Around The Dream – Alicja Berbelska na motocyklowym plecaku dookoła świata. Galeria i filmy

"Jak Oni się mogą pytać czy się boję!? Oczywiście, że się boję! Jadę przecież motocyklem dookoła świata, a nie na miesięczny wyjazd w przemiłe krajobrazy Albanii!" opisuje swoje wrażenia z pierwszego etapu podróży Alicja Berbelska ze swoim chłopakiem Tobiaszem Kukiełą.

Do wyjazdu pozostały dwa dni. Ręce mi się trzęsą na myśl o wyjeździe, a mój faceta zaprosił pół Polski na wódkę! Mówi, że przecież musimy się pożegnać. Każda z tych osób znów będzie zadawać pytania!

Tak boje się, to przecież normalne, że przed tego typu wydarzeniem każdy normalny człowiek się boi. Tymi pytaniami każdy z nich pogarsza tylko moją sytuację. Czy nie mogą tego zrozumieć?

To nie jest tak, że nie chcę jechać. Oczywiście, że chcę. Jestem po prostu stłamszona tymi wszystkimi informacjami, które podaje telewizja, przedstawiają mi bliscy czy znajomi. Tobiasz ciągle mi tłumaczy: „Tam gdzie są ludzie, tam można żyć i mieszkać – musimy się po prostu dostosować”. Wierzę mu, oni jednak mi w tym nie pomagają.

Niedawno odebrałam tytuł magistra matematyki. Wydawało mi się, że to otworzy przede mną bramy do kariery, a świat legnie u mych stóp – tak strasznie się zdziwiłam, kiedy spotkałam mojego kolegę ze studiów w McDonaldzie na kasie. Życie to nie bajka – szybko to zrozumiałam. Jak pisał jeden z autorów książek fantasy: „Jeśli będziesz długo się patrzeć w otchłań, ona zacznie się patrzeć na Ciebie”. Nie ma sensu siedzieć w miejscu. Trzeba ruszyć, otworzyć serce, rozum i duszę – trzeba żyć!

To była pierwsza i ostatnia nasza szansa na ruszenie przed siebie. Nic nas w zasadzie poza rodziną w Polsce nie trzyma. Zacznijmy jednak od początku…

– Ala, jedziemy motórem dookoła świata? -Pewnie, odpowiedziałam olewczym tonem.

Tobiasz to człowiek, miliona pomysłów. Jego mózg działa na zupełnie innych przestrzeniach niż głowa standardowego człowieka. On wymyśla, pomysł za pomysłem – realizuje niestety 30% swoich planów, bo kolejny plan jego zdaniem jest lepszy od poprzedniego. Kiedy mocno rozdziawia paszczę i otwiera oczy już wiem – mam przerąbane, to kolejny jego genialny plan. Jego rodzice ostrzegali mnie przed tym – tak ma i już.

Tym razem nie mógł nic wymyślić mocniejszego, lepszego. Był to plan który dla większości ludzi wznosi się na wyżyny możliwości. Tobiasz wyznaczył dead line, start za 10 miesięcy!

– Tobiasz, skąd weźmiemy na to pieniądze!? -zapytałam.

– Trochę zarobie, wezmę dodatkowe zlecenia, sprzedam to, tamto – jakoś to będzie.

– Facepalm

Kiedy to wszystko mówił w jego oczach widać było szaleństwo, zawsze tak ma jak się podnieci swoim kolejnym genialnym pomysłem. Tym razem miałam dziwne przeczucie, że nie odpuści.

Przez kolejne pół roku chodził, biegał, załatwiał, mailował. Nic mu nie wychodziło. Ludzie mówili, obiecywali i na tym się kończyło. Była z nami nasz ulubiona Modeka, Helite, Paranoid, czy AGM –  firmy na które Tobiasz zawsze mógł liczyć, podczas swoich poprzednich wyjazdów.  Ale to ciągle była kropla w morzu potrzeb – choć kropla, którą do tej pory ceni najbardziej – szczerzy prawdziwi ludzie a nie banalne korporacje, które chcą tylko Cię wydoić i porzucić.

W końcu przyszedł i powiedział – koniec! Do wyjazdu mamy trzy miesiące. Nie mamy dużo, ale to i tak już coś. Jedziemy z tym co mamy jakoś to będzie, coś się wymyśli.

On sam nie wierzył w to co mówi, nie uwierzycie jednak – udało się to… nam.

W końcu byliśmy w samolocie do Brazylii. Nie mieliśmy nawet motocykla – Tobiasz sprzedał swoje jednoślady, tylko dlatego, że nie było nas stać na transport do Ameryki Płd. Taniej było kupić inny motocykl na miejscu.

Po szybkiej przejażdżce do Warszawy, weszliśmy na pokład samolotu. Nie obyło się oczywiście bez mało śmiesznych przygód. Bagaż okazał się za ciężki. Musieliśmy zostawić w Polsce śpiwór mamy teraz tylko jeden – o zgrozo!

Wreszcie znaleźliśmy się na pokładzie samolotu, udało się całkiem sprawnie przelecieć z Warszawy do Paryża, teraz pozostało 11 godzin w powietrzu, lotem do Brasili.

W stolicy Brazylii wylądowaliśmy planowo o godzinie 19, po szybkiej odprawie stanęliśmy przed lotniskiem, zamówiliśmy taksówkę – nie było to łatwe. Nikt nas nie chciał zabrać ze względu na gabaryt bagażu. W końcu trafił się taksówkarz, który nogą upchał nasze torby w bagażniku swojej Lancii i kazał wsiadać. Teraz pozostało wykonać telefon do Roberto – naszego couchsurfingowego gospodarza. Niestety nikt nie odbierał…

Wiecie co poczułam? Byłam przerażona. Tobiasz oczywiście mnie zapewniał, że jeśli coś będzie nie tak to od razu idziemy do Hotelu, ale jakoś mnie to nie uspokoiło.

Na szczęście po prostu nasze polskie telefony oszalały w Ameryce Płd.

Taksówkarz zawiózł nas pod wskazany adres i upewnił się w rozmowie z portierem że dojechaliśmy we właściwe miejsce. Za chwilę nadszedł nasz tajemniczy gospodarz. Sytuacja się wyklarowała.

Dostaliśmy swój pokój, świetną przejażdżkę po mieście ze zwiedzaniem i obietnicę pomocy przy załatwianiu wszystkich spraw – to naprawdę mnie uspokoiło!

Niestety taksówkarz nas nieźle wykasował za przejażdżkę. Za około 10 km musieliśmy zapłacić 140 zł !!

Na szczęście sytuacja jest już jasna i dużo rzeczy wydaje się łatwiejsze jak jest się już na miejscu.

Teraz nadszedł czas na kolejny niezwykle ważny element wyjazdu – kupno motocykla.

To zajęło nam aż dwa tyogdnie. Załatwienie dokumentów, wybranie jednośladu to zdecydowanie trudna sprawa w kraju, gdzie nikt nie mówi w języku angielskim. Na szczęście w końcu mogliśmy ruszyć! Musieliśmy jeszcze po tygodniu wrócić do Brasili i wymienić dokumenty, ale wreszcie motocyklem, nie na nogach czy autobusem. Większość moich zmartwień  się wyjaśniło, teraz pozostało liczyć na przychylność ludzi, których spotkamy.

Ruszyliśmy początkowo do miejscowości Alto Paraiso – to niewielkie miasteczko leży na rozdrożu mnogości dróg i tras turystycznych. Stąd musimy przejechać tylko 30 km do Parku Narodowego i możemy zwiedzać. W miasteczku robimy niewielkie zapasy jedzenia i ruszamy dalej. Po drodze mijamy bar motocyklowy, który początkowo bojkotujemy.

Powoli rozglądamy się za noclegiem – ceny jednak zwalają z nóg 40 Reals (40 x 1.4 zł) za osobę za możliwości rozbicia namiotu! to zdecydowanie przesada. Jedziemy dalej, na dalsze poszukiwania. Ceny jednak wahają się od 40 do nawet 50 Reals za osobę. Na końcu wioski znajdujemy miejsce za 35 za dwie osoby. To trochę ulga. Nie będę jeszcze musiała spać na dziko… i jest prysznic!

Kolejnego dnia przepakowujemy rzeczy – musimy się pozbyć jednej torby i odchudzić troszkę motocykl. Wyrzuciliśmy więc wszystkie rzeczy na trawnik i spakowaliśmy je jeszcze raz. Okazało się, że jedna torba stała się niepotrzebna. Pomyśleliśmy więc, że warto ją na coś wymienić i w tym momencie zaświtał nam w głowie pomysł – może byśmy ją sprzedali w mieście, może w tym barze motocyklowym?

Fabienne Wohlwend na podium w Ferrari Challenge!

Znów ruszyliśmy w trasę, tym razem do baru. Okazało się, że jest zamknięty i pocałowaliśmy klamkę. W wejściu leżał naćpany do granic niemożliwości młody chłopak – nie dało się z nim dogadać. Atmosfera zaczęła się zagęszczać. Wskoczyliśmy na motocykl objechaliśmy budynek i wjechaliśmy wprost na podwórze.

To bardzo smutne, że tyle młodych ludzi ma problem z narkotykami w Brazylii.

Chociaż jak się okazało, ma to też swoje zalety.

Weszliśmy do budynku od zaplecza – przed nami stanął barman.

  • You know who I am? – zapytał Tobiasza
  • No…
  • My name is X-Men..
  • Facepalm (!)
  • Do you like Marihuna?
  • I like you dude

Tobiasz się uśmiechnął i jakimś dziwnym przeczuciem już wtedy wiedziałam, że będziemy mieli gdzie spać. Okazało się, że Pub działa dopiero drugi dzień, a wczoraj była impreza z okazji otwarcia. Tego dnia nikt tam nie był w stanie działać poprawnie. W powietrzu unosił się znajomy zapach palonych roślin.

Barman zaproponował nam, żebyśmy rozbili namiot na trawniku za budynkiem. Będziemy mieli świetną bazę wypadową i bezpieczny nocleg! Oto chodziło.

Z wdzięczności podarowaliśmy mu torbę AGM – Lepiej żeby trafiła w ręce motocyklisty. Będzie wiedział co z tym zrobić, a może przy tym AGM otworzy działalność na rynku brazylijskim? Widać było, że nasz barman zaniemówił, kiedy zobaczył prezent. Dopiero kiedy ujrzał nasz motocykl, zrozumiał o co chodzi- mieliśmy za dużo rzeczy – Tobiasz ciągle się na mnie boczy, uważa, że to moja wina, że torby ciągle są pełne nie przydatnych rzeczy! To nie prawda, kilogram wilgotnych chusteczek zawsze się może przydać.

Rozbiliśmy namiot, usiedliśmy przy barze i oczekiwaliśmy na dzień drugi życia baru. Doczekaliśmy się! Zagrała świetna kapela, polali dobre piwo i motocykliści też przyjechali!

Odpaliliśmy motocykl z samego rana, do celu naszej wycieczki mieliśmy jedynie trzydzieści kilometrów. Poprzedniego dnia widzieliśmy na trasie zjazdy do miejsc gdzie można było zobaczyć wodospady, w niektórych miejscach można było nawet pływać. Postanowiliśmy zacząć od tego, niestety na każdym wjeździe trzeba było płacić. Koszt 17 Reals za osobę to zdecydowanie za dużo jak na naszą kieszeń. Postanowiliśmy odpuścić sobie patrzenie i pływanie i skierować się wreszcie do parku – tam wstęp jest darmowy.

To bardzo dziwne ,ale większość urokliwych miejsc przed parkiem narodowym jest zamknięta, albo płatna. To dziwna polityka turystyczna – każde z miejsc znajduje się na prywatnej ziemi, stąd tak wysokie koszty.

W końcu znaleźliśmy się u bram parku, co ciekawe ochroniarz wytłumaczył nam jak należy postępować wewnątrz, poradził gdzie warto iść, a nawet włączył nam film instruktażowy. To miała być kaszka z mleczkiem: 10 kilometrów po terenie podobnym do naszej Jury Krakowsko-Częstochowskiej, to żadne wyzwanie….

Początkowo szliśmy wąską ścieżką, mijaliśmy drzewa, krzewy, kamienie i głazy. Krajobraz był bajkowy. Po kilku kilometrach chmury ustąpiły miejsca słońcu, które zaczęło wypalać wszystko co znajdowało się na ziemi. Powietrze stało się strasznie ciężkie i w znaczący sposób odbiło się na tempie naszego spaceru. Musieliśmy zwolnić, bo temperatura doszczętnie wyssała z nas energię.. Doszliśmy wreszcie do wodospadu – był olbrzymi i piękny. Siła z jaką woda spadała do jeziora poniżej była zniewalająca.

Po kilkunastu minutach postanowiliśmy udać się w drogę powrotną. Teraz powietrze było już nieznośne, słońce po prostu wypalało wszystko, a nasze nogi odmawiały chęci do dalszej wędrówki. Szliśmy, byliśmy jednak coraz słabsi. Zobaczyliśmy znak: wyjście 2 km. Przeszliśmy  jednak dobre 3 km i znów znak: wyjście 1.1 km. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że odległości tu podawane są w linii prostej, ścieżka natomiast meandruje w nieskończoność. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach marszu, doczłapaliśmy się do wyjścia i kranu z wodą. I wiecie co? To była najlepsza woda z kranu w moim życiu!

Czternasty już dzień wyprawy, rozpoczął się dla nas nieco późno. Nocą szalała burza i nie mogliśmy spać. Jestem pewna, że oboje byliśmy przerażeni. Większość nocy leżałam przestraszona i próbowała zasnąć – nie mogłam, to była najgorsza noc w moim życiu. Pioruny biły rozświetlając wnętrze namiotu, grzmoty powodowały dreszcze. Co gorsza spaliśmy pomiędzy dwoma wieżami radiowymi, gdzie burze odstawiały swoje harce. To było straszne. Na ulicy raz po raz gasło i zapalało się światło, woda zalewała trawniki i ulice, na szczęście nie wlatywała do namiotu. Do środka dostało się jedynie parę kropel. Nie lubię tego, wolę spać w ciepłym i wygodnym i cichym łóżku.

Marcelina Zawadzka i Pascal Brodnicki wystartują w Dacia Duster Motrio Cup
Tego dnia długo jedliśmy śniadanie, długo się zbieraliśmy do drogi. Ruszyliśmy dopiero o godz 13. Za bardzo nie chciało się nam nic robić. Widziałam tego poranka najpiękniejsze ptaki jakie zdołały ujrzeć w moim życiu oczy. Wokół latały kolibry, tukany, papugi. Co dzień dwie papugi przelatywały rano nad namiotem w jedną stronę, a wieczorem wracały. Przepięknie tu jest!

W końcu ruszyliśmy znów w kierunku Brasili. Mieliśmy przejechać 20 km asfaltem i skręcić w prawo. Następnie przejechać 30 km szutrem, aby finalnie znaleźć się pod wodospadem Curros. Trasa zapowiadała się pięknie. W sumie niedaleko, bez zbędnych napięć i trudności

Asfalt zwinęliśmy pod kołami naszej Hondy bardzo szybko. Nadszedł czas na szuter. Jechaliśmy dość powoli… Nie nie jechaliśmy powoli. Tobiasz zawsze dostaje małpiego rozumu w terenie i odkręca gaz do granic możliwości. Mózg odbijał mi się o czaszkę, a to bardzo nie miłe uczucie. Dopiero kiedy zrobiłam awanturę, uspokoił się i zwolnił. No! Teraz mogę jechać i podziwiać.

– I ani mi się waż przekraczać 40km/h  mały draniu!

Po kilkunastu minutach poprosiłam Tobiasza o chwilę przerwy, chciałam się napić. On oczywiście kiedy tylko zsiadłam z motocykla, zawinął bąka i pojechał w błoto. Chciał się popisać, ale mu nie wyszło. Motocykl zassało, zadusiło i stanął. Ahh Ci faceci i ich małe mózgi. Teraz się taplał przewracał ten swój śmieszny motorek, cały był już czerwony od błota. W końcu przewrócił naszą Hondę i wytargał ją za koła z błota. Chyba musiał się trochę wyżyć – teraz był jakby spokojniejszy.

Ruszyliśmy dalej, po kilkunastu kilometrach źle skręciliśmy i dojechaliśmy do gospodarstwa, gdzieś po środku niczego. Kiedy dojeżdżaliśmy motocykl, zawinął się wokół własnej osi i upadł do kałuży. Chyba coś jest z nim nie tak. Tobiasz chodzi i sprawdza opony co parę chwil. To kapeć? Nie.. Powietrze w oponach jest, opony nie są zaklejone błotem, a nie może opanować motocykla, nie to nie w jego stylu. W końcu zszedł z motocykla i sprawdził to organoleptycznie. To podłoże jest tak śliskie! To jakiś dziwny rodzaj gliny. Musimy na to uważać.

Zawróciliśmy do drogi, którą mieliśmy jechać, przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów i znów się rozpadało. Było już za późno, żeby dalej walczyć w deszczu z tą drogą. Zresztą, kiedy po raz kolejny się przewróciliśmy, mocno zbiłam nogę i powstał z tego ogromny siniak – ostatecznie odechciało mi się tego dnia już jeździć.

Droga roztopiła się od wody. Ta śliska nawierzchnia teraz do obłędu przypominała swoją przyczepnością tafle lodu. Powoli się toczyliśmy. Nie uchroniło nas to jednak od kolejnego na szczęście nie groźnego w skutkach zdarzenia.

Podczas zjazdu z górki, wpadliśmy w poślizg. Hamowaliśmy lecz motocykl sunął dalej. ABS chrobotał do ostatniego obrotu kołem. Finalnie wylecieliśmy z drogi i stanęliśmy w rowie. Na szczęście nawet się nie przewróciliśmy. Powoli wyjechaliśmy i już dalej bez przeszkód dotoczyliśmy się do wyjazdu z gruntowej drogi.

Może nie zobaczyliśmy celu naszej wycieczki, Pojeździliśmy natomiast troszkę w terenie i zobaczyliśmy piękne widoki, mosty, rzeki, brody przez które przejeżdżaliśmy i… mam siniaka!

Najnowsze

24-godzinny wyścig w Dubaju – mocny początek sezonu Gosi Rdest

Gosia Rdest to jedyna Polka, która w tym roku ścigała się podczas Hankook 24h Dubai. Jako jedna z czterech kierowców zasiadała za kierownicą VW Golfa TDI. Mimo słabszej specyfikacji samochodu, udanie stawiała czoła mocniejszym rywalom zajmując 9 miejsce w klasie A2 i 51 w klasyfikacji generalnej.

Gosia Rdest ścigała się w za kierownicą VW Golfa TDI wystawionego przez brytyjski zespół KPM Racing. Zbyt mała liczba pojazdów wyposażonych w silnik diesla spowodowała, że nie utoworzono dla nich oddzielnej klasyfikacji, włączając je do mocniejszej klasy A2 przeznaczonej dla 2 litrowych samochodów benzynowych. Mimo tego utrudnienia zespół Gosi udanie rywalizował z mocniejszymi konkurentami, do połowy wyścigu zajmując piąte miejsce w klasie. Nie ominęły ich również kłopoty techniczne: przebita opona, ukręcona półoś, awaria skrzyni biegów oraz systemu radiowego do kontaktu z zespołem – to problemy z którymi musieli poradzić sobie mechanicy KPM Racing.

Podczas 24 godzinnego wyścigu zespół pokonał w sumie 482 okrażenia, co daje 2597 kilometrów, polska zawodniczka zaliczyła trzy dwugodzinne zmiany. Szczególnym wyzwaniem dla zawodników była jazda w nocy. Na torze w Dubaju oświetlona jest jedynie prosta startowa. Pozostałe fragmenty toru po zmroku to wyścig przy oślepiających światłach   mijajacych Golfa super samochodów. Nie bez znaczenia dla komfortu była też temperatura – po kilku minutach od wjazdu z pitplane woda w samochodzie przeznaczona do picia dla kierowcy była bardzo ciepła.

Odświeżona Kia Rio zadebiutuje z miękką hybrydą. Ile będzie kosztować w Polsce?

Gosia Rdest: Wyścig w Dubaju był fantastycznym treningiem przed nadchodzącym sezonem i niezpomnianym przeżyciem. Kilometry przejechane w VW Golfie na torze na pewno zaowocują w nadchodzącym sezonie. Jestem pod wrażeniem pracy całego zespołu KPM Racing – mechanicy likwidowali usterki bardzo szybko, dzięki czemu nie mieliśmy dodatkowych strat czasowych, podczas wyścigu komunikacja działała bardzo sprawnie, wszyscy wykonali tu świetną pracę. Dla trzech kierowców z naszego zespołu był to debiut w 24-godzinnym wyścigu, ale mieliśmy możliwość skorzystania z rad czwartego, doświadczonego już w wyścigach endurance kolegi. Dość długo utrzymywaliśmy się w okolicach 4-5 miejsca w klasie, rywalizacja przebiegała dość kontaktowo. Jednak ukręcona półoś i awaria 3-go biegu kosztowały nas utratę kilku pozycji. Dużym wyzwaniem było znalezienie dla siebie tych kilku-kilkunastu minut podczas których można co jakiś czas odciąć się o od wydarzeń na torze i odpocząć przed kolejną zmianą.

 

Najnowsze

Magda Wilk w BMW E30 – już jutro na warszawskiej Moto Orkiestrze!

Już jutro na Autodromie Bemowo będzie można wylicytować przejażdżkę z Magdą Wilk! Poza tym na chętnych czeka na warszawskiej Moto Orkiestrze wiele atrakcji. Nie może Was zabraknąć!

Automobilklub Polski zaprasza 11 stycznia 2015 r. na Moto Orkiestrę – największą imprezę motoryzacyjną w ramach XXIII Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy! Na terenie Autodromu Bemowo odbędą się licytacje gadżetów od największych gwiazd sportu samochodowego oraz od Fundacji WOŚP z podpisem Jurka Owsiaka.

Magda Wilk wystąpi jutro na Autodromie Bemowo w swoim przygotowanym do startów w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski białym BMW 318is. Będzie można wylicytować przejażdżkę tym autem na prawym fotelu.

Magda – jak co roku – bierze udział w Motoorkiestrze, jako jedyna z zawodniczek samochodowych. W tym roku będzie można doświadczyć jazdy doświadczonego kierowcy wyścigowego i rajdowego na trasie przejazdu bardzo zbliżonej do tej, jaka zwykle jest wytyczona podczas Rajdu Barbórka – czyli z przejazdem mostkiem i zawijasach przy beczce.

11 stycznia, w godzinach 12.00-16.00 na Autodromie Bemowo przy ulicy Powstańców Śląskich 127 można się spodziewać mnóstwa atrakcji: m.in. wystawy aut rajdowych, wyścigowych, zabytkowych i driftingowych oraz motocykli, kącika dla małych dzieci (z możliwością skorzystania z rajdowej jazdy), spotkania z wieloma wybitnymi zawodnikami, pokazów aut 4×4 oraz ratownictwa medycznego i straży pożarnej, a całość zakończy koncert zespołu Belazy. Na wszystkich, chcących wziąć udział w warszawskiej Motoorkiestrze czeka możliwość wylicytowania wspaniałych, motoryzacyjnych gadżetów oraz przejażdżek wieloma autami startującymi w sportach motorowych – w sumie około 40-stoma samochodami!

Z kobiecych akcentów zobaczymy również dwie panie na motocyklach crossowych: Katarzynę Bąk ze Świata Motocykli oraz Marię Staniak – uczestniczkę Mistrzostw Polski Kobiet w motocrossie, które pokażą swoje umiejętności jazdy na nierównych częściach Autodromu oraz – być może – zademonstrują wyskoki na mostku.

Kliknij w plakat, aby go powiększyć. Więcej informacji na fanpage’u projektu oraz na stronie motoorkiestra.pl

 

 

 

 

 

 

Wjazd samochodów do Galerii Bemowo, biorącej udział w przedsięwzięciu wyglądał tak.

Najnowsze

Test Dacia Sandero Stepway – złoto nie zawsze się świeci

Dacia - to nazwa, która wywodzi się od historycznej krainy, leżącej dziś na terenie Rumunii. Przyciągała całe rzesze osadników kuszonych pokaźnymi zasobami złota. Dziś samochody tej marki również cieszą się coraz większą sympatią. Czy pod ich maską można znaleźć złoto?

O Dacii zrobiło się głośno w 2004 roku, kiedy przy współpracy z koncernem Renault, w ramach społecznego eksperymentu, skonstruowano model Dacia Logan. Samochód nie został obdarzony ani wyglądem, ani osiągami, a mimo to znalazł całe rzesze swoich nabywców. Sekretem była cena – tak niska, że każdy mógł sobie pozwolić na zakup nowego auta z salonu. Dziś Dacia to nie tylko samochody w atrakcyjnych cenach.  Ich wygląd zewnętrzny przeszedł prawdziwą transformację. Jednym z jej owoców jest Dacia Sandero.

Z zewnątrz wygląda jak buldog francuski – umięśnione nadwozie o zwiększonym prześwicie (193 milimetrów) czyni z tego samochodu niedużą terenówkę. Srebrne relingi połyskujące w słońcu taki wizerunek tylko umacniają, a kolor lakieru – niczym morze w Miami Beach – sprawia, że ten samochód naprawdę może się spodobać. Czy wnętrze wzbudza podobne wrażenia?

Kabina pasażerska – ascetyzm
Do projektu wnętrza panowie z Renault podeszli z nieco mniejszym rozmachem. Jest tu surowo niczym w średniowiecznym zakonie. Materiały użyte do wykończenia są twarde i siermiężne. Nie rzucają się jednak tak mocno w oczy, jak styl wykończenia. Wsiadając do środka można odnieść wrażenie, że nad całością pracował księgowy z teściową. Minimalizm? To stanowczo za dużo powiedziane. Zbyt mało uwagi poświęcono również fotelom. Wyprofilowane niczym deska do prasowania, po dłuższej jeździe przyprawiają o subtelny ból pleców. Na szczęście pakiet Stepway wnosi do smutnego wnętrza kilka przyjemnych błyskotek. To dzięki nim po zajęciu miejsca za kierownicą łzy przestają same napływać do oczu. Rekompensatą jest skórzana kierownica, komputer pokładowy, gniazdko USB, jak również tempomat, elektryczne szyby i lusterka. Siedmiocalowy dotykowy wyświetlacz do obsługi wszelkich funkcji samochodu został umiejscowiony ani zbyt nisko, ani zbyt wysoko, wręcz podręcznikowo. Ale przecież nie wygląd gra tu pierwsze skrzypce.

Jazda – rumuńska czekoladka z francuskim nadzieniem
Pod względem technicznym Dacia Sandero to dziewczyna rodem z Francji. Pod maską testowanego egzemplarza został ukryty wysokoprężny silnik 1.5 dCi o mocy 90 KM i rekordowo niskim zużyciu paliwa (ten sam, który mamy w redakcyjnym Clio Grandtour – naszą opinię o silniku czytaj tu). Jak niskim? O tym w dalszej części tekstu. Samochód prowadził się zaskakująco dobrze jak na  niskobudżetową produkcję. Miękko zestrojone zawieszenie doskonale sprawowało się na wszelkiego rodzaju wybojach i nierównościach, chociaż mogłoby pracować jednak nieco ciszej. Mimo niewielkich przechyłów nadwozia na zakrętach Dacia Sandero jednak całkiem dobrze trzymała się asfaltu, zatem mocna „czwórka” jak najbardziej zasłużona. Do solidnej „piątki” zabrakło bardziej precyzyjnego układu kierowniczego, który momentami żył jakby własnym życiem. Na w sumie pozytywne wrażenia z jazdy z pewnością miała wpływ bardzo niska masa pojazdu. 1033 kilogramów to naprawdę imponujący wynik, biorąc pod uwagę fakt, że popularne crossovery potrafią być o kilkaset kilogramów cięższe. Jak to możliwe? Kosmiczna technologia? Z pewnością mała ilość elektroniki i wszelkiego rodzaju gadżetów. Ale również bardzo lekka karoseria, co daje się we znaki podczas jazdy. Nawet przy niedużych prędkościach do kabiny pasażerskiej dochodzą wszelkie odgłosy i dźwięki, z pracą silnika na czele. A ten lubi podnieść głoś i dać o sobie znać. Wprawdzie, mimo galopującej technologii, nadal jest ciężko skonstruować diesla, który będzie milczał podczas jazdy samochodem, ale Dacia Sandero mogłaby mieć lepiej wyciszoną kabinę pasażerską. Całość została skonfigurowana z 5-biegową, manualną skrzynią biegów. Długa dźwignia zmiany biegów wyglądem przypomina maselnicę i takiej pracy każe się spodziewać. Jak duże było jednak moje zaskoczenie kiedy się okazało, że biegi wskakują na swoje miejsce lekko i precyzyjnie.

Samochód, wbrew pozorom, nie został wyposażony w napęd na obie osie. Producent nie zdecydował się na ten wariant nawet w najdroższej wersji wyposażenia. Mimo to samochód doskonale sobie poradzi na piaszczystych i nierównych drogach, dzięki wcześniej wspomnianej, bardzo niskiej masie. To dzięki niej moc 90 KM, mimo że nie robi zbyt dużego wrażenia na papierze, podczas jazdy okazuje się wystarczającym zasobem mocy. Ukoronowaniem wszystkich wspomnianych zalet jest apetyt tego samochodu na paliwo: w cyklu miejskim nie udało się przekroczyć 7 litrów, a w trasie silnik ustąpił do 4,8 litrów na setkę. To wynik godny niejednej, bardzo drogiej hybrydy.

Zawody Ford Kuga Kite Challenge w Rewie startują 24 lipca. Gratka dla fanów kiteboardingu!

Werdykt
Dacia powstała niczym Feniks z popiołów. Z podupadającej rumuńskiej marki przeistoczyła się w europejskiego gracza, który zamiast pudełek na buty w rozmiarze XXL zaczął produkować całkiem niezłe samochody. Dacia Sandero bez wątpienia jest jednym z takich aut. Ładna, lekka, przestronna i ekonomiczna. Można ponarzekać na smutne wnętrze i tanie materiały, ale czy ktoś, oprócz nas, zobaczy je podczas jazdy? Ceny Sandero zaczynają się od 29 900 złotych. Za egzemplarz z testowanym silnikiem diesla i pakietem Stepway Laureate trzeba zapłacić od 46 300 złotych. W zamian otrzymujemy dobrze wyposażony samochód, który przestronną kabiną, nie tak małym bagażnikiem i ekonomicznym silnikiem, zabierze nas na niejedne wakacje.

Na TAK:
– ładny wygląd zewnętrzny
– bardzo ekonomiczny silnik: diesel 1,5 dCi 90 KM
– sprężyste zawieszenie
– niska masa

Na NIE:
– słabo wyciszona kabina pasażerska
– smutne wnętrze
– kiepsko wyprofilowane fotele

Dacia Sandero Stepway 1.5 dCi 90 KM dane techniczne:
Silnik – diesel, turbodoładowany, dCi, 4-cylindrowy
Pojemność – 1461 cm3
Moc – 90 KM przy 3750 obr/min
Moment obrotowy – 220 Nm przy 1750 obr/min
Napęd – na przednią oś
Skrzynia biegów – manualna, 5-biegowa JRS
Rozstaw osi – 2590 mm
Masa własna – 1033 kg
Pojemność bagażnika – 320 litrów
Zbiornik paliwa – 50 litrów
Długość/szerokość/wysokość – 4081/1618/1994 mm

Najnowsze

Goodc

Dodge Viper GTC na 25 milionów sposobów

Dodge Viper GTC, który ma się pojawić w ty roku, będzie wyjątkowym samochodem. Producent zapowiada, że każdy model może być bardzo rzadkim, niespotykanym zestawieniem. Vipera można stworzyć na 25 milionów sposobów!

Dodge przedstawił swojego nowego Vipera GTC, stworzonego z myślą o bardzo dużej możliwości dostosowania go do swojego gustu. „C” w nazwie modelu nawiązuje do wyrazu „custom”. Tym samym, w chwili wybierania modelu, możemy wykreować własną wizję. Możemy stworzyć kombinację dobierając jeden spośród 8 tysięcy kolorów lakieru całości, jeden z 24 tysięcy zestawów pasków, komplet kół można wybrać z gamy dziesięciu, jest 16 opcji wykończenia wnętrza i 6 pakietów aerodynamicznych do wyboru. W sumie daje to 25 milionów różnych kombinacji.

Gdy zestawi się cechy swojego wymarzonego Vipera, pozostaje czekać, aż zostanie stworzony. By umilić czas oczekiwania oraz sprawić, że całe wydarzenie będzie jeszcze bardziej wyjątkowe, Dodge na bieżąco będzie przesyłał nabywcy zdjęcia przedstawiające pracę przy aucie. Kolejne etapy malowania mogą zająć w sumie nawet 160 godzin.

„Ponieważ każdy Viper jest ręcznie dopracowywany z ekstremalną dbałością o szczegóły, dajemy nabywcom możliwość dostosowania samochodu do nawet bardzo szczególnych wymagań. Teraz każdy właściciel Vipera będzie mógł z dumą powiedzieć, że jego samochód jest jedynym w swoim rodzaju.” – mówi Tim Kuniskis, prezes marki Dodge&SRT.

Warto pamiętać, że dobór kolorów Vipera jest zaledwie wisienką na torcie. Samochód jest wyposażony w silnik V10 o pojemności 8,4 l, generujący moc wysokości 645 KM i moment obrotowy wartości 814 Nm.

Cena Vipera GTC zaczynać się będzie od 94 995 dolarów, czyli około 315 000 złotych. Zamówienia będą przyjmowane już od przyszłego miesiąca.

 

Najnowsze