Benka Pulko, motocyklowa rekordzistka

Historia zaczęła się w małej słoweńskiej miejscowości Ptuj, gdzie na świat przyszła Benka Pulko – dziewczyna o rozmarzonych oczach i żywiołowej osobowości, która kiedyś miała pokazać światu, co znaczy naprawdę spełniać swoje marzenia.

Benka dorastała w Jugosławii, marząc o karierze pielęgniarki, ewentualnie biologa. Zasmakowała obu tych ścieżek przed osiągnięciem trzydziestki. Czegoś jej jednak brakowało – najkrócej rzecz ujmując, przygody. Tak się zdarzyło, że w okolicach trzydziestych urodzin wpadł jej w ręce egzemplarz „Alchemika” Paula Coehlo. Wszyscy pamiętamy: „jeżeli czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat sprzyja twojemu pragnieniu”. Te proste (i, w gruncie rzeczy, dosyć banalne) słowa okazały się dla Benki potężną inspiracją. Wtedy zrodził się jej pomysł samotnej wyprawy motocyklowej dookoła świata.

Chwila wypoczynku w Australii
fot. benkapulko.com

Benka zawsze lubiła jeździć, ale nigdy nie uważała się za fanatyka motocykli. Nie miała nawet własnego egzemplarza. Przystąpiła jednak do realizacji planu z godną podziwu determinacją. Pierwszy etap obejmował pozyskanie sponsorów, wsparcia i zaplecza. Pierwszy motocykl Benki to było BMW F650, ofiarowane jej przez BMW Słowenia. Benka nawiązała kontakty medialne, zdobyła pierwsze szlify dziennikarskie, przygotowała plan podróży, opanowała podstawy mechaniki i konserwacji motocykla, jak również załatwiła konieczne wizy.

Benka Pulko na swoim czerwonym BMW F650
fot. benkapulko.com

Jej wyprawa została nazwana „Around the World, Circling the Sun”. Rozpoczęła się w Słowenii 19 czerwca 1997 roku, a zakończyła pięć i pół roku później, 10 grudnia 2002 roku. Benka wróciła do rodzinnego kraju w glorii chwały.

Jest bowiem rekordzistką, jeżeli chodzi o najdłuższą samotną wyprawę motocyklową przedsięwziętą przez kobietę, i to zarówno pod względem odległości (180,016 kilometrów), jak i czasu trwania (2000 dni). Była pierwszą motocyklistką, która w podróży dookoła świata przemierzyła siedem kontynentów, jak również pierwszą kobietą, która samotnie przejechała Arabię Saudyjską. Osiągnięcia Benki zapewniły jej miejsce w księdze rekordów Guinnessa.

Obecnie Benka jest mocno zaangażowana w działalność na rzecz dzieci
fot. benkapulko.com

Benka osobiście dokumentowała całą podróż, zarówno pod względem tekstowym, jak i fotograficznym. Dokumentacja fotograficzna z podróży została przez nią zaprezentowana na ponad 20 wystawach. Napisała również kilka książek. Wszystkie biły rekordy sprzedaży.

Obecnie Benka jest mocno zaangażowana w działalność humanitarną, w szczególności na rzecz dzieci.

„Podejmuję wyzwania, o których inni tylko marzą, realizuję cele, których ponoć zrealizować się nie da” – mówi Benka Pulko.

Najnowsze

Dakar tuż za rogiem. Rozmowa z Hanną „Stokrotką” Sobotą

Pani stomatolog, wychowała trójkę dzieci – brzmi zwyczajnie? Nie w przypadku Hanny Soboty, która z determinacją pokonuje kolejne kilometry do celu, jakim jest start w Rajdzie Dakar. 24-godzinny wyścig na torze w Dubaju to była jedynie rozgrzewka!

Kiedy w Pani życiu ujawniła się miłość do motoryzacji i chęć czynnego uczestniczenia w sportach motorowych? Co stanowiło tę iskrę pasji?

