Belgijska policja uziemiona przez normy emisji spalin?

Walka z samochodami, jako z głównym źródłem zanieczyszczenia w miastach, osiąga coraz wyższe poziomy absurdu. Tym razem zakazy wjazdu do miast zaczęły wpływać nie na wygodę ich mieszkańców, ale na bezpieczeństwo. Chyba.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: dzwonicie na policję i prosicie o jak najszybszą interwencję. Może ktoś was napadł, albo byliście świadkiem przestępstwa, którego sprawca nie zdążył jeszcze uciec. W odpowiedzi słyszycie, że funkcjonariusze właśnie wybiegli z komisariatu i kierują się w waszą stronę. Jak to wybiegli? Ano muszą dotrzeć na piechotę, ponieważ ich radiowóz nie spełnia odpowiednich norm emisji spalin.

Brzmi absurdalnie? To rzeczywistość, z którą musi się mierzyć belgijska policja. A przynajmniej tak to przedstawia. Od 1 stycznia w życie weszły bardziej restrykcyjne przepisy, dotyczące norm emisji spalin, jakie muszą spełniać pojazdy, aby mogły poruszać się po niektórych miastach. Abstrahując od sensu wprowadzania zakazów wjazdu dla niektórych pojazdów, jak to możliwe, że spod tego prawa nie zostały wyjęte wszelkie służby? Przecież policja nie jeździ po mieście dla przyjemności czy wygody, ale aby pilnować porządku i pomagać obywatelom!

Jak podaje Reuters problem dotyczy tylko części floty, ale składa się ona z kilku tysięcy pojazdów (rzeczniczka służb nie chciała sprecyzować jaka część nie spełnia norm), a na odnowienie parku nie ma pieniędzy. Władze były informowane znacznie wcześniej przez policję, że taki problem się pojawi, ale nic nie zostało w tej sprawie zrobione.

Historia co najmniej kuriozalna, ale… dalsza jej część trochę nie trzyma się, kolokwialnie pisząc, kupy. Wymagana norma to Euro 4, która obowiązywała samochody wyprodukowane od 2006 roku i pojazdy jej niespełniające nie mogą wjechać do trzech miast – Brukseli, Antwerpii oraz Gandawy. I teraz pytanie – ile komisariatów w tych miastach dysponuje pojazdami mającymi 15 lat i więcej? Zrozumiałe jest, że wymiana całej floty policji to ogromny wydatek, ale chodzi o pozbycie się najbardziej wysłużonych radiowozów w trzech dużych (a więc dysponujących dużymi środkami) miastach. Naprawdę jest ich tak sporo?

Rzeczniczka belgijskiej policji miała też powiedzieć, że „zostało poczynionych kilka wyjątków dla niektórych samochodów, wyraźnie oznaczonych jako policyjne, na przykład tych wyposażonych w niebieskie migające światło oraz syrenę” (podajemy za Reutersem). Pozostałe pojazdy przeniesiono do służby poza dużymi miastami. To my mamy teraz pytanie: jakie „pozostałe pojazdy”? Jakimi to pojazdami dysponuje belgijska policja, które mają przynajmniej 15 lat i nie dość, że nie są oznakowane, to nawet nie mogą wysyłać sygnałów świetlnych i dźwiękowych? Prawdopodobnie zostało to błędnie wyjaśnione przez panią rzecznik, albo przez autora artykułu i chodziło po prostu o oznakowane radiowozy (a zamontowane na stałe „koguty” wymieniono jako łopatologiczny sposób wyjaśnienia czym jest oznakowany radiowóz). W takim wypadku okazuje się, że palącym problemem belgijskiej policji jest to, że nieoznakowane Volkswageny Golfy V nie mogą już patrolować Brukseli, Antwerpii i Gandawy. Mogą tylko te z „kogutami” na dachu.

Cała ta sprawa, bez względu na jej faktyczny wpływ na pracę belgijskiej policji, wydaje się być dopiero początkiem problemów wywołanych „proekologicznym” podejściem. Niedawno pisaliśmy o ekologicznym problemie brytyjskiej policji, która w przeciwieństwie do belgijskiej okazała się lepiej finansowana i bardziej przewidująca. Kupiła więc 448 pojazdów elektrycznych, które policjanci określają jako… nienadające się do służby.

Na koniec może warto wspomnieć o tym, na ile jest sens wprowadzania tego typu obostrzeń. Niedawno było głośno o decyzji burmistrz Rzymu, która w ramach walki ze smogiem, przez kilka dni zakazała wjazdu do miasta w godzinach szczytu samochodom z silnikiem Diesla, również tych spełniających normę Euro 6 (diesel to zawsze diesel, a diesel to zło – wie o tym przecież każde dziecko, prawda?). Jak podaje PAP, decyzja ta została mocno skrytykowana przez specjalistów zajmujących się ruchem drogowym. Przypomnieli oni, że cały transport (nie tylko auta) odpowiada za 10 procent zanieczyszczeń. Natomiast największym problemem nie są spaliny, tylko pyły wzbijane w powietrze przez koła samochodów (tak, również tych benzynowych, a nawet elektrycznych). Najwyraźniej pani burmistrz, zamiast przeznaczyć więcej środków na mycie ulic, woli zakazać wjazdu do miasta nawet właścicielom nowych aut, bo przecież „każdy diesel to zło”. Nic to nie kosztuje, a zawsze można pochwalić się przed wyborcami, że zrobiło się dla nich coś „dobrego”.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze