Podróż przez Europę do Portugali

W 19 dni Grażyna z Tomkiem pokonali 9500km i przejechali 6 państw by dotrzeć do portugalskiego Faro na Bike Show, gdzie wraz z nimi zjechało przeszło 20,000 motocyklistów.

Wtorek, 15 lipca 2003 r.

O 16 kończę pracę, pędem do domu, zjeść coś i do garażu. Motocykl czeka już gotowy do drogi. Wyruszamy o 18. Do Wrocławia trasa jest super, potem zaczynają się płyty…. Nocujemy w Lubsku u Cioci. Pyszna kolacja i spać.

Środa, 16 lipca 2003 r.

Pobudka o 6, śniadanie, kawa i ruszamy do granicy w Olszynie. Przekraczamy ją o 8. Bocznymi drogami docieramy do trasy Zgorzelec – Dresdno. Jako że czas pędzi nieubłaganie musimy tankować na stacjach przy autostradzie. Około 1,12 euro za litr.

fot. Tomasz Sokołowski

Jedziemy trasą: Dresdno – Chemnitz – Hof – Norynberga – Heilbronn. Zmieniamy się co 200 km – na stacjach benzynowych. Raz zatrzymujemy się na drugie śniadanie. Przed Heilbronn wpadamy w korek. Jest ogromny. Akurat prowadzi Tomek i próbuje manewrować między samochodami, koło tirów upał jest nieznośny. Honda ma pewnie to samo zdanie, bo w pewnym momencie zaświeca się kontrolka chłodzenia. Zjeżdżamy na parking i czekamy z pół godziny. Ponieważ korek nadal jest ogromny postanawiamy pojechać na skróty uciekając od autostrady. Wjeżdżamy do Heilbronn, tankujemy (już tylko 1,05 euro za litr) i jedziemy sobie spokojnie drogą krajową w stronę Karlsruhe. W pewnym momencie zaczyna kropić, padać, lać… za nami słychać burzę. Nawet nie ma sensu przebierać się w ortaliony – i tak jesteśmy już mokrzy, a przed nami się przejaśnia. Docieramy znowu do autostrady. Jest już sucho. Ostatni postój w Niemczech i wjeżdżamy do Francji przed Mulhouse. Jest 18. Już w domu zdecydowaliśmy, że we Francji jedziemy autostradami (cała podróż przez Francję to około 35 euro), więc pędzimy za drogowskazami na Lyon. Trasa świetna. Czuję, że Tomek zaczyna z tyłu drzemać, wjeżdżam więc na jeden z przydrożnych parkingów – tzw. „Arie” – i robimy użytek z butli. Herbatka, zupka, kanapki – stawiają nas na nogi i po 22 ruszamy dalej.

Mijamy Lyon i przez płatne bramki dostajemy się na autostradę do Marsylii. Zaraz za nimi zatrzymujemy się na nocleg. Jesteśmy wykończeni i dalsza jazda byłaby zbyt ryzykowna. Jest 24, rozbijamy namiot i zasypiamy. Pędzące 100 m od nas samochody nie robią na nas najmniejszego wrażenia. Tego dnia przejechaliśmy 1323 km.

Czwartek, 17 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wstajemy po 7, śniadanie, pakowanie i w drogę. Jak najszybciej do Hiszpanii. Zaczynamy już czuć siedzenia… Po drodze łapie nas przelotny deszczyk, ale im dalej na południe tym cieplej. Robimy sobie przerwę na lunch… czyli kanapki i zupkę. Przed kolejnymi bramkami znowu zapala się lampka z chłodzenia. Po bliższej kontroli na parkingu okazuje się, że nie włącza się wentylator. Cholera. Tomek grzebie, grzebie, czyści i… wentylator działa. Uff, mogło być gorąco (dosłownie i w przenośni). Szczęśliwi ruszamy w dalszą drogę. Do granicy docieramy około 16. Witaj Hiszpanio! Zjeżdżamy z autostrady – te w Hiszpanii są zdecydowanie za drogie – i dalej do Barcelony. Droga krajowa jest całkiem niezła. Bez zbędnego kręcenia objeżdżamy Barcelonę obwodnicami (zwiedzanie zostawiamy na drogę powrotną). Mijamy cmentarz na wzgórzu. Coś niesamowitego. Całe wzgórze poryte nagrobkami, widok szokujący.

fot. Tomasz Sokołowski

Robimy sobie przerwę kolacyjkową z widokiem na Morze Śródziemne, jest wieczór i upał nie jest już tak męczący. Około 23 postanawiamy wjechać jednak na płatną autostradę i podgonić trochę, żeby minąć Walencję. Straszliwie chce nam się spać. Zmieniamy się coraz częściej, parkingi nie wyglądają jednak zachęcająco. Za Walencją zjeżdżamy na drogę w stronę Madrytu. Na kolejnym parkingu buntuję się – nie pojadę ani metra więcej, bo oboje padamy z nóg. 1067 km daje się we znaki. Miejsca na namiot niestety nie ma. Trudno, rozbijamy się na asfalcie – z jednej strony namiot trzyma się krawężnika, z drugiej motocykla, który częściowo nocuje z nami. Jest 2 w nocy. Usypiamy momentalnie. W nocy otwieram oczy i widzę faceta zaglądającego do namiotu. Mój wrzask nie tylko budzi Tomka, ale i uruchamia alarm w stojącym kilkanaście metrów dalej samochodzie. Cóż … okazuje się, że to moja wyobraźnia sakwę motocykla zmieniła w mężczyznę.

Piątek, 18 lipca 2003 roku.

fot. Tomasz Sokołowski

Lekko niewyspani wstajemy o 7. Kawa, śniadanie i dalej w drogę. Skręcamy w krętą, ale dobrą drogę do Albacete. Humory dopisują. Po przejechaniu około 120 km tankujemy, a gdy wyjeżdżamy ze stacji okazuje się, że kilometromierz i prędkościomierz nie działają. Tomkowe czary-mary nie dają rezultatu. Jedziemy dalej. Docieramy do Ubedy. Jest południe, upał prawie nas zabija. Robimy przerwę na arbuza i dalej do Linares. Tam wjeżdżamy na trasę Madryt-Cordoba. Bezpłatna, dwa pasy w każdą stronę. Jest super. Mijamy Cordobę. Upał jest nadal nie do zniesienia, nie można jechać z podniesioną szybką, bo powietrze parzy. Mijamy Sewillę. Coraz więcej motocyklistów i coraz mniej kilometrów dzieli nas od Faro. Po kolejnych 80 km dojeżdżamy do mostu. Po drugiej stronie wita nas Portugalia. Do Faro docieramy o 20, a właściwie o 19, bo zaoszczędziliśmy godzinę na zmianie czasu. Dzisiaj przejechaliśmy tylko 974 km. A cała trasa do Faro to 3531 km. Uff.

W Faro motocykle są wszędzie: przed nami, za nami, jadą z przeciwka, na wiadukcie pod którym przejeżdżamy. Jesteśmy w świecie motocykli! Trafiamy na teren zlotu. Tego nie da się opisać. Tysiące motocykli (w sobotę było ponad 20 000 uczestników), wspaniała organizacja, każdy wie co i gdzie ma robić. Kolejka po bilety jest długa, ale przesuwa się błyskawicznie. Płacimy po 33 euro, dostajemy wodoodporne opaski i karteczki, które wymieniamy na reklamówki, w których są: znaczki, koszulki, nalepki, widokówki, patelenki, kalendarzyki i naszywki zlotowe, plan imprezy, plan zlotowiska (na tym terenie można się zgubić), kupony do losowania Harleya i wyjazdu na Daytonę, worek na śmieci i karnet na 3 posiłki. Jesteśmy w szoku!

Teraz jeszcze trzeba znaleźć miejsce na namiot. Nie jest to łatwe. Ale podchodzę do ogrodzonego miejsca z napisem PLAYMOUTH MOTOCYCLE CLUB i pytam ich, czy nie znalazłoby się miejsce na jeden maluteńki namiot z Polski. Zgadzają się, Hura! Jesteśmy blisko sceny. Anglicy okazują się przesympatyczni, częstują piwem i właściwie dzięki nim ten zlot jest jeszcze wspanialszy.

