Edyta Klim

Charytatywne aukcje motoryzacyjne dla WOŚP

Przed nami 25. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i wiele możliwości nie tylko pomagania, ale i wzięcia udziału w wielu motoryzacyjnych akcjach.

To już czwarty finał WOŚP, z którego zebrane środki zostaną przeznaczone dla ratowania życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych oraz dla zapewnienia godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki serwisowi Charytatywni Allegro można wziąć udział w licytacji, która nie tylko wesprze ten cel, ale i być może podniesie nieco poziom adrenaliny?

– Możemy np. wylicytować samochód bądź motocykl do dyspozycji na weekend:

http://aukcje.wosp.org.pl/listing?query=na%20weekend&scope=automotive

– Przejechać się samochodem lub motocyklem nowym, a także klasykami:

http://aukcje.wosp.org.pl/listing?query=przejażdżka&scope=automotive

– Wygrać gadżet z autografem naszego idola:

http://aukcje.wosp.org.pl/listing?query=autograf&scope=automotive

– Kupić motoryzacyjny kalendarz na 2017 rok:

http://aukcje.wosp.org.pl/listing?query=2017%20kalendarz&scope=automotive

W wielu miastach odbędą się także licytacje ze sceny, a największa motoryzacyjna impreza odbędzie się w Warszawie na Bemowie. Tam odbędą się liczne licytacje, przejażdżki i koncerty – szczegóły na stronie: http://motoorkiestra.pl .

Auta terenowe, rajdówki, motocykle i klasyki zawitają także na ul Piotrkowską w Łodzi oraz do Krakowa pod Centrum Handlowe M1. Spora ekipa zawodników będzie gotowa do pomagania w Wieliczce pod Hotelem Lenart. Na motodromie w Zbylitowskiej Górze można liczyć na gorącą rywalizację i liczne przejadżki. Moto-orkiestra zagra także w Toruniu na torze rally crossowym przy ul. Bielańskiej 66, a rajdowa w Węgierskiej Górce.

 WOŚP można także wesprzeć:

– wpłatą online: http://www.wosp.org.pl/fundacja/jak-wspierac-wosp/wesprzyj-online

– SMS-owo: http://www.wosp.org.pl/final/wesprzyj/wyslij-sms

Najnowsze

„Na plecaku – Harleyem przez Amerykę” – relacja z motocyklowej podróży Karoliny Kowarskiej

Na tylnym siedzeniu motocykla Harley-Davidson Ultra Limited przemierzyła sporą część Stanów. Jakie są wrażenia osoby, która patrzy na Świat z tej perspektywy? Oto relacja Karoliny Kowarskiej, uczestniczki wyprawy, będącej wygraną w konkursie amerykańskiej marki Discover More.

Wyprawy, a szczególnie road tripy, to od zawsze mój ulubiony sposób poznawania nowych miejsc i kultur. Jednak dopiero dzięki Antonowi poznałam smak podróży motocyklowych, gdyż sama nie mam prawa jazdy na motocykl. W 2014 roku wybraliśmy się na naszą pierwszą dużą wyprawę po Indiach. Przez blisko miesiąc przemierzyliśmy przepięknym Royal-Enfieldem ponad 5000 km. Ta wyprawa była zupełnie wyjątkowa dzięki właśnie wybranemu przez nas motocyklowi, kultowemu w tym kraju Royalowi Enfildowi, który na dodatek został na potrzeby naszej podróży wyposażony w metalowe sakwy. Dawał nam niezależność, jaką daje samochód, ale dawał nam też coś dużo więcej – bezpośredni kontakt ze światem. Ja z natury jestem osobą bardzo ciekawą świata, więc im bliżej tego świata jestem, tym większą sprawia mi to radość.

Pomimo wyjazdów od trzech lat na wyprawy motocyklowe do tej pory nie mam prawa jazdy kategorii A, dlatego sama nie nazywam się nigdy motocyklistką. Natomiast czy mam duszę motocyklistki? W pewnym sensie na pewno! Nie wyobrażam sobie niektórych podróży w sposób inny niż na motocyklu. W każdej z takich podróży odnajduję coś nowego. Tak w Indiach byłam nie tylko plecakiem, ale również GPSem, sprawdzałam co jakiś czas czy nasze bagaże trzymają się drogi, podawałam Antonowi napoje czy jakieś snacki podczas wielogodzinnej jazdy. W Stanach odkryłam, że Harley’e są na tyle wygodne, że można się jako plecak wychylać i cykać całkiem niezłe zdjęcia. A przecież fotografia to jedna z moich pasji! Poza tym widząc jak ciężkie były nasze motocykle nie sądzę, że byłoby mi łatwo nim manewrować, szczególnie na niektórych pochyłych i żwirowych powierzchniach. Także rozkoszowałam się rolą plecaka pozwalałam sobie na koncentrowanie się na otoczeniu, a nie tylko na drodze.

W tym roku nasz urlop miał być nie mniej egzotyczny, a na pewno bardziej wygodny. A to dzięki wygranej w polskiej edycji konkursu Harley-Davidsona Discover More. Wygraliśmy naszą podróż marzeń i zdecydowaliśmy się na USA, bo jakoś tak wewnętrznie czuliśmy, że jeśli Harley to musi być chociaż kawałek Route 66. Jeśli chodzi o model to od razu wybraliśmy na podróż Harley-Davidson Ultra Limited. Mogliśmy wybrać każdy model z dostępnych u dealera (czyli praktycznie większość modeli z roku 2015 i 2016 w USA byłaby dla nas dostępna), ale to jednak wygląd Ultra Limited podbił nasze serca… przynajmniej na zdjęciach. W samym Las Vegas, gdzie odbieraliśmy motocykle, ta piękna maszyna wydała mi się potężna. Z jednej strony cieszyłam się, że dzięki trzem dużym kufrom na pewno uda nam się wszystko zmieścić, ale jednak poczułam gdzieś w głębi, że może okazać się ociężała, albo trudna w manewrowaniu. Na szczęście moje obawy zupełnie się nie spełniły. Dostaliśmy maszyny z silnikiem 1.7 (większym, niż ma moje auto!), także ociężałość na pewno nie była naszym problemem, raczej trzeba było uważać, żeby nie dostać mandatu!

Urlop w 2016 planowaliśmy jeszcze pod koniec 2015 roku. Od kilku lat wybieraliśmy się na wyprawy do Azji, gdzie stosunkowo niedużym kosztem można poznawać egzotyczne dalekie kultury. Tamten kawałek świata, poza pogodą, ma też swój plus w postaci wszechobecnych jednośladów dzięki czemu zawsze możemy chociaż część urlopu spędzić na motocyklach. Tym razem wybraliśmy listopad, gdyż akurat w Azji jest to okres słonecznej i suchej pory roku. Po wygranej Discover More nie mieliśmy już możliwości zmiany terminu urlopu w pracy więc zdecydowaliśmy się pojechać według wcześniej ustalonych dat (czyli od połowy listopada do początku grudnia). Stany to ogromny kraj z wieloma strefami klimatycznymi dlatego stwierdziliśmy, że na pewno gdzieś pogoda będzie ładna. Ja nigdy nie byłam w USA i przyznam szczerze, że jeśli już mnie coś pociągało to The Southwest, czyli regiony dzikiego zachodu. Oczami wyobraźni widziałam jak mkniemy na motocyklach przez Monument Valley  lub przez niekończące się rancza. Natomiast moim najbardziej wyczekiwanym parkiem było White Sands. Po przeczytaniu wielu przewodników, blogów i rozmowach z przyjaciółmi, którzy już swoje w Stanach zobaczyli, ustaliliśmy trasę. Oczywiście za długą, ale uznaliśmy, że damy się ponieść amerykańskim drogom, a w razie potrzeby będziemy improwizować.

W Las Vegas pogoda była doskonała więc już od samego początku zdecydowaliśmy się na modyfikację. Uderzyliśmy na północ, do Utah, żeby odwiedzić dwa parki narodowe, Zion oraz Bryce. Byliśmy przekonani, że dzięki wybranej porze roku nie będziemy musieli dzielić tych wszystkich nieziemskich miejsc z chmarą turystów. W Zion okazało się dodatkowo, że będziemy mogli przemierzyć parkowe trasy, które większość roku są zarezerwowane dla specjalnych autobusów, naszymi motocyklami, gdyż właśnie skończył się sezon i zawiesili transport autobusowy. Była to jak wisienka na torcie. Pogoda nam również sprzyjała przez kolejne dni i kolejne niesamowite miejsca. Po krótkiej wizycie w Kolorado, ruszyliśmy do Nowego Meksyku. Południowy zachód Stanów Zjednoczonych to idealne miejsce na podróże motocyklowe. Większość roku jest tam co prawda bardzo gorąco, ale kwiecień lub październik powinny już być dużo przyjemniejsze. Poza tym w Utah, Kolorado, Arizonie czy Nowym Meksyku jest wszystko co każdy wielbiciel motocykli doceni, czyli mała ilość rocznych opadów, mała ilość miast (a dzięki temu mniej stania na światłach), przepiękne widoki i niesamowite trasy. Sposób dostania się do celu dokonywaliśmy na dwa sposoby, albo jechaliśmy jedyną możliwą trasą albo jeśli był wybór między autostradą, a drogą stanową to praktycznie zawsze wybieraliśmy drogę stanową, lub wręcz lokalną. Są one świetnie utrzymane i najczęściej dużo ciekawsze niż prosta, zatłoczona szybka trasa międzystanowa. Niejednokrotnie kręte trasy na zachodzie, moim zdaniem, dużo bardziej docenia się jadąc motocyklem, niż wielkim vanem lub SUVem zazwyczaj z automatyczną skrzynią biegów.