Iskierkę zapaliła we mnie Martyna Wojciechowska swoim startem w rajdzie Dakar w Afryce. Pamiętam, jak siedziałam po nocach, oglądając relacje z kolejnych odcinków. I wtedy błysnęła mi myśl, że ja też bym tak chciała… Niedługo potem na przyjacielskim spotkaniu opowiedziałam o tym mojemu koledze z ławy szkolnej. A on mi powiedział: „ Hania, jeśli chcesz to zrealizować naprawdę, to wyznacz sobie dziś termin. Bez terminu to jest nieskończoność. Bez terminu nie uda się”. I wtedy obiecałam sobie, że zrobię to… do pięćdziesiątki!

Zaczynała Pani od torów i gładkich jak stół asfaltów, a już do kolejnych startów wybrała Pani bezdroża?

Wyścigi na torze – to był tylko etap nauki jazdy sportowej. Celem zawsze był Dakar. Nie zakochałam się nigdy w torach wyścigowych. Choć ich klimat jest niepowtarzalny i  przeżyłam tam mnóstwo wspaniałych chwil. Zakochana jestem w pustyni, szutrach i przestrzeni…

Jak wspomina Pani wspólne starty na torach z Darią Dziwisz i w większym zespole z Pachura Motosport?

Wyścigi pozwoliły mi poznać wielu wspaniałych ludzi. Z Darią – moją „wyścigową” koleżanką – mogłyśmy godzinami gadać o benzynie i palonej gumie. Wystartowałam z nią w moim pierwszym prawdziwym rajdzie – Barbórce Warszawskiej. A Pachura Motosport to już był profesjonalny zespół. Przeżyć z nimi wyścig 24-godzinny w Dubaju to było coś! I do tego trzecie miejsce wśród samochodów z silnikiem diesla. Bezcenne!

Hanna Sobota i Maciej Marton – na pierwszy rzut oka widać, że stokrotka przynosi zawodniczce szczęście!
fot. materiały zawodniczki

Wróci jeszcze Pani na tory, czy już kierunek jest jeden – offroadowy?

„Nigdy nie mów nigdy”. Ale dziś mój mózg jest zarażony nieuleczalnie offroadem. A dokładniej jego szybka odmianą – cross-country.

Który samochód wyścigowy i który rajdowy (z tych do tej pory używanych) najlepiej z Panią współpracował?

Z wielkim sentymentem wspominam moją pierwszą wyścigówkę – Fiata Cinquecento. W nim robiłam pierwsze wyścigowe kroki. Oj, łza się w oku kręci… Ale rzeka płynie do przodu. Potrzebowałam coraz bardziej trudnych i wymagających samochodów. Dziś jeżdżę Mitsubishi Pajero z sekwencyjną skrzynią biegów. Ma na imię… Batman. I chętnie bym spała obok niego – tak go uwielbiam! Ale wiem, że nadejdzie dzień, kiedy „wycisnę” z tego auta wszystko, co się da. I wtedy rozejrzę za nowym. Takie życie…

Lubi Pani duże i długotrwałe wyzwania? Chętnie wybiera długodystansowe wyścigi i długie maratony po bezdrożach?

Tak. Lubię się zmęczyć. To, co łatwe, nie jest pociągające. Na długich maratonach procentuje rozsądna jazda, oszczędzanie samochodu. No i trzeba być nieźle wytrenowanym, żeby przetrwać czasem kilkanaście godzin dziennie w upale. W samochodzie temperatura sięga niekiedy 50-60 stopni! Maraton rajdowy to jest prawdziwa walka z własnymi słabościami. To właśnie daje mi zastrzyk hormonów szczęścia. Na mecie krótkiego, sprinterskiego wyścigu zawsze miałam niedosyt: „jak to, już koniec?”

Takie rajdy wymagają przygotowania?

