierwszy oferowany w inspirowanej rozwiązaniami Ford Performance, usportowionej wersji EcoSport ST‑Line. Wśród innych zaawansowanych rozwiązań wspomagających kierowcę są: system komunikacji i rozrywki SYNC 3, tempomat z programowanym ogranicznikiem prędkości oraz kamera pokazująca obraz za pojazdem, ułatwiająca cofanie i parkowanie.{{ download(205) }}

W ofercie przygotowano 12 wyrazistych kolorów lakieru oraz dodatkowe możliwości personalizacji wyglądu samochodu dzięki kontrastującym kolorom wykończenia dachu, w których lakierowane są: słupki drzwiowe, górne obramowania bocznych szyb, tylny spojler oraz lusterka boczne. Wnętrze, zaprojektowane z myślą o potrzebach użytkowników, zapewnia komfort podróżowania, o czym świadczy ruchomy centralny wyświetlacz o przekątnej 8 cali, ogrzewane koło kierownicy oraz szereg pomysłowych schowków, włącznie z przestrzenią uzyskaną dzięki regulowanej wysokości podłogi w części bagażowej.

„Od momentu, gdy Ford po raz pierwszy wprowadził model EcoSport na rynek europejski w 2014 roku, sprzedano ponad 166 tysięcy egzemplarzy tego kompaktowego SUV-a. W ubiegłym roku sprzedaż wzrosła aż o 40 procent,” powiedział Steven Armstrong, wiceprezes koncernu i prezes spółki Ford Motor Company odpowiedzialnej za rynki Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. „Najnowszy Ford EcoSport oferuje nabywcom jeszcze bardziej stylowe nadwozie, wyższy komfort, większe możliwości oraz przede wszystkim większy wybór – ponieważ samochód ten doskonale łączy solidność i funkcjonalność SUVa z walorami praktycznymi auta miejskiego.”

Nowy Ford EcoSport przeznaczony dla odbiorcy europejskiego jest wytwarzany w zakładach Forda w Rumunii, gdzie ostatnio zakończono program inwestycji wart 200 mln euro. Nowy model dołączy do Forda Edge i Forda Kuga, wzmacniając pozycje Forda w segmencie SUV na rynku europejskim. W przyszłym roku do salonów w Europie trafi także inspirowany autami typu SUV nowy crossover Fiesta Active.

Segment SUV jest obecnie najszybciej rozwijającym się segmentem rynku samochodów osobowych w Europie. Liczba nowo zarejestrowanych aut typu SUV wzrosła o 21 procent w porównaniu z ubiegłym rokiem, a już w 2016 roku segment ten stanowił ponad jedną czwartą całkowitej sprzedaży nowych samochodów. W ubiegłym roku sprzedaż modeli typu SUV w Europie w salonach Forda wzrosła o ponad 30 procent.

Najnowsze

Lexus Driving Emotions 2017 na torze Silesiaring – relacja

W jeden z ostatnich ciepłych jesiennych dni Lexus Polska zaprosił nas na tor Silesia Ring w Kamieniu Śląskim na premierę nowych modeli Lexusa: LC500 w wersji konwencjonalnej i hybrydowej.

Nie ma lepszego miejsca do testów samochodów niż tor wyścigowy. Podczas imprezy pod hasłem Lexus Driving Emotions, polski oddział marki Lexus oddał do testów swoje najdroższe i najszybsze pojazdy. Były modele sportowe RC F, limuzyny GS F oraz coupé  LC.

Lexus i tor wyścigowy to mieszanka wybuchowa, idealna okoliczność, by zaprezentować, zachęcić, rozkochać klientów, dealerów, dziennikarzy do zakupu, promowania, polecania tych aut. Impreza na torze wyścigowym to strzał w dziesiątkę. Możliwość wciskania gazu do dechy na torze najmocniejszym z modeli Lexusa to czyste szaleństwo!

Silesia Ring, to zupełnie nowy obiekt na torowej mapie Polski. Ma nitkę o długości 3636 metrów, z 9 prawymi i 6 lewymi zakrętami. Jest jednym z najnowocześniejszych tego typu miejsc dostępnych w naszym kraju, czego dowodem są nie tylko możliwości konfiguracyjne samego toru, ale też znajdująca się wokół niego infrastruktura. Właśnie na tym obiekcie organizator przygotował dla nas atrakcje, które pochłonęły nas całkiem od świtu do zmierzchu. Nie wiem też, jak organizator załatwili taka pogodą, ale na pewno nie była to tania rzecz.

Czekało nas 5 konkurencji, zostaliśmy podzieleni na grupy, na przemian realizujące zadania. Emocjonujące sprawdziany umiejętności odbywały się nie tylko w sportowych modelach na wyścigowym torze, ale również w innych konkurencjach takich jak ¼ mili, time attack, AVS test, lexperience, game view – a wszystko to realizowane modelami NX i RX.

Na dobry początek Lexus RX w dwóch wariantach, które różniły się jednym, kluczowym szczegółem – systemem AVS. Ta funkacja pomaga w okiełznaniu auta i utrzymaniu jego stabilności podczas gwałtownej zmiany toru jazdy. Nie zdradzono, którą sztukę wyposażono w system. Co ciekawe, nikt nie miał problemu z rozpoznaniem różnicy i wskazaniem bezpieczniejszego RX-a. Zdecydowanie przekonano nas, że AVS jest skuteczny.

Drugie zadanie to wyścig na 1/4 mili. Wykorzystano do tego dwa egzemplarze modelu GS, limuzyny wersji F, o mocy 477 KM z 8-biegowym, sportowym automatem. To auto osiąga setkę w 4,6 sekundy i kończy przyspieszać dopiero przy 270 km/h. W tej konkurencji liczył się czas reakcji kierowcy, który musiał wyczuć moment pojawienia się zielonego światła. Jak na starcie w zawodach. Gasnące światła startu przenosiły nas bezpośrednio do świata wyścigów.

Do trzeciego testu „game view” również posłużył nam Lexus RX – chodziło o sprawdzenie zaufania do samego siebie. W aucie zaklejono wszystkie szyby czarną folią, nie było widać zupełnie nic na zewnątrz. Przed kierowcą był umieszczony monitor, który przekazywał obraz z kamery umieszczonej na wysokim maszcie zamontowanym na dachu RX-a. Pokonując, odcinek terenowy opieraliśmy się wyłącznie na obrazie z kamer. Wrażenie jak podczas gier, z tym że ryzyko dużo większe, bo auto w tym przypadku jest prawdziwe, a tor przeszkód wyjątkowy ryzykowny. Niesamowite, jak błędnik szaleje. Na całe szczęście specjalnie przygotowany tor przeszkód udało mi się pokonać bez komplikacji i bez uszkodzeń, aczkolwiek niektórzy mieli dolegliwości żołądkowe…

Czwarta konkurencja to to, na co wszyscy czekali najbardziej. Główny bohater całego eventu – model LC. Japońskie coupé, które debiutuje na polskim rynku, jest przykładem możliwości Lexusa. Ale czy tor to właściwe miejsce dla tak eleganckiego samochodu? LC idealnie pasuje do eleganckiej kreacji, natomiast pod maską ma duży potencjał, który pozwala sądzić, że da radę w miejscu zarezerwowanym wyłącznie dla sportowych maszyn.

Czy ktoś pobije czas Jakuba Przygońskiego, podczas czwartej konkurencji „time attack”, w której główną role odgrywają Lexus LC500 i LexusLC500h? Tu Kuba Przygoński służył nam pomocą, dając instrukcje jak najszybciej i najsprawniej pokonać nitkę toru. Zacznijmy od „zwykłej” 500-tki. Pod jej maską znajdziemy 5-litrowe V8 o mocy 477 KM i 540 Nm. 10-stopniowa, automatyczna skrzynia biegów przekazuje ten cały potencjał na tylną oś. W tej konfiguracji LC500 ma 4,7 sekund do setki, a prędkość maksymalna to 270 km/h.

Natomiast 500h to moc z 3,5-litrowej jednostki V6 oferującej moc 299 KM oraz moment 348 Nm, doposażonej w silnik elektryczny o mocy 179 KM (moment obrotowye 300 Nm). Łączna moc tego zestawu to 359 KM. Za przekazanie mocy odpowiedzialny jest układ Multi Stage Hybrid, czyli bezstopniowy automat z wirtualnymi biegami z przekładnią czterobiegową. W tym przypadku można przyspieszać do pierwszej setki w 5 sekund i rozpędzać się do 250 km/h. Różnice w pracy przekładni było wyraźnie czuć, co nie zmienia faktu, że oba potwory dawały sobie doskonale radę.

Ostatni test: przejazd w grupach 4-osobowych Lexusem NX. To auto łączące w parę praktyczne wnętrze z dobrą jakością. Jest błoto, jest moc! Nie sadziłam, że tak luksusowe auto tak świetnie sprawdzi się w wymagających, ekstremalnych warunkach. Był to teren wojskowy i podczas  godzinnej wyprawy kilkukrotnie mijaliśmy jednostki wojska, wozy bojowe i żołnierzy. W pewnym momencie dojechaliśmy do bazy wojskowej, gdzie zatrzymano nasz konwój i kazano nam opuścić auta. Byliśmy absolutnie zmieszani, zdziwieni i zaniepokojeni. Sytuacja wyglądała dosyć niecodziennie, zarzucono nam, ze jesteśmy na terenie wojskowym nielegalnie, kazano nam się wylegitymować. Zupełna dezorientacja. Nagle zamieszanie! ktoś ucieka! Strzelanina, nasi uciekają, kładą się na ziemię, żołnierze strzelają, zaczyna się pościg, wybuchy granatów… I co powaliło nas najbardziej? Przez środek lasu ciśnie niczym pocisk czerwony piękny LC 500, za nim pościg wojskowych aut! Strzelają do niego! Szok! Co się dzieje? Wszyscy biegają, uciekają, auto zawraca. Zatrzymuje się. I kurtyna w dół! Jak w programie „mamy Cię” zza kierownicy wysiada zachwycająco piękna Klaudia Podkalicka, kierowca rajdów cross-country. Z zamaskowanego baraku, pojawiają się organizatorzy ze śmiechem na ustach. Cóż – wkręcili nas.

Fantastyczny dzień na torze, Lexus Driving Emotions zapewnił atrakcje na najwyższym poziomie, organizator nie pozwolił nam się nudzić!

Najnowsze