Edyta Klim

W stolicy rusza 53. Rajd Barbórka

Ponad 20 kilometrów rywalizacji na siedmiu odcinkach specjalnych - tak będzie wyglądało uroczyste zwieńczenie sezonu rajdowego. Na trasie zobaczymy 13 zawodniczek.

Już w sobotę rano 89 rajdowych załóg stanie do rywalizacji na dwukrotnie pokonywanych odcinkach: Tor Służewiec, PGE Narodowy (nowość w tegorocznej edycji) oraz Autodrom Bemowo. Zwieńczeniem rajdowego dnia będzie pojedynek o miano króla Karowej, na trasie krótkiego, ale kultowego i niesamowicie widowiskowego, Kryterium Asów.

 Wstęp na Rajd Barbórki jest biletowany – można zakupić Karnet Kibica (49 zł w przedsprzedaży internetowej, podczas rajdu 59 zł) upoważniający do wstępu na wszystkie odcinki specjalne, bilety jednorazowe (30-40 zł), nalepki parkingowe oraz zestawy z biletami na trybuny na Karową (89-239 zł).

Jedną z kobiet za kierownicą rajdówki będzie Magda Wilk, pilotowana przez Kacpra Wróblewskiego w BMW BMW E30 318is z numerem 62:

– Rajd Barbórka to wyjątkowa impreza, a ja nieprzerwanie od 2010 r. biorę w niej czynny udział. Ostatnie 2 lata na  fotelu pilota, więc tym bardziej cieszy mnie fakt,  że ponownie wracam za kółko. Dla mnie to domowy start, szczególnie, że mój rodzimy Automobilklub Polski jest jego organizatorem. Z pewnością ciężko będzie się moim „skromnym” BMW E30 318is przebić w bardzo licznej i mocnej klasie 2 (aż 25 aut). Chcemy jednak pokazać się z efektownej i efektywnej strony. A jak nie – to bokiem do przodu jeśli tylko się da (śmiech). Wprawdzie nie jest to typowy rajd, ale mam nadzieję, że na odcinkach pojawi się dużo kibiców, w tym moich znajomych, przyjaciół, którzy na co dzień nie mają możliwości zasmakować rajdowych emocji. Tutaj mają praktycznie wszystko pod nosem. Plan na sobotę? Spędzić miły dzień w rajdówce, a następnie zakręcić słynną beczkę na Karowej. Mam nadzieję, że pędzący Wilk z numerem 62 przyniesie kibicom choć odrobinę frajdy. Chciałabym również zadedykować ten start wszystkim, którzy mnie wspierają, kibicują ale i tym, którzy nie do końca są przekonani do tego co robię – mówi zawodniczka.

A drugą zawodniczką prowadzącą rajdówkę będzie znana w wyścigów górskich i rajdów – Anna Wojewoda. Zobaczymy ją jednak w osobnej klasyfikacji Barbórka Legend, gdyż wyjedzie na trasę w Renault 11 GTS. Jej pilotem będzie Bartosz Bil.

Felix Baumgartner, który spadał ze stratosfery, szczególnie upodobał sobie nasz wieńczący sezon rajd. Wraca po raz kolejny, a tym razem przywozi ze sobą swoją dziewczynę Mihaelę Schwartzenberg. Tą wyjątkową parę zobaczymy w Subaru Imprezie z numerem 502.

Mihaela to pochodząca z Rumunii artystka, która jest członkiem jury tamtejszej edycji „Mam Talent”, pisarką, prezenterką telewizyjną, dziennikarką, aktorką, podróżniczką, reporterką, twarzą wielu kampanii min. humanitarnych i charytatywnych. Zrobiła dla swojego kraju tak wiele, że 4 razy została wybrana najbardziej wpływową kobietą roku. Z Felixem zapewne połączyła ją miłość do sportów ekstremalnych, gdyż Michaela z powodzeniem radzi sobie w: stuncie, paralotniarstwie, skokach spadochronowych i bungee, akrobatyce lotniczej, wspinaczce, nurkowaniu, tyrolkach, strzelectwie, kite- i wakesurfingu, snowboardzie. Niesamowita kobieta!

Kolejne dwie załogi mają już doświadczenie, zdobyte na poprzednich edycjach tego rajdu. Z numerem 33 w Audi Quattro zobaczymy Artura Rowińskiego, któremu dyktować będzie Magdalena Tokarska. Następna rajdówka z kobietą na pokładzie to BMW 320i z numerem 60. Pojedzie nią Paweł Poletyło, a na prawym fotelu towarzyszyć mu będzie Justyna Waliszewska:

– Przygotowania przed rajdem zawsze są podobne, jednak tym razem wsiadam „z marszu” i jadę (śmiech). Z braku czasu tak po prostu wyszło… Ale jestem dobrej myśli, że wszystko pójdzie dobrze, o ile pogoda nas nie zaskoczy. Startuję z tym samym kierowcą, już szóstą Barborkę i oczywiście liczymy na Panią Karową (śmiech), ale zobaczymy jak będzie… Stres i adrenalina są na wysokim poziomie, więc wszystko w normie, tak jak być powinno! (śmiech) Po pierwszym oesie to wszystko odpuszcza i zaczyna się rywalizacja! Do zobaczenia na oesach – mówi Justyna.

