Nowy salon Hondy w Warszawie

Wczoraj odbyło się oficjalne otwarcie podwoi salonu motocyklowego Hondy na warszawskim Targówku, którego właścicielka zapowiada mnóstwo akcji zorientowanych na kobiety. Przewiduje organizację wieczorków tematycznych oraz przeróżne atrakcje czekające na dziewczyny odwiedzające salon.

Helena Budnicka zaprasza kobiety do salonu
fot. Frendl

6 maja Honda Poland oficjalnie powitała nowego dealera motocyklowego, w omijanej do tej pory przez salony motocyklowe części Warszawy – na Targówku. W uroczystości wzieli udział przedstawiciele władz miasta oraz Policji, a także Prezes Hondy Poland Toshiaki Konaka.

Motorista Budniccy Sp. j. jest prowadzony przez Helenę Budnicką, która powiedziała Motocainie:
– Sama jeżdżę od lat na motocyklu, dlatego wiem z czym borykają się kobiety, które poruszają się jednośladami. Zamierzamy organizować dla nich wieczorki tematyczne, które będą nie tylko okazją poznania środowiska, ale także zdobycia wiedzy na konkretne tematy: bezpieczeństwa jazdy, czy w co się ubrać. Będziemy poruszać kwestie dzieci na jednośladach, a także – prawidłowej eksploatacji motocykli. Dysponujemy w pełni wyposażonym serwisem z od lat pracującymi w branży fachowcami, którzy z ochotą wytłumaczą kobietom, co drzemie w ich maszynie.

Kaja zachęca do przymierzenia damskiej kolekcji
fot. Frendl

– Zapraszamy wszystkie kobiety, które myślą o zakupie motocykla, skutera, lub quada, lub chcą po prostu dobrać odpowiednią odzież; mamy szeroki wybór kobiecych kasków i kurtek. Doradzimy właściwy rozmiar, najmodniejszy fason, zaproponujemy kartę stałego klienta oraz porozmawiamy o wspólnej fascynacji jednośladami – mówi Kaja z salonu Motorista.

Sklep współpracuje z Modeka, Ixon, Held, Progrip, Falco, Sidi, Keiti, ATV Logic, Dunlop, Bridgestone, Michelin, Maxxis, Carbone Loraine, Ferrodo, EBC, Castrol, Motul, Agip, K&N HI-Flo, EBC, NGK, Denso, K&N, Goodridge, Ohlins, Leo Vince, Yoshimura, Akrapovic i innymi.

Salon Hondy Motorista mieści się przy ul. Kopijników 42 w Warszawie (przy Trasie Toruńskiej).

Godziny otwarcia: poniedziałek-piątek 11-19, sobota 10-16
Tel. 22 39 27 111
email: honda@motorista.pl

Najnowsze

Projekt Car Experience – Muzeum Automobilizmu

Projekt muzeum włoskiego biura architektonicznego 3 Gatti nawiązuje do dalekowschodniej sztuki składania papieru. Delikatna, przejrzysta bryła i spiralna konstrukcja wkomponowana jest w krajobraz i jednocześnie świetnie oddaje miejski charakter budynku. Jednak punktem odniesienia jest samochód.

fot. 3 Gatti

Car Experience to dopiero ogłoszony, zwycięski projekt międzynarodowego konkursu na stworzenie Muzeum Motoryzacji w chińskim mieście Nanjing. Projekt, przygotowany przez włoską pracownię architektoniczną 3 Gatti, traktuje samochód w trzech aspektach: jako obiekt pożądania, pasji, poszukiwania, ucieleśnienie rozwoju technologicznego,  ale także jako eksponat wystawowy, dzieło sztuki, czy w końcu środek lokomocji lub formę przewodnika po muzeum.

fot. 3 Gatti

Forma budynku nawiązuje do papierowej figurki origami. Goście mogą przemieszczać się po zewnętrznej rampie muzeum własnym samochodem. Tak jak na safari, tyle że tu obiektem „polowania” są auta. Na dachu, gdzie zlokalizowano parking, zwiedzający mogą zostawić samochód i wewnętrzną platformą zejść w dół. Główna konstrukcja budynku opiera się na pochylnej spirali, ze szklaną ścianą oddzielającą obie części: zewnętrzną z wewnętrzną.  Część wewnętrzna, zarezerwowana wyłącznie dla pieszych ma łagodniejszy stopień nachylenia, podczas gdy zewnętrzna, bardziej stroma, przeznaczona została dla transportu samochodów. Ruch wjeżdżających do budynku samochodów stanowi więc coś na kształt dynamicznej „tapety”, kontekstu w jakim widz ma odczytywać ekspozycję.

fot. 3 Gatti

Budynek może spełniać rolę miejsca wystawowego. Tu wszystko jest przystosowane do samochodu. Samochód stanowi punkt odniesienia.

Żadnych schodów łączących sąsiednie piętra, ścian czy wind, tylko pochylnie, rampy, które wiją się kręto stwarzając płynną koncepcję przestrzeni. Bryła projektu zakłada bowiem swobodne przemieszczanie się strumienia samochodów, umożliwiając dostęp do wszystkich poziomów gmachu. Podobne rozwiązanie zostało zastosowane w Muzeum Mercedesa w Stuttgarcie.

 
Całkowita powierzchnia muzeum ma wynosić 15 tys. m2, a jego budowa ma się rozpocząć jeszcze w tym roku. Oddanie inwestycji planowane jest rok później – w 2010r.

Żródło: http://www.3gatti.com

fot. 3 Gatti

Najnowsze

Rekord prędkości motocykla na lodzie

Ekstremalne temperatury, ekstremalny motocykl, ekstremalna prędkość - zawodowy kaskader Craig Jones niedawno wrócił ze Szwecji gdzie, stawiając czoło zimowym temperaturom, ustanowił pierwszy na świecie rekord prędkości motocykla na lodzie.

Po kilku krótkich testach i kilku próbach, Craig na zmodyfikowanym modelu Buell 1125RTM osiągnął prędkość 238 km/h na zamarzniętym jeziorze Dallen, jadąc na kilkucentymetrowym lodzie oddzielającym  go od 1,226 miliona metrów sześciennych lodowatej wody.

Craig podczas bicia rekodu prędkości
fot. Harley Davidson

Ekstremalne warunki jazdy wymagały takiegoż samego wyposażenia, więc motocykl poddano kilku modyfikacjom. Instalacja wtrysku podtlenku azotu dostarczyła dodatkowych 50 KM na dystansie 1.1 km. Opony zostały wyposażone w wystające kolce (20 mm na tył i 15 mm na przód) umożliwiające utrzymanie przyczepności na niebezpiecznej powierzchni.

Nie zważając na ryzyko związane z próbą, Craig powiedział:
– Jestem przekonany, że to umysł jest największym czynnikiem ograniczającym zdobywanie szczytów. Im mniej myślisz o ryzyku tym łatwiej sobą kierujesz. Dla mnie to proste. Wrzucam biegi i jadę jak najszybciej mogę.

Śmiała postawa Craig’a jest lustrzanym odbiciem twórcy motocykli Buell, Eryka Buell’a, którego marzeniem było zbudowanie amerykańskiego motocykla sportowego najwyższej jakości. Buell rozpoczął karierę w Harley-Davidson w roku 1979 jako Junior Test Engineer i od razu awansował.  Jego innowacje przeniosły motocykle sportowe na następny poziom.

Craig Jones urodził się w Birmingham w Anglii. Osiągnął trzy światowe rekordy kaskaderskie:
– na modelu Buell XB12RTM – stoppie (jazda na przednim kole) na dystansie 305 metrów w dwie osoby z prędkości początkowej 192 km/h
– na modelu Buell XB9STM – stoppie na dystansie 225 metrów z prędkości początkowej 190 km/h
– na modelu Buell XB12RTM – stoppie na dystansie 266 metrów z prędkości początkowej 208 km/h

Odwiedź stronę www.buell.com/extreme aby zobaczyć „wybryki” Craig’a.

Najnowsze

Momaboma z Maserati

Na bardzo ciekawy pomysł uwiecznienia swojej historii wpadła marka Maserati. Wraz z firma Momaboma, znaną z produktów poddawanych recyclingowi, stworzyła limitowaną edycję ręcznie wykonanych, unikatowych eco-toreb Momaboma dla dbających o środowisko miłośników samochodów.

fot. Maserati

Momaboma wypuściła na rynek limitowaną serię toreb ekologicznych, które stanowią uhonorowanie 95-letniej historii marki Maserati, jednej z najbardziej ekskluzywnych marek świata.

Eco-torby wykonano ręcznie ze starych broszur reklamowych Maserati. Prospekty i ulotki zostały „wydobyte” z archiwum firmy i poddane recyklingowi. Wzory na torbach nie powtarzają się.

Torebki dostępne w ograniczonej ilości 150 sztuk kosztują 145 euro, czyli ok. 660zł.

Najnowsze

Motocyklowa podróż po Chorwacji

Chorwacja to kraj kontrastów. Wysokie góry piętrzą się nad szmaragdowym morzem, piękne nadmorskie miasteczka rozbudowują się koło spalonych górskich wiosek, a w budowlach pozostałych po Cesarstwie Rzymskim mieszczą się sklepy najmodniejszych światowych firm. Każdy znajdzie tu dla siebie coś odpowiedniego. Jednak przede wszystkim jest to raj dla motocyklistów.

Sobota. 28.VII.

 

fot. Tomasz Sokołowski

Bytom. Godzina 10.00. Kierunek Cieszyn, dalej w stronę Čadcy i Żiliny. Za Żiliną można obejrzeć Sulovski hrad – my jednak zostawiliśmy to sobie na kiedy indziej. Droga bardzo widokowa. Kierujemy się na Prievidz i Nitrę. Z Nitry do granicy już tylko 70 km. Przed miejscowością  Nove Zamky nie wiem, co się dzieje  – zakręt w prawo,  więc  się pochylam, a motor jedzie prosto. Okazało się, że Tomek jadący jako pasażer, przysnął i zaczął przechylać się w lewo. Uff! Obudził się i już bez problemu pokonałam zakręt. Tankowanie do pełna (od Polski to już 300 km) i granica w Komarnie – miło i bez kolejki. Przejeżdżamy most nad Dunajem i widzimy tablicę: „Balaton 130″. Kierujemy się na Kisbel i Szekesfehervar – dobra droga, nie ma też zbytniego ruchu. Przed miastem skręcamy na drogę nr 8 do Veszprem. Miło, szeroko i można trochę podgonić czas. 4 km przed Veszprem skręcamy na Liter i po chwili widzimy Balaton! Zatrzymujemy się na kempingu w Balatonalmadi. Są domki i pole namiotowe. Warunki bardzo dobre, tylko trochę drogo. Ale jest już za późno, żeby wybrzydzać, a przejechane 530 km czujemy w każdej części ciała. Za nocleg płacimy ok. 80 zł*. Byłoby taniej, gdyby było nas więcej – płaci się za parcelę, na której spokojnie zmieszczą się 3 namioty.

 

Niedziela. 29.VII.

 

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Wstajemy koło 8.00 i ruszamy dalej. Naprawdę warto jechać północnym brzegiem Balatonu i podziwiać krajobrazy. Dojeżdżamy do Keszthely i skręcamy w stronę Balatonszentgyörgy (nazwy mają zabójcze … dla języka) i dalej w stronę granicy w Letenye. Na  granicy bez kolejki i bez zbędnych ceregieli – jesteśmy w Chorwacji! Wyskakujemy na autostradę, płacimy 5 zł i pędzimy. Potem już trasą nr 3 (trzeba oszczędzać na autostradach) dojeżdżamy do Zagrzebia. Jesteśmy rozczarowani. Oglądamy katedrę, przejeżdżamy koło dworca – jest tam trochę ładniej, ale ogólnie miasto wydaje nam się brzydkie. Wyjeżdżamy autostradą w stronę Rijeki. Kawałek za Karlovac autostrada się kończy.  Pniemy  się górskimi drogami. W górę, w dół, w prawo, w lewo – i tak ciągle w różnej kolejności.  Na stacji  benzynowej  spotykamy  trzy motocykle z załogą z Polski. Okazuje się, że warto było wymienić marki na kuny na granicy w kantorze, bo na stacji, czy w sklepie obsługa dyktuje własny kurs – zazwyczaj bardziej korzystny dla nich, niż dla nas. Bez większych problemów dojeżdżamy do Rijeki. Po drodze jest kilka tuneli. Dla Tomka, który właśnie prowadził, była to frajda, bo mógł postrzelać z tłumika. Podczas całej drogi z Zagrzebia napotykamy tłumy motocyklistów jadących w przeciwną stronę (potem się okazało, że jechali ze zlotu). Z Rijeki kierujemy się do Opatiji i zatrzymujemy na pierwszym napotkanym kempingu (100 kun za noc: dwie osoby, namiot, motor), który okazuje się być 3 kategorii, a sanitariaty niezbyt ciekawe. Ale za to cena niezła jak na tą okolicę.  Obowiązkowa kąpiel w morzu. Szok! Ta woda jest naprawdę słona! Tego dnia zrobiliśmy ok. 470 km.

 

Poniedziałek. 30.VII.

Pobudka.  Kąpiel w cieplutkim morzu w okularkach. Rybki, muszelki … super. Przed obiadem zwiedzamy Rijekę – port, wart obejrzenia zamek na wzgórzu, targowisko rybne (czego tam nie ma?!). Jemy małe co nieco w namiocie i ruszamy do Puli – około 100 km. Droga malownicza – widok na całą zatokę. I znowu: w górę, w dół, w prawo, w lewo. Zwiedzamy Pulę: stare miasto, dobrze zachowany rzymski amfiteatr i … pizzernię . Docieramy też do miejsca zlotu. Okazuje się, że wjazd był gratis. Organizatorzy mówią nam, że jest też drugi zlot – „Biker’s Days”, który trwa 9 dni. Grają tam takie kapele jak Saxon i Animals. Wjazd okazuje się drogi, a na terenie zlotowiska pustawo. Wracamy do Opatiji.

Wtorek. 31.VII.

 

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Ruszamy na południe. Droga wije się jak żmija: zatoczka, półwysep, zatoczka itd. Dojeżdżamy do Parku Narodowego w Paklenicy. Postanawiamy tu wrócić wypoczęci następnego dnia. Przejeżdżamy przez Zadar i szukamy kempingu. Godny polecenia jest „Dido Camping” w miejscowości Bibinje. Jest mały, ale fajny. Kuchnia, łazienka, prysznic i tylko 15 DM za noc: dwie osoby, namiot, pojazd. Decydujemy się od razu na dwie noce. Rozbijamy namiot, kąpiemy się w morzu i jedziemy zwiedzać Zadar. Stare miasto jest niesamowite, a kamienie na ulicach tak wyślizgane, że wyglądają jak mokre. Jest 21.00, a życie się tam dopiero rozpoczyna. Wchodzimy przez Bramę Morską i dochodzimy do ryneczku – podziwiamy kościół i loggie: miejską oraz straży miejskiej. Chodzimy po uliczkach i zachwycamy się domami, kościołami, sklepami. Wszystko jest odpowiednio podświetlone. Wracamy na kemping i idziemy spać. Cała dzisiejsza trasa to około 230 km.

 

Środa. 1.VIII.

Ruszamy koło 14.00. Wybieramy do zwiedzania kanion Velika Paklenica (jest też mała) – wejście to 30 kun od osoby. Dwugodzinny spacer i niesamowite widoki. W drodze powrotnej odkrywamy jeziorko z wodospadem – obowiązkowa kąpiel, bo jest nam bardzo gorąco – woda cieplutka.

Czwartek. 2.VIII.

 

fot. Tomasz Sokołowski

Do 14.00: plażowanie, kąpiel i pakowanie. Ruszamy. Chcemy zwiedzić miasteczko Vrana – 8 km od głównej drogi. Według mojego przewodnika (z 1974 roku) są tu ruiny klasztorów Templariuszy z XII w. i Joannitów z XIV w. Jakieś ruiny (mało okazałe) są, ale wioska była na terenie ostrego strzelania podczas wojny, więc oglądamy ze zgrozą ruiny domów, ślady po kulach i po ogniu. Jedziemy w stronę wsi Miranje, żeby przez Stankovci dotrzeć do Vodic. Zatrzymuje nas tabliczka – nie wchodzić, teren zaminowany. Serce w gardle, jedziemy dalej. Wszędzie ślady wojny. Szczęśliwi docieramy do głównej drogi. W Sibeniku skręcamy w stronę miejscowości Skradin. Na parkingu zostawiamy motor, a kaski i skóry w budce i idziemy zwiedzać Park Narodowy Rzeki Krk. Bilet kosztuje 45 kun od osoby, ale w cenie jest przejażdżka statkiem w okolice pierwszego wodospadu. Wodospady są wspaniałe, można się kąpać, a woda jest orzeźwiająca i wreszcie słodka. Na zwiedzanie Parku można sobie zarezerwować cały dzień.

 

 

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Nad Sibenikiem góruje twierdza, ale my mijamy miasteczko i kierujemy się w stronę Splitu. Robi się późno, a tu trzeba jeszcze znaleźć pole namiotowe. Przed Trogirem zaczynamy już intensywnie szukać kempingu. W okolicy jest chyba tylko jeden – w Seget. Rozbijamy namiot i ruszamy na wieczorne zwiedzanie Trogiru. Kaskami tam to się już nikt nie przejmuje. My mamy nasze przypięte do motoru, żeby było widać, że są. Miasteczko jest śliczne. Stare miasto położone jest na wyspie, na którą można wjechać przez most. Wąskie uliczki, katedra (niestety w remoncie), ratusz, kościoły. Dochodzimy do portu, w którym stoją luksusowe jachty. Wszędzie tłumy ludzi. Kawiarenki, restauracje – do wyboru, do koloru. Przejeżdżamy kolejnym mostem na wyspę Čiovo. Jest tam kemping, ale jakiś taki opuszczony, a szkoda, bo miejsce fajne. Wyspy nie udaje nam się objechać, ale zwiedzamy spory kawałek. Tego dnia przejechaliśmy około 200 km.

 

Piątek. 3.VIII.

Do 14.00 plażowanie i spanie. Ruszamy do Splitu (25 km). Pozostałości dworu Dioklecjana z 305 roku robią niesamowite wrażenie. Sporo zachowało się do dziś. Zwiedzamy też katedrę św. Dujmy i tamtejszy skarbiec. Wracamy do Trogiru. Miasto w słońcu prezentuje się równie dobrze, jak i w nocy. W budynku loggii miejskiej widzimy tablicę upamiętniającą poległych w wojnie o niepodległą Chorwację w latach 1992-95. Młodzi chłopcy … coś zaczyna ściskać w gardle.

Sobota. 4.VIII.

 

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Pobudka o 8.00, pakowanie i ruszamy w stronę Splitu. Od Splitu korek – chyba Chorwaci wyjeżdżają na weekend. W Omiš podziwiamy ruiny twierdzy i zamku pirackiego na wzgórzu. Chcemy zatankować przed dotarciem na wyspę, ale jakoś nam się nie udaje (to nie Bytom, gdzie na jednej ulicy są 4 stacje benzynowe koło siebie). W Dverniku mijamy gigantyczny korek do promu i się „okrętujemy” – 33 kuny za dwie osoby i motor. Plan jest taki: przejeżdżamy wyspę Hvar (prawie 80 km) i przepływamy promem na Korčulę. Natomiast rzeczywistość taka: droga kręta, ale widoki wspaniałe. Zatoczki kuszą kolorami – musimy się wykąpać w morzu. Morskie dno jest niesamowite – okularki lub maska to jedna z najbardziej potrzebnych rzeczy w Chorwacji. Docieramy do miasteczka Hvar długim tunelem, w którym jest naprawdę zimno. Cieszymy się, bo są znaki: stacja benzynowa. Podjeżdżamy i … niestety brak benzyny. Okazuje się, że wszystkie promy odpływają ze Starigrad’u, a nie z Hvaru – wbrew temu, co jest na naszej mapie. Musimy się cofnąć. Ceny biletów zwalają nas z nóg – na Korčulę za dwie osoby i motor trzeba zapłacić około 250 kun! Postanawiamy wrócić do Sučuraj i stamtąd promem do Dvernika. Wskakuje nam rezerwa … 15 km przed Sučuraj motor staje – w baku sucho. Cóż. Zatrzymujemy samochody i pchamy motor … Wreszcie jeden z zatrzymanych kierowców mówi, że jedzie do Sučuraj i będzie wracał za 0,5 h – spróbuje nam przywieźć benzynę. Pchamy dalej. Docieramy do przydrożnej gospody i dowiadujemy się, że najbliższa stacja jest w Makarskiej (45 km) lub w Gradac (26 km) – zależy, gdzie jedziemy. Zdołowani czekamy. Zjawia się nasz kierowca z butelką po Fancie – 2 l benzyny. Jesteśmy uratowani. Motorek rusza bez problemów. Okazuje się, że ostatni prom już odpłyną. Znajdujemy pokój (nie ma z tym problemu). Polecamy apartament u naszych gospodarzy – 20 DM od osoby i można rezerwować telefonicznie: Jure Piacun; 21469 Sučuraj; Otok Hvar; tel.00-385 21 773 363.

 

Niedziela 5.VIII.

 

fot. Tomasz Sokołowski

Jemy  śniadanko i ruszamy na prom. Cały czas zastanawiamy się, czy starczy benzyny do stacji. Starczyło! Jedziemy w stronę Dubrownika. Około 150 km. Po drodze mijamy dolinkę pełną jeziorek – widok jest zachwycający. Wysokie góry i turkusowe jeziorka. Obawiamy się trochę przejazdu przez teren Bośni i Hercegowiny, ale pan celnik tylko machnął, żeby jechać dalej. Wszystko wygląda tak jak w Chorwacji, ale my i tak szybciutko przejeżdżamy te kilkanaście kilometrów. Uff. Znowu w Chorwacji. We wsi Plat znajdujemy całkiem niezły kemping: Auto Camp „Laguna”; Silvio Nardelli; Plat; tel. (kom.) 00-385-98-803-001. Za dwie osoby + motor + namiot tylko 81 kun. A warunki dobre: czyściutkie prysznice, lodówka, no i motor stoi sobie bezpiecznie koło namiotu, a do plaży rzut beretem. Polecamy.

 

Poniedziałek. 6.VIII.

Dzień zaplanowany na byczenie się.

Wtorek. 7.VIII.

Po największym upale ruszamy na zwiedzanie Dubrownika. To tylko 12 km. Zjeżdżamy do centrum – parkingi po 10 kun/h. Ale trochę dalej znajdujemy parking za pół ceny. A do tego okazało się, że mili chłopcy na bramie za motor nie skasują.

Dubrownik zachwycił nas. Obeszliśmy całe stare miasto: wąskie uliczki, olbrzymie baszty, setki schodów (część miasta jest wyżej i niektóre uliczki to po prostu schody). Udało nam się nawet trochę pobłądzić. Wyjeżdżaliśmy zauroczeni i postanowiliśmy wrócić później, żeby zobaczyć miasto nocą. Warto.

Środa. 8.VIII.

 

fot. Tomasz Sokołowski

Jedziemy na półwysep Pelješac. Wjeżdżamy na półwysep i w miejscowości Ston musimy się zatrzymać, żeby popodziwiać około 1,5 km mury obronne twierdzy na wzgórzu. Zwiedzamy Orebič i powoli wracamy.  We wsi Potmje Tomek wypatrzył drogowskaz do tunelu. Tunel jest wydrążony w górze i kończy się barierką, za którą rozprześciera się w dole morze – lepiej się nie rozpędzać. Zjeżdżamy serpentynami do małej miejscowości, która podobno słynie z win. Po drodze mijamy znaki drogowe ze śladami po kulach – pozostałości wojny. Tuż przed Stonem jest zjazd na kemping. Okazuje się fajny, choć trochę drogi:91 kun za dwie osoby + namiot + motor. Ale za to na plaży jest piasek!!! Rozbijamy namiot i odpoczywamy. Kemping jest bardzo duży, więc na pewno nie będzie problemu ze znalezieniem miejsca. No i jest między górami = dużo cienia! Warto też się wybrać na wyspę Korčulę – promem z Orebič. My mamy jednak dość wysp i rezygnujemy z tego punktu programu.

 

Czwartek. 9. VIII. – odpoczywamy – w końcu to jest urlop.

Piątek. 10.VIII.

Wracamy znaną już nam drogą na Split, a dalej do Sinj, gdzie ma być zlot. Kapitalny odcinek drogi: wiadukt, tunel, wiadukt, tunel itd. Tym razem to ja mam okazję postrzelać sobie z tłumika w tunelach. Dojeżdżamy na zlotowisko koło 16. Miła niespodzianka – wjazd jest gratis. Koncerty zaczynają się koło 22. Atmosfera jest jak na niektórych zlotach w Polsce  –  zdjęte tłumiki i zabawa, kto głośniej;  palenie gumy;  picie i jazda między namiotami. Na początku jest to może zabawne, ale koło pierwszej w nocy 3 metry od namiotu przestaje takie być. Koncert kończy się koło trzeciej. Ktoś przejeżdża tak blisko namiotu, że o niego zahacza. Jestem wściekła. I ten ogłuszający ryk silników. Są zloty w Polsce, na których jest podobnie, ale ja na tam nie jeżdżę – jak ktoś to lubi, to polecam Chorwację. Zapada decyzja – zwijamy się stąd pókiśmy cali.

Sobota. 11.VIII.

 

fot. Grażyna Łucyk-Sokołowska

Ruszamy w drogę. Wiatr jest coraz silniejszy. Na postoju spotykamy Polaków, którzy mówią, że za 50 km zaczyna się deszcz. A my bez ortalionów (no bo po co w Chorwacji?!). Jedziemy dalej. Dojeżdżamy do miasta Knin i tamtejszej twierdzy. Imponująca budowla na szczycie góry. Zwiedzamy i jedziemy dalej. Zaczyna lać. Jesteśmy już w okolicach Jezior Plitvickich. Mokrzy znajdujemy wolny pokój – za 180 kun za noc! (Potem dowiadujemy się, że to jedna z najkorzystniejszych cen w okolicy). Ważne, że sucho. Polecamy to miejsce: Siwiša i Tabita Križaič; Rudanovac 22; 53 231 Plitvicka Jezera; tel. 00-385-40-341-357.

 

Niedziela. 12.VIII.

Budzi nas słoneczko. Jemy śniadanko i ruszamy do Parku Narodowego Jezior Plitvickich. Kupujemy bilety za 80 kun od osoby i wybieramy dłuższą trasę: 5-6 h. (faktycznie zajęła nam 4,5 h.) Krótsza to 3-4 h.

Jedziemy busikiem nad najwyżej położone jezioro (wszystkich jest 16) i pieszo schodzimy wokół kolejnych jezior połączonych setkami wodospadów. Przepiękny widok. Woda jest przejrzysta, dużo rybek, widać zatopione drzewa, korzenie. Przez największe jezioro przepływamy stateczkiem i idziemy dalej. Dochodzimy do największego wodospadu. Niesamowity widok – woda spada z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Poniedziałek. 13.VIII.

Pobudka i już o 7.00 wyjeżdżamy żegnani przez gospodarza. Do Karlovac musimy ciągle wyprzedzać koreczki, ale tam wskakujemy na autostradę i szybciutko do granicy. Wydajemy ostatnie kuny i wyjeżdżamy z Chorwacji. Znowu Węgry. Droga południową stroną Balatonu jest zdecydowanie mniej malownicza. Bez większych przygód dojeżdżamy do Bytomia przed 23. Tego dnia padł nasz rekord – 922 kilometry.

Cała trasa to 4069 kilometrów. Wyjazd trwał od 28.VII do 13.VIII.2001r.

*Ceny oraz kontakty aktualne w 2001r.

Najnowsze