Jeśli chodzi o motocykle na drodze, to byliśmy zaskoczeni jak niewiele ich spotykaliśmy. Najczęściej widzieliśmy Harley’e lub Indian’y, ale jednak nie było ich tyle ile sobie wyobrażaliśmy. Poza tym widzieliśmy motory crossowe, które podróżowały na tyle ogromnych pickupów Oczywiście na trasie wszyscy motocykliści się witali. Jest to jedna z tych rzeczy, które ja osobiście bardzo lubię. Daje to poczucie pewnego rodzaju wspólnoty, która istnieje między miłośnikami jednośladów. Jeśli natomiast natrafialiśmy na jakimś postoju na motocyklistę to prawie na 100% nawiązywała się między nami rozmowa. Zaskoczyła mnie też otwartość innych Amerykanów. Po drodze spotkaliśmy dziesiątki ludzi, którzy czasem tak po prostu podczas jakiegoś postoju podchodzili do nas i pytali skąd jesteśmy, gdzie się wybieramy i dawali nam całą masę przydatnych informacji dotyczących zarówno najlepszych tras, ale też dobrych miejsc noclegowych, restauracji czy nawet ciekawych do zobaczenia miejsc. Dla nas każda taka informacja była bardzo cenna. Z przewodników znaliśmy największe atrakcje okolicy, ale uznaliśmy, że nie chcemy po prostu pędzić od miejsca do miejsca. Chcieliśmy doświadczać wszystkiego co jest w okolicy, dzięki czemu codzienne odcinki dzieliliśmy na mniejsze kawałki.

Z naszych poprzednich wyjazdów nauczyliśmy się, że w trakcie dwutygodniowej podróży naprawdę warto robić przystanki, żeby rozprostować kości. Tym razem nasze Harley’e zaskoczyły nas pozytywnie – są to motocykle stworzone do takich wypraw. Chłopaki (Anton oraz wieloletni przyjaciel Antona – Aaron) jako kierowcy, bywali bardziej zmęczeni wielogodzinną koncentracją, ale ja jako pasażer przyznam, że niejeden raz walczyłam ze snem podczas jazdy, bo było mi tak wygodnie.

Odwiedzane przez nas miejsca, były również świetnie dostosowane do motocykli. Najczęściej Parki Narodowe mają asfaltową trasę z wieloma przystankami, gdzie można zaparkować, zostawić rzeczy i pójść na wędrówkę wyznaczonym szlakiem. Szlaki są podzielone na dłuższe (nawet kilkugodzinne) i na te naprawdę krótkie (ok. 20-30 min), także każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pomimo wygody naszych Ultra Limited, chętnie wybieraliśmy się na szlak, żeby móc przyjrzeć się z bliska zarówno florze, jak i faunie. Co do amerykańskiej fauny to mieliśmy okazję, często nawet z bliska, zobaczyć takie zwierzaki jak kojoty, setki żurawi kanadyjskich (spędzają one zimę w USA), znane z bajki Chip & Dale pręgowce, dziesiątki jastrzębi i sokołów, dzikie króliki, jelenie, sarny, słonie morskie oraz ich mniejsze kuzynki uchatki, a w Portoryko nawet iguanę portorykańską. Z tych wszystkich pięknych stworzeń najbardziej obawiałam się saren i jeleni. Po zmierzchu wyskakują one na ulice, a w okolicy Parku Narodowego Bryce dowiedzieliśmy się, że w ciągu poprzedniej doby było, aż 26 wypadków z sarnami. Wypadki te były śmiertelne dla saren, ale ludzie nie ucierpieli. W naszym wypadku takie bliskie spotkanie mogłoby się skończyć dużo poważniej, dlatego jeśli już zdarzyło nam się jechać po zmroku robiliśmy to bardzo ostrożnie.

Jeśli chodzi o florę to wszystko nam się wydawało ciekawe, gdyż są to rośliny zupełnie inne od tych spotykanych w naszym kraju. Podziwialiśmy przepiękne okazy kaktusów saguaro czy opuncji, oraz inną roślinność, taką jak juka, herbatę mormonów czy pinie, z których zbieraliśmy orzeszki piniowe bezpośrednio z szyszek. Wydawałoby się, że z pary – flora i fauna – to fauna może tylko stanowić niebezpieczeństwo na drodze. Jak się okazuje w Stanach zagrożenie może stworzyć również flora. Dowiedzieliśmy się tego już w pierwszym tygodniu podróży jadąc z Jemez Springs do miasteczka Madrid. Poprzedniego dnia zostaliśmy poinformowani przez barmana w knajpce gdzie jedliśmy kolację, że ma być wietrznie. Mi nawet przez myśl nie przyszło, że to jakiś problem, ale barman mówił, żeby uważać na ten wiatr. Jako, że amerykanie mają tendencję do nadmiernego dbania o bezpieczeństwo uznałam, że ten wiatr to pewnie jakaś przesada i nic nam nie będzie. Następnego dnia, jak co dzień, poranek przywitał nas przepięknym słońcem, więc wsiedliśmy na motocykle i… po paru kilometrach okazało się, że wiatr osiąga prędkość do 150 km/h. Nasze maszyny były ciężkie, ale jednak wiatr wiejący z taką prędkością znosił nas skutecznie na pobocze, więc chłopaki musieli się dość męczyć z prowadzeniem. A poza wiatrem, no właśnie, amerykańska flora w akcji, czyli biegacze pustynne znane z kreskówek o dzikim zachodzie. Anton już wypytywał parę dni wcześniej kiedy je zobaczymy, ale jak już je napotkaliśmy, to chcieliśmy jak najszybciej o nich zapomnieć. Biegacze potrafią osiągać rozmiar połowy samochodu i pomimo tego, że są dość lekkie to są uzbrojone w kolce. Zderzenie z większym biegaczem z prędkością 150 km/h mogło dla nas skutkować wywrotką, więc postanowiliśmy zmienić trasę i schroniliśmy się w pobliskim Albuquerque. Po raz pierwszy zrozumiałam, że w USA pogodę bierze się na poważnie. Na szczęście takiego wiatru doświadczyliśmy jeszcze tylko raz w drodze do Arizony. Kolejne dni pomimo nieraz mroźnych poranków były słoneczne, więc parę warstw bielizny termicznej i dobre motocyklowe ubrania zapewniały nam odpowiedni poziom komfortu. Ja osobiście zmarzłam kilka razy kiedy jechaliśmy po zmroku, oraz już pod koniec podróży w okolicach Grand Canyon’u, gdzie temperatury w ciągu nocy były minusowe, a w ciągu dnia rosły do ok. 5 stopni. Anton w swoim HD miał podgrzewane manetki, co nas mile zaskoczyło, gdyż amerykanie kojarzą się z krajem całorocznych opon, a my braliśmy motocykle w znanej z upałów Nevady, więc nie spodziewaliśmy się takich luksusów.

Dla mnie ta podróż to było na pewno spełnienie marzenia o odkrywaniu dzikich zakątków USA i przyznam, że możliwość odbycia tej podróży na tak pięknych motocyklach była czymś wyjątkowym. Dzięki takiemu sposobowi podróżowania doświadczaliśmy wszystkiego dużo bardziej, bo czuliśmy żar słońca, przeszywający wiatr, czy zapach lokalnej roślinności. Samochód nie daje takiego poczucia bycia „tu i teraz”. Na pewno samochodem byśmy zwiedzili te wszystkie miejsca, ale doświadczenie byłoby zupełnie inne. Wiem to, gdyż po oddaniu motocykli wynajęliśmy vana i ruszyliśmy z Las Vegas do San Francisco. Cieszyłam się w Death Valley, że mamy vana, dzięki któremu mogliśmy tam przenocować oraz wtedy, gdy zaczął padać śnieg, ale kiedy tylko dotarliśmy do pełnej zakrętów drogi stanowej nr 1 w Kalifornii biegnącej wzdłuż oceanu od razu westchnęłam mówiąc, że super byłoby mieć tutaj motocykl. Poza tym, podczas podróży Harley-Davidsonami sam nasz widok chodzących w ciuchach motocyklowych w wielu miejscach wywoływał przyjazny uśmiech i pozdrowienie „drive safe!”. A to sprawiało, że czułam, że wszystko nam się uda, gdyż każdy nam tego życzy.

Więcej na: https://www.facebook.com/TheBorderlessAdventure/

Najnowsze

Dopuszczalne limity alkoholu we krwi, czyli zagraniczne wojaże na trzeźwo

Nadchodzi sezon wzmożonych zagranicznych podróży, z początkiem roku ruszamy na podbój górskich rejonów Czech, Austrii, Włoch lub Francji, aby poszusować na jednej lub dwóch deskach. Ten okres sprzyja spotkaniom towarzyskim i biesiadowaniu - dlatego przed wyjazdem warto sprawdzić, jakie limity dotyczące alkoholu obowiązują w poszczególnych krajach.

Jeśli na wyjazd wybieramy się swoim samochodem lub na miejscu planujemy wypożyczyć auto, aby wygodnie i na własnych zasadach pozwiedzać okolicę (w końcu wycieczki organizowane – np. przez hotele – nie zawsze odpowiadają naszym preferencjom), to musimy pamiętać o obowiązujących tam przepisach drogowych. W Europie są aż cztery różne limity dopuszczanego poziomu alkoholu we krwi dla kierowców: 0,0; 0,2; 0,5 i 0,8 promila. U naszych południowych sąsiadów, mających najbardziej rygorystyczne obostrzenia, nie powinniśmy wypić nawet lampki wina czy małego piwa do obiadu, gdyż może się to skończyć poważnymi konsekwencjami. W Czechach np. za prowadzenie pojazdów pod wpływem alkoholu grozi mandat do 50000 koron (ok. 8200 zł). W przypadku większości krajów europejskich dopuszczalna norma to 0,5 promila. Jeśli w trakcie szusowania na stokach wypiliśmy (na rozgrzewkę) grzańca lub podczas smakowania regionalnych przysmaków spróbowaliśmy lokalnego wina lub piwa, to jest spora szansa, że – zgodnie z prawem, choć tego nie polecamy – będziemy mogli usiąść za kółko. Aby dowiedzieć się, gdzie możemy pokusić się o degustację lokalnego alkoholu, a gdzie powinniśmy zostać przy soku i kawie, warto zapoznać się z naszą infografiką.

Sprawdź się, żeby nie popełnić głupot
Przyjęte wyliczenia dotyczą statystycznej Polki/statystycznego Polaka, którzy mają ok. 35 lat i odpowiednio 165 cm wzrostu i 68 kg wagi oraz 180 cm wzrostu i 85 kg wagi. Należy jednak pamiętać, że wyliczenia te są tylko orientacyjne – mogą ulec zdecydowanej zmianie, gdy waga, wzrost lub wiek będą inne niż w analizowanym przypadku. Może więc, na podstawie matematycznego algorytmu, warto samemu oszacować przybliżoną zawartość alkoholu we krwi, uwzględniając budowę ciała?
Spokojnie, nie musimy sami wykonywać skomplikowanych działań i trudzić się z wyliczeniami – w końcu w trakcie wyjazdu wypoczynkowego lepiej skupić się na przyjemniejszych czynnościach niż przeprowadzanie skomplikowanych działań matematycznych. Możemy wykorzystać narzędzie, które zrobi to za nas. Może to być np. dostępny w internecie wirtualny alkomat, który – na podstawie wagi, wzrostu, wieku i czasu delektowania się napojami wyskokowymi – poda, kiedy orientacyjnie możemy prowadzić pojazd. Oczywiście należy pamiętać, że to tylko szacunkowe wyliczenia, przyjęte na podstawie uśrednionych wyników, a nie precyzyjny pomiar wykonany przy pomocy specjalistycznego alkomatu. Każdy z nas ma inny metabolizm i w związku z tym trawienie alkoholu może inaczej przebiegać.

Pozbądź się wątpliwości
Aby być pewnym tego, czy możemy prowadzić, badanie należy przeprowadzić przy pomocy specjalistycznego sprzętu. Takiego pomiaru można dokonać w wielu pubach, restauracjach, hotelach, a w niektórych krajach również na najbliższym komisariacie policji (pamiętajmy, żeby udać się tam pieszo). Jednak najwygodniej mieć pod ręką własny alkomat. Na rynku odnajdziemy wiele modeli, których cena może się wahać od kilkudziesięciu złotych do nawet kilku tysięcy. Cena alkomatu uzależniona jest od wbudowanego sensora, sposobu podawania wyniku (przez sygnalizowanie kolorowymi diodami lub wyświetlenie go na ekranie), zakresu pomiarowego, jakości wykonania urządzenia oraz dodatkowych funkcji. Warto pamiętać, że jednorazowe alkotesty podają jedynie orientacyjny poziom alkoholu korzystając z trzystopniowej skali barw, są więc raczej ciekawym gadżetem niż w 100% pewnym sposobem na sprawdzenie stanu trzeźwości. Jeśli decyzję o prowadzeniu pojazdu uzależniamy od wyniku pomiaru, to wybierzmy precyzyjny alkomat z czujnikiem elektrochemicznym, nieczułym na cząsteczki inne niż alkoholu w wydychanym powietrzu, co wyklucza błędy pomiarowe.

Jak przeprowadzić pomiar?
Jeśli chcemy skorzystać ze swojego alkomatu, pamiętajmy o zastosowaniu kilku podstawowych zasad, które pozwolą uzyskać wiarygodne wyniki. Jakich? Oto krótka lista przygotowana przez eksperta:

1. Pamiętaj o kalibracji: alkomaty wymagają okresowej kalibracji, czyli ponownego ustawienia danych wzorcowych zgodnie z zaleceniami producenta (np. maksymalnie co 500 pomiarów i nie rzadziej niż raz w roku). Zaniedbanie tego nie tylko może przyczynić się do złych wyników, ale także do uszkodzenia sensora i zepsucia urządzenia.

2. Odczekaj z pomiarem: badania nie należy przeprowadzać bezpośrednio po spożyciu alkoholu lub wypaleniu papierosa. Alkohol osadzony na ściankach jamy ustnej może spowodować przekroczenie zakresu pomiarowego i trwałe uszkodzenie sensora w niektórych alkomatach. Dym papierosowy również może zepsuć alkomat. Zaleca się, aby po wypaleniu papierosa i piciu alkoholu odczekać ok. 20 minut i przepłukać usta wodą.

3. Rozsądnie wykorzystuj urządzenie: każdy pomiar wpływa na zużycie sensora. Nie ma więc sensu badać się co 2 minuty w nadziei na ten odpowiedni wynik.

