5 flagowych limuzyn do 100 tys. złotych

Ich ceny przekraczają pół, a niekiedy sięgają nawet miliona złotych. Ale starsze generacje najlepszych, flagowych limuzyn mogą kosztować ułamek kwoty, którą musimy zapłacić za nowy egzemplarz i nadal oferują luksus na bardzo wysokim poziomie. Oto 5 flagowych limuzyn, które kupimy za 100 tys. złotych.

Mercedes klasy S
Klasa S Mercedesa to kolejna ikona segmentu luksusowych limuzyn. Historia modelu rozpoczęła się w 1972 roku, a na rynku dostępna jest już jego 6. generacja. Podobnie jak w przypadku Lexusa LS, flagowa limuzyna z Niemiec w większości przypadków kosztuje grubo ponad pół miliona złotych. Oczywiście na rynku wtórnym nie brakuje używanych aut za ułamek tej kwoty.

Za 100 tys. zł bez problemu kupimy egzemplarz poprzedniej, 5. generacji klasy S, która zadebiutowała w 2005 roku. W tej cenie w ogłoszeniach znajdziemy wersje z silnikami V6 i V8, w tym także sporo egzemplarzy z jednostkami Diesla. Oczywiście każde z aut zapewnia wysoki komfort. Najlepsze egzemplarze są wyposażone w m.in. asystenta pasa ruchu, tuner TV, podgrzewaną przednią szybę, klimatyzację czterostrefową czy podgrzewane i wentylowane fotele z funkcją masażu.

Za wspomnianą kwotę można też znaleźć zadbanego, 30-letniego klasyka z drugiej generacji modelu.

Audi A8 (zdjęcie otwierające)
Największa limuzyna Audi jest stosunkowo młodym modelem w segmencie, bowiem jej produkcja ruszyła w 1994 roku. Aktualnie w salonach znajdziemy 4. generację samochodu, która tak jak Lexus LS zadebiutowała w 2017 roku. Mimo mniejszego rynkowego stażu model A8 cieszy się dużą popularnością i tak jak konkurenci ma wiele do zaoferowania. A na rynku wtórnym jest w czym wybierać.

Kwota 100 tys. zł bez problemu wystarczy na zakup około 10-letniego egzemplarza z poprzedniej, 3. generacji modelu. Takie auto może być wyposażone w 4-strefową klimatyzację, podgrzewane i wentylowane siedzenia z funkcją masażu, asystenta pasa ruchu, czujniki martwego pola, tuner TV, zawieszenie pneumatyczne czy system nagłośnienia Bose. Warto jednak dodać, że na polskim rynku wiele samochodów z tego okresu jest wyposażona w silnik Diesla.

BMW serii 7
Seria 7 BMW to kolejna ikona segmentu luksusowych limuzyn. Produkowane od 1977 roku auto doczekało się sześciu generacji. Najnowsza zadebiutowała w 2015 roku i podobnie jak nowy Lexus LS, Mercedes Klasy S czy Audi 8 kosztuje zdecydowanie ponad 400 tys. zł.

Podobnie jak w przypadku konkurencji, 100 tys. zł wystarczy na zakup poprzedniej generacji BMW serii 7. W takim, około 10-letnim samochodzie znajdziemy kamerę cofania, odtwarzacz DVD, aktywny tempomat, asystenta martwego pola, podgrzewane i wentylowane fotele, elektryczne rolety czy 4-strefową klimatyzację. W polskich ogłoszeniach większość egzemplarzy wyprodukowanych po 2010 roku jest wyposażona w 3-litrowy silnik Diesla. Osoby oczekujące benzynowej V-ósemki powinny szukać nieco starszych aut.

Jaguar XJ
Model XJ Jaguara to kolejna luksusowa limuzyna z nie tylko długim nadwoziem, ale i rynkowym stażem – samochód jest produkowany od 1968 roku. Tak jak w przypadku konkurencji, ceny nowych egzemplarzy obecnej generacji niejednokrotnie przekraczają pół miliona złotych. A ponieważ aktualny model zadebiutował w 2009 roku, luksusową limuzynę w obecnej odsłonie w dużo niższej cenie znajdziemy również na rynku wtórnym.

100 tys. zł wystarczy na zakup Jaguara XJ wyprodukowanego po 2010 roku. Osoby zainteresowane takim autem będą miały do wyboru głównie silniki 3.0 V6 – benzynowy i Diesla (z takim motorem pod maską auto obecnie wyjeżdża z salonów), a także 5-litrową V-ósemkę. Brytyjska limuzyna może być wyposażona przede wszystkim w 4-strefową klimatyzację, odtwarzacz DVD, podgrzewane siedzenia, asystenta parkowania, kamerę cofania, a także asystentów pasa ruchu i martwego pola czy aktywny tempomat.

Lexus LS
Największa limuzyna Lexusa była pierwszym modelem japońskiej marki i jest z nami już od 30 lat. Z salonów Lexusa wyjeżdżają obecnie egzemplarze 5. generacji modelu, których ceny w najbogatszych konfiguracjach sięgają nawet 800 tys. zł. Ale dysponując kwotą około 100 tys. zł możemy bez problemu stać się właścicielami auta którejś z poprzednich generacji.

Takie pieniądze wystarczą już na zakup bogato wyposażonego egzemplarza z 4. odsłony modelu, produkowanej od 2006 roku. I na pewno nie będzie to zły wybór, bo Lexus LS 460 zdobył tytuł World Car of the Year 2017. W przypadku tego modelu LS-a do wyboru są przede wszystkim dwie wersje silnikowe – wspomniana w poprzednim zdaniu 460 z motorem V8 o pojemności 4,6 l oraz hybrydowa odmiana 600h z silnikiem V8 5.0. Co oferuje Lexus LS 4. generacji? Lista wyposażenia jest naprawdę długa, a w najbogatszych wersjach znajdują się na niej m.in. automatyczna, 4-strefowa klimatyzacja, podgrzewane i wentylowane fotele z funkcją masażu, dostęp bezkluczykowy, aktywny tempomat, asystenci pasa ruchu i martwego pola, odtwarzacz DVD i system audio klasy premium Mark Levinson.

Miłośnicy klasyki mogą też sięgnąć po egzemplarz z pierwszych lat produkcji, bowiem Lexus LS naprawdę dobrze znosi próbę czasu. Ale uwaga – auto zaczyna być coraz bardziej cenione przez kolekcjonerów i ceny niektórych, ponad 20-letnich Lexusów LS zbliżają się do 100 tys. zł!

Najnowsze

Kupujemy coraz więcej aut elektrycznych

W I kwartale br. w Polsce zarejestrowano 620 samochodów elektrycznych (w pełni i hybryd plug-in), o 79,7% więcej niż rok temu - wynika z najnowszych danych ACEA.

Taki wynik to trochę ponad 4 promile całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w Polsce i dopiero 14. miejsce w Unii Europejskiej. Jednakże eksperci Exact Systems zwracają uwagę na barierę finansową, która sprawia, że obywateli krajów z niższym PKB nie stać na kupowanie drogich aut elektrycznych. Sytuacja może ulec zmianie już w 2022 roku, kiedy prawdopodobnie ceny pojazdów elektrycznych zrównają się z cenami swoich spalinowych odpowiedników.

– Za nami bardzo dobry I kwartał, zarówno pod względem dynamiki sprzedaży, jak i wzrostu udziału aut elektrycznych w całości rejestracji. Wolumenowo plasujemy się na 14. pozycji w UE, jednak ponad nami jest szklany sufit. Na 13. miejscu znajduje się Finlandia z prawie trzykrotnie wyższą sprzedażą i ponad trzykrotnie wyższym PKB per capita. W czołowej 10 jedynie Portugalia ma PKB na poziomie nie przekraczającym 20 000 euro. Widać też wyraźny podział na Europę Zachodnią i resztę kontynentu. Obywateli biedniejszych państw nie stać na masowe kupowanie elektryków, dlatego w Polsce niezbędny jest system dopłat i zachęt podatkowych, które pomogą rozwijać ten rynek w okresie przejściowym, czyli zanim ceny napędów alternatywnych zrównają się ze spalinowymi. Istnieje obawa, że jeśli dynamika spadku cen ekoaut będzie niezadawalająca, wówczas regulator, w naszym przypadku UE, wprowadzi dodatkowe obciążenia na auta tradycyjne – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems.

Polska liderem w CEE
Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów (ACEA) podało, że w I kwartale br. w Polsce zostało sprzedanych 620 nowych samochodów z napędem elektrycznym: 413 auta w pełni elektryczne (+177%) oraz 207 hybryd plug-in (+5,6%). Może cieszyć zarówno dynamika – ponad 79% r/r, jak i wzrost udziału w rejestracji wszystkich nowych osobówek, który w ciągu roku podskoczył z 2 do 4,4 promila (0,44%). Średnia unijna pozostaje ponad pięć razy wyższa (2,46%). Natomiast wolumen sprzedaży pozwolił Polsce zająć dopiero 14. miejsce w Unii Europejskiej. Pierwszą trójkę tworzą kolejno Niemcy, Wielka Brytania oraz Francja – w każdym z tych krajów w ciągu trzech pierwszych miesięcy br. zostało sprzedanych ponad 14 tys. aut elektrycznych. W regionie CEE Polska objęła pozycję lidera, wyprzedzając Węgry.[1]

Hybrydy nadal popularne
Jeśli już Polacy decydują się na auto z alternatywnym napędem to zdecydowanie częściej wybór pada na klasyczne hybrydy. Od początku roku w Polsce zostało ich zarejestrowanych 6046 (+5,3% r/r). Taki wynik daje nam dobre 6. miejsce w UE. Natomiast 4% udział aut hybrydowych w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych w I kwartale br. jest zbliżony do średniej Unii Europejskiej (4,6%).

Silniki benzynowe wypierają diesle
Ekomoda, afera Dieselgate oraz coraz wyższe standardy emisji spalin nie sprzyjają dieslom. Ich udział w łącznej sprzedaży nowych samochodów osobowych spada, zarówno w Polsce jak i w Unii Europejskiej. W naszym kraju w I kwartale br. diesle stanowiły 21,2% całkowitej sprzedaży nowych osobówek, rok temu – 23,2%. Zyskują na tym pojazdy z benzynowym silnikiem, których udział w rynku wzrósł do 72,5% (z 71,2%). W całej Unii udział diesli w całkowitej sprzedaży spadł z 37,9% do 32,2%, natomiast silników benzynowych wzrósł do 59,3% rejestracji (I kwartał 2018 – 55,5%).

Elektrorewolucja kwestią czasu
Jak podkreślają eksperci Exact Systems, przemysł motoryzacyjny mocno postawił na rozwój technologii dla aut o napędach alternatywnych. Skutkuje to wzrostem możliwości i osiągów przy jednoczesnym obniżaniu kosztów produkcji.

– Jeśli ten trend się utrzyma, już za kilka lat ceny dużych aut elektrycznych zrównają się z cenami swoich tradycyjnych odpowiedników, co jest bardzo dobrym prognostykiem dla krajów takich jak Polska. Kiedy to nastąpi? Według mocno optymistycznych założeń Bloomberg New Energy Finance (BNEF), nawet w 2022 roku. Autorzy BNEF podają, że kluczowy jest tutaj koszt wytworzenia akumulatorów, które jeszcze w 2015 roku stanowiły 57% wartości elektroauta, a w 2025 będzie to zaledwie 20%[2]. I chociaż dużą rolę w tym procesie odegrają zmieniające się ceny surowców oraz skala popytu na nie, to upowszechnienie napędów elektrycznych staje się coraz bardziej prawdopodobne. A to wprowadzi elektromobilność na kolejny poziom – być może niedługo będziemy regularnie podróżować także elektrostatkami czy elektrosamolotami. Te drugie będą testowane już w tym roku m.in. przez magniX i Harbour Air   – podsumowuje Jacek Opala.

Najnowsze

Skutery podbijają serca Polaków?

Mieszkańcy południa Europy dawno pokochali skutery. Na uliczkach słonecznej Hiszpanii czy Włoch znacznie łatwiej można natknąć się na jednoślad niż samochód. Moda na skutery od kilku lat rozwija się także w Polsce. Dlaczego?

Po pierwsze: korki
Chyba każdy mieszkaniec dużego miasta dostaje gęsiej skórki na hasło „korek na drodze”. Korki to prawdziwa zmora współczesnych metropolii – w dodatku taka, której ciężko jest uniknąć, jeśli nie zrezygnuje się z samochodu. Właśnie dlatego warto zastanowić się nad zakupem skutera. Dzięki niemu zgrabnie ominiemy korki, a co za tym idzie, skrócimy nasz czas dojazdu do pracy czy na uczelnię. Podczas gdy inni będą się frustrować stojąc w wielometrowych ogonkach, Tobie nie będą one przeszkadzać ani trochę!

Po drugie: parkowanie
Samochód to wygoda, dopóki nie trzeba go zaparkować. W miastach takich jak Warszawa czy Łódź, szukanie miejsca parkingowego czasami trwa prawie tyle, co sam dojazd do wyznaczonego miejsca, a pozostawienie samochodu blisko naszego celu często graniczy z cudem – w rezultacie i tak sporą część drogi musimy pokonać pieszo. Małe gabaryty skutera sprawią, że znalezienie miejsca parkingowego nie będzie stanowić dla nas problemu – przestrzenie zbyt wąskie na samochód są idealne dla jednośladów.

Po trzecie: ekologia
To oczywiste, że skuter wytwarza znacznie mniej spalin niż samochód. Skuter elektryczny nie emituje ich jednak wcale. W ofercie polskiej marki TrybEco znajdziemy np. skutery o zasięgu do 60-65 km – w sam raz do codziennej jazdy po mieście. Warto wiedzieć, że korzystając z elektrycznego skutera nie tylko przyczynimy się do poprawy jakości powietrza w naszym środowisku, ale również nie wygenerujemy hałasu. Kolejny atut elektrycznego jednośladu to jego lekkość. Dzięki małej wadze kierowanie i parkowanie jest jeszcze łatwiejsze!

Po czwarte: oszczędność
Koszty eksploatacji skutera – zarówno tradycyjnego, jak i elektrycznego – są znacznie niższe niż w przypadku samochodu. W walce jednośladów zdecydowanie wygrywa jednak ten elektryczny. Po pierwsze, czas pełnego ładowania to zaledwie 4-6 godzin. Rachunki za prąd nie przyprawią nas zatem o ból głowy, bo za przejechane 100 km zapłacimy… około 1,50 zł! Po drugie, skuter elektryczny jest praktycznie bezusterkowy. Nie posiada on rury wydechowej, rozrusznika, nie wymaga wymiany oleju… nie ma w nim zatem elementów, które mogłyby się zepsuć. Jeśli więc mamy w planach zakup skutera, zdecydujmy się na ten elektryczny. Nie tylko zaoszczędzimy dzięki temu pieniądze, ale zadbamy również o środowisko, w którym żyjemy.

Najnowsze

Monika Rutkowska

Keanu Reeves tworzy motocykle! Hollywodzki aktor opowiada o swojej pasji

Keanu Reeves to postać, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Hollywodzki aktor udzielił niedawno prawie 12-minutowego wywiadu dla kanału GQ, w którym opowiedział o swojej pasji i firmie Arch Motorcycle, której jest współzałożycielem.

„Kiedy stajesz się kolekcjonerem motocykli? Kiedy masz więcej niż dwa, czy więcej niż jeden motocykl? A może więcej niż trzy? Jeśli więcej niż trzy, to ledwo łapię się na kolekcjonera”. Aktor żartował. Chyba nie wziął pod uwagę faktu, że jest współzałożycielem firmy produkującej motocykle, a także tego, że ma unikatowy model Ducati 998 z planu „Matrix Reloaded”.

Keanu dorastał w Toronto, gdzie obserwował, jak każdego lata duże grupy motocyklistów pojawiały się w miejscu zwanym New York Ville. Miało to na niego ogromny wpływ, bo – jak sam przyznał – „(…) te motocykle, ci ludzie, to wszystko dotknęło w jakiś sposób tego 10-letniego chłopca”.

Aktor opowiada także o swoich początkach z motocyklami. „Nauczyłem się jeździć na motocyklu, podczas kręcenia filmu w Monachium. Pewna kobieta miała motocykl enduro i zapytałem ją, czy nauczy mnie jak jeździć. Kiedy wróciłem do Los Angeles, to było mniej więcej w roku 1986 lub 87, kupiłem swój pierwszy motocykl”.

Cały wywiad odbywa się w fabryce Arch Motorcycle. Znajduje się w niej mnóstwo motocykli, część z nich to motocykle klientów, a część to prywatne motocykle Keanu i jego kolegi Garda Hollingera, współzałożyciela firmy.

Keanu swój pierwszy motocykl kupił w 1987 roku, był to Norton Commando 850 MK2A z 1973 roku.

„Jeździłem na motocyklu w filmach „Reakcja łańcuchowa” i „Moje własne Idaho”. W filmie „Moje własne Idaho” mężczyzna przyjechał na kanarkowo-żółtym Nortonie i zaczął: Znasz ten motocykl? Tu jest… A ja powiedziałem – Spokojnie, wiem wszystko. To był zabawny dzień”.

Film, w którym Keanu opowiada o swojej pasji:

W wywiadzie aktor pokazuje także wyjątkowe Ducati 998 z filmu „Matrix Reloaded” w spektakularnej, „matrixowej zieleni”, oznakowane napisem „Matrix Reloaded”.

„Kiedy pracuje na planie, często mam kontrakty, w których jest napisane, że nie mogę jeździć na motocyklu. Jesteś na planie i nie chcą żebyś doznał wypadku, czasami zwracałem na to uwagę, a czasami nie. Ups! Nic na to nie poradzę. Kiedy nie jeżdżę na motocyklu to cierpię, a to nie jest dobre dla mojego zdrowia”.

Z materiału dowiadujemy się, jak narodziła się współpraca Keanu z Gardem, współzałożycielem Arch Motorcycle.

„Miałem motocykl Harley-Davidson Dyna Wide Glide, który był niesamowitym motocyklem, ale chciałem go spersonalizować. Wtedy poznałem Garda Hollingera, właściciela firmy Choprods. Gard wziął silnik z Harleya i zbudował do niego resztę, tak właśnie powstał prototyp motocykla Arch Motorcycle”.

Firma stworzyła ponad 200 części do motocykli, sama produkuje wiele, ale dużo podzespołów pochodzi od renomowanych producentów. W motocyklach spod znaku Arch znajdziemy zawieszenie Öhlins, karbonowe koła od firmy BST, silnik od S&S, opony Michelin, czy dodatki firmy Rizoma.

Aktor jest odpowiedzialny za design i wizję firmy, i – jak sam przyznaje – „Jestem zaangażowany w firmę, jej wizje, image, ale nie chcielibyście żebym cokolwiek naprawiał czy montował, mogę się przejechać i powiedzieć, co wymaga poprawy, zrobić taki test jakości”. Całą resztą zajmuje się jego kolega Gard.

W siedzibie firmy znajdują się także szybsze maszyny, Keanu przyznaje, że lubi pojeździć na torze, więc w stajni znajdują się także odpowiednie kucyki. „Lubimy także pojeździć po torach, więc to odpowiednie maszyny, kiedy chcemy pojeździć szybko. Jeżdżę Kawasaki ZX-10R, Gard ma Yamahę R1, a Ross, który pracuje w firmie jeździ Aprilią RSV4. Wszystkie są niesamowite”.

Następnie, Keanu przedstawia nam motocykl 2019 METHOD 143, to prototyp wyposażony w nadwozie wykonane z włókna węglowego. W motocyklu zamontowany jest silnik firmy S&S V-twin. Wszystko wygląda trochę futurystycznie szczególnie, że różne materiały, z których został stworzony, łączą się ze sobą tworząc integralną część. Jednoślad wykonany z takich materiałów jak aluminium, karbon, skóra wygląda spektakularnie. „Ten model jest skandaliczny, ale skandal, to część zabawy”. 

Oglądając materiał, nie da się nie zauważyć, że Keanu to prawdziwy fan motocykli. O wszystkim opowiada z niesamowitym zaangażowaniem i pasją. Polecamy obejrzeć i zobaczyć na własne oczy, jakie motocykle wychodzą spod znaku Arch. To prawdziwe cuda i naprawdę warto je zobaczyć!

Najnowsze

Karolina Pilarczyk wystartowała w zawodach driftingowych w USA – z jakim skutkiem?

Po kilku latach ciężkiej pracy, poszukiwania sposobu i budżetu by móc wystartować w najbardziej prestiżowych zawodach driftingowych na Świecie - Formula Drift w USA, w końcu się udało! Karolina Pilarczyk otrzymała licencję FD Pro2 i pomimo borykania się już od początku z różnymi problemami, wspólnie z managerem team’u, Mariuszem Dziurleją, postanowili zrealizować marzenie.

To miał być czas na zapoznanie się z nowymi warunkami, zawodnikami oraz torami driftingowymi. Zawody gtego typu gromadzą w USA tysiące kibiców na trybunach oraz miliony przed telewizorami. To miał być relatywnie spokojny czas na zapoznanie się i przystosowanie do amerykańskich warunków na zawodach. Miało być pięknie, radośnie i słonecznie. Nie sprawdziły się nawet prognozy pogody, bo był to niemalże poligon doświadczalny, góra lodowa problemów i rollercoaster emocji, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych. Tak w skrócie można opisać pierwsze dwie rundy driftingowych zawodów Formula Drift PRO 2, z których wróciła właśnie Karolina Pilarczyk, podwójna Mistrzyni Europy w driftingu.

Dawid i Goliat w parku maszyn
„To niesamowite, jak profesjonalnie do driftu podchodzą amerykańscy kierowcy” z pasją opowiada Karolina Pilarczyk. „Wiedzieliśmy, że jedziemy do USA na rekonesans, bez zaplecza logistycznego, teamu do wymiany opon czy dbania o każdy parametr auta. Dlatego nasze stanowisko z autem driftingowym w porównaniu ze stanowiskami innych zawodników wyglądało niemalże jak właśnie starcie Dawida z Goliatem. Tam przy każdym zawodniku była kilkuosobowa ekipa techniczna, ciężarówka, która była jednocześnie magazynem części zamiennych, stacją benzynową, warsztatem napraw auta driftingowego. U nas: jedno auto driftingowe, pożyczona laweta, na której je przywieźliśmy, mały namiocik oraz ekipa techniczna w osobie Mariusza, mojego menadżera” śmieje się Karolina. I chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że to powinno Karolinę co najmniej onieśmielić przed zawodami – nic z tych rzeczy. Karolina realnie podchodziła do sprawy – to jest sezon nauki: zorientowanie się w potrzebach, oswojenie z miejscami, torami, zasadami, więc to co było dla niej najważniejsze to posiadanie sprawnego pojazdu do zawodów, by dobrze zaznaczyć swoją obecność w Formule Drift.

Kłopoty przyszły z najmniej spodziewanej strony
I właśnie auto okazało się tym najsłabszym ogniwem amerykańskiej przygody z driftingiem. Zespół Karoliny podjął kilka miesięcy temu decyzję, by auto zostało zbudowane w USA przez zawodnika Formula Drift, który wydawałoby się, doskonale znał wymagania techniczne zawodów. Dodatkowo odchodziła kwestia wysyłania samochodu do Stanów i związana z tym biurokracja – to wszystko wydawało się być najlepszym rozwiązaniem. Niestety szybko przyszło ogromne rozczarowanie. Nikt nie przetestował samochodu i podczas pierwszego testu na dzień przed zawodami, pojazd okazał się być niesprawny. Potem było coraz gorzej. Z braku czasu i miejsc, drugi test pojazdu odbywał się podczas 1 rundy Formula Drift Pro2. „Po otworzeniu maski przyznam, że się załamałem. Nie chciałem straszyć Karoliny przed startem, ale musiałem jej uświadomić czym ma jeździć” – wspomina Mariusz Dziurleja, team manager Karoliny i konstruktor jej aut jeżdżących w europejskich zawodach. „W tamtym samochodzie do wymiany było praktycznie wszystko. Co przejazd to Karolina wracała z kolejną usterką, nie nadążałem z naprawami. Byłem z tym zupełnie sam, z małą skrzynką narzędzi, bez porządnego zaplecza serwisowego, bez części zamiennych, a czas nas gonił. Pomimo niesprawnego samochodu, Karolina zdobyła punkty podczas pierwszej rundy, a my mieliśmy dwa tygodnie na poprawę niedoróbek w aucie” dodaje Mariusz. Poprawa niedoróbek skończyła się wymianą właściwie… wszystkich najważniejszych podzespołów. To było jak budowanie auta na nowo. Karolina i Mariusz zamiast spędzić czas między zawodami na regenerowaniu się i mentalnym przygotowaniu do kolejnej rundy w Atlancie, czas spędzili w sklepach z częściami motoryzacyjnymi oraz warsztacie samochodowym. „Na szczęście kochamy samochody i kochamy naszą pracę i pomimo rozczarowania stanem naszego auta, te dwa tygodnie były dla nas przyjemną koniecznością. Nigdy nie mamy problemu z tym, żeby poświęcić czas samochodom. Tu dobraliśmy się idealnie” wspomina ten czas Karolina.

Kapryśna aura
I choć wiele rzeczy udało się wymienić, to dalej samochód w Atlancie kaprysił i zaskakiwał nowymi usterkami. „Dużą pomoc i wsparcie dostaliśmy od amerykańskich kolegów, to było dla nas bardzo ważne i niesamowite. Kierowcy driftingowi w większości się wspierają, co jest bardzo piękne. I choć zdarzają się wyjątki, to wolę pamiętać te miłe chwile i słowa wsparcia” jak zawsze optymistycznie stwierdza Karolina. „ Dość optymistycznie podeszłam do rundy w Atlancie. To było moje wymarzone miejsce, gdzie chciałam jeździć. Wiedziałam też, ile pracy włożyliśmy w ten samochód. Nie spodziewałam się, że kolejne rzeczy zawiodą. Szybko się z nimi uporaliśmy, ale auto sprawne wyjechało dopiero na kwalifikacje. No i tu też kolejnego psikusa zrobiła nam pogoda. Przeważnie słoneczna Atlanta przywitała nas takim deszczem, że samochody na torze sunęły niczym po lodowej tafli i choć udało mi się zaliczyć kwalifikacje i zyskać kolejne punkty w klasyfikacji ogólnej, niestety zabrakło punktów, by dostać się do ścisłego grona Top 16 tych zawodów” wspomina Karolina.

Nie ma rzeczy niemożliwych
Czy Mariusz i Karolina wrócili z USA rozczarowani? Tak może pomyśleć tylko ten, kto ich nie zna. „Oczywiście mamy niedosyt, bo wiem, że gdyby auto było technicznie tak sprawne jak moje maszyny w Europie, mogłabym już w pierwszej rundzie uplasować się wysoko. Ale nie jestem rozczarowana. Jestem przyzwyczajona do radzenia sobie z problemami. Dzięki tym przeżyciom przypomniały mi się z sentymentem moje początki driftowania, także wierzę, że w lidze amerykańskiej zadzieje się podobnie. Najpierw problemy, potem sposób na ich pokonanie, a potem już tylko satysfakcja i radość z realizowania mojej pasji jaką jest drifting” podsumowuje ten trudny miesiąc Karolina Pilarczyk. Trzeba przyznać, że jej postawa jest inspirująca i może być wspaniałym przykładem dla tych, którzy poddają się już przy pierwszych trudnościach. Karolina pokazuje, że MOŻNA i dlatego mocno trzymamy kciuki za kolejne amerykańskie zmagania.

Tymczasem Karolinę można zobaczyć na żywo w Słomczynie w Driftingowych Mistrzostwach Polski w najbliższy weekend, a następnie na zawodach europejskich we Włoszech oraz Francji, gdzie bierze udział w King of Europe i Queen of Europe, będąc aktualnie na prowadzeniu w kobiecej lidze europejskiej.

Najnowsze