Wyruszamy na rekonesans. Ciągle nie chce nam się wierzyć, że tu jesteśmy, że się udało. Olbrzymia scena, dziesiątki toi-toi, prysznice, bary, miasteczko stoisk, jest nawet mała scena z barem i sztuczna oaza. Jest już przygotowane miejsce na wystawę motocykli. Nie udaje nam się obejść całego terenu, padamy zmęczeni w namiocie, Już jest jutro.

Sobota, 19 lipca 2003 r.

Wstajemy koło 8 i spacerek do spożywczego. Oczywiście wszędzie są motocykliści. Po śniadaniu dalej zwiedzamy zlotowisko i oglądamy motocykle. Koło południa wyciągam Tomka na plażę. Kąpiemy się w Atlantyku i wracamy prosto na sardynki z rusztu z winem (to też wliczone w cenę imprezy). Spotykamy naszych znajomych z Playmouth MCC. Razem z nimi ruszamy na oglądanie motocykli na 12 Bike Show. Właściwie nie wiadomo, gdzie patrzeć, każdy motocykl zasługuje na zdjęcie. Widać talent, pomysł i mnóstwo kasy. Są wyznaczone następujące kategorie: Harley, Chopper, Streetfighter, Custom, Rat i Strange. W tej ostatniej kategorii uwagę przyciąga jeżdżąca wanna z silnikiem ze skutera. Na tutejsze upały to naprawdę niezły pomysł. O 21.30 przyznano nagrody dla najlepszych w każdej kategorii. Wiele jednak z tych motocykli dotarło tu na przyczepkach, tylko na Show. A to chyba jednak nie o to chodzi. O 19 jest kolacja, potem wybór miss mokrego „bez podkoszulka” i koncerty do rana. 

Niedziela, 20 lipiec 2003 r.

Pobudka i spacer po śniadanie. Część naszych znajomych z Playmouth wyjeżdża i zostajemy tylko w sześcioro. O 12 idziemy po lunch. Na scenie odbywa się właśnie losowanie motocykla i wycieczki do Daytony. No cóż, nie mamy szczęścia. Potem już typowe nagrody: najstarszy i najmłodszy zlotowicz, najliczniejszy klub, najdłuższa trasę. Tą ostatnią zwinęli nam sprzed nosa dwaj kolesie z Finlandii. No i wyprawa na plażę, fale są ogromne, słońce pali, a wokoło prawie sami motocykliści. Fajnie. W tym czasie odbywa się parada po mieście.

Wracamy na zlotowisko, a tam zaczyna się chyba najlepsza impreza zlotu. Kameralnie, bo może z 300 osób, piwo leje się za darmo, kurczaki gratis, wszyscy już w humorkach, muzyka gra. Luz. I zero chamstwa. Toasty za zdrowie gospodarzy, tańce, hulanki, swawole. Koło 1 piwo się kończy, a my wracamy całą ekipą do namiotów.

Poniedziałek, 21 lipiec 2003 r.

Zachęceni przez Petera i Eddiego wybieramy się na cały dzień do Aqua Parku i gdyby nie zbyt przypieczona skóra, byłoby super. Wieczorem Peter zaprasza nas wszystkich na kolację. Pyszne tosty i sałatka, a przed nami Atlantyk, gdzieś w dali migają światełka statków, a może to już Ameryka?

Wtorek, 22 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wszystko co dobre kończy się, więc i zlot dobiega końca. Żegnamy się z Anglikami i ruszamy w przeciwne strony. Obiecujemy sobie, że jak tylko się da, to się spotkamy tu za rok. My kierujemy się w stronę Lizbony. Po drodze zwiedzamy urocze miasteczko Silves z obronnym zamczyskiem Maurów na szczycie wzgórza. Zachowały się tam nawet zbiorniki wodne, które zaopatrywały całe miasto w wodę w XVII w.

Omijamy płatną autostradę i zachodnim wybrzeżem docieramy do Lizbony. Trasa jest przyjemna, a upał tak nie przeszkadza, gdyż wiatr z Atlantyku go osłabia. Płatnym mostem, 3 kojarzącym nam się z San Francisco, nad którym góruje postać Chrystusa wjeżdżamy do miasta. Dzięki pomocy tubylczego motocyklisty docieramy do Dworca Rossi. Według przewodnika Pascala w tej okolicy można znaleźć najtańsze pokoje. I faktycznie, na IV piętrze kamienicy przy Placu Dom Pedro IV znajdujemy przytulny pokoik za 25 euro za noc. Motocykl ląduje na strzeżonym parkingu. Dzielnica jest ciekawa… co trochę zaczepiają nas dealerzy zdziwieni, że motocykliści nie chcą od nich żadnych prochów. A wybór jest duży. Nocne zwiedzanie miasta jest niezapomnianym przeżyciem. Wzgórza świateł, uliczki i schody wypełnione knajpkami, turyści i górujące nad tym ruiny zamczyska. Zmęczenie bierze jednak górę i zasypiamy. Wreszcie jest miękko.

Środa, 23 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Budzę się koło 8 i pędzę na parking po motocykl. Płaci się za każdą rozpoczętą godzinę, a po co nam dodatkowe koszty skoro za dnia Hondzia świetnie się czuje pod domem.

Śniadanie i dalsze zwiedzanie miasta. Jedziemy na tereny Expo 98. Mieści się tam drugie co do wielkości oceanarium świata. Po zapłaceniu 9 euro od osoby wchodzimy. Wow. Jesteśmy w szoku. W krainie pingwinów jest nawet prawdziwy śnieg. To trzeba zobaczyć samemu.

Potem ruszamy w kierunku Sintry uważanej za letnią stolicę Portugalii (tak jakby mieli tam zimę…). Razem z Hondzią wdrapujemy się na punkt widokowy i tam podziwiając ocean jemy gorące kubki. Centrum miasteczka to strome, wąskie uliczki zapełnione sklepikami. Podziwiamy piękne azulejos – ręcznie malowane płytki ceramiczne, z których słynie Portugalia.

fot. Tomasz Sokołowski

Decydujemy się kupić jedną małą na pamiątkę. Potem oglądamy zamek królewski i wspinamy się do góry, żeby zwiedzić ruiny twierdzy Maurów i Pałac da Pena – niesamowity, kolorowy przykład łączenia wielu styli architektonicznych. Niektórzy twierdzą, że kiczowaty. Płacimy po 3 euro za zwiedzanie ogrodów pałacowych (wnętrze pałacu to kolejne 7 euro) i po obejrzeniu pałacu z zewnątrz ruszamy ogrodami w dół. Widzimy czarne łabędzie i biało-czarne, pełno jest oczek wodnych, ławeczek, a drzewa chronią od lejącego się z nieba żaru.

Wracamy do Hondy i stromą krętą drogą docieramy do Cabo da Roca – najdalej na zachód wysuniętego punktu Europy. Wiatr jest niesamowity – przy około 40 0C marzniemy!. Dobrze, że mamy kurtki. Wracamy do Lizbony i cały wieczór chodzimy po uliczkach i zachwycamy się kolorystyką miasta.

Czwartek, 24 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Pobudka i w drogę. Ostatni rzut oka na Lizbonę i 17 km mostem Vasco Da Gama wracamy na właściwy brzeg rzeki Tag.

Bezpłatną drogą N4 a następnie N14 zmierzamy do Evory. Po drodze oglądamy ruiny zamku w Montemor o Novo. W Evorze postój i zwiedzanie pięknej katedry oraz podziwianie resztek rzymskiej świątyni z II w. – to najstarsze pozostałości rzymskie w Portugalii.

Jedziemy dalej w stronę Beji i Serpy. Wjeżdżamy do Hiszpanii. Droga N433 w stronę Sewilli jest bardzo malownicza, co trochę mijamy wioskę z górującym nad nią wzgórzem i zamkiem. Najpiękniejszy jest ten w Aracenie. Mijamy Sewille i płatną autostradą (5,70 euro) jedziemy do Cadizu. Warto zwiedzić to miasto. Stamtąd drogą N 340 kierujemy się w stronę Algeciras i znajdujemy fajny camping w Tarifie Camping Torre de la Pena 2 i płacimy 32 euro za dwie noce. Tarifa to najdalej na południe wysunięty punkt Półwyspu Iberyjskiego.

