Alkomat w każdym aucie?

Szacuje się, że w Polsce jest 20 mln kierowców, a 4 mln z nich dotyczy syndrom „nieświadomie nietrzeźwego kierowcy". Powodują oni wypadki po suto zakrapianych nocach. Właśnie rozpoczyna się kampania „Alko-Casco - Alkomat w każdym aucie".

Plakat kampanii

Nieświadomie nietrzeźwy kierowca to osoba, która siada za kółko błędnie sądząc, że upłynęło już wystarczająco dużo czasu od momentu spożycia alkoholu. Badanie wykazują, że co piątemu kierowcy pijącemu alkohol przynajmniej raz w miesiącu, zdarzyło się prowadzić samochód mimo braku pewności, czy jest trzeźwy (co stanowi 4 mln kierowców). Zjawisko to dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Co więcej aż 70% kierowców ma błędne zdanie na temat metabolizowania się alkoholu w organizmie. 

W 2008 roku zatrzymano prawie 25 tysięcy osób kierujących pojazdami mających od 0,2 do 0,5 alkoholu w organizmie (najwięcej, bo ponad 2500 w województwie śląskim). Co więcej prawie połowa kierowców nie wie nawet, jaki jest dopuszczalny przez prawo drogowe poziom alkoholu w organizmie. 

W październiku rozpoczyna się druga edycja kampanii społecznej „Alko-Casco – Alkomat w każdym aucie” zainicjowanej przez znanego producenta wódek. Jej celem jest zwrócenie uwagi na problem nieświadomie nietrzeźwych kierowców oraz popularyzacja alkomatu, jako narzędzia służącego do pomiaru zawartości alkoholu w organizmie. Podczas rutynowych kontroli policyjnych w ręce kierowców w wybranych miastach trafią ulotki oraz alkomaty. W sumie w ramach kampanii organizator kampanii przekaże ponad 18 000 alkomatów oraz materiałów edukacyjnych. 

Urządzenie alkomatowe z kluczykami od auta

W tym roku kampania koncentruje się na młodych kierowcach, którzy często mają błędne przeświadczenie odnośnie własnych umiejętności, oceny ryzyka sytuacji i zachowania po spożyciu alkoholu. Młodość i tzw. stan wolny często – jak wskazują badania – łączą się z byciem nieświadomie nietrzeźwym kierowcą.

Udział w kampani biorą Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego oraz krajowy duszpasterz kierowców – ks. dr Marian Midura. Dodatkowo wybrane wojewódzkie komendy policji przyłączą się do akcji poprzez rozdawanie kierowcom alkomatów. 

Najnowsze

Kobieta za kierownicą autobusu

„Kobieta? Czarny kot! Wysiadam" - takie reakcje zdarzają się Pani Marzenie za kierownicą autobusu bardzo rzadko. Częściej obsypują ją kwiatami. Zdarza się, że musi "puknąć" poprzedzające auto, żeby nie narazić na szwank zdrowia pasażerów. Oto rozmowa z kobietą za kółkiem... Solarisa.

Pani Marzena uwielbia tę linię.
fot. Katarzyna Dziewicka

MARZENA BIAŁY
ukończone Technikum Samochodowe w Bydgoszczy
lat 18 + VAT
mężatka
pasjonatka motoryzacji
cel: instruktor nauki jazdy autobusem
 

Myślałam, że trzeba mieć dużą krzepę, żeby poskromić taki pojazd. Przekonałam się jednak, w trakcie naszej krótkiej podróży prowadzi Pani z lekkością i wdziękiem.

Nie trzeba mieć dużej siły. Wszystkie autobusy w Mobilisie mają automatyczne skrzynie biegów i ich prowadzenie praktycznie nie wymaga wysiłku fizycznego. Większością elementów w samochodzie kierują komputery. Czasami sobie żartujemy, że mamy najdroższe stanowisko pracy, bo warte prawie 700 tys. zł. 

Jak to się stało, że autobus jest Pani miejscem pracy? Co tutaj robi kobieta?
Mój przypadek jest trochę nietypowy. Skończyłam Technikum Samochodowe w Bydgoszczy – z zawodu jestem mechanikiem samochodowym. Ukończyłam tę szkołę jako jedyna kobieta. Zawsze pasjonowała mnie motoryzacja. Jednak nigdy nie chciałam pracować w warsztacie samochodowym. Marzyłam, żeby zostać kierowcą… tira.
Kiedyś nieprzychylnie patrzono na kobiety, które chciały jeździć ciężarówkami. Do autobusu w ogóle nas nie dopuszczano. W końcu to się zmieniło i od 2 lat jeżdżę w Warszawie na liniach dziennych i nocnych. 

Dlaczego autobus a nie ciężarówka? Przecież taki był Pani cel.
Nie udało mi się go zrealizować. Mam wprawdzie cztery kategorie prawa jazdy, ale nigdy nie będę kierowcą ciężarówki ze względu na trudny do przewidzenia czas pracy. Tutaj na linii wiemy, kiedy wyjeżdżamy, kiedy wracamy. Łatwiej jest pogodzić życie rodzinne z zawodowym. Dlatego to bardzo atrakcyjna praca. Poza tym kategoria D jest wyższa od C i dla mnie jest to swego rodzaju sprawdzian własnych możliwości.

Kierowca autobusu i to jaki!
fot. Katarzyna Dziewicka

Jakie wymagania musi spełnić kobieta, żeby znaleźć się w gronie kierowców komunikacji miejskiej?
Te same, co mężczyzna. Jeżeli jakaś pani chciałaby być kierowcą autobusu miejskiego w Mobilisie, musi mieć prawo jazdy kategorii B i zgłosić się do kierownika. Potem jest kierowana na kurs. Musi zrobić odpowiednie badania i po zdanym egzaminie jest zatrudniana. Nie jest wymagane konkretne wykształcenie. Wachlarz zawodów wśród pań jest bardzo szeroki, ale każda z nas ma zamiłowanie do jazdy. Dzisiaj nasza firma funduje prawo jazdy kategorii D wszystkim, którzy zgłoszą się do pracy, głównie paniom. Panie są bardzo mile widziane. 

Dlaczego są mile widziane?
Jak rozpoczynałam tutaj pracę, byłam czwartą kobietą. A potem długo, długo nic. Wtedy szef wpadł na pomysł, że zorganizuje paniom kurs prawa jazdy na własny koszt. W tej chwili zatrudnionych jest około 15 kobiet i cały czas szkolą się kolejne. Kobiety są bardziej wrażliwe, nastawione na pomoc innym. Chętniej zniżają autobus, delikatniej hamują, czekają na dobiegających pasażerów. A to w komunikacji miejskiej jest bardzo ważne. 

Czy trudno kobiecie odnaleźć się w takim środowisku? Jak Panią traktują koledzy?
Na początku, gdy byłyśmy tylko cztery, to nas trochę faworyzowali, byli bardzo szarmanccy. Teraz, gdy jest nas więcej, nadal okazują nam sympatię. Wielu mężczyznom imponuje kobieta za kierownicą. 

Czy są linie, na które kobiet się nie wysyła? Których Pani unika?
Generalnie nie ma takich linii. Jestem tego najlepszym przykładem, bo sama jeździłam na liniach nocnych. Myślę jednak, że kobiety nie powinny jeździć w nocy. Jest niebezpiecznie. W końcu zrezygnowałam z tych kursów. 

Co się stało?
Była bojka. Bałam się, że się pozabijają. Sytuację uratował patrol policyjny. 

Jak Pani sobie radzi w trudnych sytuacjach w autobusie, gdy konieczna jest interwencja kierowcy? Co się dzieje, gdy trzeba kogoś wyprosić?
Kierowca nie może wyprosić pasażera. Skasowany bilet uprawnia do kontynuacji jazdy. Czasami, jak widzą za kierownicą kobietę, to się sami uspokajają. W trudnych sytuacjach można liczyć tylko na reakcję współpasażerów. 

Pani ulubiona linia?
319 Metro Wilanowska – PKP Jeziorki. Ulubiona, bo jeżdżą nią bardzo sympatyczni pasażerowie. 

Najtrudniejsza droga?
Most Grota-Roweckiego w stronę Centrum. Tam mamy kilka linii. Na moście jest ograniczenie do 40 km/h, a w dodatku autobus musi zjechać na lewy pas. Większość kierowców jedzie szybciej, a gdy autobus znajdzie się na lewym pasie – dziwią się, co on tam robi? Wielu jest bardzo niesympatycznych. W „rewanżu” wyjeżdżają przed autobus i gwałtownie hamują. To bardzo niebezpieczne. Autobusem nie można zahamować tak, jak samochodem osobowym. Droga hamowania jest znacznie dłuższa. Czasami lepiej jest uderzyć w poprzedzający pojazd, niż gwałtownie zahamować i narazić zdrowie pasażerów. 

Jakimi autobusami lubi Pani jeździć, a jakimi nie?
Mamy tyko Solarisy. To praktycznie nowe autobusy. Jeżdżąc nimi, trzeba pamiętać tylko o gabarytach i wystających lusterkach. Prowadzi się je bardzo dobrze. 

Pasażerów wita z uśmiechem
fot. Katarzyna Dziewicka

Czy radzi sobie Pani sama z drobnymi naprawami, czy korzysta z pomocy kolegów bądź serwisu?
Każdy kierowca jeżdżący na rannych liniach robi obsługę codzienną autobusu. Musi sprawdzić światła, poziom płynów i w warsztacie je uzupełnić. Zauważone usterki usuwają mechanicy. Na trasie musimy wiedzieć, jak naprawić podstawowe awarie. Gdy mamy większy problem, pomagają nam dyspozytorzy przez radio CB. Jak nie da się nic zrobić, przyjeżdżają mechanicy. 

Czy pasażerowie bardzo się dziwią, gdy widzą kobietę za kółkiem?
Dwa razy zdarzyło się, że pasażerowie obdarowali mnie kwiatami, w tym raz na linii nocnej. Była też zabawna reakcja pana, który widząc mnie za kierownicą, powiedział: „Kobieta? Czarny kot! Wysiadam”. I wysiadł. Wielu jednak przychodzi i gratuluje świetnej jazdy. Natomiast reakcje innych uczestników ruchu są rożne. Ogromnym szacunkiem darzą nas kierowcy ciężkich pojazdów. Czasami klaszczą, czasami pokazują „ok”. Gorzej reagują kobiety za kierownicą szczególnie lepszych samochodów. Mam tu na myśli sytuację, gdy trzeba wyjechać z zatoki na ulicę – kobiety niechętnie ustępują miejsca.

Czy ma Pani specjalny strój do pracy?
Mam na sobie. To właśnie czerwony krawat i stalowa koszulka – ubranie służbowe. W przygotowaniu są czarne mundurki: spodnie i marynarka. Na pewno w ciągu miesiąca będziemy je mieli. 

Czy praca w święta i weekendy nie jest uciążliwa dla Pani? Jak rodzina to przyjmuje?
Firma wychodzi naprzeciw kierowcom w ustalaniu grafiku. Mogę dopasować czas pracy do życia rodzinnego. Zazwyczaj jeżdżę rano. Zaczynam o 4.00. Mąż odprowadza syna do przedszkola, a ja go odbieram.
Mój wybór nie zdziwił rodziny. W końcu jestem mechanikiem samochodowym. Chyba najbardziej kibicowała mi teściowa. Mąż mnie bardzo wspiera. Zdarza się, że na trasie przynosi mi kawę do autobusu, a czasami nawet prasuje koszulę do pracy. Myślę, że jest ze mnie dumny. Za często mi tego nie mówi, ale chwali się przed znajomymi, że jestem kierowcą autobusu. 

Nie boi się o Panią?
Gdy jeździłam na nocnych liniach, to się bał. I w główniej mierze ze względu na jego prośby zrezygnowałam z pracy nocą. 

Z Marzeną Biały, kierowcą autobusu miejskiego w firmie Mobilis Sp. z o.o. rozmawiała Katarzyna Dziewicka. Artykuł ukazała się w „Auto Transport”.

Najnowsze

Setna rocznica Bernda Rosemeyera

Dziś - 14 października - legenda wyścigów - Bernd Rosemeyer skończyłby 100 lat. Zaczynał od wyścigów motocyklowych startując na NSU, potem DKW, by wreszcie zasiąść w Auto Union i rywalizować o mistrzostwo z takimi sławami jak Hans Stuck i Achille Varzi.

fot. Audi

Bernd Rosemeyer zyskał międzynarodową sławę jako kierowca Auto Union startujący w wyścigach Grand Prix, ale też jako bijący rekordy w erze „srebrnej strzały” w latach trzydziestych. Zwycięstwa w zawodach w Europie, Afryce i USA sprawiły, że stał się ulubieńcem publiczności – również z powodu zuchwałego stylu jazdy. Niestety na początku 1938 roku, w szczytowym okresie swojej kariery zginął bijąc rekord świata. 

Swoją karierę Bernd Rosemeyer rozpoczął w wyścigach motocyklowych na trawiastych torach i w wyścigach ulicznych. W 1932 roku został kierowcą zakładowym NSU, a w 1933 roku przeszedł do DKW. W październiku 1934 roku zdał egzamin na kierowcę młodego pokolenia jadąc z dużą brawurą trudnym
do prowadzenia samochodem Auto Union i od razu dołączył do zespołu wyścigowego startującego pod znakiem czterech pierścieni, obok Hansa Stucka i Achille Varzi. Od tego momentu jego kariera nabrała rozpędu.

Po raz pierwszy wystartował w Srebrnej Strzale Auto Union w wyścigu AVUS w 1935 r. Uwagę kibiców zwrócił na siebie, gdy w wyścigu Eifelrennen dotarł na metę jako drugi, tuż za mistrzem i legendą wyścigów Rudolfem Caracciola.

25 września 1935 roku Rosemeyer wygrał w Brnie swoje pierwsze Grand Prix. Jeden triumf gonił kolejny, rok później wygrał m.in. Grand Prix w Niemczech, Szwajcarii i we Włoszech oraz zdobył rękę Elli Beinhorn, znanego pilota sportowego, którą poślubił w tym samym roku.

W sezonie 1937, Rosemeyer przekroczył kilka „granic dźwięku” w sporcie motorowym. W wyścigu Eifelrennen na torze Nürnburgring jako pierwszy miał czas przejazdu jednego okrążenia poniżej 10 minut (9.54) – na legendarnej pętli północnej. W wyścigu AVUS, jadąc samochodem Auto Union Typ C 
na prostym odcinku, osiągnął nawet jak nadzisiejsze czasy ogromną prędkość 380 km/h. Podczas bicia rekordu na autostradzie pod Frankfurtem jako pierwszy przekroczył prędkość 400 km/h – na drodze publicznej. Ostatnie zwycięstwo odniósł w wyścigu w Donington 2 października 1937 roku. Kolejna próba pobicia światowego rekordu 28 stycznia 1938 roku, na autostradzie między Frankfurtem a Darmstadt (dziś A5) zakończyła się tragicznie. Przy prędkości ponad 430 km/h samochód wpadł w poślizg. Bernd Rosemeyer zginął na miejscu.

Najnowsze

Pierwszy śnieg – uważajmy na drogach!

I stało się, pierwszy śnieg spadł w górach i ulice Zakopanego pokrywa biały puch. Malowniczym widokom towarzyszy jednak pogorszenie warunków na drodze, a ponieważ zimową pogodę na początku jesieni zapowiadają w całej Polsce przeczytaj, o czym powinnaś pamiętać.

Ulewa… i widać niewiele.
fot. Motocaina

Zimowa zasada numer 1 – jeździmy wolniej, jak zawsze przepisowo, ale nie bądźmy też zawalidrogami!

Powierzchnia jezdni jest teraz pełna niebezpieczeństw. Spadające liście, zgromadzony na jezdni kurz zmieszany z wodą; kałuże, które mogą kryć w swoich odmętach niespodziewane dziury, gwałtowne deszcze, z którymi rady nie daje sobie bieżnik naszej opony i… niskie temperatury, które nie wiadomo skąd atakują nas w środku zimy przynosząc gołoledź. To naprawdę wystarczająco wiele powodów by zdjąć nogę z gazu i z rozwijaniem większych prędkości poczekać do ciepłej wiosny.

 

Choć brzmi to pesymistycznie i martwi każdego, nie ma przecież nic cenniejszego niż nasze bezpieczeństwo – warto więc zrezygnować z chwilowej, oby nie jednorazowej przyjemności na rzecz długowieczności. Pamiętajmy też o pieszych i nie fundujmy im darmowych kąpieli w błocie – koleiny przy chodnikach to w naszym kraju standard, a ochlapanie przechodzących obok ludzi nie jest trudne, jeśli nie zachowamy należytej ostrożności.

Patrząc na pogodę za oknem przyda się również znalezienie w naszym kalendarzu czasu na wizytę u wulkanizatora. Choć z wymianą opon na zimowe, nie ma się co spieszyć, patrząc na zróżnicowaną aurę za oknem, to jednak niebawem możemy spodziewać się mrozów, a wtedy stanie w kolejce na wymianę i wyważenie kół może potrwać dobre kilka godzin. Umówmy się więc już dziś z odpowiednim wyprzedzeniem.

Pamiętajmy też o płynie do spryskiwaczy – lepiej zaopatrzyć się już w płyn zimowy. Napełniając w tej chwili zbiornik płynem letnim ryzykujemy jego zamarznięcie w nocy.

Śnieg to idealna pogoda dla narciarzy, plucha jest z kolei idealna tylko dla tych, którzy na zimę niczym bociany uciekają w ciepłe kraje. Inni, muszą jeździć ostrożniej i z głową, a wtedy wszyscy na drogach będziemy bezpieczniejsi.

Udanej, bezpiecznej jazdy!

Najnowsze

Internetowe Auto Roku 2009

Koniec roku za pasem, a więc pora na podsumowania. Pisałyśmy wam już o samochodach zakwalifikowanych do konkursu Car of The Year 2010, teraz zamieszczamy wyniki plebiscytu Internetowe Auto Roku 2009.

fot. Opel

Internetowe Auto Roku to konkurs organizowany przez AutoScout24. W tym roku wzięło w nim udział około 250 tysięcy europejczyków wybierając auto nr. 1 (nagroda główna) oraz dziewięciu liderów poszczególnych segmentów rynku. W konkursie startowało aż 331 pojazdów.

Pierwsze miejsce otrzymał (jakże by inaczej zdobywca 1. miejsca w ubiegłorocznym Car of The Year, a także 26-krotny laureat przeróżnych konkursów) Opel Insignia. W pozostałych kategoriach zdecydowanie dominowała marka Audi zdobywając aż cztery nagrody. Najlepszym autem sportowym i coupe zostało Audi R8, w klasie wyższej średniej wygrało Audi A6, pierwsze miejsce w klasie średniej zdobyło Audi A4, a w klasie samochodów kompaktowych Audi A3.

Najlepszym (i najładniejszym) kabrioletem zostało BMW Z4, na podium znalazł się również inny model niemieckiego producenta – BMW X6, który zdobył pierwsze miejsce w segmencie aut terenowych i SUV.

Nagroda dla najlepszego vana przypadła Mercedesowi klasy B, a model SLS AMG producenta ze Stuttgartu zdobył również nagrodę w kategorii „nowość wystawy Frankfurt 2009″. W rankingu znalazło się również miejsce dla Maserati Quattoporte (klasa wyższa i auta luksusowe) oraz… najmniejszego finalisty Alfa Romeo Mito.

Najnowsze