W Subaru Imprezie z numerem 51 pojadą: Łukasz Lechowicz i Katarzyna Jankowska, która zwykle trzyma kierownicę w samochodach off-roadowych.

Kolejna pilotka na liście zgłoszeń to Olga Goźlińska w Hondzie Civic z numerem 64 (kierowca: Konrad Strzeżysz). A Joanna Szymków w Hondzie Civic VTI z numerem 89 towarzyszyć będzie kierowcy Wiktorowi Matuszewskiemu:

– Tegoroczna Barbórka jest już moją drugą w tym składzie, ale towarzyszące mi emocje są nadal ogromne. W końcu jest to nadal jeden z bardziej prestiżowych rajdów w Polsce. Pogoda w tym roku znów nie rozpieszcza i brak wyczekiwanego przez nas śniegu, ale tym bardziej rajd może okazać się pełen niespodzianek. Szczególnie przy próbie na Służewcu, gdzie jak zwykle jest szybko, ale na nieuważnych czyhają pułapki. Po zeszłorocznej Barbórce zmieniliśmy samochód na większy i szybszy – z Fiata Cinquecento Kitcar przesiedliśmy się do Hondy Civic VTI. W praktyce mieliśmy jednak mało okazji do przetestowania naszego nowego “rajdowozu”, bo postawiliśmy na jego budowę i przygotowanie idealnie „na miarę” do naszych potrzeb. Te przygotowania trwały aż do ostatniej chwili, bo jeszcze w tygodniu poprzedzającym Barbórkę nasz serwis Basteam Garage kończył ostatnie prace nad samochodem i go dopieszczał. Sami nie wiemy do końca czego się spodziewać po naszym potworze i czym nas jeszcze zaskoczy (śmiech). Ze zmiany póki co, jesteśmy jednak zadowoleni – jest to dla nas o krok bliżej do spełnienia kolejnych, wyznaczonych celów, a są nimi starty w Rajdach Okręgowych. Mamy nadzieję, że z pomocą sponsorów uda się nam zrealizować te zamierzenia i następną Barbórkę będziemy mogli pojechać już nie rozpoczynając sezon, a odpowiednio go podsumowując. Do zobaczenia na oesach! – mówi zawodniczka.

BARBÓRKA LEGEND

Tradycyjnie już, na odcinkach Rajdu Barbórka fani motoryzacji będą mieli okazję zobaczyć także samochody, które na stałe wpisały się w historię rajdów. Rajdówki zgłoszone do Barbórki Legend (41 załóg) będą miały do pokonania zdecydowanie krótszą trasę, bo łączny dystans pięciu odcinków specjalnych – wyniesie 12 kilometrów. W tym roku piętnaście najlepszych załóg Rajdu Barbórka Legend pokona Kryterium Karowej z pomiarem czasu.

Pierwszą zawodniczką na tej liście zgłoszeń jest Joanna Popko u boku niemieckiego kierowcy Darius Drzensla w Fordzie Escorcie RS z numerem 207:

– Moja ekipa rajdowa dopiero dojeżdża do Warszawy, więc nie mieliśmy czasu na specjalne przygotowania do rajdu. Jestem bardzo podekscytowana i chyba nie do końca dociera do mnie ogrom tego wydarzenia. To mój debiut, ale mam nadzieję że po tym rajdzie uda wreszcie mi się zacząć starać o rajdową licencję. Nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że to będzie świetna zabawa i kolejna mega przygoda! – mówiła zawodniczka przed rajdem.

Z numerem 209 zobaczymy Lancię Beta Coupe, a w niej Tomasza Szostaka za kierownicą i Alicję Gnatowską na prawym fotelu pilota. Zawodniczka ma już doświadczenie w tej roli, bo rajdy są jej pasją od kilku lat:

– To mój drugi start w Rajdzie Barbórka, pierwszy miał miejsce w 2013 roku z Adamem Dowgirdem Polonezem FSO 2000 Rally. A tym razem z Adamem przyjdzie nam rywalizować. W tym sezonie „powożę” się Lancią z Tomkiem Szostakiem. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do startu. Dla nas liczy się tylko jedno – oby do mety! Jest to mój 14. start w tym roku i chciałabym zakończyć ten sezon pozytywnie, na Karowej – mówi Ala.

Następna zawodniczka z listy zgłoszeń to Ewa Miziak, która nie pierwszy raz wystartuje w tej imprezie z mężem Marcinem. Parę zobaczymy w Mercedesie 190E z numerem 211. W kolejnym Mercedesie (280 CE z numerem 214) zobaczymy dziennikarkę motoryzacyjną, artystkę, motocyklistkę – Aleksandrę Kutz u boku Grzegorza Barana. A ostatnia zawodniczka w roli pilota to Karolina Woźnica w BMW z numerem 216 (kierowca: Piotr Życzyński).

Wszystkie informacje o rajdzie, harmonogram, listy zgłoszeń i wyniki – znajdziecie na jego oficjalnej stronie: http://www.barborka.pl . Zapraszamy na pełną rajdowych emocji sobotę do stolicy!

 

Najnowsze

Edyta Klim

To nie tylko auto, to przyjaciel – wywiad z Angeliką Smolarek, właścicielką Fiata 126p

Miłością do Fiatów 126p zaraził Angelikę Smolarek jej chłopak. Teraz kupiła, uczy się naprawiać i może dopieszczać swojego "maluszka" o imieniu Marylka.

Razem ze swoim chłopakiem jeździcie Fiatami 126p – od jakiego czasu macie „maluszki” i skąd się wziął pomysł na takie właśnie samochody?

Swojego „maluszka” posiadam od 19 października 2014 roku. Dosyć krótko, gdyż bardzo zastanawiałam się nad tym zakupem – nie wiedziałam, czy dam radę i czy w ogóle warto? Jednak chęć jego posiadania była większa, bo chciałam się realizować tak samo, jak Radek – mój chłopak. On już od 13 roku życia jeździł „maluchami” i co jakiś czas je wymieniał, więc podejrzewam, że 3 lub 4 na pewno się u niego przewinęły, dopóki nie sprowadził swojego Henia (ja go tak nazwałam i tak już zostało). Henio ma nawet swoją stronę na fb: https://www.facebook.com/Radzio126p . Na Radka pasja łatwo przeszła z dziadka, bo on od zawsze miał smykałkę do napraw i prowadzenia samochodów. A z Radkiem jesteśmy parą od czterech lat i automatycznie ta pasja… jakoś przeszła na mnie (śmiech).

Czy historia tego podrywu też była związana z motoryzacją?

Poznaliśmy się w sumie przez „maluchy”, bo za pierwszym razem spotkałam Radka, jak jechał tym samochodem, a potem Fiaty nam towarzyszyły (zwłaszcza Henio) w dalszym życiu i poznawaniu się.

Twój Fiat także ma imię?

Mój Fiat ma na imię Marylka – takie śmieszne imię wybrałam (śmiech). Nie ma jeszcze swojej strony na FB, bo uważam, że nie jest na tyle reprezentatywna. Może kiedyś, jak będę dłużej nią jeździć…

W jakim stanie je kupiliście i co przy nich zrobiliście do tej pory?

Z tego co wiem, Radek włożył w Henia naprawdę dużo sił i pieniędzy jednocześnie. Jak przy każdym, tak „wiekowym” aucie – było wiele pracy, wiele do poprawy, do wymiany… Bez tego się nie obejdzie! Dobrze, że wiele części nadal można kupić w sklepach (śmiech) i prawie wszystko zostało wymienione na nowe. Ma go już kilka lat, a bez podstawowych wymian, Henio daleko by nie zajechał…

U mnie również nie było kolorowo, od marca do czerwca tego roku czyściliśmy (w ramach możliwości) każdą część silnika, został on przemalowany, głowica została splanowana na 2mm, wszystkie filtry zostały wymienione, rozrząd również… Chciałam mieć pewność, że jak pojedziemy na jakiś zlot, to Maryla da radę dojechać i wrócić na kołach. Opony były także zmieniane, hamulce i liczne przewody… Naprawdę, chyba nie ma takiej rzeczy, której bym w niej nie wymieniła na nową (śmiech).

Oddajecie je czasem w ręce mechanika?

Nigdy nie oddajemy ich do mechaników z tego względu, że są to samochody, które dość łatwo można naprawić, jak się wie w jaki sposób. Poza tym mamy znajomych, którzy oddają auta do mechaników, a potem są bardziej niezadowoleni po naprawie, niż przed… Oczywiście zdarzają się mechanicy, którzy zrobią wszystko jak trzeba, ale o takich naprawdę jest ciężko. Poza tym sam fakt, że robimy przy nich sami, od podstaw, sprawia, że to nie jest tylko auto, ale nasz przyjaciel! Nie jest przedmiotem, a staje się pełnoprawnym członkiem rodziny. I to jest właśnie fajne. No a ja, jako kobieta, wręcz nalegałam, by być przy wszystkich pracach przy mojej Marylce i chłonąć wiedzę od Radka.

Staracie się jak najwięcej zachować z oryginału, czy raczej dostosowujecie Fiaty do indywidualnych potrzeb?

Raczej przerabiamy je do indywidualnych potrzeb. Oczywiście nie jest to „wiejski tuning”, ale obniżenie samochodu, dołożenie innych felg (niż oryginalne), inne zderzaki, halogeny, inny kolor klapy, przyciemnione szyby. To raczej małe zmiany, jednak znajdą się i tacy, którym „gleba” (obniżenie) i wygląd inny, niż oryginał przeszkadza i nie omieszkają nam to wytknąć (śmiech). Ale zazwyczaj jest więcej pozytywnych ocen, niż hejtujących głosów. Oryginałów jest jednak sporo, a my nie chcemy się na tym wzorować – chcemy zrobić coś, co by pasowało do nas samych, naszych charakterów i temperamentów. Ach, no i oczywiście półki na głośniki, odpowiedni bass, radio – to u nas norma! Albo głośno, albo wcale (śmiech).

Sama wybierałaś swojego Fiata? Czy trudno było kupić coś w dobrym stanie?

Ja to jestem w gorącej wodzie kąpana! (śmiech) Chciałabym już, tutaj, teraz, natychmiast coś znaleźć, kupić i zacząć działać! A tu nie… Szukaliśmy naprawdę długo, a może mi się tylko tak wydaje, bo jestem niecierpliwa. Marylka nie była „tą pierwszą i jedyną”. Najpierw pojechaliśmy z naszym kolegą zobaczyć takiego, limonkowego malucha. Prawie 200 km w jedną stronę, z lawetą, zimno jak pierun, ciemno, my po pracy… Zajechaliśmy na miejsce koło 21 godziny. Podjeżdżamy, mgła, cicho, zimno na podwórku, a „maluch” stoi. Na środku, przed stodołą. Ja tylko wysiadłam i od razu chciałam wsiadać z powrotem, i wracać do Wrocławia.

Zakochałam się w nim, bo środek miał cały beżowy, ale nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam na miejscu! Fiat był z korozją, która go wręcz pożerała, ledwo dało się go odpalić (to akurat nie problem, bo przecież była laweta), ale jak Radek z kolegą położyli się pod samochodem, by sprawdzić jak wyglądają progi i podłoga – to usłyszałam same niecenzuralne słowa! Facet, który go sprzedawał to totalny laik, nie mający pojęcia o stanie samochodu, a przez telefon usłyszeliśmy, że ma tylko „trochę dziurek”. One okazały się być wielkimi dziurami, w które można było włożyć całą rękę z barkiem! No i zdjęcia nie oddawały tej całej brzydoty, jaką zobaczyliśmy na miejscu. Chcieliśmy negocjować cenę i dać max 800 zł, by odzyskać chociaż to ładne wnętrze (które o dziwo się zachowało), ale sprzedający nagle powiedział, że za 1500 zł to on sprzeda swojemu sąsiadowi. I najlepsze jest to, że właściciel nie dał sobie wmówić, że z samochodem jest coś nie tak, choć niedługo będzie można tym jeździć tylko jak Fred Flinston – nogami po asfalcie! (śmiech) Wróciłam trochę zła, zażenowana, ale nadal miałam siłę, by szukać dalej…

Drugie podejście było lepsze?

Kilka tygodni później, po codziennym siedzeniu na różnych portalach ogłoszeniowych, znalazłam moją perełkę! Niedaleko, bo w Wałbrzychu i najważniejsze – wróciliśmy nią na kołach! Sprzedawca był prawie tak samo zapalony do naprawiania starych aut jak my i od razu po sprzedaży malucha, pojechał kupić poloneza (śmiech).

Do zrobienia w Maryli była na pewno zbieżność, bo luz na kierownicy był nieziemski, no i hamulce – to było widać i czuć podczas jazdy. I tak się zaczęła moja przygoda! Wracałam z takim „bananem” na twarzy z zachwytu, że aż się cała trzęsłam (śmiech).

Czy te emocje nadal Ci towarzyszą? Masz frajdę z jazdy „maluszkiem”?

Pewnie, że tak! W ogóle każdy maluch pachnie inaczej, dlatego są tak wyjątkowe. Inaczej się jeździ, inaczej odczuwa się narastającą prędkość. To czysta adrenalina połączona z miłością i pasją. Zapewne, nie tylko ja mam takie zdanie (śmiech).

Poruszacie się nimi na co dzień, czy raczej „od święta”?

Ja swoją Marylkę już schowałam na sen zimowy w garażu, gdzie będzie co jakiś czas odpalana, ale na pewno nie wyjedzie na śnieg. Szkoda mi samochodu, a wiem, że sól i śnieg na pewno nie pomogą mi w zwalczaniu korozji, która gdzieniegdzie się już pojawiła (notabene kupiłam już nową podłogę dla niej!). Radek zazwyczaj też chowa Henia, zwłaszcza na śnieg, ale on jeździ częściej ode mnie, aż do momentu, gdy nie zobaczy płatków śniegu spadających z nieba (śmiech). Ogólnie, to na co dzień posiadamy inne samochody, którymi dojeżdżamy do pracy, więc Fiaty są jednak „od święta”.

Czy ten model wyróżnia się na drodze i zwraca uwagę? Zagadują Cię ludzie, gdy się nim gdzieś zatrzymujesz?

Jak każdy samochód starej daty, który dość żwawo porusza się na drodze – wzbudza sensację (śmiech). Są to samochody już nieprodukowane, nie można pójść do salonu i wybrać sobie model i kolor, który nam pasuje. Sami musimy wszystko ulepszać, szukać rozwiązań, by nie zaprzepaścić filaru polskiej motoryzacji. Może dlatego u wielu ludzi wzbudza on nostalgię, przywołuje wspomnienia, gdyż kiedyś tylko one poruszały się po drogach. Także owszem, maluchy przyciągają uwagę przechodniów i kierujących, starych, jak i młodych… Zdarza się, że ktoś zagada. Ale to normalne. Niektórzy z czystej ciekawości pytają, jak dalej sprawują się maluchy na drogach, a inni – by przypomnieć sobie swoje „stare, dobre czasy”. 

Jeździcie razem na jakieś zloty? Znacie wielu pasjonatów tej marki?

Pewnie, że jeździmy! Ale Radek był na większej ilości zlotów. Ja z nim byłam rok temu (jego Heniem) na beskidzkim u naszych kochanych kolegów w Węgierskiej Górce. Za to w tym roku wybraliśmy się na ogólnopolski zlot do Krakowa. No i jeszcze jakieś małe, jednodniowe zloty, ale to blisko u nas (na placu Solnym we Wrocławiu, czy w Oławie). Znamy bardzo wielu pasjonatów tej marki, wielu z nich to nasi dobrzy znajomi. No i we Wrocławiu mamy duże wsparcie – a zawsze raźniej jechać na zlot paczką, jakby coś się stało (śmiech).

Mieliście już jakieś przygody w trasie? Jak sobie wtedy poradziliście?

Staramy się tak przygotowywać samochody, by nic większego się nie zepsuło po drodze, zwłaszcza, jak jedziemy w dłuższą trasę. Ja miałam kilka małych przygód w drodze do Krakowa, ale nie były to postoje dłuższe, niż kilka minut, więc nie biorę tego pod uwagę jako usterka (śmiech). Za to w samym Krakowie musieliśmy już szukać dla mnie filtra powietrza, bo stary się rozpadł i prawie zatkał gaźnik.  

Czyli stary samochód trzeba traktować łagodniej i lepiej? Bardziej zapobiegać usterkom?

Zawsze traktujemy je łagodniej i lepiej, bo jak wcześniej mówiłam, nie jest to zwykły samochód, a nasz przyjaciel, a każdemu przyjacielowi – trzeba czasem pomóc (śmiech). Wymiany na bieżąco to w sumie podstawa i jedyna reguła, żeby zapobiegać jakimkolwiek usterkom.

Jakie macie plany na przyszłość związane z Marylką i Heniem, a może w planie kolejny nabytek?

Raczej żadnych następnych „maluchów” nie będzie, bynajmniej nie teraz, nie w tym, ani w przyszłym roku. A z resztą, to czas pokaże… Mamy kilka planów, zwłaszcza z Heniem, ale wolimy nie mówić, by nie zapeszać, ani nie zdradzać za wiele (śmiech). 

Najnowsze

Top 5 o czym warto pamiętać przy doborze łańcuchów śniegowych

Sezon zimowy oznacza dodatkowe utrudnienia dla kierowców. W niektórych regionach, w tym szczególnie górskich, warunki drogowe ulegają na tyle dużemu pogorszeniu, że konieczne lub nawet wymagane prawem może być założenie łańcuchów śniegowych.

Jeśli przewidujemy wystąpienie takiej sytuacji, to warto odpowiednio wcześniej zaopatrzyć się w łańcuchy. Przy samym ich wyborze dobrze jest natomiast pamiętać o kilku kluczowych sprawach. W sklepach znaleźć można szeroką gamę łańcuchów samochodowych. Nie brakuje zarówno prostych konstrukcji, których ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych, jak i rozwiązań bardziej zaawansowanych technologicznie, kosztujących nawet ponad 1 000 zł. Przy wyborze łańcuchów warto przede wszystkim określić swoje potrzeby, w tym również to, jak często i gdzie będą wykorzystywane.

1. Potrzeby
Wybór łańcuchów najlepiej rozpocząć od określenia w przybliżeniu tego, jak często i w jakich warunkach będą używane. Poza kwestią wielkości środków, które możemy przeznaczyć na łańcuchy, najważniejsza jest sprawa naszych potrzeb. Jeśli przypuszczamy, że sprzęt tego typu być może okaże się nam przydatny, chociażby raz w roku czy nawet rzadziej, to raczej nie ma większego sensu inwestować w bardziej zaawansowane konstrukcje, chyba że najbardziej cenimy sobie łatwość montażu oraz demontażu łańcuchów. Jeżeli jednak wiemy, że najprawdopodobniej będą nam potrzebne wiele razy – np. w trudnym, górskim terenie – to już wtedy można rozważyć zakup droższego i tym samym bardziej komfortowego w użytkowaniu oraz pewniejszego sprzętu.

2. Montaż
Na rynku dostępne są łańcuchy stworzone przy użyciu różnych technologii, które mają wpływ m.in. na sposób montażu. Dość kłopotliwe w montażu łańcuchy najazdowe stosuje się praktycznie tylko do samochodów ciężarowych, pojazdów odśnieżających, czy też wózków widłowych. W przypadku samochodów osobowych dominują łańcuchy z różnymi systemami szybkiego montażu (np. rozwiązania samonapinające się, niewymagające zatrzymania po kilkudziesięciu metrach w celu dociągnięcia łańcuchów). Z punktu widzenia kierowcy najwygodniejsze są łańcuchy nakładki, które montuje się jedynie od zewnętrznej strony koła – wtedy nie musimy sięgać do strony wewnętrznej. Minusem tego mechanizmu jest cena, ponieważ takie łańcuchy należą do zdecydowanie najdroższych.

3. Prawo
Kolejną istotną sprawą jest kwestia prawa w poszczególnych krajach, do których ewentualnie pojedzie kierowca w czasie zimy. Osobne przepisy dotyczące łańcuchów co do zasady funkcjonują w państwach, gdzie uwarunkowania geograficzno-klimatyczne sprawiają, że w niektórych regionach użycie łańcuchów może być w czasie śnieżnego sezonu koniecznością. W samej Polsce nie ma obecnie obowiązku posiadania łańcuchów. Wymóg ich zastosowania dotyczy jedynie niektórych odcinków dróg, odpowiednio oznaczonych znakami nakazu. Użycie łańcuchów dozwolone jest również w innych przypadkach, jeżeli wymagają tego warunki pogodowe (np. w sytuacji bardzo silnego zaśnieżenia). W niektórych krajach europejskich posiadanie łańcuchów w określonym czasie i w określonych rejonach jest obowiązkowe. Dotyczy to m.in. państw definiowanych jako alpejskie, gdzie liczba dróg wymagających założenia w zimie łańcuchów jest wyraźnie wyższa niż w Polsce.

4. Atesty
Wybierając łańcuchy, warto sprawdzić także, czy mają one jakieś atesty czy certyfikaty. Jednymi z najpopularniejszych na kontynencie są austriackie Ö-Norm, niemieckie TÜV oraz włoskie CUNA, które potwierdzają zgodność danego produktu ze standardami krajowymi/europejskimi. Fakt posiadania odpowiedniego atestu to z jednej strony potwierdzenie norm jakościowych i wytrzymałościowych, ale i swego rodzaju gwarancja zgodności z lokalnymi wymogami, co jest niekiedy bardzo ważne. W niektórych państwach dozwolone jest używanie tylko łańcuchów posiadających odpowiedni certyfikat. Tak jest m.in. w Austrii, gdzie dopuszczalne są wyłącznie łańcuchy z atestem Ö-Norm – za użycie sprzętu bez tego certyfikatu grożą kary pieniężne.

5. Konfiguracja
Doboru konkretnych łańcuchów można dokonać zarówno w punktach sprzedaży detalicznej, jak i przez internet. W obu przypadkach trzeba znać podstawowe informacje nt. samochodu – m.in. dane dotyczące rozmiarów opon, czyli szerokości przekroju, wysokości profilu oraz średnicy osadzenia.

Źródło: Taurus

Najnowsze

Test Renault Trucks serii T-Range 520 High sleeper cab i T-Range 460 sleeper cab

Trzeba pojeździć co najmniej kilkadziesiąt kilometrów ciężarówką, aby móc powiedzieć kilka słów o nowych pojazdach dalekobieżnych Renault Trucks. Dziś testujemy dwa modele serii T-Range 520 High sleeper cab i T-Range 460 sleeper cab.

Na pierwszy rzut oka widoczna jest ewidentna różnica w wielkości obu modeli. Otóż 520-ka jest wysoka na 3,95 m, natomiast 460-ka mierzy 3,77 m. Długość (16,5 m) i masa (40 ton) obu pojazdów jest jednakowy. Czym jeszcze się różnią? Jednostką napędową. W T-520 oferowana jest tylko jedna jednostka o pojemności 13 litrów i w wariantach mocy 440, 480 i 520 KM. W modelu T-460 oferowane są dwa motory: pierwszy o pojemności 11 litrów i w opcjach 380, 430 i 460 KM mocy oraz drugi o pojemności 13 litrów, dokładnie taki sam jak w T-520.

Zaczynamy od T-520. Po otwarciu drzwi to standardowa ciężarówka. Dopiero po wejściu do kabiny widok zaczyna nabierać ciekawszych kształtów. Ogromna przestrzeń kabiny jest naprawdę odczuwalna – do tego płaska podłoga i mamy wrażenie, jakbyśmy byli w małym pokoiku. Ale jak w każdym modelu są wady i zalety. Jest świetna regulacja fotela, która pozwala dostosować optymalny ustawienie siedziska kierowcy, jednak regulacja kolumny kierownicy trochę wydaje się nieco ograniczona.

Ergonomia wszystkich dostępnych urządzeń obsługi auta na przedniej konsoli jest doskonała – także lodówki, która znajduje się pod dolnym łóżkiem – jest w zasięgu ręki. Oczywiście nie jest to „osobówka”, w której bez zmiany pozycji można obsłużyć dosłownie wszelkie funkcje auta, ale te, które są newralgiczne dla bezpieczeństwa jazdy są w intuicyjnych miejscach. Pod kołem kierownicy dostępne są drążki skrzyni biegów, retardera oraz włącznika sygnalizacji kierunku jazdy wraz z obsługą wycieraczek. W samej kierownicy sterować można tempomatem oraz zestawem audio oraz niektórymi opcjami komputera pokładowego.

Drugą część trasy testowej pokonaliśmy T-460. Mimo że wysokość w kabinie jest jednakowa co w 520-stce to 20 centymetrów tunelu silnika daje wrażenie mniejszej przestrzeni. Nie mniej jednak, rozmieszczenie i obsługa urządzeń jest dokładnie taka sama co w bracie bliźniaku.
 
Ruszamy w drogę. Wciskamy hamulec, wybieramy Drive, wciskamy pedał gazu i ruszamy. Auto płynnie, bez zbędnych szarpnięć startuje z miejsca. Mimo swoich gabarytów prowadzenie 40-tki wydaje się bardzo proste. 520-konna jednostka bez problemów rozpędza 40-tonowy zestaw do prędkości 90 km/h. Na nierównej nawierzchni i koleinach podwozie świetnie amortyzuje wszelkie niedogodności podłoża, a w kabinie mamy wrażenie jazdy po równej drodze. Gdyby założyć, że nie będzie nigdy gwałtownego hamowania, możnaby swobodnie – w ramach testu – stawiać kubek z napojem na stoliku, bez obaw, że za chwilę będzie sprzątanie (oczywiście tego nie polecamy). Po drodze mijamy kilka wzniesień, po których jazda jest czystą przyjemnością – auto nie ma problemów z wjazdem pod górkę na wyższych biegach. Kręte i węższe drogi pokonywaliśmy bez większych utrudnień.

460-tka natomiast daje jednak nieznacznie odczuć, że prowadzimy 40 ton. Troszkę wolniej przyspiesza – czuć masę również podczas wyprzedzania. Różnica między modelami wydaje się być niewielka – to zaledwie 60 koni mechanicznych, 350 Nm i 2 litry mniej. A jednak w czasie jazdy daje się odnieść dziwne wrażenie, że auto niechętnie „zostaje” w koleinach. Trudno jednak odnaleźć tu racjonalne wytłumaczenie tego odczucia, bo w obu autach zastosowano jednakowe podwozie.

Duży może więcej
Nie chodzi tylko o liczbę koni pod maską, ale też wykorzystanie wolnej przestrzeni oraz zagospodarowanie jej do granic możliwości. W T-520 jest mniejszy schowek – może nie poraża wielkością, ale można już uporządkować sobie niezbędne rzeczy wedle własnego swojego upodobania. W schowku z prawej strony znajdują się niezbędne przybory, potrzebne podczas awaryjnego postoju.

Trochę elektroniki i człowiek się gubi
Do obsługi elektroniki auta potrzebne jest… kilku godzinne szkolenie, które pozwoli na początek ustawić wszystkie systemy, tak abyśmy wiedzieli jak obsługiwać te „dobrodziejstwa”. Przede wszystkim „Adaptive Cruise Control” – to aktywny tempomat, który wykorzystuje monitoring drogi przed pojazdem, do wykrywania poprzedzających pojazdów. Pozwala on na bezpieczną jazdę ze stałą prędkością, bez konieczności manualnego jej zmniejszania lub zwiększania – wykorzystuje przy tym retarder bądź konwencjonalny hamulec. Układ dostosuje prędkość do jadącego wolniej przed nami auta, a gdy zdecydujemy się na manewr wyprzedzania, ACC przyspiesza do ustawionej wcześniej predkości. Kolejnym ciekawym rozwiązaniem jest „Front Collision Warning System”, który ostrzega kierowcę o możliwej kolizji za pomocą systemu audio. Idealne dla tych, którzy potrafią się czasem „zagapić” – samochód sam zwolni zachowując bezpieczną odległość lub w najgorszym przypadku użyje hamulca. Oczywiście wszystko można ustawić pod swoje własne preferencje. Następny system  to Lane Departure Warning System (LDWS), który ostrzega kierowcę przez głośniki o przekroczeniu linii wyznaczających pas ruchu. W zależności, z której strony przekroczymy linię, z tego głośnika usłyszymy ostrzegawczy sygnał dźwiękowy. Na pokładzie znalazło sie wiele innych systemów wspierających kierowcę, ale również właściciela firmy mającej w swoim parku kilka takich pojazdów. Wystarczy jeździć autem w trybie Eco – przy umiejętnym wykorzystaniu może przynieść wymierne korzyści dla oczędności w całej flocie..

Wrażenia z jazdy
Renault T-Range 460 jeździ się tak, jakbyśmy od zawsze jeździli tym autem. Automatyczna, 12-stopniowa skrzynia biegów działa w sposób idealnie odwzorowujący pracę kierowcy. Wciskając pedał gazu można odnieść wrażenie, że ktoś za nas wykonuje czynności związane ze zmianą biegów, tj. wciskał sprzęgło, zmieniał bieg, zwalniał sprzęgło, wciskał gaz. Dla kierowców zaczynających przygodę w transporcie dalekobieżnym, auto, które „myśli” i odciąga od wielu „niepotrzebnych” czynności, pozwala skupić się na gabarytach pojazdu, czy pokonywaniu zakrętów, a w konsekwencji na bezpiecznym dojechaniu do celu. Praca staje się łatwa, prosta i przyjemna.

Czyli jaki?
Francuzi, próbują wyprzedzać konkurencję – niektórych rywali doganiają, a niektórych przeganiają. Konfigurację auta zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz można dostosować do swoich potrzeb i w zależności od zasobności portfela indywidualizować do woli nadwozie. Naszym zdaniem to świetny pojazd dla wszystkich tych, którzy lubią mieć na pokładzie „na wszelki wypadek” mrowie systemów wspierającyh kierowcę oraz tych, dla których oszczędność jazdy jest priorytetem.

Najnowsze

Hyundai wprowadza model IONIQ z wyborem trzech napędów elektrycznych

Hyundai ogłosił nazwę kompaktowego modelu z napędem alternatywnym, który trafi do sprzedaży w 2016 roku. Hyundai IONIQ dostępny będzie z napędem elektrycznym, hybrydowym plug-in oraz hybrydowym i jest pierwszym na świecie modelem, w którym jedno nadwozie oferowane jest z trzema różnymi rodzajami jednostek napędowych.

Nazwa nowego modelu nawiązuje do elementów silnie wpisanych w jego charakter. ION – to naładowany elektrycznie atom (pol. jon). Natomiast drugi człon nazwy pochodzi od angielskiego słowa unique (pol. wyjątkowy, niepowtarzalny) co ma podkreślić rolę modelu w gamie Hyundaia i odzwierciedlać zaangażowanie marki w ochronę środowiska.

IONIQ został stworzony na całkowicie nowej platformie, zaprojektowanej specjalnie pod kątem zróżnicowanych jednostek napędowych. W czysto elektrycznej wersji (EV) został wyposażony tylko w akumulator litowo-jonowy. Hybryda plug-in (PHEV) łączy w sobie silnik spalinowy z energią z baterii elektrycznej. Z kolei hybryda (HEV) wykorzystuje silnik benzynowy oraz odzyskiwaną, w celu ładowania baterii, energię ruchu samochodu.  

W 2013 roku marka stała się pierwszym na świecie masowym producentem samochodu napędzanego wodorem, wprowadzając do sprzedaży model ix35 Fuel Cell.

Hyundai IONIQ zostanie po raz pierwszy pokazany w Europie podczas targów motoryzacyjnych w Genewie, w marcu 2016 roku. Światowa premiera będzie miała miejsce na rynku koreańskim już w styczniu.

 

Najnowsze