Piątek, 25 lipiec 2003 r.

Jedziemy do Algeciras sprawdzić ceny promów do Ceuty – hiszpańskiego miasteczka w Afryce. Może by tak… niestety 130 euro za wycieczkę tam i z powrotem przekracza nasz fundusz. Ruszamy więc dalej na podbój Gibraltaru. Kontrola paszportów i już jesteśmy. Ruch na szczęście jest prawostronny. Jedziemy w okropnym ścisku w stronę Skały i rezerwatu. Płacimy 25 euro (chociaż walutą obowiązującą są funty) za dwie osoby i motocykl. Mamy prawie cały dzień na zwiedzanie. Wchodzimy do Groty Św. Michała. Coś niesamowitego, olbrzymia jaskinia a w środku sala koncertowa i niesamowita akustyka. Kolejny punkt wycieczki to Wzgórze Małp. Jest ich mnóstwo, ale na szczęście żadna nie próbuje wsiąść na motocykl. Zwiedzamy jeszcze muzeum – tunel wykuty przez Brytyjczyków w skale, bronili się stamtąd przed wrogami. Ponieważ upał doskwiera wracamy na camping i szybko na plażę.

Sobota, 26 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Nadal trzymamy się drogi N 340 – tzw. Trasy Nadśródziemnomorskiej. To jedyny sposób na przetrwanie tych temperatur – morska bryza. Dodatkowym plusem są piękne widoki. Mijamy Malagę oraz Almerię. Za Almerią wjeżdżamy na trasę A92 prowadzącą do Guadix – miejsca, gdzie ludzie nadal mieszkają w pieczarach. Skręcamy w stronę Tabernas, czyli Texas Hollywood – to tam w latach 60 kręcono w Europie westerny. Przemierzamy pustynię. Pomimo późnej pory (19) upał jest okropny. Jak najszybciej wracamy więc nad morze i w okolicach miasteczka Garrucho znajdujemy kemping.

 

Niedziela, 27 lipiec 2003 r.

Uciekamy z okropnego kempingu i dopiero na trasie robimy przerwę śniadaniową. Przy okazji trafiamy na brzoskwiniowy sad i po raz pierwszy w życiu możemy skosztować brzoskwini „prosto z drzewa”. Okolica jest nadal skalista i tylko dzięki wysiłkowi ludzi oraz nawadnianiu terenu płaskowyż jest zielony. Mijamy Murcie, Alicante, Xabie. Droga nadal kręta. Co jakiś czas wjeżdżamy do tunelu. Nad jednym z nich na wzgórzu stoi olbrzymi zamek – a przynajmniej jego mury. W Cullerze skręcamy na drogę do el Saler i szukamy kempingu. Obowiązkowa kąpiel w morzu, Sangria….

Poniedziałek, 28 lipiec 2003 r.

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Planujemy dotrzeć do Barcelony – około 400 km i tam znaleźć kemping.

Jednak tuż za Walencją wpadamy w ścianę deszczu, szybko uciekamy, ale i tak schniemy przez następnych kilkanaście kilometrów. Po jakichś 100 km robimy się senni, więc zatrzymujemy się na plaży, Tomek drzemie, ja sobie pływam. Ruszamy dalej, ale pogoda jest jakaś senna, gdyż po godzinie nie jesteśmy w stanie prowadzić. Zatrzymujemy się przy plaży, wyciągamy kalimaty i szybko usypiamy. Coś ta Barcelona nam się nie przybliża…

Gdy udaje nam się wreszcie ruszyć dalej zauważamy już z daleka wielką kolejkę górską. Podjeżdżamy bliżej i znajdujemy Port Aventura studia Uniwersal – ogromny park rozrywki. Jak się okazało po powrocie do domu – widziana przez nas kolejka górska jest największą w Europie. Jesteśmy koło Tarragony – około 100 km od Barcelony. Postanawiamy jednak znaleźć kemping i kolejny dzień spędzić na zabawie. Wizyta w supermarkecie (warto tam robić zakupy, ale w niedziele wszystkie są nieczynne) i rozbijamy się na świetnym kempingu na 1143 km drogi N 340.

