Richard Hammond przewozi chorą Emilię Lamborghini – film

Jest chwila w życiu małej, przewlekle chorej Emili Palmer, której nie zapomni do końca życia. Pewna fundacja spełniająca marzenia zorganizowała dla niej przejażdżkę różowym Lamborghini Avantador z Richardem Hammondem za kierownicą.

Ta historia chwyta za serce. Ośmioletnia Emilia Palmer to urocza dziewczynka, cierpiąca na rzadką chorobę płuc, wymagającą stałego podłączenia do aparatu tlenowego. Jej marzeniem była przejażdżka różowym Lamborghini Avantador z gwiazdą programu Top Gear – Richardem Hammondem.

Brytyjska fundacja Rays of Sunshine (Promień Słońca) postanowiła umożliwić jej przeżycie czegoś unikalnego, czego nie zapomni do końca życia. Zlecono firmie HR Owen polakierowanie Lamborghini Avantador w róż i zamówiono Hammonda jako osobistego szofera dla Emili.

Wkrótce do drzwi domku w Herefordshire, w hrabstwie West Midlands zapukał donośnie Richard, a zza progu wyjechała na wózku inwalidzkim ubrana na różowo, zaskoczona Emilia. Co się działo później zobaczycie na filmie.

Najnowsze

Twarda jak skała – wywiad z Iwoną Petrylą

Iwona lubi wysokie obroty i nie tylko w samochodach, także we własnym życiu. Mimo, że motoryzację odkryła dość późno - to całkowicie się jej poświęciła. Pasja i przyjaciele dali jej też tyle siły, by przetrwać atak ciężkiej choroby.

Iwona Petryla przeprowadza rozmowę z Kajetanem Kajetanowiczem na mecie rajdu.
fot. Piotr Nurczyński

Chyba nie można powiedzieć, że motoryzacja i rajdy samochodowe – to Twoja pasja od dzieciństwa?
Nie, zdecydowanie nie. W moim domu nie było takich zainteresowań, moi rodzice nawet nie mieli samochodu. Pierwsze, ale zupełnie przelotne i powierzchowne zainteresowanie rajdami pojawiło się na początku szkoły średniej, pod wpływem popularności niezwykle przystojnego Krzysztofa Hołowczyca. Ale to szybko minęło, jak wiele zainteresowań z okresu bycia nastolatką (śmiech). Tak na poważnie w rajdy weszłam zdecydowanie później i to całkiem przypadkowo. Jako szefowa „Wiadomości Kłodzkich” przyszłam do Automobilklubu Ziemi Kłodzkiej, żeby pisać o tym, że nie będzie Rajdu Zimowego. Spotkałam się wtedy z Bogusławem Piątkiem, rozmowa trwała bardzo długo i rozbiegła się na wiele tematów. Na koniec Piątek zapytał mnie, czy zechciałabym wstąpić do AZK. Byłam zdziwiona tym zaproszeniem, bo byłam kompletnie zielona w rajdowych tematach. Powiedział mi wtedy, że wszystkiego mnie nauczą, a potrzebują w swoich szeregach ludzi z taką energią jak moja. I tak się stało… A po latach osobiście poznałam „Hołka”, prowadziłam nawet w Wałbrzychu spotkanie promujące jego książkę i dostałam specjalną dedykację (śmiech).

Iwona Petryla jest wyjątkowo lubiana przez kierowców rajdowym – na zdjęciu z Tomkiem Kucharem.
fot. z archiwum Iwony Petryli

Sprawdzałaś się w wielu rolach, związanych z motoryzacją: dziennikarza i rzecznika prasowego, konferansjera na rajdach, dyrektora KJS, pilota, a także kierowcy testującego samochody, i sędziego sportu samochodowego. W której roli czułaś się najlepiej a w której najmniej komfortowo?
Raczej nie umiem wartościować tych doświadczeń i układać ich jakoś – od najlepszych do najgorszych. Lubię swoja pracę i cieszę się, że mogę się sprawdzać w tylu rolach. To świetna walka z monotonią i też skuteczna ochrona przed popadaniem w rutynę. Te wszystkie funkcje dają mi sporą wiedzę z różnych dziedzin, która w wielu sytuacjach procentuje. Choćby znajomość regulaminów potrzebna do zdobycia licencji sędziowskiej czy do bycia dyrektorem KJS, procentuje potem w pracy rzecznika i dziennikarza, bo nie popełniam takich błędów, jak niektórzy w kwestiach formalnych. W pracy konferansjera przydaje się np. znajomość środowiska rajdowego, kierowców i ich otoczenia – a to mam z racji zaangażowania w branżę, jak i z dawnej pracy w zespole rajdowym. Wszystko się jakoś fajnie zazębia i kręci.

Lubisz być rzucana na głęboką wodę? Podejmować wyzwania?
Ja ciągle potrzebuję wyzwań. One mnie nakręcają, dodają mi energii, sprawiają, że wskakuję na wysokie obroty, działają na mnie mobilizująco. Ja rzucona na głęboką wodę natychmiast płynę delfinem (śmiech). Szukam rozwiązań, robię się wyjątkowo kreatywna. Mniej mam tej energii w kwestiach, które „trącą myszką”. Mam wyjątkową zdolność działania w stresie i w pracy pod presją czasu czy wyniku. Znajomi śmieją się ze mnie, że jestem „mistrzynią last minute”, a ja mówię, że gdyby nie ta ostatnia chwila, to wiele rzeczy w moim życiu w ogóle by się nie wydarzyło.

Czy coś Cię kiedyś przerosło?
Jeśli chodzi o moje wpadki – to nawet jak coś mnie kiedyś przerosło, to nie chcę już o tym pamiętać. Wyciągam wnioski, idę do przodu i działam.

To chyba wyczerpujące? Daje adrenalinę, ale i wyciąga energię?
Czasem bywam naprawdę zmęczona. Lubię się wtedy zaszyć na odludziu i wyłączyć telefon, jednak zanim to zrobię, muszę uprzedzić wszystkich dokoła, bo zaraz znajomi wpadają w panikę, że coś się stało (śmiech).

Uważasz się za dobrego kierowcę? Próbowałaś rywalizacji sportowej za kierownicą?
Myślę, że jestem dobrym kierowcą, w końcu od lat ma mnie na oku Akademia Bezpiecznej Jazdy Piotra Starczukowskiego, dla której też pracuję. Mówiąc dobry kierowca, mam na myśli rozsądek za kierownicą w czasie codziennego korzystania z samochodu, a jeżdżę dużo i dość często w długie trasy. Odpukać, nigdy nie miałam poważniejszego zdarzenia na drodze. Fakt, wjechałam trzy razy komuś w tył, ale to było bardzo dawno temu i przyznaję, że to było klasyczne rozkojarzenie, na które teraz sobie nie pozwalam. Sportowa rywalizacja nie jest dla mnie. Ja nie lubię konkurencji (śmiech). A myśl, że mogę być na szarym końcu – kompletnie mnie paraliżuje, co jest dość dziwne, biorąc pod uwagę niektóre moje cechy. Jednak kilka razy pokazałam swój spryt kolegom dziennikarzom motoryzacyjnym, których udało mi się pokonać w zawodach.

Iwana Petryla w pracy – podczas prowadzenia rajdu.
fot. z archiwum Iwony Petryli

Jakie marzenia motoryzacyjne pozostają jeszcze niezrealizowane?
Jest parę takich marzeń, a jedno z głupszych to dachowanie w rajdówce. O tych poważniejszych nie chcę opowiadać, bo jak się o nich mówi, to czasem brzmią śmiesznie i jak to marzenia – wydają się sprawą niemożliwą. A potem nagle zaczynają się urzeczywistniać i wszyscy się dziwią, a marzyciel czuje się uskrzydlony. To świetne uczucie i mam nadzieję, że będę doświadczać go coraz częściej.

Prócz tych chwil wesołych i ambitnych wyzwań, miałaś też trudne chwile walki z ciężką chorobą. Rajdowy świat zjednoczył się, by Ci pomóc. Czy w tamtych chwilach odczułaś to wsparcie?
Tak, to było niesamowite. Byłam bardzo wzruszona i jestem okropnie wdzięczna za to wsparcie. To był bardzo trudny czas dla mnie, a świadomość, że tak dużo ludzi trzyma za mnie kciuki, naprawdę dodawała mi siły. Teraz, po czasie, nie wiem, jak przetrwałam to roczne leczenie, bo miałam parę momentów prawdziwie kryzysowych. Byłoby cudownie, gdyby każdy, kto choruje czuł taki support – to najlepsze lekarstwo na psychikę. Jeszcze raz dziękuję wszystkim z całego serca. Szkoda tylko, że cała akcja „Rajdowa Pomoc” miała taki smutny koniec i że osoby, które ją organizowały okazały się w mojej ocenie po prostu nieuczciwe i delikatnie mówiąc nadużyły zaufania tych, którzy finansowo wspierali ich działania. Ale nie chcę już do tego wracać, nie upominam się o te pieniądze, które wpłynęły na konto Anny Wódkiewicz i Piotra Mrowińskiego, a miały dopisek „dla Iwony Petryli”. To już sprawa ich sumienia…

Na ile choroba odmieniła Twoje życie? I na ile wróciłaś już na dawne tory?
Hmm, moje życie już nigdy nie będzie takie jak kiedyś, choć niektórzy żartują, że już jest. Pod względem pracy, to faktycznie trochę się zapominam, chwilami biorę na siebie za dużo. A ten stres, który tak budująco na mnie działa, jest ostatnią rzeczą, która jest mi wskazana, jeśli chodzi o zdrowie. Jednak pracuję przecież nie dlatego, że lubię, tylko głównie dlatego, że muszę za coś żyć. A czasy nie są łatwe. Naprawdę cieszę się, że moja choroba została zatrzymana i badania, które regularnie robię są dobre. Jeszcze ciągle trochę walczę ze skutkami ubocznymi po chemioterapii i radioterapii, ale w porównaniu z tym, co przeszłam – to błahostki. Największą walkę toczę teraz z wagą, a ta jest silnym przeciwnikiem. W trakcie leczenia, głównie z powodu sterydów, przytyłam ponad 20 kilo. Oj, nie mogę się z tym pogodzić!

Iwona Petryla w roli pilota.
fot. z archiwum Iwony Petryli

Przed nami kolejna edycja Rajdu Dolnośląskiego, wieńczącego sezon rajdowy w RSMP. Kiedy Twój klub rozpoczyna przygotowania do tak wielkiej imprezy?
Zaraz po zakończeniu jednego, pracujemy już nad drugim. To żart, ale trochę tak jest. Po skończonym rajdzie spotykamy się na gorąco, aby wyciągnąć wnioski na następną edycją i siłą rzeczy już o niej myślimy, choćby szukając sponsorów. Taka konkretna praca zaczyna się na jakieś pół roku przed. To działania w niewielkim gronie – opracowanie koncepcji i związane pierwszymi ustaleniami z zewnętrznymi instytucjami. Najbardziej gorący okres rozpoczyna się na jakieś trzy miesiące przed rajdem, gdzie pracujemy nad szczegółami, wtedy włącza się coraz więcej osób. Sam rajd to czas największej nerwówki i praca blisko 500 osób. Na tę liczbę składają się osoby funkcyjne samych zawodów oraz sędziowie zabezpieczenia, a także policja, służby medyczne, ratownictwo drogowe i straż pożarna.

Staracie się urozmaicać kolejne edycje rajdu, czy raczej stawiacie na utarte i sprawdzone w praktyce schematy?
Zwykle proste i sprawdzone rozwiązania okazują się najlepsze. To ma odzwierciedlenie także w naszej działce. Ziemia Kłodzka, czyli rajdowe zagłębie, bywa chwilami coraz mniej przyjazna dla rajdów. Wiele osób przyjezdnych, które osiedliły się na tych terenach w ostatnich latach, szuka tutaj ciszy i spokoju. Rajdy nie są dla nich atrakcyjne – wręcz przeciwnie. W tej sytuacji opracowanie koncepcji trasy, to często szukanie kompromisów między tym, na co pozwolą mieszkańcy, a oczekiwaniami zawodników i kibiców. Są więc, ciekawe rejony Kotliny Kłodzkiej, na które choćbyśmy bardzo chcieli, nie możemy „wjechać”. Pracujemy zatem nad tym, co mamy do dyspozycji. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to są one wprost uzależnione od budżetu, a ten w ostatnich latach dopinamy dosłownie cudem. W tym roku udało się nam powrócić do kłodzkiego superoesu – a jest to najbardziej kosztowny odcinek w całym rajdzie.

Z perspektywy czasu w branży uważasz, że rajdy tracą czy zyskują na popularności?
Myślę, że to zainteresowanie utrzymuje się na podobnym poziomie. Trudno je rozbudzać, gdy w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski startuje po czterdzieści kilka załóg, z których tylko niewielką część można uznać za profesjonalne teamy. Polski Związek Motorowy to beton, jest kompletnie skostniały, brakuje mu świeżego spojrzenia na promocję rajdów. W ogóle nie wychodzi do młodych ludzi, nie robi nic żeby zachęcić do motorsportu. A często, wręcz rzuca kłody pod nogi zarówno zawodnikom, jak i organizatorom. Dopóki tak będzie, to nie ma szans na rozwój tej dyscypliny. Ponadto kryzys gospodarczy, który ciągle dotyka nas wszystkich i często jest wygodną wymówką, sprawia, że sponsoring rajdów po prostu „leży”. Ale jest nadzieja, że coś drgnie – po pierwsze Robert Kubica, który jest wdzięcznym tematem w mediach oraz Rajd Polski jako runda Mistrzostw Świata.

Skoro petrol to benzyna to chyba pisana Ci była ta motoryzacja? (śmiech)
Bardziej petra czyli skała  – twarda jestem, jak widać (śmiech). Mówią też na mnie „Petrygo” – to taki płyn do chłodnic. Mam do tej ksywki, spory sentyment. Wymyślił mi ją na samym początku mojej drogi w motoryzacji kolega Wojtek, wielki fan rajdów i samochodów, od którego bardzo dużo się nauczyłam.

Czujesz się spełniona ze swoją pasją?
Kurcze, aż trudno mi uwierzyć, że ten czas tak szybko leci… Tak, czuję się spełniona, jeśli chodzi o pasję, gorzej z moim życiem prywatnym, które ciągle tak jakoś kuleje (śmiech). Ale dojrzałam już do takiego myślenia, będąc w takim momencie życia, że jestem gotowa wiele zmienić i przeorganizować, a chyba nawet zrezygnować z czynnego udziału w organizacji rajdów. Pytanie tylko, czy bym wytrzymała?

Iwona Petryla z Kenem Block’iem.
fot. z archiwum Iwony Petryli

Wybierasz się na Rajd Dolnośląski –przeczytaj o nim infrmacje i zobacz harmonogram.

Najnowsze

Dodge Charger z 1973 roku odmłodzony! Relacja

Dodge Charger z 1973 roku to nie tylko legenda amerykańskiej motoryzacji. To przede wszystkim nagroda główna w konkursie zorganizowanym przez Jack Daniel’s Polska, którego rozstrzygnięcie miało miejsce w piątek w Fabryce Trzciny na warszawskiej Pradze. Impreza odbyła się pod hasłem Jack’s Custom Garage Party.

Ekipa Jack Custom doprowadziła silnik do świetnego stanu.
fot. Jack Daniels

Przypomnimy, że ten oryginalny muscle car w dość opłakanym stanie trafił do warsztatu Jack’s Custom w lutym 2013 roku. Przez 6 miesięcy zespół mechaników ciężko pracował dokładając wszelkich starań, aby samochód ponownie zachwycał swoim wyglądem oraz pracą potężnego, 300-konnego silnika.

Wszelkie postępy oraz  przebieg prac można było śledzić na oficjalnej stronie www.jackscustom.pl

W piątkowy wieczór w Fabryce Trzciny odbył się finał konkursu, do którego zakwalifikowały się trzy osoby. Szczęśliwy zwycięzca i zarazem nowy posiadacz Chargera mógł być tylko jeden. Ostateczna rozgrywka między finalistami, która odbywała sie na symulatorze samochodowym, była transmitowana na żywo na fanpage’u na FB. Nagroda główna aż do momentu rozstrzygnięcia finału została ukryta pod czarną, szczelnie kryjącą płachtą materiału.

Niesamowite detale Dodge Chargera.
fot. Jack Daniels

Zanim nastąpiło uroczyste odsłoniecie Dodge’a organizator zadbał o dobry nastrój wszystkich zgromadzonych gości. Uwagę zwracał przede wszystkim stosowny wystrój lokalu. Całość utrzymana  w dość oryginalnym stylu oraz czarno białej kolorystyce tak charakterystycznej dla marki Jack Daniel’s zatem już od progu nikt nie miał  wątpliwości, kto jest gospodarzem wieczoru. Resztę atmosfery dopełnili kreatywni barmani serwujący whiskey Jack Daniels na wszelkie możliwe sposoby, oraz koncert kapeli na żywo wykonującej covery znanych utworów.

Amerykańska whiskey, amerykański samochód i do kompletu jadło z USA. Gwóźć programu wreszcie nastąpił – zwycięzca nagrody głównej – Michał z miejscowości Bobowa, z pewnością jeszcze długo nie ochłonie z wrażenia. Serdecznie gratulujemy i liczymy na więcej konkursów, w których nagrodą główną będą takie unikatowe perły ze świata motoryzacji.

Najnowsze

Kobiecy wypad do spa BMW Z4, czyli Ladies Summer Tour

Grupa dziennikarek, wraz z kilkoma niesamowitymi kobietami, które osiągnęły w życiu ponadprzeciętne wyniki, pokonało trasę z Warszawy do hotelu dr Ireny Eris Wzgórza Dylewskie najnowszymi BMW Z4.

BMW Z4 2013 – mimo pochmurnej pogody rozpromieniło dzień uczestniczkom Ladies Summer Tour.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl
Niesamowity, rekini nos BMW Z4.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Do dyspozycji uczestniczek podstawiono najnowsze BMW Z4 sDrive28i. Model ten przeszedł niedawno face lifting. Niczym kobieta po odnowie biologicznej po prostu wypiękniał. Wewnątrz zmodyfikowano kilka detali, dorzucono pakiet wyposażeniowy Design Pure Traction i nowe funkcje z zakresu BMW ConnectedDrive. Więcej na temat pierwszej jazdy tym autem już niebawem na Motocaina.pl.

Modne bawarskie roadstery
Nowe BMW Z4 wkracza na motoryzacyjną scenę dwadzieścia pięć lat po debiucie unikatowego modelu Z1 – auto poruszyło branżę nie tylko ze względu na rewolucyjną koncepcję drzwi, ale również dzięki właściwościom jezdnym. Model ten rozpoczął nowy rozdział w historii roadsterów bawarskiej marki, która sięga lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Od tego czasu BMW zaprezentowało wiele niezwykłych modeli, na czele z BMW 328 (zwycięzca Mille Miglia w 1940 roku), czy BMW 507 z 1955 roku. Kontynuując ten trend w latach 90. ubiegłego wieku niemiecki producent wyprodukował dwa 2-osobowe modele: BMW Z3 oraz BMW Z8. W oparciu o ich sukces powstał BMW Z4, czyli pierwszy roadster firmy z otwieranym sztywnym dachem, w którym kobiety czują się wprost idealnie.
 

Lidia Popiel podczas sesji portretowej „Jeśli myślisz, że Cię widzę” z Kingą Baranowską.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Ladies Summer Tour 2013
Po przyjeździe do Hotelu Spa Dr Ireny Eris Wzgórza Dylewskie odbył się warsztat Instytutu Psychoimmunologii W. Eichelberga „Być kobietą”. Pod wieczór panie udały się na masaż Aroma Candle Sense, magiczny rytuał, który nie tylko dodał energii, ale wybitnie relaksował.

Najważniejszym punktem dnia było jednak spotkanie z niezwykłymi kobietami: Kingą Baranowską – himalaistką, zdobywczynią wielu 8-tysięczników, wokalistką Miką Urbaniak, Lidią Popiel – fotografem, Elżbietą Panas – aktorką i jedną niewielu kobiet odnoszących sukcesy w grze w golfa. Ich opowieści, niebywale motywujące do działania, inspirujące i pełne entuzjazmu, charakteryzowała skromność, która przekornie wybrzmiewała w ustach tak wybitnych osobowości. Każda z pań przyniosła przedmiot, z którym jest związana emocjonalnie lub zawodowo: kamień, pamiętnik, aparat, czy kij golfowy.  Z ich krótkich wystąpień biła niesamowita energia, coś ulotnego, z czym ma się bardzo rzadko do czynienia. Różnią ich fascynacje, droga zawodowa, czy nawet sposób opowiadania o swoich emocjach, ale łączy jedno – pasja.

Następnego dnia odbyły się wybitnie ciekawe warsztaty fotografii portretowej Lidii Popiel „Jeśli myślisz, że Cię widzę”, na których można było dowiedzieć się jak komunikować się z modelem i czym są emocje i szczerość w fotografii.

Od lewej stoją: Lidia Popiel, Kinga Baranowska, Elżbieta Panas, Mika Urbaniak.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Motocaina wyróżniona w konkursie fotograficznym
Zanim wyruszyłyśmy w trasę, wybitny fotograf – Lida Popiel – wyjaśniła zasady konkursu fotograficznego „Portret nieznajomej kobiety w krajobrazie”. Chodziło o stworzenie dyptyku (dwóch złożonych później ze sobą zdjęć) oddających ulotną chwilę spotkania z nieznajomą kobietą. W czasie podróży zatrzymywałyśmy się więc w miejscowościach i poza nimi, aby móc zrobić zdjęcia twarzom kobiet, które współgrałyby tematycznie z drugim, zestawionym w dyptyku zdjęciem, przedstawiającym pejzaż, motyw, deseń. Przedstawicielka Motocaina.pl tworząca zespół z Eweliną Kustrą (twórczynią marki She’s a Riot) zajęły drugie miejsce w konkursie – nagrodzone zdjęcia publikujemy w galerii – kliknij tutaj.
 

Najnowsze

Jakie znaczenie ma wymiana opon?

Nikomu nie trzeba już chyba tłumaczyć jak istotny wpływ na bezpieczeństwo osób podróżujących samochodem mają odpowiednio dobrane opony.

Bezpieczeństwo na drodze. Jakie znaczenie ma wymiana opon?

Stanowią jedyny punkt, który łączy pojazd z jezdnią, wpływają tym samym na zachowanie się auta na drodze. Korzystanie z opon nieodpowiednich do danej pory roku, lub też nadmiernie wyeksploatowanych niesie ze sobą wiele zagrożeń. Aby zapewnić sobie najwyższy poziom bezpieczeństwa, należy wymienić opony zawsze wtedy, gdy wskazuje na to pora roku lub też stopień zużycia bieżnika. Ci, którzy jeszcze nie do końca zdają sobie ze znaczenia wymiany opon na bezpieczeństwo na drodze, powinni zapoznać się z kilkoma ważnymi faktami.

Gdy zmieniają się warunki atmosferyczne związane z nadejściem zimy, większość kierowców czym prędze zmienia opony na zimowe, które wykonane z odpowiednio miękkiej mieszanki gumowej, bardzo dobrze spisują się w polskich zimowych warunkach. Ma to duże znaczenie dla osób, które często korzystają z auta, gdyż tylko w taki sposób mogą zapewnić sobie w miarę bezpieczne poruszanie zarówno po zaśnieżonych i oblodzonych drogach, jak też wtedy, gdy panuje niska temperatura. Opona letnia w warunkach zimowych staje się bowiem twarda, a tym samym nie może zapewnić odpowiedniego trzymania i hamowania na drodze. Wystarczy tylko jeden raz, aby porównać jazdę na zimówkach i oponach letnich, by już nigdy nie mieć wątpliwości, co do zasadności i znaczenia tej wymiany.

Również jazda na słabej jakości oponach, które wymagają już wymiany ze względu na zbyt niską wysokość bieżnika lub inne uszkodzenia mechaniczne, stwarza duże niebezpieczeństwo. Istotna jest data produkcji opony. O ile przy bardziej zużytym bieżniku, opona taka może tylko o wiele gorzej odprowadzać wodę, to w przypadku defektu mechanicznego istnieje ryzyko nagłego ujścia powietrza, co np. podczas szybszej jazdy może okazać się tragiczne w skutkach. Warto dokładnie obejrzeć koła, wszelkiego rodzaju przecięcia, czy nawet powierzchowne rozdarcia na bokach opony, powinny dyskwalifikować takie ogumienie z jego dalszego użytkowania.

Zlekceważenie przez kierowcę wymiany opon, gdy zachodzi taka potrzeba, jest skrajnie nieodpowiedzialne. Osoba ta, ryzykuje nie tylko swoich zdrowiem i życiem, lecz stwarza realne niebezpieczeństwo dla pozostałych użytkowników dróg. Nigdy nie warto oszczędzać na bezpieczeństwie, gdyż zachowane w ten sposób pieniądze, można bardzo szybko stracić, nawet wtedy, gdy dojdzie tylko do niewielkiej kolizji, która przyczyną będzie zły stan ogumienia. W przypadku poważniejszych zdarzeń drogowych, stawką może być już ludzkie życie.

Najnowsze