Z choppera na enduro Moto Magnus Corda

"Jeśli motocykl to tylko chopper! Przecież „plastikowe to nie motór" - tak mi powiedział kiedyś dobry kolega. W głębi duszy nadal zgadzam się z tym stwierdzeniem" - uważa Fryta, ujeżdżająca właśnie Moto Magnus Corda.

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Jeśli motocykl to tylko chopper! Przecież „plastikowe to nie Motór” – tak mi powiedział kiedyś dobry kolega. W głębi duszy nadal zgadzam się z tym stwierdzeniem (zaraz zostanę zlinczowana, ale zaczekajcie z batami dopóki nie przeczytacie całej historii). Niewyobrażalne dla mnie było, żeby jeździć „jakimiś tam” ścigaczami, czy innymi motocyklami, które nie są chopperem. Moja teoria motocykla była prosta. Stary sprzęt o klasycznym wyglądzie, podobny do Harleya. Dodatkowo żadnych szyb, owiewek, frędzli i tego typu gadżetów. Do tego obowiązkowo skórzana odzież, kask – najlepiej orzech i gogle, ewentualnie otwarty z szybą. Całość wizji dopełniał obraz niczym kadr z filmu „Easy Rider”. Bezkresne podróże mało ruchliwymi drogami w krajobrazie zachodzącego słońca. Żadnych wariackich wyścigów na autostradzie, czy szaleństw na jednym kole. 

Kobieta zmienną jest…
Zafascynowanie motocyklami wpłynęło na moje dotychczasowe życie do takiego stopnia, że jazda oraz masa innych tematów związanych ze światem motocyklowym zaczęły dyktować nowe cele. Chęć poszerzania wiedzy z dziedziny motocykli oraz kultury motocyklistów zadecydowała o moim otwarciu na nowe horyzonty. A dzięki temu, że udało mi się zarazić motocyklami tatę, prędko pojawiła się możliwość posmakowania jazdy innym sprzętem niż chopper. Tata zainwestował w enduro. Mimo że namawiałam go na jakiegoś używanego KTM albo ewentualnie Hondę, to jednak w garażu obok mojej Virki stanął nowy chińczyk – Moto Magnus Corda… Muszę przyznać bez bicia, że motocykl nie robił na mnie wrażenia. Przecież to „jakiś tam chińczyk”, do tego mała pojemność (tylko 195 ccm), wizualnie też nie prezentował się atrakcyjnie. Na Boga, to jest plastik! Ale postanowiłam przełamać własne stereotypy. Wskoczyłam na enduraka i poleciałam na łąkę za domem… 10 minut szaleństwa na polu, trochę zabawy na szutrowych drogach wystarczyło, żebym przekonała się do innego typu motocykli. A przecież to dopiero początek przygody z enduro!  W głowie od razu narodził się plan, by zwiedzić okoliczne lasy. To dopiero będzie zabawa! A później… „Może spróbuję nauczyć się jazdy na jednym kole? Tak! Niedaleko jest awaryjny pas startowy. To będzie idealne miejsce do treningu. A po drodze do Mielna jest takie małe pole dla crossowców, może i tam sobie podskoczę?” Tak się wszystko zaczęło. Później już było tylko „z górki”. 

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

I po śniegu i po lesie…     
Mam już za sobą kilka dalszych wypraw endurakiem. Jednym z pierwszych wypadów było, jeszcze zimowe, otwarcie sezonu. Nie do przyjęcia był dla mnie fakt, że w czasie, gdy wszystkie drogi w mieście były już czarne, koło mnie lśnił oblodzony i zasypany wyjazd z garażu, na osiedlowych drogach panował klimat niczym ze środka zimy, a cały krajobraz dopełniała biała łąka za domem. O viragowym otwarciu sezonu mogłam tylko pomarzyć. Przez to, że w sezonie 09/10 zima była wyjątkowo sroga i długa, chęć jazdy była tym bardziej silniejsza. W tych okolicznościach narodził się inny plan – wskoczę na enduraka! Tak wiem, że 3 kreski powyżej zera to nie najlepsza temperatura, ale kto powiedział, że w takiej nie wolno jeździć?  Niestety nie mieszkamy w Hiszpanii, a prawda jest taka, że polski klimat nie sprzyja jednośladom. Owszem, można obrazić się na pogodę, schować motocykl, bo  „przecież zimą się nie jeździ, bo nie”. Ja jednak postanowiłam inaczej podejść do tego problemu. Dlaczego miałabym zimą rezygnować ze swojej pasji? Śnieg i małe enduro dają pewne możliwości, jakich nie mają mieszkańcy ciepłych krajów! Dlaczego miałabym z nich nie skorzystać?

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

O wyjeździe z garażu nie było mowy (przynajmniej za pierwszym razem) , więc wraz z siostrą wypchnełyśmy motocykl na prostą. Jeszcze trzeba było się ubrać i czas ruszać. Czekało mnie pierwsze odpalenie po dłuższej przerwie. Zdawałam sobie sprawę, że może zakończyć się niepowodzeniem, ale podświadomie nie  brałam  tej opcji pod uwagę. Musiał odpalić. I odpalił, ale po pół godzinnej walce. Ruszyliśmy… po śniegu, po lodzie. Właściwie, to ześlizgnęliśmy się do czarnego asfaltu. Udało nam się nie wywrócić. Nie było sensu zapuszczać się gdzieś daleko. Było zimno. Chodziło tylko o poczucie tego motocyklowego klimatu! Kilka kilometrów okolicznymi drogami i łąkami i można poszaleć, nawet zimą! Virażką nie było by szans na sportową jazdę po białej łące. Nie oznacza to , że jest gorszym motocyklem. Ma po prostu inne zastosowanie. Corda niezbyt nadaje się na bezkresne wojaże lokalnymi drogami. Nie ma tego „wow”, gdy się jeździ nim po asfalcie. Optymalna prędkość to 60-70 km/h, a to niestety trochę za mało na podróże krajowymi drogami. Nie wspomnę o drogach ekspresowych, czy autostradach. Nie raz powtarzałam, i pewnie wielu się ze mną zgodzi, że jazda między dwoma tirami nie należy do najbezpieczniejszych. Niestety taka „200” nie ma zapasu mocy. Nie ma tej rezerwy na „wypadek gdy”- świadomości, że można przyspieszyć w razie potrzeby. Ale enduro zimą… to jest to! Długo zwlekałam z wyprowadzeniem motocykla zimą i w efekcie dopiero w lutym podjęłam wyzwanie. Tego zimowego sezonu to był jedyny wypad, ale mam nadzieję, że to nie ostatnia moja zima i jeszcze będzie okazja sprawdzić się na śniegu!

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Inny wyjazd, to ponad 70 km leśnymi drogami – rajd na orientację. Endurak sprawdził się rewelacyjnie. Ostatecznie zmieniłam zdanie o małych pojemnościach. Do nauki, na początek są idealne! Przecież rzecz nie w tym, żeby poślizgnąć się na pierwszym piasku i poobijać albo co gorsza połamać. Chodzi o to, by zdobyć kolejne rejony, skakać po dziurach, wjeżdżać pod góry i z nich zjeżdżać, omijać przeszkody. A za sobą pozostawić tylko smugę piachu… Ważne jest, by w stu procentach panować nad maszyną. W lesie czyhają zupełnie inne niebezpieczeństwa niż na miejskich drogach. To nie jest zwykła jazda po prostej. Inny świat, inna zabawa. Warto zacząć od małej pojemności, nabrać troszeczkę pokory. Tak naprawdę to w na nowo trzeba uczyć się jeździć. Na własnej skórze sprawdziłam, że leśne i polne środowisko to raj dla enduro! A  z małych pojemności można dużo wyciągnąć! Oczywiście zdaję sobie sprawę, że i w lesie na pewnym etapie może wkraść się uczucie niedosytu, braku mocy…  I tutaj wkrada się Honda Dominator 650. Miałam okazję pojeździć tym sprzętem. I mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie okazja go dosiąść. Kolejny motocykl z zupełnie innej bajki, nadający się i na leśne drogi i na szaleństwo po asfalcie. Testowałam Dominatora na asfaltowej drodze z Połczyna Zdroju do Bobolic. Jak zwykle z pasażerem i jak zazwyczaj w niezbyt komfortowych warunkach pogodowych. Wniosek jeden – ma kopa. Tutaj nie ma mowy o braku mocy…

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Te wypady nie oznaczają, że zrezygnowałam z chopperowych podróży w nieznane. Sezon dopiero się zaczyna! A ja? Otworzyłam się na nowe horyzonty, odkryłam nowe przyjemności. Przyjemności z jazdy na motocyklach sportowo-turystycznych. To dopiero początek przygód… Natomiast w dalszym ciągu największą tajemnicą pozostają dla mnie ścigacze. Miałam okazję jeździć jako plecak (zresztą z dobrą motórową koleżanką), ale sama jeszcze nie prowadziłam. Już nie mówię im stanowczego NIE. Wręcz przeciwnie… mówię stanowcze TAK. Docelowo obok Virki i Enduraka chciałabym dostawić „plastika” z krwi i kości, czyli ścigacza! Po obejrzeniu znanego filmu „Stunt Days”, to chętnie bym nawet spróbowała swoich sił w stuntcie. Wiem jedno – nie ma rzeczy niemożliwych i nie ma sensu samemu się ograniczać. Wiem też drugie – na pewno dowiecie się o moich kolejnych podbojach motocyklowych. Zapowiada się pracowity rok!

Szerokości!

Najnowsze

Jak przygotować samochód do letnich wojaży?

Zbliżające się lato skłania do myślenia o coraz dalszych podróżach samochodem. Każda z nas już pewnie zmieniła opony na letnie, a teraz jeszcze trzeba przygotować auto pod kątem bezpieczeństwa. Przed wyjazdami umycie samochodu naprawdę nie wystarczy.

Proponujemy sprawdzenie 7 punktów bezpieczeństwa oraz ciśnienia we wszystkich oponach, w tym także koła zapasowego. Skontroluj: 

  1. geometrię kół
  2. stan opon, w tym zużycie bieżnika i prawidłowe ciśnienie we wszystkich 5 kołach
  3. stan piór wycieraczek
  4. poziom oleju
  5. stan zawieszenia, łożysk, amortyzatorów
  6. stan klocków i tarcz hamulcowych oraz poziom płynu hamulcowego
  7. oświetlenie (reflektory) 
Sprawdzaj przynajmniej raz w miesiącu ciśnienie w oponach.
fot. Motocaina

Jeśli jeszcze nie zmieniłaś opon z zimowych na letnie, to warto odwiedzić serwis i to zrobić. Przy wyższych temperaturach opony zimowe, które wykonane są z miękkich mieszanek, szybciej się zużywają, a jazda na nich po suchym i rozgrzanym letnim słońcem asfalcie jest wręcz niebezpieczna. 

Warto podkreślić, że ciśnienie w oponach należy sprawdzać regularnie i co istotne, również w kole zapasowym, które zazwyczaj wozimy w bagażniku, ponieważ w razie wypadku, znajduje się on w strefie zgniotu.  

Badania Francuskiego Stowarzyszenia Firm Eksploatujących Autostrady wskazują, że 6 proc. śmiertelnych wypadków na drogach szybkiego ruchu powodowanych jest złym stanem ogumienia. Nieprawidłowy poziom ciśnienia w oponach powoduje zmniejszenie przyczepności, wydłużenie drogi hamowania i zwiększa ryzyko eksplozji opony. Problem wynika z nieprawidłowego rozłożenia nacisku osi pojazdu na podłoże oraz zmiany powierzchni styku opony z nawierzchnią. Ponadto, gdy w oponie jest niewystarczająca ilość powietrza, rosną również opory toczenia, przez co spalamy więcej paliwa. 

fot. Euromaster

– Najwięcej wypadków drogowych, co gorsza również z udziałem dzieci, zdarza się w okresie letnim. Wtedy właśnie wybieramy się w dalekie trasy. Z jednej strony jesteśmy zmęczeni po długim okresie pracy, a z drugiej, myślimy o zbliżającym się miejscu, do którego udajemy się wypocząć. Często więc jeździmy szybciej, zwłaszcza gdy „dobra droga”, aby jak najszybciej dotrzeć do upragnionego miejsca. Przed zbliżającym się latem powinniśmy zatem zadbać o stan naszego samochodu, a tym samym bezpieczeństwo naszych bliskich – wyjaśnia Anna Paszt z Euromaster Polska.

Najnowsze

Sprawca wypadku zbiegł – od kogo odszkodowanie?

Gdy sprawca wypadku zbiegł z miejsca zdarzenia, a my nie zdążyłyśmy spisać numerów rejestracyjnych jego pojazdu, to kto jest odpowiedzialny za pokrycie kosztów tego zdarzenia?

W przypadku kolizji z innym samochodem na ogół wiemy co robić – wzywamy policję lub w porozumieniu z winowajcą sporządzamy odpowiednie oświadczenie. Sprawa komplikuje się jednak, gdy sprawca wypadku zbiegł z miejsca zdarzenia, a my nie zdążyliśmy spisać numerów rejestracyjnych jego pojazdu. To, kto jest odpowiedzialny za pokrycie kosztów tego zdarzenia, nie jest takie jasne. Szkoda może zostać opłacona z Twojego AC, jeśli je posiadasz, przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny lub też niestety auto naprawisz sobie sama…

fot. Motocaina

W przypadku, kiedy sprawca uciekł z miejsca zdarzenia, przede wszystkim, mimo że ogrania Cię furia, postaraj się zachować spokój i postępować według kilku wskazówek:

Po pierwsze, kolizję, do której doszło, powinnać niezwłocznie zgłosić policji – tylko wtedy będziesz mogła ubiegać się o wypłatę odszkodowania przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny (UFG).

Po drugie, należy zabezpieczyć wszystkie dowody potwierdzające fakt, że odpowiedzialność za zdarzenie ponosi nieznany sprawca. W tym, oprócz obecności policji, którzy udokumentują zdarzenie, pomocne mogą okazać się zeznania świadków.

Po trzecie, jak najszybciej zgłoś szkodę do wybranego zakładu ubezpieczeń, który przeprowadzi likwidację szkody, a następnie prześle akta szkody do UFG.

Po czwarte, musisz pamiętać, że zgłaszając szkodę masz obowiązek udowodnić jej wysokość, dlatego trzeba przedstawić wszystkie niezbędne dokumenty, na podstawie których towarzystwo ubezpieczeniowe będzie mogło wycenić szkodę.

Kiedy możesz liczyć na wypłatę odszkodowania przez UFG?
Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny (UFG) to specjalna instytucja, która wypłaca odszkodowania w dwóch przypadkach: kiedy sprawca zbiegł z miejsca wypadku i pozostaje nieznany lub kiedy sprawca w chwili zdarzenia nie posiada obowiązkowego OC. Jednak w obu przypadkach UFG wypłaca świadczenia jedynie za szkody osobowe, czyli związane z utratą zdrowia. W niektórych przypadkach szkody na mieniu są pokrywane przez UFG, ale tylko wówczas, kiedy obrażenia uczestników wypadku były tak duże, że wymagały co najmniej 14-dniowego pobytu w szpitalu. Jeżeli zaś sprawca uciekł, ale jednocześnie z wypadku wszyscy wyszli bez obrażeń, nie należy nam się żadne świadczenie z UFG. Wówczas swój samochód musimy naprawić z polisy AC, jeśli oczywiście taką posiadamy. Jeśli nie, za usunięcie szkody zapłacimy z własnej kieszeni.

fot. Motocaina

UFG ma obowiązek wypłacić odszkodowanie w terminie 30 dni licząc od dnia otrzymania akt szkody od zakładu ubezpieczeń. W przypadku, gdy wyjaśnienie okoliczności niezbędnych do ustalenia odpowiedzialności Funduszu albo wysokości świadczenia w tym terminie nie jest możliwe, świadczenie powinno być wypłacone w terminie 14 dni od daty wyjaśnienia tych okoliczności.

Sprawca zbiegł, a Ty masz tylko OC
Jeśli sprawca zbiegnie z miejsca zdarzenia, a Ty, jako poszkodowana w wypadku posiadasz jedynie ubezpieczenie OC, to za naprawę pojazdu będziesz musiała zapłacić sama. Na pierwszy rzut oka, taki zapis może wydawać się absurdalny i możemy o złą wolę posądzać samych ubezpieczycieli – jednak bezpodstawnie. Warunków ubezpieczenia OC nie tworzyli ubezpieczyciele. Są one zapisane w ustawie i skonstruowane tak, żeby zapobiec nadużyciom kierowców.

Przyjmijmy, że jestem właścicielką 10-letniego auta, którego zderzak przez przypadek sama mocno zarysowałam wjeżdżając do garażu. Dodatkowo, podoba mi się już nowszy model, więc tego chcę się pozbyć. Proszę zatem mojego sąsiada, który ma koparkę, żeby „przez przypadek” lekko uszkodził moje auto i „zbiegł” z miejsca wypadku… Następnie zgłaszam szkodę, aby od ubezpieczyciela otrzymać pieniądze na nowe auto. Proste? Zbyt proste. I właśnie dlatego ustawodawca tak skonstruował „Ustawę o ubezpieczeniach obowiązkowych”, żeby wypłata świadczenia przez UFG miała miejsce tylko wtedy, gdy poważnie ucierpią kierowca lub inni pasażerowie.

Jeśli policji uda się jednak ustalić, kim jest sprawca, za likwidację szkody będzie odpowiadać jego ubezpieczyciel OC. Ponadto zatrzymany zostanie ukarany nie tylko za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym, kolizji czy wypadku, ale również za ucieczkę z miejsca zdarzenia. Łącznie może mu grozić nawet do 12 lat pozbawienia wolności.

fot. Motocaina

Posiadasz AC
Nieco spokojniejsza może być kobieta-kierowca, która w sytuacji, gdy sprawca zbiegł z miejsca wypadku, ma wykupione ubezpieczenie Autocasco. Nie musi się zastanawiać, czy UFG wypłaci jej należne odszkodowanie czy też pieniądze na naprawę auta będzie zmuszona wyłożyć z własnej kieszeni. Koszty naprawy samochodu pokryje towarzystwo ubezpieczeniowe w ramach polisy AC, która gwarantuje wypłatę odszkodowania w przypadku wyrządzenia szkody przez:

– nieznanego sprawcę, który uciekł z miejsca wypadku,

  • – osoby trzecie które np. zniszczyły Twój samochód, bo zrzuciły na niego jakiś przedmiotów, zarysowały go itp.
  • – Nieznany sprawca, oprócz tego, że funduje nam kłopot związany z niesprawnością auta, kosztuje nas pieniądze. Chodzi o utratę zniżki za bezszkodową jazdę, z którą będziemy musieli pogodzić się w następnym roku – tłumaczy Wojciech Rabiej z porównywarki ubezpieczeń komunikacyjnych rankomat.pl.

    Najnowsze

    Offroadowe wakacje w Tunezji

    Tunezja to nie tylko hotele i kąpiele w morzu. Może warto połączyć miłość do czterech kółek z poznawaniem magii Sahary, doświadczeniem bezkresu szotu El-Jerid pokrytego kryształami błyszczącej soli, odkrycia ksary - spichlerzy, których koloryt zlewa się z ochrą skał? I to wszystko terenowym autem!

    fot. Aslema

    Tunezja, to nie tylko śródziemnomorskie wybrzeże i szykowne hotele. To podziemne mieszkania wydrążone wokół kraterów – dziedzińców. Urokliwe miejsca i niezwykli ludzie, czy wreszcie przepiękne oazy pełne daktylowych palm. Tunezja inna, mniej znana, równie fascynująca, jak jeep safari, na które niektóre, niewielkie biura podróży zapraszają miłośników czterech kółek i przygody.

    Jeep Safari, czyli przygoda pośród piasków
    Biuro Aslema organizuje taki wypad w mniej gorące miesiące (październik). Trzeba jedynie dolecieć do kraju (biuro organizuje transfery i całą logistykę), by rychle przesiąść się w Jeep’y i Toyoty Land Cruiser, uformować ekipy samochodowe i ruszyć na podbój Tamerzy – cudownej oazy, jednej z najpiękniejszych w Tunezji.

    fot. Aslema

    Potem pierwszy przystanek w Oung Jmel, gdzie pośród piaszczystych wydm Sahary zbudowano dekoracje do „Gwiezdnych wojen”, świetnie zakonserwowane przez piach i suche saharyjskie powietrze. Wizyta w Oung Jmel jest wspaniałym pretekstem do spróbowania swych umiejętności jazdy na pustynnym piasku. Drugi przystanek – w oazie Nefta, trzeci – obóz w Douz, oazie zwanej „wrotami Sahary”. W kolejne dni droga znów będzie wiodła mistyczną pustynią, a podróżnicy będą mogli w przerwach rozkoszować się chwilą – np. w Ksar Ghilane – sącząc zimny napój przy stoliku nad oczkiem wodnym powstałym z ciepłego źródła.

    fot. Aslema

    Noclegi wśród księżycowych krajobrazów
    Gdy nadejdzie noc, można ją spędzić w namiotach lub romantycznie… pod gwiazdami. W Matmacie, która słynie z otaczających ją księżycowych krajobrazów, stanowiących tło do wielu produkcji filmowych (tutaj również były kręcone „Gwiezdne wojny”) można mieszkać w hotelu zbudowanym na kształt wydrążonych
    w miękkiej skale berberyjskich domów.

    www.aslematours.pl

    Najnowsze

    4 x M – felieton Małgorzaty Czaji

    Mam na imię Małgorzata, moją manią jest motomania, a ukochanym  - tak nie zawaham się użyć tego słowa - autem jest MINI.

    Małgorzata Czaja w swoim Mini.
    fot. z archiwum Małgorzaty Czaji

    Moja przygoda z motoryzacją zaczęła się zaraz po urodzeniu kiedy rodzice odkryli, że przestaje płakać jadą w aucie. Wozili mnie więc często swoim fiatem 125p. Pamiętam to auto z dzieciństwa piękny kolor kości słoniowej, w środku ciemnobrązowa tapicerka ze skóry ekologicznej. W samochodzie zajmowałam miejsce z tyłu, zawsze na środku tak by móc śledzić trasę i wskazania licznika. Myślę, że to właśnie wtedy zrodziło się moje zamiłowanie do klasycznych aut/ youngtimerów. Przed siedemnastymi urodzinami zaczęłam uczęszczać na kurs prawa jazdy, po ich ukończeniu rozpoczęłam jazdy szkoleniowe na fiacie 126. Dwa miesiące po urodzinach miałam prawo jazdy i w domu czekał na mnie fiat 126 bis. Od tego momentu nie rozstaje się z autem, które dało mi wolność. Moim „biskiem” chłodzonym cieczą osiągałam zawrotna prędkość 120 km/h i podróżowałam z koleżankami po Polsce.

    W dojrzałość wjechałam już fiatem Punto i na kilka dobrych lat był moim autem przewodnikiem w świecie motoryzacji. Zmieniam tylko modele na nowsze wersje I, II, Grande…

    fot. z archiwum Małgorzaty Czaji
    fot. z archiwum Małgorzaty Czaji

     

     

     

     

     

    Z racji tego, że zawładnęłam całkowicie samochodem, a wiadomo że w małżeństwie należy się dzielić – zaczęliśmy z mężem zastanawiać się na drugim autem w rodzinie. Postanowiłam, że będzie to małe auto z duszą. Nasz wybór padł na mini morrisa. To dość mało znane w Polsce auto jest legendą Wielkiej Brytanii, protoplasta obecnych na drogach MINI BMW. Bardzo szybko znaleźliśmy odpowiedni egzemplarz i  staliśmy się jego właścicielami. Od tego czasu auto stało się moim stylem życia, wyznacza mi sezony, urlopy w pracy i codzienne obowiązki. Każdego roku uczestniczymy w jak największej liczbie zlotów, spotkań fanów mini i radach turystycznych. Corocznie też bierzemy udział w wielkim święcie mini -International Mini Meeting. Przyjeżdżają tam fani fani z całej europy, a nawet świata: Japonii, USA, Austarlii. Dzięki temu małemu autku zwiedziliśmy znaczą część Europy, Wielką Brytanię, Bałkany. Przed podróżą  z mężem skrupulatnie opracowujemy trasę, wyznaczamy postoje, noclegi tak by zbytni nie nadwyrężać auta.

    fot. z archiwum Małgorzaty Czaji

    Mimo obecności kilku tysięcy samochodów mini na największych zlotach trudno znaleźć dwa takie same egzemplarze. Myślę, że właśnie w tym tkwi urok tych samochodów. Każdy właściciel kształtuje auto według własnych potrzeb, gustu, wizji. Ja też od początku miałam wyobrażenie swojego „idealnego” mini. Nasz pierwszy egzemplarz przeszedł bardzo gruntowne zmiany. Dziś mogę powiedzieć, że prace nad jego wizerunkiem zostały ukończone. Jak przystało na minimaniaczkę miałam także swoje faworyta. Dzięki zbiegom okoliczności i szczęśliwej gwieździe motoryzacji jestem w posiadaniu swojego wymarzonego egzemplarza – mini british open classic. Dokładnie tego auta, które mi się spodobało.  

    Jak przystało na prawdziwych mini maników sprzedaliśmy „normalne” auto i miniaki użytkujemy na co dzień. Mam nadzieję, że przez to, że auta pojawiają się na ulicach propaguję, choć trochę „brytyjską legendę motoryzacji” i uświadamiam posiadaczom MINI BMW rodowód ich auta. Wiele radości sprawiają mi zloty i wystawy, podczas których mogę opowiadać o mini i prezentować autka. Chętnie pozwalam na obejrzenie i przymierzenie się za kierownicę. Musze przyznać, że „sympatyczny” wygląd auta powoduje, że jest wielu zainteresowanych dokładniejszym poznaniem samochodu. Dzieciaki uwielbiają to „najmniejsze autko na świecie”, a serial z Jasiem Fasolą spopularyzował markę.

    fot. Małgorzata Czaja

    Moim wielkim marzeniem jest udział w jednej z najbardziej prestiżowych imprez samochodowych na świecie – Rallye Monte Carlo Historique. Odbywa się on na przełomie przełomie stycznia i lutego każdego roku – w trudnych zimowych warunkach.  Już wpisowe na rajd stanowi spory wydatek. Ale nie ono jest najważniejsze tylko przygotowanie auta i jego kwalifikacja. Auto musi być w odpowiednim roczniku z zachowanym oryginalnym stanem nadwozia i podwozia. Zgłoszenie auta należy wysłać do Francji do klasyfikacji aut w okolicach maja lipca do września przychodzi odpowiedź – dla mini – jeżeli spełni dokładnie opisane kryteria z reguły jest pozytywne. Zaczyna się przygotowanie stanu technicznego auta i logistyczne zaplecza. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wystartować i ukończyć ten wspaniały rajd w historię motoryzacji – jestem na dobrej drodze…

    Najnowsze