Ten inteligentny kask zapewnia widok 210 stopni

Przyzwyczailiśmy się już do smartfonów, teraz rynek szturmem jest podbijany przez smartwatche, a za chwilę dołączą do nich smartkaski. Na rynku pojawia się właśnie nowa firma z dość oryginalnym pomysłem na kask motocyklowy.

Póki co giganci na rynku kasków motocyklowych nie są zbyt mocno zainteresowani tematem. Do tej pory pojawiały się projekty niewielkich, ale bardzo ambitnych firm. Do produktów Skully i Livemap dołącza Intelligent Cranium iC-R – w skrócie iC-R. 

Inżynierowie tej firmy postanowili chyba sprawdzić, ile technologii można upakować w jednym kasku. Zamontowano tam dwa wyświetlacze przezierne, dwie kamery z tyłu oraz ogniwo fotoelektryczne. Dzięki kamerom motocyklista ma możliwość obserwowania otoczenia pod kątem 210 stopni, praktycznie bez efektu martwego pola. To jednak nie wszystko, na ekranach przeziernych będzie można wyświetlać nie tylko obraz z kamer, ale także dane z nawigacji.

Oczywiście kask będzie można połączyć technologią Bluetooth z naszym smartfonem lub po prostu zwykłym telefonem komórkowym. Specjalnie przygotowana aplikacja pozwoli zarządzać wbudowanymi funkcjami. 

AMR-C01 – symulator wyścigowy od Astona Martina

Na razie kask jest w fazie projektu. Twórcy zbierają środki na zasadzie crowdfundingu (zbiórka za pomocą portalu społecznościowego). Potrzebują 268 tysiecy euro na uruchomienie produkcji. Jeżeli projekt wejdzie do sprzedaży, jego cena nie powinna przekroczyć 1250 euro. 

Ciekawostką jest też to, że jeśli samochód pojawi się zbyt blisko motocyklisty, wbudowane wewnątrz kasku diody zapalą się na kolor czerwony. Zasada działania jest przedstawiona na filmie.

Najnowsze

Maria Szarapowa dostała nowe Porsche Boxster Spyder

Znana, a do tego bardzo utytułowana rosyjska tenisistka jest od kilku lat ambasadorką Porsche. Kilka dni temu miała okazję sprawdzić nowego Porsche Boxster Spyder.

Nowy Porsche Boxster Spyder można już zamawiać, ale pierwsi klienci dostaną swoje modele dopiero w lipcu. Maria Szarapowa miała okazję sprawdzić swój najnowszy samochód już teraz, ponieważ jest globalną ambasadorką niemieckiej marki.

Auto i gwiazda tenisa pojawili się w salonie Porsche Centre Mayfair. Najnowsza odsłona Boxstera Spyder to najlżejsze i najmocniejsze Porsche w historii. Auto ma masę zaledwie 1315 kg. 

Najnowsza wersja w porównaniu z poprzednikiem została obniżona, a do tego ma układ hamulcowy przeszczepiony prosto z Porsche 911. Pod tylną klapą pracuje silnik bokser o pojemności 3,8 litra. Jednostka rozwija maksymalną moc 375 KM, a rozpędza się do setki w 4,5 sekundy. Prędkość maksymalna to 290 km/h. Średnie spalanie podawane przez producenta wynosi 9,9 l/100 km. 

Żeby stać się właścicielem tego cacka i poczuć się jak Szarapowa, trzeba zainwestować co najmniej 391 426 złotych. 

Najnowsze

Testy Andreasa Mikkelsena przed Rajdem Polski 2015

Oto kolejny odcinek z cyklu przedrajdowych fotoreportaży testów liderów klasyfikacji Rajdowych Mistrzostw Świata. Dziś przedstawiamy trening Andreasa Mikkelsena przed Rajdem Polski 2015.

Galerię zdjęć z testów zespołów Skody i Volkswagena zobaczysz tu.

Przedrajdowe testy Roberta Kubicy obejrzysz na zdjęciach tu.

Testy Jari-Matti Latvala przed Rajdem Polski tutaj.

Wypowiedzi Roberta Kubicy i Krzysztofa Hołowczyca przed Rajdem Polski 2015 przeczytasz tu.

Jakimi autami poza WRC będą rywalizować zawodnicy Rajdu Polski? Dowiesz się tu.

Najnowsze

Into the dust: podróż Marty Kondrackiej dookoła Maroka na motocyklu

"Początek tego roku rozpoczęłam z mocnym postanowieniem zrealizowania podróży, jakiej do tej pory jeszcze nie było" zaczyna swoją relację z motocyklowej podróży pod Maroku Marta Kondracka.

W skrócie:
Into the dust – podróż Marty Kondrackiej dookoła Maroka na motocyklu Yamaha YBR 125. Czas trwania: 35 dni

Trasa: Cadiz – Larache- Casablanca – Safi- Essaouira – Agadir – Tafraoute – Mirleft – Tan-Tan –Tarfaya –Boujdour – Dakhla – Guelmim – Tata – Foim Zguid – Zagora – Boumalne dades – Tinerhir – Erfoud –Merzouga – Midelt – Azrou – Fes – Chefchaouen – Tetouan – Tanger – Tarifa

Przejechane: 6500 km
 
Into the dust – marokańska przygoda na mały motocyklu
Początek tego roku rozpoczęłam z mocnym postanowieniam zrealizowania podróży, jakiej do tej pory jeszcze nie było. Miałam już za sobą całkiem niezłe podróżnicze doświadczenie (autostopem zjechałam całą Europę, podczas rocznej podróży odwiedziłam Australię, Nową Zelandię i cała Azję Płd-Wsch) więc szukałam czegoś naprawdę wyjątkowego. Miesiąc wcześniej kupiłam motocykl i dopiero co oswoiłam się z jazdą. Ponieważ inspiracji przybywało, zdecydowałam się wyruszyć w podróż na dwóch kołach. Mały motocykl, małe doświadczenie, małe zasoby sprzętowe i finansowe. Przynajmniej ambicje były niczemu sobie! Zdobycie zainteresowania mediów i sponsorów, przestudiowanie wszystkiego, co dotyczy wypraw motcyklowych, nauczenie się jak najwięcej o swim motocyklu i wreszcie przejechanie samotnie dookoła Maroko. – Miałam na to dwa miesiące, a w międzyczasie pracowałam i robiłam kurs surfingowy. Przez ten okres czasu nauczyłam się chyba więcej niż przez ostatnie 2 lata. Podróż po Maroko traktuję jako 35 dniowy obóz treningowy przygotowujący mnie do przyszłych podbojów świata na motocyklu. Ale zacznijmy od początku…
 
Przygotowania
Dwa miesiące na przygotowanie wyprawy motocyklowej to dość mało, ze względu na brak doświadczenia i ilość rzeczy do załatwienia.  Uczyłam się wszystkiego od początku, bo startowałam od poziomu zerowego nie wiedząc nawet co to tankbag. Ale krok po kroku. Zacząłam od Yamahy – przyswoiłam sobie wszystko, czego byłam w stanie nauczyć się z internetu czy rozmów ze znajomymi. Wielokrotnie spędzałam długie godziny w garażu, żeby dokładnie przestudiować budowę YBR-ki. W międzyczasie zaczęłam tworzyć program podróży i stronę projektu, nawiązywać kontakty w Maroko i szukać patronatów medialnych. Codziennie jeździłam też po kilka godzin, żeby wyczuć motocykl. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do delikatnej Yamahy, brakowało mi też porad kogoś doświadczonego bo przez maile nie wszystko da się objaśnić. Po miesiącu wsiadałam na motocykl bez obaw, a po dniu bez jeżdżenia zaczynałam tęsknić za moją maszyną. Kiedy pojawiły się pierwsze maile i słowa aprobaty dla projektu – w tym motocainy- zaczęłam szukać sponsorów. To była moja strategia – najpierw nagłośnić temat, potem starać się o sprzęt i poparcie firm. Czas mijał, a nikt się nie odzywał. Zaczęłam więc rozglądać się za używaną odzieżą, ale nawet ta była w Hiszpanii droga. Pewnego dnia, na raz pojawiły się odpowiedzi i oferty współpracy. I tak nie było odwrotu. Sama na małym motocyklu, ale z wielkimi nadziejami ruszyłam w podróż po przepełnione aromatami i kurzem Maroko. Moim marzeniem było przecież – INTO THE DUST!


   
Sama w drodze, czyli największe wyzwania
Kiedy zastanawiam się, co było dla mnie największym wyzwaniem, to od razu przypomina mi się pierwszy dzień podróży. Jeszcze chyba nidgy tak bardzo nie stresowałam się przed wyjazdem. Nawet kiedy leciałam do Nowej Zelandii w roczną podróż z małym pleackiem, a potem w samotną podróż po Azji Poludniwoo-Wschodniej, strach był jakby mniejszy. Tamten dzień w Cadiz był dla mnie przerażający. Odzież motocyklowa zdawała się za ciężka, sakwy ledwo co pomieściły moje graty, a tankbag tylko przeszkadzał. Motocykl pod ciężarem bagażu zachowywał się zupełnie inaczej, a w dodatku w Cadiz i Tarifie były cholernie mocne wiatry i burze. Trzęsąc się ze strachu ruszyłam. I było tylko gorzej! Fatalna pogoda przez kilka pierwszych dni sprawiała, że miałam mnóstwo wątpliwości. Naprawdę bałam się tej podroży. Dlatego też największą trudnością była dla mnie start. Musiałam przekonać siebie, że dam sobie radę w każdej sytuacji i totalnie sobie zaufać. Oczywiście miałam wsparcie ze strony moich przyjaciół więc chociaż na duchu było lżej. Każdy kolejny dzień przynosił nowe doświadczenia i większa pewność siebie. I jakoś poszło.
Jako samotnie podróżująca motocyklistka byłam w Maroko zupełnie inaczej odbierana. Kiedy zatrzymywałam się w kawiarniach, zajętych całkowicie przez mężczyzn, patrzono na mnie z zaciekawieniem i raczej podziwem. Pytano o podróż i o mnie. Kiedy natomiast spacerowałam ulicami sama, byłam traktowana jak zwykła turystka, którą pochłania się wzrokiem. Motocykl był moim atrybutem, który dawał mi siłę i pewność siebie, a blond włosy wystające spod kasku, miały tą kobiecą siłę tylko podkreślać.
   
Początek drogi
Wyruszyłam 17 marca z Cadiz w Hiszpanii, gdzie skończyłam swój staż absolwencki. Po kilku godzinach byłam już w Tanger i rozpoczęłam drogę wzdłuż wybrzeża. Larache, Mohemadia, Casablanca, Safi, Essaouira – te miasta przejechałam w deszczu i mżawce. Pamiętam, że Tanger była dla mnie dużym zaskoczeniem, czułam się jak w chaotycznej grze, w której chodziło tylko o to, żeby nie dać się zepchnąć z drogi. Wielokrotnie czułam jak oblewa mnie zimny pot, kiedy kierowcy mijali mnie niebezpiecznie blisko. Nie było mowy o takim komforcie jak w Hiszpanii. Podłapałam w miarę szybko marokańskie zasady gry i tak jak oni trąbiłam w każdej możliwej sytuacji. Chodziło o to, żeby zakomunikować swoją obecność na drodze. W pieszym tygodniu podróży zdałam sobie sprawę, że nie będzie łatwo zrealizować moje surferskie plany .Prognoza pogody nie były zbyt optymistyczna. Ja zresztą po tych zimnych i mokrych dniach marzyłam tylko o suchym łóżku. Dopiero w Agadir poczułam, że zbliża się marokańska wiosna. Pierwsze wieczory spędziłam z suszarką do włosów w ręku, codziennie musiałam suszyć przemęczoną odzież i buty. Miałam też za sobą pierwsze spotkania z osobami, dzięki którym nabrałam nowego wyobrażenia o Maroko. Dzięki kontaktom poznanym przez CouchSurfing mogłam poznać ten kraj z perspektywy jego mieszkańców, spotkać młodych ludzi, którzy tak jak ja marzą o wielkich podróżach. Swoje 27 urodziny spędziłam w gronie marokańskich kobiet, których solidarność i gościnność sprawiły, że wyjeżdżałam z Safi ze łzami z oczach. A poznani w Mohamedia i Agadir przedstawiciele klubów motocyklowych uświadomili mi, że miłość do motocykli bez względu na różnice kulturowe jest taka sama. Właśnie na takie spotkania miałam nadzieję podczas planowania Into the dust!
Wszystkie spotkania z ludźmi związanymi ze światem motocykli i nie tylko, dały mi generalną lekcję wiedzy o współczesnym społeczeństwie marokańskim. Byłam j w Maroko już wcześniej, ale nie dotarłam tak blisko ludzi, nie odbyłam tylu fascynujących rozmów. Przekrój poznanych osobowości był naprawdę szeroki. Od Aminy, młodej, ułożonej i bardzo wierzącej studentki, Sofi – córki dyplomaty, znającej pięć języków i reprezentującej grono współczesnych, niezależnych muzułmanek, po Simona – przewodniczącego motocyklowego klubu. Dzięki niemu dowiedziały się o mojej podróży inne motocyklowe kluby, a on sam służył mi pomocą w każdym zakątku Maroka. Poznałam też przewodniczącą kobiecego klubu motocyklowego w Casabalnce, która przyjęła mnie pod swój dach i opowiedziała o działalności swojego klubu. Ona i inne dziewczyny z klubu pomogły mi kupić nową oponę bez, której nie było mowy o dalszej podróży
     
Sahara zachodnia
Po deszczowym rozdziale podróży dotarłam do Agadir gdzie spędziłąm kilka dni wypoczywając i szwędając się z Simonem po mieście. Głos wydawany przez silnik jego choppera przyciągał uwagę wszystkich. Miałam motocyklowe zwiedzanie z prywatnym przewodnikiem więc jeździło się znakomiecie. Była więc i wizyta na pobliskich wzgórzach, gdzie znajdują się pierwsze ruiny miasta i kolacja, gdzie za grosze serwowali swieże owoce morza. Agadir jest zupelnie inny niż reszta marokańskich miast. Po trzęsieniu ziemi w latach 60 miasto zostało całkowicie przebudowane według nowoczesnych projektów. Nic więce dziwnego, że zachęca ekspatów szukających mozliwości rozwoju kariery czy biznesu. To miasto jest po porstu przyjemne. Francuzi, anglicy czy beligijczycy szukają tu także domów na wybrzeżu, aby w spokoju spędzić czas na emeryturze. Agadir jest miastem totalnie europejskim, znaleźć w nim można kluby i bary z alkoholem, którego cena jest trzykrtonie wyższa niż w Polsce.
Po przyjemnym odpoczynku podjęłam decyzję, że ruszam na Saharę Zahodnią. To nic, że czekało mnie dodatkowe 2 tyś km. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że tak naprawdę już znalazłam się Saharze. (dlaczego nie wiedziałaś?Po nocy podjęłam decyzję, że ruszam dalej, gdyż nie wiedomo kiedy pojawi się okazja, żeby zjechać tą przedziwną krainę. Otuchy dodał mi też właściciel campingu (co powiedział?– jak się pózniej okazalo Włoch, któy dostał od marokańskiego rządu ziemię całkowicie za darmo, na rozwój swojego biznesu. Jest to standardowa polityka ze strony władz marokańskich i  ma na celu przyciągnięcie mieszkańców na Saharę Zachodnią.
Podróż przez prowadzącą wzdłuż oceanu drogę w kierunku Dakhlii, miejsca słynącego głównie z kitesurfingu zajęła mi 5 dni. Cała trasa ciagnie się przez hammadę – kamienistą pustynię, na której co jakiś czas spotkać można wolno biegające wielbłady i beduinów podążających niewiadomo dokąd. Atrakcją jest wyłaniający się co jakiś czas widok oceanu, postoje na tanie tankowanie ( 2.70zł/litr) i kontrole paszportowe. Na Saharze Zachodniej wciąż toczy się konflikt polityczny. Ta ziemia stanowi dla marokańskiego rządu łakomy kąsek ze względu na bogate złoża fosforanów oraz gigantyczne połacie terenu na ewetualne elektrownie wiatrowe. Stosuje się więc typową politykę neokolonialną – zachęcanie Marokańczyków do osiedlania się stosując przy tym brak opłat za prowadzenie firm, tanią benzynę, darmowy Uniwersytet i stypednia. W Dakhli, która jeszcze w latach 90 należała do Mauretanii – na wielu bilbordach wiszą plakaty z flagą Maroka. Spacerując po szerokich ulicach Dakhli, w której co chwilę powstają nowe inwestycje, centra konferencyjne czy nowe rządowe budynki, nie da się tego pominąc. Generalnie buduje się w Maroko bardzo dużo, a inwestycje są wielokrotnie wspierane przez bogatych inwestorów z Arabii Saudyjskiej. Dla mnie, wielkim zaskoczeniem były kontrole paszportowe, których miałam średnio 6-8 każdego dnia, przy czym każda zajmowała do 10min. Skrupulatnie spisywano moje dane i pytano gdzie spędzę następną noc. Były też sytuacje, kiedy policja dzowniła na konkretny camping pytając czy dotarłam na miejsce.  Każdy wjazd i wyjazd z miasteczka oznacza kontrolę ze strony policji i żandarmerii wojskowej. Dosłownie na każdym postoju pytano czy jadę do Mauretanii (ewidentnie się nie lubią) i gdzie moi znajomi. Na odpowiedź, że podróżuję sama, raz jeszcze upewniali się czy dobrze zrozumieli. Potem były jedynie gesty aprobaty.
Podróż przez Saharę to wyprawa w świat tylko dwóch kolorów – zółtego piasku i błekitu nieba. Wijąca się wzdłuż droga jest jak mała szara kreska prowadząca cały czas na wprost. Sporadyczne zakręty bywają pewnym urozmaiceniem. Mogłoby się wydawać, że nic ciekawego w tej monotonii nie ma. Dla mnie  była to jednak wolność w najlepszym wydaniu.
    
Południe
Guelmim – Tata –Zagora – Ouarzazate – Boumalne Dades – Erfoud
Południe było miłym zaskoczeniem, bo wreszcie zaczęła się pojawiać zieleń w postaci gajów daktylowych, kwitnących łąk i pastwisk. Do tego ciągnące się wzdłuż pasma górskie, sprawiały wrażenie, że prawdziwe Maroko znajduje się właśnie tutaj. Krajobrazy zmieniały się tak szybko, a jeden był lepszy od drugiego, co zmuszało mnie do ciągłych postojów na robienie zdjęć. Klimat też się zmienił. Musiałam już zdjąć bielizne termiczną, bluzę z polaru i przerzucić się na letnie rękawice oraz jeździć w porozpinanej kurtce i spodniach. Zaczęła się upalan wiosna. W Boumalne Dades spotkałam parę polaków, z którymi już wcześniej umawiałam się na wspólną jazdę. Niestety jechali na wybrzeże, a ja dalej na południe więc spędziliśmy razem tylko jeden dzień. Wtedy przekonałam się jak fajnie jest podróżować w małej grupie motocyklistów. Było tak jakbyśmy znali się od lat. Mogłam pojeździć na większym sprzęcie i pobawić się trochę w terenie podczas górskiego przejazdu przez wysuszone koryta rzek. Choć YBR-ce nieźle się oberwało, to dotarliśmy do miejsc, gdzie mieszkają już tylko górskie plemiona. Z Rafałem i Anią rozstaliśmy się (polecam jej bloga: Any road but new) z nadzieją na szybkie spotkanie. Ja pognałam by zobaczyć pustynne diuny, a oni dziką trasą planowali objechać część wybrzeża. Postanowienie po tym spotkaniu było jedne – szosowe enduro będzie moim kolejnym motocyklem, a ja sama ogarnę wszytskie możliwe techniki jazdy w terenie!
      
Północ
Azrou- Fez- Chefchaouen -Tanger
Znowu nowe krajobrazy, momentami czyłam się jak w Irlandii, a za chwilę przypominała mi się moja ukochana Islandia. Maroko zadziwiało mnie coraz bardziej z każdym przejechanym kilometrem. Jego różnorodność fascynuje mnie do dziś i stwierdzam, że to kraj idealnny na motocyklowe podróże. Zielone pastwiska, lasy, owce, gdzieniegdzie w górach wciąż leżał śnieg, a kilka dni wczesniej zakopywałam się w pustynnym piasku w okolicach Erfoud. Jednego wieczoru, całkiem przypadkowo dotarłam na camping w Azrou. Po kilku minutach rozmowy z właścicielem, który poczęstował mnie prawdziiwm marokańskim winem, okazało się, że od kilku miesiący mieszka tu pewna polka. Ola przejechała ze swoim partnerem całą Afrykę południową, a gdy odmówiono im wizy do Nigerii, wrócili do Maroka, aby w nim zamieszkać. I znów niesamowici ludzie i inspirujące spotkanie. A wszystko w momencie, kiedy samotnośc zaczęła mi już trochę doskwierać. Spotkanie z Anka i Rafałem wywołało jakis głód dzielenia drogi we dwójkę. I tak kilka dni póżniej dołaczyła do nas Anka, z którą wspólnie dokończyłam moja marokańską przygodę. Spotkanie trzech polskich motocyklistek w małej marokańskiej wiosce uważam za naprawdę wyjątkowe.
I tak skończył się etap mojej samotnej podróży, od Azrou do Tarify jeździłam w fantastycznym towarzystwie doświadczonej motocyklistki. Jestem Ance bardzo wdzięczna za jej porady motocyklowe, życiowe i cierpliwość. Nieźle musiała spowalniać tym swoim GS 1200, żebym dotrzymać tempa mi i YBR-ce.  Razem zwiedziłysmy Fez, Chefchaouen, Tetuan i wróciłyśmy promem do Hiszpanii. W Fez zatrzymałyśmy się tylko na jeden dzień, żeby zobaczyć jego gigantyczną medinę a Tetuan przejechałyśmy całkiem szybko kiedy zobaczyłyśmy jego bogate dzielnice. Duże miasta szczególnie nas nie interesowały. Jednak niebieskie miasteczko– Chefchaouen –bardzo przypadło nam do gustu. I tak pośród niebieskich murów spędziłyśmy 3 spokojne dni, spacerując, jedząc i szukając upominków dla znajomych i rodziny. Jesnoniebieskie fasady domów czynią to miasteczko naprawdę uroczym. Można gubić się godzinami w ciasnych uliczkach mediny i oglądać małe stoiska lokalnych handlarzy. Nie ma namolstwa czy zaczepek. Przynajmniej nas nic takiego nie spotkało. Co jakis czas zdarzały się jednynie szeptem wyglaszane oferty: „Good hash, Madam…”
    
Koniec drogi i początek nowej
Into the dust było moją prywatną inicjacją, rytuałem przejścia. Patrząc na drogę, którą przebyłam (łącznie 10 tyś km, przez 5 miesiący) i doświadczenie, które zdobyłam czuję niesamowitą satysfakcję, radość i wdzięczność. Spotkałam się z dużą pomocą ze strony przyjaciół, rodziny, patronatów i sponsorów, ale też zwykłych ludzi, dla których taka podróż miała sens. Jestem teraz pewniejsza siebie i bardziej zdecydowana. Motocyklowa podróż dała mi zupełnie nową dawkę energii i inspiracji. Wiem też jak chcę dalej podróżować, że ma to być motocykl, który zabierze mnie tam, gdzie być może nie prowadzi żadna droga. Mam upatrzony kolejny sprzęt i nowe, wielkie marzenia. Kolejne plany podróży już biegają mi po głowie.  

Mam nadzieję, że moja historia zachęci Was do ralizacji własnych celów. Każda podróż ma w sobie magiczną moc uzdrawiania i kształtowania własnej osobowości. Jeśli wciąż się zanstanawiacie, to cza spodjąć wyzwanie i spojrzeć na siebie z nowej perspektywy.

Najnowsze

Motocyklowe Mistrzostwa Polski z nowym rekordem Toru „Poznań”

W dniach 27-28 czerwca na Torze „Poznań” najlepsi krajowi motocykliści rywalizowali w ramach V i VI Rundy Motocyklowych Mistrzostw Polski i Pucharu Polski.

W zawodach startowała Justyna Pulc-Tomkiewicz, żona Macieja Tomkiewicza również zawodnika. Parę połączyła motocyklowa miłość, a Maciej oświadczył się Justynie na imprezie Speed Day w zeszłym roku podczas dekoracji zwycięzców na pudle.

Pierwsze wyścigi rozegrano w sobotę w bardzo dobrych warunkach pogodowych. W klasie Rookie 600 rywalizacja już od pierwszych metrów była bardzo zacięta. Niektórzy zawodnicy tak bojowo przedzierali się do przodu że aż 6 motocykli nie przekroczyło linii mety, w tym dotychczasowy lider generalki Andrzej Kawulok. Krystian Paluch (A.Lubelski), który na Węgrzech zaliczył upadek, na Torze „Poznań” znów czuł się jak ryba w wodzie i pewnie wygrał sobotni wyścig przed doskonale jadącymi młodymi zawodnikami Patrykiem Pazerą (A.Królewski) i Kamilem Krzemieniem (A.Silesia).

W Rookie 1000 rywalizacja była nie mniej zacięta, Grzegorz Hanuszewicz (A.Wielkopolski) linię mety minął zaledwie 0.171 sekundy przed Damianem Ołdakowskim (TS Sparta Wrocław), a na mecie ze sporymi emocjami opowiadał o pojedynkach łokieć w łokieć, m.in. z Jackiem Jędrzejczykiem, który niestety nie ukończył wyścigu.. Trzeci na podium był Aleksander Kopiś (Motoklub Olsztyn) ale do liderów stracił niemal 11 sekund.

W sześćsetkach na starcie stanęło 10 zawodników, w Supersportach nadal nie było mocnych na Sebastiana Zielińskiego (Ostrowski Klub Motorowy). Przemysław Krajewski (PRO-MOTOR Świdnica) był drugi a Szymon Strankowski (A.Ostrowski) trzeci. W Stock600 dominację kontynuował Adrian Pasek (A.Rzeszowski) przed Pawłem „Rinasem” Przybylskim (A.Królewski) i Markiem Chłopkowskim (A.Wielkopolski).

Angelle Sampey na modelu LiveWire ustanowiła nowe rekordy dla produkowanego seryjnie motocykla elektrycznego

W łączonym wyścigu Superbike i Superstock 1000, który od lat cieszy się największym zainteresowaniem kibiców, już na starcie doszło do dramatu jednego z faworytów. Michał Filla popełnił falstart, za co otrzymał karę przejazdu przez depot. Jak to w sporcie niepowodzenie jednego daje szanse drugiemu. Marcin Walkowiak (Motosport Castrol Team Toruń) pewnie wygrał w klasie STK1000 dając wiele radości licznie przybyłym do Poznania kibicom marki Ducati. Filla po pechowym starcie ostatecznie zajął drugie miejsce. Marek Szkopek (A.Polski) odczuwający jeszcze skutki kontuzji odniesionej na Węgrzech z zaciśniętymi zębami uzupełnił podium zdobywając cenne punkty do generalki. W Superbike’ach Paweł Szkopek (A.Polski) pewnie triumfował przed Irkiem Sikorą (AMK Gliwice) i Danielem Bukowskim (A.Wielkopolski).

W niedzielę po nocnym oberwaniu chmury od rana warunki nie były najlepsze, ale w ciągu dnia pogoda była co raz bardziej łaskawa dla jednośladów.

Jeszcze przed wyścigami, cały świat wyścigów motocyklowych zebrał się na linii start meta Toru „Poznań” by wykonać wspólne zdjęcie z pozdrowieniami dla Janusza „Profesora” Oskaldowicza, który wraca do zdrowia po ciężkim wypadku na węgierskim torze Panonia Ring. „Jasiu czekamy na Ciebie” to jedno z wielu haseł sympatii i wsparcia jakie padały na poznańskim paddocku. Mamy nadzieję, że Janusz szybko wróci do zdrowia i znów zobaczymy go na poznańskim autodromie.

W Rookie 600 prowadzenie po starcie objął Patryk Pazera przed Grzegorzem Jakóbkiem i Krystianem Paluchem, który po przygodzie na tzw. „dużej patelni” na 3cim okrążeniu spadł aż na 12 miejsce. Czasu i okrążeń szaleńczego pościgu starczyło na zajęcie 6 miejsca. Jakóbek cały czas atakował Pazerę, w pewnym momencie doszło nawet do kontaktu, ale obaj szczęśliwie dojechali do mety. Pazera przez Jakóbkiem. Podium uzupełnił Andrzej Kawulok. Taka kolejność na mecie sprawiła, że w klasyfikacji generalnej niemal na półmetku zmagań zrobiło się bardzo ciasno. Paluch nadal jest liderem (86 pkt.), ale Jakóbek ma zaledwie 1 pkt, a Patryk Pazera 2 pkt. starty.

Wyścig Rookie 1000 to zacięta walka od pierwszych metrów Toru „Poznań”. Po pierwszym okrążeniu prowadził Aleksander Kopiś, przed Grzegorzem Hanuszewiczem, i Jarosławem Witkiewiczem. Kilkaset metrów później drugi był już Damian Ołdakowski. Ostatecznie po dziesięciu okrążeniach zwycięzcą został rewelacyjnie jadący Damian Ołdakowski (TS Sparta Wrocław) przed Kopisiem (Motoklub Olsztyn) i Kamilem Barańskim (A.Wielkopolski). Zwycięstwo Ołdakowskiego dało mu prowadzenie w generalce 89 pkt, przed Hanuszewiczem 86 pkt.

W klasie Supersport Sebastian Zieliński tradycyjnie już zdominował wyścig prowadząc niezagrożenie od startu do mety. W Stock600 dominatorem jest Adrian Pasek, który wprawdzie powalczył na torze ale z Szymonem Strankowskim z klasy Supersport, który starał się gonić Zielińskiego. Za ich plecami Cabala ścierał się z Klocem, mimo wywrotki „pod dębami” Cabala wsiadł na motor i dowiózł do mety trzecie miejsce, Kloc źle oszacował zużycie paliwa i z pustym bakiem nie dotarł do mety. W generalce Supersportów  Zieliński ma 140 pkt, co daje mu 20 pkt przewagi nad Strankowskim. W Stockach600 Adrian Pasek ze 139 pkt. prowadzi nad Pawłem Przybylskim – 117 pkt. i Markiem Chłopkowskim 102 pkt.

Niedzielny wyścig Superbików i Stocków 1000 to ściganie na światowym poziomie, które kibice chcieliby zawsze oglądać. W Superbikeach Paweł Szkopek z Irkiem Sikorą przez cały wyścig zamieniali się pozycjami, do widowiskowej walki na torze włączał się jadący podobnie wyśrubowanym tempem w Stockach 1000 Michał Filla. Ostatecznie w królewskich Superbikeach wygrał Irek Sikora przed Pawłem Szkopkiem i Danielem Bukowskim. Paweł Szkopek na pocieszenie wykręcił najlepszy czas okrążenia 1m32.985 stanowiący nowy rekord Toru „Poznań” i utrzymał prowadzenie w klasyfikacji sezonu ze 148 pkt., Sikora traci 5 pkt. a Bukowski 49 pkt.

Po sobotnim niepowodzeniu Filla w niedzielę nie dał szans rywalom, Walkowiak po problemach ze zmianą biegów nie mógł włączyć się do walki o podium. Bartek Wiczyński zajął drugie miejsce a „mikro” Szkopek stanął na najniższym stopniu podium. W generalce Filla zrównał się punktami z Markiem Szkopkiem, więc w pozostałych do końca sezonu wyścigach zapowiada się bardzo wyrównana rywalizacja.

Kolejna runda Mistrzostw Polski odbędzie się w czeskim Moście, ale już za 2 miesiące, w weekend 22-23 sierpnia, motocykliści powrócą do Poznania by walczyć o kolejne punkty Mistrzostw i Pucharu Polski.
 

Najnowsze