4. Odpowiednio przechowuj alkomat: badanie powinno być przeprowadzane w temperaturze pokojowej. Nie trzymaj więc alkomatu w samochodzie na mrozie ani na gorącym grzejniku.

5. Zadbaj o baterie: kontroluj ich stan, używaj tylko markowych baterii alkalicznych i wymieniaj je jednocześnie.

Najnowsze

Nowe obowiązkowe wyposażenie aut: Komisja Europejska pracuje nad zmianą przepisów

Już wkrótce na liście obowiązkowego wyposażenia nowych samochodów pojawią się nowe pozycje - tak zadecydowała Komisja Europejska, która pracuje nad nowelizacją przepisów. Niektórzy z producentów już teraz oferują takie systemy. Sprawdzamy, ile obecnie trzeba za nie dopłacić przy zakupie samochodu.

Od 2018 roku wszystkie nowe samochody osobowe i lekkie dostawcze będą musiały być wyposażone nie tylko w systemy ABS, ESP i czujnik ciśnienia w oponach, ale również w urządzenia, które w razie wypadku automatycznie zawiadomią odpowiednie służby ratunkowe. System ma zadbać również o to, by ratownicy otrzymali informację o lokalizacji pojazdu, jego marce, a nawet o rodzaju używanego paliwa. W przypadku, gdy pasażerowie będą nieprzytomni, cała procedura odbędzie się automatycznie.

W najnowszym sprawozdaniu Komisji Europejskiej można przeczytać, że na unijnych drogach ginie rocznie około 26 tys. osób, a ponad 135 tys. doznaje poważnych obrażeń. Dlatego już wkrótce wszystkie nowe samochody osobowe i lekkie dostawcze będą musiały być wyposażone w dziewiętnaście nowych technologii. Na liście znalazły się między innymi ogranicznik prędkości oraz asystent utrzymania pasa ruchu.

Układy bezpieczeństwa czynnego, które już wkrótce będą obowiązkowym wyposażeniem każdego nowego samochodu, można obecnie znaleźć na liście podstawowego wyposażenia w samochodach luksusowych. Sprawdzamy, które popularne modele dużych SUV-ów klasy premium oferują systemy bezpieczeństwa czynnego.

Lexus RX 450h (fotografia powyżej)
Według danych płynących z Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego to właśnie Lexus może pochwalić się największym wzrostem sprzedaży w pierwszych trzech kwartałach 2016 roku. Wyniósł on 59 procent, co oznacza, że japoński producent wyprzedził Mercedesa i Audi (+36 procent) oraz BMW (+28 procent). Również rynek dużych SUV-ów rośnie w siłę. Sprzedaż wzrosła o prawie 2 procent.

Wyprzedaż rocznika 2016 spowodowała, że ceny Lexusa RX 450h w drugiej w kolejności wersji Elegance spadły o 53 tys. zł. Oznacza to, że japoński SUV wyposażony w 3,5-litrowy silnik V6 oraz silnik elektryczny (łącznie 313 KM) kosztuje obecnie 295,9 tys. zł.

Na liście wyposażenia podstawowego wersji Elegance znalazł się między innymi system ostrzegający o opuszczeniu pasa ruchu i wspomagający jego utrzymanie, informujący o zmęczeniu kierowcy i rozpoznający znaki drogowe. Ponadto każdy RX 450h jest wyposażony w układ ochrony przeciwzderzeniowej z automatycznym hamowaniem i wykrywaniem pieszych, a także aktywny tempomat – oba działają w pełnym zakresie prędkości.

Wśród pozostałych systemów znalazły się kamera cofania, dziesięć poduszek powietrznych, czujniki parkowania z funkcją samodzielnego zatrzymania oraz pełne światła LED.

W ofercie jest też dostępny m.in. pakiet BSM, w skład którego wchodzą monitor martwego pola oraz system ostrzegający o ruchu poprzecznym podczas cofania z funkcją samodzielnego zatrzymania – cena 3,9 tys. zł.

Audi Q7 e-Tron
Niemiecki SUV napędzany jest układem hybrydowym opartym na silniku Diesla w układzie V6 o mocy 373 KM, a jego ceny startują od poziomu 395 tys. zł. Oznacza to, że Q7 e-Tron jest jednym z dwóch najdroższych modeli w tym zestawieniu.

Na liście wyposażenia systemów bezpieczeństwa niewymagających dopłaty znalazł się asystent świateł drogowych oraz systemy, które minimalizują skutki ewentualnych kolizji. Dopłaty wymagają natomiast układ wspomagający utrzymanie pasa ruchu i rozpoznający znaki drogowe (2,8 tys. zł), asystent zmiany pasa ruchu (3,6 tys. zł). Nabywca musi również dopłacić 2,5 tys. zł za kamerę cofania.

Mercedes GLE 500e 4MATIC
Pod maską modelu GLE 500e 4MATIC znalazł się 3-litrowy benzyniak V6 oraz agregat elektryczny. Niemiecki model oferuje moc na poziomie 442 KM, a jego ceny zaczynają się od 354 tys. zł.

Które systemy bezpieczeństwa można znaleźć na liście wyposażenia tego modelu? Oprócz obowiązkowych układów producent oferuje hamulec pre-safe ostrzegający przed najechaniem na pojazd jadący z przodu, asystent ostrzegający przed zmęczeniem kierowcy i system wspomagający gwałtowne hamowanie.

Asystent martwego pola wraz z systemem wspomagającym utrzymanie pasa ruchu wymaga dopłaty na poziomie 4,4 tys. zł. Bogatsza wersja, w skład której wchodzą dodatkowo aktywny asystent martwego punktu, aktywny asystent utrzymania pasa ruchu, aktywne wspomaganie hamowania oraz układ ostrzegający przed uderzeniem w tył, kosztuje natomiast 12 tys. zł. Dopłaty wymaga również kamera cofania (2,2 tys. zł).

BMW X5 xDrive40e
Układ hybrydowy tego niemieckiego SUV-a składa się z silnika benzynowego o pojemności dwóch litrów wspomaganego przez silnik elektryczny – całość generuje 313 KM. Ceny modelu X5 xDrive40e zaczynają się od 315,1 tys. zł, natomiast w związku z wyprzedażami rocznika polski importer przygotował rabaty na poziomie 15 tys. zł.

Za pakiet Driver Assistance zwiększający bezpieczeństwo należy dopłacić 9 180 zł – w jego skład wchodzą system ostrzegający przed zmianą pasa ruchu (2,7 tys. zł), asystent parkowania (1,5 tys. zł) i kamera cofania (1,9 tys. zł). Dodatkowo na liście znalazła się prewencyjna ochrona pasażerów i kamera panoramiczna 360 stopni.

Porsche Cayenne S E-Hybrid
Samochód napędzany jest silnikiem spalinowym o mocy 333 KM sprzężonym w układzie hybrydowym z silnikiem elektrycznym generującym 95 KM. Ceny tego SUV-a zaczynają się od 424 410 zł. Marka nie prowadzi w 2016 roku akcji wyprzedaży rocznika.

Pomimo najwyższej ceny wśród opisanych tu modeli, dopłaty na poziomie 9,7 tys. zł wymaga aktywny tempomat. Asystent pasa ruchu kosztuje 3,3 tys. zł, natomiast jego rozbudowana o system ostrzegania o zmianie pasa ruchu wersja to wydatek na poziomie 6,3 tys. zł. Nabywca będzie musiał także dopłacić za układ rozpoznawania znaków drogowych – cena 1,9 tys. zł. Kamera cofania wraz z asystentem parkowania to wydatek na poziomie 7,8 tys. zł.

Najnowsze

Jak wystrzegać się kradzieży samochodu w czasie ferii zimowych

Ferie zimowe to nie tylko okres rodzinnych wyjazdów w mroźne zakątki Polski i Europy, ale i czas wzmożonej aktywności złodziei samochodów. Wykorzystują oni fakt, że turyści pozostawiają w autach cenny sprzęt narciarski i wraz ze skradzionym pojazdem zyskują dodatkowe tysiące złotych, upłynniając narty, deski snowboardowe i elementy ubioru.

Na urlopowe wyjazdy w trakcie ferii część Polaków wybiera się własnymi autami, uznając to za najwygodniejsze rozwiązanie. Inni korzystają z autobusów, pociągów czy samolotów. Dla złodziei samochodów to sytuacja „win, win”. Przestępcy grasujący w miejscowościach turystycznych zyskują dostęp do pojazdów wypełnionych drogocennym sprzętem narciarskim, którego wartość – w przypadku czteroosobowej rodziny – może wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych. Pozostali mają do dyspozycji auta pozostawiane na czas ferii w przydomowych garażach, pod blokami lub na parkingach.

„W ostatnich latach mieliśmy kilku klientów, którzy dokonali u nas ponownego zakupu sprzętu po kradzieży auta albo kradzieży sprzętu z samochodu lub boxa dachowego” – mówi Michał Łuczak, przedstawiciel marki Pathron Snowboards. „Choć np. każda deska snowboardowa posiada unikalny numer seryjny, to bardzo rzadko klienci spisują go, przez co odzyskanie skradzionego sprzętu jest utrudnione i zdarza się sporadycznie. Średniej klasy zestaw snowboardowy, tj. deska, wiązania, buty oraz pokrowiec to wydatek około 2000 zł, ten z wyższej półki potrafi kosztować nawet 5000 zł. Jeśli pomnożymy to przez liczbę członków rodziny, w przypadku kradzieży robi się z tego kwota wynosząca nawet kilkanaście tysięcy złotych” – dodaje.

Kradzież auta, którym wyjechało się na urlop, to nie tylko problemem dotyczący utraty mienia znacznej wartości, ale również kłopot związany z kontynuowaniem podróży. Często oznacza konieczność znalezienia i opłacenia zakwaterowania oraz innego środka transportu.

„Miałem tę nieprzyjemność, że w trakcie wyjazdu na narty padłem ofiarą kradzieży samochodu. Podczas urlopu w Ustroniu, sprzed hotelu skradziono moje Audi Q5, w którym, spakowane na wyjazd powrotny, czekały narty oraz sprzęt elektroniczny. Na szczęście zaraz po zakupie samochodu, zdecydowałem się na zamontowanie w nim systemu monitoringu

 radiowego. Gdy zorientowałem się, że pojazd zniknął z parkingu, uruchomiłem całą procedurę odzyskiwania. Audi znalazło się po 45 minutach. Było w Gliwicach, około 1,5 godziny jazdy od miejsca zdarzenia. Odzyskałem zarówno samochód, jak i zawartość bagażnika” – opowiada Marcin Trembecki, mieszkaniec Słupska.

Jak wyjaśniają byli funkcjonariusze policji, działania związane z odzyskaniem pojazdu, w przypadku kradzieży samochodu pozbawionego systemu namierzania, trwają od kilku dni do kilku miesięcy i nie zawsze przynoszą oczekiwany efekt. Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że wykrywalność tego rodzaju przestępstw wynosi około 22-25 proc., co oznacza, że zaledwie co czwarty właściciel auta padającego łupem złodziei ma szansę na odzyskanie pojazdu.

Nie wszystkie zresztą systemy monitoringu montowane w pojazdach dają pewność odnalezienia samochodu. Złodzieje wykorzystują urządzenia zagłuszające systemy GPS/GSM powszechnie stosowane w celu lokalizowania aut.

„Najskuteczniejszym w tej chwili rozwiązaniem, które w 98 procentach przypadków umożliwia odnalezienie utraconego mienia, są systemy działające w oparciu nie tylko o sygnały GPS/GSM, ale również sygnał radiowy. Jest on praktycznie niezagłuszalny, a moduły odpowiedzialne za określenie położenia pojazdu są niezwykle trudne do wykrycia dla złodziei, gdyż aktywują się jedynie w momencie zgłoszenia kradzieży” – wyjaśnia Magdalena Czwarnowska, zastępca dyrektora ds. sprzedaży w firmie Gannet Guard Systems. „W związku z szybkim czasem reakcji, a także skutecznością procedur odzyskiwania, ustalenie miejsca, w którym znajduje się skradziony samochód, trwa od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Co więcej, systemy te mogą działać również poza granicami Polski. Odnalezienie samochodu, który padł łupem złodziei na terenie Europy, jest dzięki temu tak samo łatwe, jak w kraju” – dodaje Magdalena Czwarnowska.

Jak wystrzegać się kradzieży samochodu w czasie ferii zimowych

1. Pamiętaj, by zabierać z auta wartościowe przedmioty. Nawet na czas szybkiej wizyty w przydrożnym zajeździe nie warto na siedzeniach zostawiać laptopów, aparatów fotograficznych, telefonów komórkowych itp. Gdy natomiast auto zostaje zaparkowane na dłużej, warto wyjąć z niego sprzęt narciarski. Wszelkiego rodzaju wartościowe rzeczy pozostawione w pojeździe to dodatkowa zachęta dla złodzieja do podjęcia działania.

2. Upewnij się, że auto zostało zamknięte. Niekiedy nawet nieodpowiednio zwinięty pas bezpieczeństwa powoduje niezamknięcie samochodu. Niskie temperatury są równie częstą przyczyną niedomknięcia centralnego zamka w pojeździe. Upewnij się, że wszystkie drzwi o pokrywa bagażnika zostały zaryglowane.

3. Parkuj swój samochód na miejscach, w których znajdują się inne pojazdy. Lepiej jest przy tym wybierać lokalizacje, w których pobliżu znajdują się kamery monitoringu miejskiego lub prywatnego. Nagranie może usprawnić działania policji i przyspieszyć możliwość odzyskania skradzionego pojazdu, a przede wszystkim ma szasnę zniechęcić złodzieja.

4. Nie korzystaj z tzw. „szemranych” parkingów, wystrzegaj się podejrzanych „parkingowych”, zachęcających do skorzystania z miejsc przygotowanych na pobliskiej łączce. Korzystaj z płatnych miejsc postojowych zlokalizowanych w pobliżu ośrodków wypoczynkowych lub wypożyczalni sprzętu turystycznego.

5. Korzystaj z systemu namierzania satelitarnego, nawet najprostszego. Najskuteczniejsze będzie oczywiście użycie systemu radiowego, co potwierdzają nawet policjanci z wydziałów do walki z przestępczością samochodową. Pamiętaj, że taka forma zabezpieczenia radykalnie zwiększa prawdopodobieństwo odzyskania skradzionego pojazdu.

Najnowsze