Wtorek, 29 lipiec 2003 r.

Było warto. Dzień szaleństwa. I bohaterska jazda głową w dół na kolejce. Brrr. Robi wrażenie. Wieczór spędzamy w knajpce przy kempingu nad pyszną paelą. Kelner zapytał jak zamawialiśmy piwo, czy ½ litra, choć zwyczajowo pije się tam 0,33. Ciekawe czemu?

Środa, 30 lipiec 2003 r.

fot. Tomasz Sokołowski

Wyjeżdżamy koło 10 i dobrze nam już znaną drogą numer N 340 docieramy do Sitge., tam skręcamy na drogę C31 i szukamy kempingu. Znajdujemy całkiem fajny w Gavie – 14 km przed Barceloną. Jest dosyć drogi 24 euro za noc – ale to taka okolica. Plaża, obiad i wyruszamy na podbój Barcelony. Obowiązkowo Katedra Gaudiego Sagrada Familia, gotycka część miasta, spacer po Ramblas – głównej promenadzie Barcelony, a potem szukamy cmentarza, który zrobił na nas takie niesamowite wrażenie kilkanaście dni wcześniej. Z bliska okazuje się, że to całe wzgórze jest jednym wielkim miasteczkiem-cmentarzem, po którym jeżdżą samochody. Imponujące budowle, pomniki. Warto tam zajrzeć. Oglądamy słynny stadion olimpijski i parę minut przed 20 jesteśmy przy Fontana Magica. Punktualnie o 20 zaczyna się pokaz. Można to oglądać bez znudzenia, przed 21 do tańczącej wody dochodzą różnokolorowe światła, a koło 22 muzyka. Robimy sobie jeszcze nocną rundkę po mieście i wracamy do namiotu.

Czwartek, 31 lipca 2003 r.

Pobudka, kąpiel w morzu i zbieranie muszelek. Pakowanie i w drogę. Mijamy Barcelonę i  kierujemy się w stronę Monistrol, żeby wspiąć się stamtąd 9 km krętą górską drogą do klasztoru Montserrat – miejsca kultu religijnego w Katalonii. Po obejrzeniu klasztoru i podziwiania widoku rozpościerającego się pod nami ruszamy w kierunku Andory. Przejeżdżamy płatnym (7 euro brr) tunelem o długości ponad 5 km i już jesteśmy w Andorze.

Spore korki w miasteczkach i mnóstwo motocykli, jak również sklepów motocyklowych – biorąc pod uwagę krótki tam sezon jest to zadziwiające. Nie mieliśmy pojęcia, że Andora jest tak imponującym ośrodkiem narciarskim. Przejeżdżamy kolejne pasmo Pirenejów, robimy zakupy w bezcłowym sklepiku i wjeżdżamy do Francji. Odbijamy od głównej drogi (na Tuluse) i drogą D118 przez góry podziwiając widoki przedzieramy się do Carcasson. Robimy sobie piknik z widokiem na zamek i kilka kilometrów dalej znajdujemy spokojny i tani (11 euro) kemping.

Piątek, 1 sierpień 2003 r.

Teraz to już szybki powrót do domu. Przez Albi, Mende, St.Ettienne i dalej do Lyonu. Tam wjeżdżamy na drogę N 83 i jedziemy w stronę Besanson. Znajdujemy kemping, ale nie wiemy, ile kosztuje, bo o 24 recepcja jest już nieczynna a o 6 jeszcze nie. Objeżdżamy szlaban i szybko spać.

Sobota 2 sierpień 2003 r.

Docieramy do płatnej autostrady i znaną nam już drogą wracamy do domu.

Cała trasa zajęła nam 19 dni, przejechaliśmy około 9500 km, zwiedziliśmy 6 państw, wydaliśmy około 1100 euro i 100 zł (paliwo w Polsce). A teraz zbieramy pieniążki, żeby za rok znów być na Faro.

 

 

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszyskie pola są wymagane do wypełnienia.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze