Ania Dąbrowska – Wranglerem do Maroka

Bardzo blisko Europy leży kraj pełen kontrastów i kolorów. Krajobrazy co chwilę ulegają zmianom, noc przynosi przenikliwy chłód, a dzień słoneczne ciepło. W Maroku jesienią wcześnie zapadający zmierzch zmusza do wykorzystania światła dziennego w stu procentach, dlatego dobrze mieć własne cztery koła.

Czerwony Jeep Wrangler TJ, dwunastolatek z werwą, zjechał z promu wczesnym wieczorem. Za plecami zostawiliśmy Hiszpanię i wjechaliśmy w zupełnie inną krainę, bliską geograficznie, a jednak bardzo egzotyczną. Po nocy spędzonej na kempingu ruszyliśmy w kierunku gór, omijając zatłoczony Marrakesz.

Lało. Mocny deszcz rozpuszczał pobocze w lepkie błoto. Zostawiając za sobą płatne autostrady, wjechaliśmy w świat kwadratowych, licho wykonanych, domów i zupełnie inną rzeczywistość: zamiast samochodu – osiołek z wózkiem lub rower. Deszcz rozmywał horyzont. Góry Atlas, które powinny być już wyraźnie widoczne, skryły się pod szczelnym tabunem szarych chmur, a temperatura wyraźnie spadała w okolice niebezpiecznie bliskie zeru. Dopiero kolejny dzień przyniósł słońce, zimne i dające tylko umowne ciepło. Jeep zaczął żmudną wspinaczkę ku przełęczy Tizi – n – Tichka (2260 m n.p.m.). Marokański krajobraz to istna mieszanka gatunkowa – palmy towarzyszą drzewom iglastym, łagodne czerwono-brązowe pagórki porośnięte ubogą roślinnością oddają miejsce ośnieżonym szczytom. W tę niezwykle urozmaiconą ziemię wpisują się malutkie wioski, przycupnięte na zboczach wzniesień lub położone w dolinkach. W świecie, w którym na drogach królują prastare mercedesy w kolorze piasku Sahary lub dacie wyraźnie trącone rydwanem czasu, czerwony Jeep wzbudzał ogromne zainteresowanie pośród napotykanych Marokańczyków.

Raz po raz, na zakrętach wyrastały stragany z pamiątkami. Najpopularniejsze z nich to kamienie, co do szlachetności których można mieć pewne wątpliwości. Ale zamieszkujący tę ziemię natywni mieszkańcy – Berberowie – nie zawsze chcą pieniędzy. Pytania o kurtkę, spodnie czy rękawiczki szybko przestały nas dziwić. Na pustkowiach, w trudnej do opanowania górskiej krainie żyje się ciężko i często biednie. Wyjazd do większego miasta jest niemożliwy, a sklepów brak. Przyroda dyktuje warunki, a ludzie starają się im sprostać.

 Na przełączy leżał śnieg, wiało, a dzień powoli miał się ku końcowi. Zjeżdżając w dół obraliśmy boczną drogę z podziurawionym asfaltem. Nagle otworzył się przed nami krajobraz księżycowy, czerwono-fioletowa ziemia skąpana w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Żadnych innych pojazdów, dwie senne wioski po drodze, w których ludzie nieśpiesznie szykowali się już do snu. Zachodzące słońce rozlało się w pomarańczowo-różową wstęgę, osadzając się na szczytach ciemnych już gór. Kulminacją dnia była wioska Telouet, zaś ruiny lokalnej kasby, czyli ufortyfikowanego budynku z pałacem i magazynami na żywność, wraz z piękne zachowanym pełnym mozaik wnętrzem, sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się w czasie.

Studio filmowe Atlas, czyli Egipt w Maroku
Czerwonym traktem malowniczej doliny Ounila, Jeep śmignął ku krainie filmów i seriali. Tego dnia niebo – soczyście błękitne – dostarczyło nam niesamowitych widoków, w postaci chmur uformowanych w przedziwne kształty. Jeep, który poprzedniego dnia poradził sobie bardzo dobrze, także tutaj jechał bez zarzutu. Przed podróżą wyleczony z kilku „chorób wieku średniego” zdawał się gładko płynąć po szutrowej drodze. Celem było miasteczko Ait-Ben-Haddou z urokliwie umiejscowionymi pozostałościami kasby, otoczonymi kasarem, czyli warowną osadą rozciągającą się u stóp twierdzy. Kadr jak… z filmu – piętrzące się w górę miasto a u dołu rzeka, palmowy gaj i idące wzdłuż wody osiołki. Ait-Ben-Haddou zagrało w wielu filmach m.in. w takich hitach jak „Gladiator”, „Kundun”, „Klejnot Nilu”, „Królestwo Niebieskie” czy w serialu „Gra o tron”. Lokalna ludność często dorabia w charakterze statystów – Marokańczycy z powodzeniem grają np. Tybetańczyków. Wieczorem Jeep zaparkował w nieukończonych zabudowaniach usytuowanych na wprost ksaru i rzeki. Namiot rozbiliśmy sobie tuż obok samochodu, a rankiem pojechaliśmy ku miastu Warzazat, by zwiedzić lokalną atrakcję – Atlas Studios.

Wizytując to miejsce, można doznać uczucia, że coś jest nie tak. Bo jak wytłumaczyć, że nagle w środku Maroka wyrasta Egipt? A dokładnie wariacja na temat egipskiej architektury? To pozostałości po kręceniu filmu o przygodach Asterixa i Obelixa. Kilka metrów dalej – machina oblężnicza z filmu „Królestwo niebieskie”, a do tego modele Ferrari naturalnych rozmiarów i buddyjskie bóstwa. Ogólnie rzecz biorąc – magia kina bierze się z naciągania rzeczywistości i nadawania jej zupełnie innych, ale jakże ciekawych, kształtów.

Po wizycie w studio, przez daktylowe gaje Skoury, w której na noc wstawiliśmy samochód do sklepu z przyprawami, pojechaliśmy ku dwóm słynnym marokańskim wąwozom.

Po wertepach ku wąwozom
Wpakowaliśmy się Jeep’em w lokalny targ w małej wiosce. Mimo, że nie był to typowy suk, to i tak ledwo przejechaliśmy. Kozy, owce, kurczęta, samochody po dach wypchane towarami i ludzie usiłujący się poruszać między tym całym inwentarzem. Wizyta na targu skończyła się gwoździem w oponie. Na szczęście zakład wulkanizacyjny uporał się z problemem w kilka minut. Ruszyliśmy dalej, tym razem po wertepiastej drodze, prowadzącej przez surowy, skalisty krajobraz. Nic dziwnego, że Maroko z powodzeniem gra w filmach różne kraje świata. W przemierzanej przestrzeni raz po raz widziałam odwiedzoną niegdyś Mongolię, Argentynę czy Australię. Szutrowy szlak zdawał się nie mieć końca, a u schyłku dnia namiot rozbiliśmy po środku nigdzie, w ciszy, z daleka od ludzkich siedlisk. Przez prawie cały kolejny dzień jechaliśmy drogą pokrytą czerwonym pyłem, który przywierał do karoserii Jeep’a. Z gruntówki wyjechaliśmy na asfalt, który zaprowadził nas do wąwozu Dades. Po drodze ukazały się skały, kształtem przypominające ludzkie palce. Sam wąwóz wił się wzdłuż drogi, w u jego szczytów polowały drapieżne ptaki, skrzydłami kładąc cienie na ciemno piaskowych skalnych ścianach. Jednak pod względem długości i wysokości znacznie bardziej spektakularnym okazał się kolejny wąwóz – Todra. Za miastem Tinerhir, brzydkim i nieprzyjaznym, skręciliśmy w lewo. Samochód płynnie wchodził w coraz bardziej nieprzewidywalne zakręty, a w dole rozciągała się przepiękna palmowa oaza, która w popołudniowym słońcu wyglądała jak klasyczne ujęcie z pocztówki. Todra jest wąwozem długim, a jeśli zadrzeć głowę do góry można uznać, że jego ściany schodzą się ku sobie, zaś intensywnie pomarańczowe skały kontrastują z barwą nieba. Miejsce to upodobali sobie wspinacze i handlarze rozmaitymi pamiątkami. Ci pierwsi wiszą na wysokich ścianach, ci drudzy na dole namolnie namawiają do kupienia szala lub naszyjnika. Przez wąwóz płynie rzeka, a jej niemrawy nurt okala hotele, które umościły się „na dnie” jaru.

Piaski Sahary
Ponad dwieście kilometrów do osady Merzouga prowadziło przez spaloną słońcem i nierzadko zaśmieconą scenerię. W Maroku brakuje koszy na śmieci  i systemu wywożenia odpadów, dlatego nad miasteczkami i wioskami, po zmroku unosi się drażniący nozdrza smród palonego plastiku. Z tym, czego spalić się nie uda ludność radzi sobie, jak w wielu innych miejscach, czyli wyrzucając w niezabudowaną przestrzeń. Dywany śmieci pokrywają płaskie tereny; nie sposób tego ogarnąć wzrokiem, nie sposób posprzątać. Na krótko przed Merzougą pojawiły się piaskowe kopczyki – odpowietrzenia wodnych kanałów, które zasilają okoliczne gospodarstwa. Sama Merzouga to rozrzucone domostwa, hoteliki zbudowane w stylu kasb oraz umowne centrum, na które składa się głównie szeroka wiata dworca autobusowego. Ale za wioską leżą pierwsze piaszczyste wydmy Sahary. To właśnie tam skierowaliśmy koła naszego auta. Jeep w świetle zachodzącego słońca prezentował się niezwykle dostojnie. Łagodnie wypiętrzone hałdy piachu mieniły się to na pomarańczowo, to na czerwono. W kontraście z ciemniejącym niebem robiły niesamowite wrażenie. Jeep łagodnie sunął po piskach, nie zapadając się w nie, ani nie zakopując. Gwiazdy zasnuły granatowy już nieboskłon świetlistym, gęsto utkanym dywanem. Silnik samochodu zastygł w idealnej ciszy afrykańskiej pustyni.

Wielbłądem przez pustynię
Silnik 2.5 litra to trochę za mało mocy, aby beztrosko pokonywać pustynne piaski. Po krótkim przedpołudniowym szaleństwie na czterech kółkach na saharyjskich wydmach (raczej tych niższych, nić tych wyższych) przesiedliśmy się na wielbłądy. Na grzbiecie zwierzęcia trzeba znaleźć się już ok. godziny 16.30, by móc podziwiać zachód słońca nad piaszczystymi wzgórzami Sahary. Potulny, niestawiający oporu i chyba już lekko zmęczony zwierz, okazał się doskonałym transportem po nie zawsze pewnym, sypkim gruncie. Szerokie stopy umożliwiają mu stawianie mocnych kroków. Cienie zwierząt i nas samych odbijały się na pomarańczowym piachu. Chwilę po zachodzie słońca zapadł mrok. Ale byliśmy już bardzo blisko obozowiska. Jesień jest dobrym czasem na podróż w te okolice. Turystów jak na lekarstwo, karawany wielbłądów nie grzęzną w tłumie. Można w spokoju chłonąć ciszę afrykańskiej nocy i spokój budzącego się ze snu dnia. Po kolacji, składającej się z tradycyjnego marokańskiego tadżinu, poszliśmy spać, zmęczeni i szczęśliwi. Jednak, zamiast koczowniczego namiotu, zdecydowaliśmy się na wytaszczenie na pokryty dywanikami swoisty dziedziniec, materacy, aby spać pod gołym, ugwieżdżonym do granic możliwości niebem. Raz po raz zaczepiały nas mieszkające w oazie kotki.

Ranek na Saharze zaczyna się nieśpiesznie, by nagle gwałtownie przyśpieszyć. Słońce daje mocne, jasne światło, które każe zmrużyć oczy. Kolor piaszczystych wydm przechodzi z jasnego i dość chłodnego mleczno-żółtego koloru, w migoczący intensywny pomarańcz. To dobry moment, aby zjechać sobie z wydmy na desce snowboardowej. Upadek na szczęście nie grozi kontuzją. Powrót do Merzougi, również na wielbłądzich grzbietach, był równie emocjonalny, jak droga ku pustyni, ale wydawał się nieco krótszy. Spakowawszy samochód, jeszcze tego samego dnia, ruszyliśmy, by zwiedzić Marrakesz i słynne niebieskie miasto, Szefszawan.

Najnowsze

Roksana Ćwik

Susie Wolff założy nowy program dla kobiet w motorsporcie

Były kierowca testowy Formuły 1 Susie Wolff ogłosi na nadchodzących targach motoryzacyjnych w Birmingham nową inicjatywę, który ma zwiększyć potencjał i liczbę kobiet w sportach motorowych.

Szkotka zakończyła swoją karierę kierowcy w listopadzie, lecz pozostała związana ze sportem. Jej najnowszy projekt powstał we współpracy ze Stowarzyszeniem Sportów Motorowych Wielkiej Brytanii i zostanie zaprezentowany w przyszłym tygodniu podczas Autorsport International.

„Kiedy odwiesiłam kask, wiedziałam że chcę dać coś od siebie” – powiedziała. „Zadzwoniłam więc do Roba Jonesa, szefa MSA, któremu od razu udzielił się mój entuzjazm i pasja. Szybko stworzyliśmy zespół i z dumą ogłosimy nową inicjatywę podczas Autosport International”.

„W naszym sporcie liczą się osiągi, w związku z czym płeć jest nieistotna. Możliwości już istnieją, chcemy więc zainspirować i zmotywować utalentowane kobiety w celu zapewnienia różnorodności w naszym sporcie”.

Jednym z gości imprezy będzie także była szefowa Szkotki z zespołu Williamsa – Claire Williams.

Najnowsze

Roksana Ćwik

Zmarła pierwsza kobieta w Formule 1

Maria Teresa de Filippis - pierwsza zawodniczka Formuły 1 - zmarła w wieku 89 lat.

Włoszka pojawiła się na starcie trzech wyścigów rangi mistrzostw świata, za kierownicą samochodu Maserati w 1958 roku. Jej najlepszym wynikiem było 10. miejsce podczas Grand Prix na torze Spa-Francorchamps.

Niestety, nie udało jej się wystartować w Grand Prix Monako, dwukrotnie nie kwalifikując się do wyścigu. W sezonie 1959 próbowała tego dokonać za kierownicą Behra-Porsche, po czym odeszła ze sportu po śmierci szefa ekipy Jeana Behry.

Zawodniczka z Naples rozpoczęła swoją przygodę z motorsportem przez braci, według których nie byłaby wystarczająco szybka. Wygrała swój pierwszy wyścig za kierownicą FIAT-a 500, później odnosiła sukcesy w wyścigach długodystansowych i ostatecznie doszła do F1.

Maria Teresa de Filippis była jedną z zaledwie dwóch kobiet, które wystartowały w wyścigu Grand Prix. Drugą była jej rodaczka Lella Lombardi, która pojawiła się w 12 wyścigach w latach 70.

Najnowsze

Audi planuje miejskiego malucha

Już za trzy lata pojawi się konkurencja dla Smarta ForFour, Opla Adama czy Fiata 500. Audi pracuje nad modelem, który pojawi się w gamie poniżej modelu A1.

Do tej pory od kilku lat najmniejszym modelem Audi w gamie było A1. Już niebawem to się jednak zmieni, ponieważ firma z Ingolstadt planuje wprowadzenie nowego samochodu opartego o całkowicie nową konstrukcję.

Inżynierowie z grupy Volkswagena stworzyli płytę podłogowa NSF (New Small Family), która będzie wykorzystywana do budowy nowej gamy modeli trzy- i pięciodrzwiowych. Jednym z pierwszych modeli, które skorzystają z tego rozwiązania będzie nowy, miejski model od Audi.

Auto będzie pozycjonowane poniżej modelu A1, a pod maską zagości silnik o pojemności zaledwie litra. Będzie on wspomagany przez turbodoładowanie oraz silnik elektryczny zapożyczony z modelu Volkswagen e-Up. Już na tym etapie producent wykluczył możliwość zastosowania silnika Diesla, ze względu na zbyt wysokie koszty produkcji.

To juz trzecie podejście do tematu miejskiego samochodu przez Audi. W 1999 roku producent wydał na świat aluminiowy model A2, który okazał się zbyt drogi w produkcji i za mało popularny. Od kilku lat w gamie dostępny jest model A2, ale również nie bije on rekordów sprzedaży. Kilka lat temu Audi zaprezentowało elektryczny koncept A2, ale produkt został zawieszony.

Najnowsze

Gosia Rdest i Maciej Dreszer ambasadorami polskiego motorsportu

Po raz pierwszy polski motorsport będzie miał tak mocne przedstawicielstwo w Birmingham: dwóch ambasadorów, polski zespół oraz polski samochód.

Już 14 stycznia odbędą się targi motoryzacyjne Autosport International – The Racing Car Show w Birmingham. Na polskim stoisku pojawi się także wyścigowy samochód Arrinera Hussarya GT. Debiut  jest zaplanowany 14 stycznia 2016, o godz. 11:00. Arrinera nie wybrała jeszcze kierowców, ale na stoisku pojawią się młodzi i bardzo zdolni polscy przedstawiciele motorsportu: Gosia Rdest i Maciej Dreszer. 

Impreza w Birmingham to jedna z najważniejszych i najstarszych imprez związanych z motorsportem w Europie. W tym roku odbędzie się już po raz dwudziesty piąty. 

Na powierzchni ponad 300 000 m² będzie można zobaczyć najważniejszych przedstawicieli z tej branży, producentów, a także dostawców technologii. Dwa pierwsze dni (14 i 15 stycznia) będą poświęcone profesjonalistom i spotkaniom biznesowym branży motor sportu. Dwa kolejne (16 i 17 stycznia) będą otwarte dla publiczności.

Najnowsze