Tak. Kilka miesięcy przed długodystansowym rajdem zaczynam treningi ogólnorozwojowe. Basen, siłownia, rower, biegi terenowe, tenis, do tego przyzwyczajenie organizmu do upałów w saunie. 

Czy podczas rajdów zagranicznych chętnie Pani zwiedza i poznaje inne kultury? Jest na to czas?

Szczerze? Nie. Kiedy człowiek zjeżdża do parku serwisowego po kilkunastu godzinach, to nie ma siły i ochoty na zwiedzanie. Tego nie da się połączyć. Uwielbiam podróżowanie, ale tu nie można mieć 2 w 1. Na zwiedzanie świata trzeba poświęcić inną część życia. Na rajdach zapamiętuję jednak fotograficznie krajobrazy, zapachy i kolory. A kontakty z ludźmi innych kultur same pojawiają się na trasie, choćby w czasie awarii.

Hanna Sobota. Najważniejsze to mieć odwagę, by realizować swoje marzenia.
fot. materiały zawodniczki

Czy stokrotka przynosi szczęście? Bo na pewno potrafi skakać?

Oj, tak ! Stokrotka towarzyszy mi od początku startów w wyścigach. Nie odważyłabym się wyruszyć rajdówką bez stokrotki. Mój Anioł Stróż uwielbia stokrotki. I dlatego to tak dobrze działa (śmiech).  Nawet w czasie niezaplanowanych skoków!

Jak blisko spełnienia jest Pani marzenie o wystartowaniu w Rajdzie Dakar?

Tuż za rogiem. Przez ostatnie 10 lat zrobiłam milion kroków w tym kierunku. Wiec może nawet w 2013 roku? Niech się dzieje! (śmiech)

Co w maratonach rajdowych jest najtrudniejsze dla kobiety?

Dla kobiety? Brakuje mi zwyczajnie męskiej siły fizycznej. Czasem na trasie, gdy łapiemy awarię, trzeba coś odkręcić, dźwignąć i choćbym nie wiem jak dużo trenowała – to nie dam rady ruszyć zapieczonej śruby, którą mój pilot odkręca jedną ręką. Nie pomoże to, że mogę przebiec maraton i przepłynąć kilka kilometrów.

A drugiej strony niewiarygodne, ile można wykrzesać z własnego ciała w krytycznym momencie. Sama połamałam kiedyś ręką multitoola odkręcając szeklę od haka holowniczego.

Czy znalazła się Pani na rajdzie w sytuacji zupełnej bezradności? 

Bezradność jest nierozerwalnie związana z każdym sportem. Znam też to uczucie z rajdów. Po prostu chcesz, ale już  nie możesz: szybciej, wyżej, dalej… Kilka razy już myślałam, że to koniec zabawy. Tymczasem jednak szczęście nas nie opuszcza, a my staramy się mu pomóc.

Zdecydowała by się Pani na start z kobietą u boku? Jak współpracuje się z Maćkiem w rajdówce?

No jasne, że wystartowałabym z kobietą! Brak siły fizycznej nadrobiłybyśmy innymi zaletami, ale to „gdybanie” dotyczy bliżej nieokreślonej  przyszłości (śmiech).  Tymczasem jeżdżę z Maćkiem Martonem, bo dla mnie bardzo ważny jest profesjonalizm pilota. A Maciek jest przecież ubiegłorocznym wicemistrzem Polski. Ale równie ważne jest nadawanie na podobnych falach. Pilot nie może mnie stresować i musi po prostu śmiać się z tych samych dowcipów. W końcu spędzamy ze sobą wiele godzin w zamkniętej przestrzeni. Maciek spełnia doskonale każde z tych kryteriów, do tego jest doskonałym mechanikiem i…  instruktorem. Jeździ samochodem lepiej ode mnie i wiele się od niego uczę. Jest młodszy od mojego najstarszego syna, a mimo to rozumiemy się bez słów – zero konfliktu pokoleń (śmiech). To zasługa mojego Anioła Stróża, że spotkałam go na drodze do Dakaru.

Co jest dla Pani najbliższym sercu sukcesem w dotychczasowych startach?

To dziwne, ale nie liczą się dla mnie zajęte miejsca w wyścigach czy rajdach. Ja nawet nie pamiętam  statystyk i nie liczę czasów. Tym chyba różnię się od kolegów. Ważna jest przygoda i fun. I jakoś tak zawsze ostatni rajd cieszy mnie najbardziej. 

Teraz szykuje się Pani na wyprawę o długości 4000 km, czy to taka rozgrzewka przed trudami Dakaru?

To będzie rajd Silk Way w Rosji – jeden z najtrudniejszych rajdów terenowych świata. Trasa biegnie z  Placu Czerwonego w Moskwie do Gelendżika nad Morzem Czarnym. Usiądę za kierownicą mojego Batmana. W tydzień mamy do przejechania 4000 km przez błoto, stepy, wydmy i góry. Trenujemy bardzo intensywnie przed tym maratonem. Naszym priorytetem jest dojechać do mety.

To jest próba przed Dakarem. Próba wytrzymałości sprzętu i załogi. Nigdy dotąd żadna Polka nie wystartowała w tym rajdzie. Tym większy mój stres i pokora. Nasz team – SobotaRally –będzie potrzebował wielu trzymanych kciuków!

Dziękujemy za rozmowę i razem z naszymi czytelnikami kibicujemy, i trzymamy kciuki za spełnienie „dakarowych” marzeń!        

 

Najnowsze

Joanna Miller wciąż w czołówce

Joanna Miller nadal pokazuje, że jej sukcesy nie są dziełem przypadku. W czwartej rundzie Mistrzostw Świata w Motocrossie Kobiet, które miały miejsce w miniony weekend w Chorwacji, nasza zawodniczka zajęła piąte miejsce i przesunęła się na dziewiątą pozycję w klasyfikacji generalnej.

Joanna Miller konsekwentnie pnie się w górę
fot. sportainment.pl

Kwalifikacje ułożyły się dla Joasi podobnie jak w poprzedniej rundzie we Włoszech – zajęła piątą pozycję. Nieco gorzej poszło w pierwszym biegu – zawodniczka nie wystartowała najlepiej i ostatecznie dojechała na metę ósma. Drugi bieg co prawda również nie zaczął się najlepiej, ale Joasi wystarczyło determinacji, by nadrobić straty. Na mecie zameldowała się na czwartej pozycji, za Chiarą Fontanesi, Natalie Kane i Justine Charroux. Tym sposobem w klasyfikacji zawodów w Mladinie Asia zajęła 5 pozycję i awansowała w klasyfikacji generalnej na 9 miejsce.

Kolejny start już 10 czerwca, tym razem w Słowenii.

Sama Joasia natomiast tak komentuje swój występ:

„Trzecie zawody z rzędu i pogoda nas nie oszczędzała. Już w piątek zaczął padać deszcz i padał przez całą noc do soboty. W sobotę na treningach miałyśmy skróconą trasę, bo było straszne błoto. Czasówkę w sobotę zrobiłam jako piąta, więc byłam zadowolona. W niedzielę była bardzo ładna pogoda, tor się przesuszył i jechałyśmy już całą trasę. W pierwszym wyścigu ze startu byłam jedenasta, na torze były głębokie koleiny z soboty, ale bardzo dobrze czułam się na torze. Dojechałam do mety jako ósma. Nie muszę chyba mówić, że nie byłam do końca zadowolona z tego wyniku. Drugi wyścig potoczył się dużo lepiej. Ze startu wyszłam ósma i jechałam dużo szybciej niż w pierwszym wyścigu. W ciągu trzech okrążeń doszłam na czwartą pozycję i zbliżałam się do trzeciej, jednak zabrakło trochę czasu.  Zajęłam piąte miejsce w klasyfikacji zawodów i jestem zadowolona z tego wyniku”.

 

Najnowsze

Wilk i Żuk: awaria przerywa jazdę

Na ostatnim odcinku pierwszej pętli 27. Rajdu Karkonoskiego Magda Wilk i Jola Żuk były zmuszone wycofać się rywalizacji w Rajdowym Pucharze Polski z powodu awarii samochodu.

Magda Wilk:

„Rajd bardzo nam się podobał, dlatego tym bardziej nam przykro, że nie mogłyśmy go przejechać w całości. To nasza pierwsza awaria podczas rajdu. Do tej pory nie miałyśmy takich problemów, ale ten sport taki już jest i wiedziałyśmy, że wcześniej czy później może się to przytrafić także i nam. Gratulujemy tym załogom, które ukończyły ten trudny rajd, zwłaszcza, że podczas drugiej pętli spadł deszcz i w Pucharze sporo się działo. Nie ukrywam, że szkoda mi kilometrów oesowych przejechanych w tak wymagających zawodach. Dziękujemy tym, którzy umożliwili nam start w tym rajdzie, czyli naszym partnerom: AutoGuard – dostawca zintegrowanych systemów telematycznych, Villa Polonia – hotel i restauracja, RallyKing, RedBeetle – Media & More, wypożyczalnia 2B Rally oraz drużyna futbolu amerykańskiego Warsaw Eagles, a także sklep kamerynakask.pl”.

Dziewczyny nie tracą humoru…
fot. Wilk & Żuk Rally Team

Jola Żuk:

Mimo awarii cieszymy się, że mogłyśmy tu wystartować i przejechać chociaż jedną pętlę. Awarie są częścią tej dyscypliny, więc musimy się z tym pogodzić. Dziękujemy tym, którzy trzymali za nas kciuki i relacjonowali nasze zmagania. Szczególne podziękowania dla naszych patronów medialnych: ANTYRADIO, Motocaina.pl – kobiecy portal motoryzacyjny, RadioWWW.eu, warszawa.pl, oraz portal rajdowy – RallyNews.pl”.

… chociaż awaria pokrzyżowała im nieco plany
fot. Wilk & Żuk Rally Team

Więcej informacji oraz wrażenia z odcinków wkrótce w bardziej obszernej relacji z 27. Rajdu Karkonoskiego.

Zapraszamy do śledzenia załogi na:

facebook.com/WilkZukRallyTeam

 

Najnowsze

Off-roadowa propozycja Hondy

Honda przedstawiła propozycję nowego, off-roadowego modelu na rok 2013 - CRF450R.

Prace nad modelem były dokonywane wieloetapowo, począwszy od tworzenia konstrukcji w fabryce Hondy w Japonii, skończywszy na konsultacjach z czołowymi zawodnikami motocrossu, z legendą wyścigów, Jeremym Mc Grathem, na czele.

Honda CRF450R
fot. Honda

CRF450R charakteryzuje się przede wszystkim wielkością widelca przedniego KYB, mniejszego i zamontowanego niżej na ramie w stosunku do modelu z 2012 roku, który zapewnia pełną kontrolę maszyny i „miękkość” jazdy w terenie.  Ponadto nowej Hondzie zamontowano także podwozie z obniżonym środkiem ciężkości, który ułatwia kontrolowanie pozycji motocykla w powietrzu.

fot. Honda

Co więcej, CRF450R posiada kołyskową aluminiową ramę 5 generacji, która jest lekka i zapewnia optymalną sztywność konieczną dla właściwego prowadzenia się motocykla.

Model ten, w stosunku do swojego poprzednika z 2012 roku waży ponad 4kg mniej  (z 242.7 do 238).

Cena za Hondę jest jak dotąd – nieznana. Informacja ta powinna pojawić się do września w placówkach dealerskich.

Najnowsze