Nie daj się zabić za smsa

O zagrożeniach wynikających z rozmawiania przez telefon w trakcie jazdy pisałyśmy wielokrotnie. Równie groźne jest jednak pisanie, a nawet odbieranie smsów. Celują w tym szczególności młodzi ludzie. Utrwalenie pozytywnych nawyków we własnych latoroślach to (niełatwe) zadanie dla rodziców.

Oto kilka rad, jak uczulić swoją pociechę na niebezpieczeństwo za kółkiem i wyrabiać w niej prawidłowe nawyki. Niektóre podpowiedzi mogą wydawać się brutalne, ale tam, gdzie chodzi o życie i zdrowie, nie ma dróg na skróty.

Przede wszystkim jako rodzice pamiętajmy, że nasze dzieci są świetnymi obserwatorami. Z pewnością dostrzegą wszystkie grzechy, jakich dopuszczamy się za kierownicą. Jeśli sama masz zwyczaj wysyłać smsy siedząc za kółkiem, nie rób tego. Daj dobry przykład.

Staraj się jak najczęściej towarzyszyć młodemu adeptowi sztuki jazdy jako pasażer. Obserwuj zachowania swojego dziecka i patrz, gdzie popełnia błędy.

Nie pokazuj dziecku złych wzorców
fot. materiały prasowe

Przezorny zawsze ubezpieczony, więc zwróć uwagę, że wysyłanie czy odbieranie smsów na światłach również jest niedopuszczalne. Zaskakujące, jak wielu młodych ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy.

Pokaż swojemu dziecku film obrazujący konsekwencje wypadku samochodowego, do którego doszło przez używanie telefonu komórkowego za kółkiem. Nie muszą to być zmasakrowane zwłoki, sam widok wraku i ewentualne wypowiedzi poszkodowanych są wystarczające, by zrobić wrażenie. Spróbuj też uświadomić swojemu dziecku, jak wielką tragedią będzie dla ciebie jego śmierć. Brzmi to ekstremalnie, ale może okazać się dobrym rozwiązaniem. Zapytaj, czy wysłanie smsa w tym dokładnie momencie jest kwestią życia i śmierci? Zasugeruj nagranie na komórkę wiadomości „nie mogę odebrać, właśnie prowadzę”. Zachęć latorośl do trzymania telefonu poza zasięgiem ręki.

Budowanie świadomości i odpowiedzialności kierowców od chwili pierwszych doświadczeń za kółkiem procentuje na przyszłość. To również nasz osobisty wkład w bezpieczeństwo dróg.

Najnowsze

System bezpieczeństwa dla motocyklistów od BMW Motorrad

W październiku tego roku światło dzienne ujrzał nowy projekt BMW o nazwie ConnectRide, którego częścią jest kolejny pomysł: "Car-to-X". Bawarczycy w porozumieniu z wieloma rządowymi instytucjami i placówkami naukowymi przedstawiają nowe rozwiązanie technologiczne mające poprawić bezpieczeństwo motocyklistów i kierowców samochodów na drodze.

Car-to-X, to model, gdzie motocykle i samochody komunikują się między sobą lub z urządzeniami zajmującymi się zarządzaniem ruchu, jak sygnalizacja świetlna, czy urządzenia monitorujące ruch. System ten działa dzięki obecności bezprzewodowej sieci LAN (WLAN – Wireless Local Area Network) oraz sieciom telefonów komórkowym dla szybkiej komunikacji pomiędzy dwoma motocyklami lub pomiędzy motocyklem, a samochodem.
Sekretem całej technologii jest komunikowanie się wielu użytkowników drogi w czasie rzeczywistym z minimalną ingerencją. Z tego powodu, obecność telefonu komórkowego jest najwyższej wagi, zwłaszcza na terenach, gdzie nie ma możliwości instalacji sieci LAN.
fot. BMW
Podsumowując: jakie korzyści dla motocyklistów niesie ConnectRide? Natychmiastowa informacja to główne założenie. Kierowca otrzymuje natychmiastowe powiadomienia związane z natężeniem ruchu, warunkami atmosferycznymi oraz kryzysowymi sytucjami, jakie zaistniały na drodze. Możliwość połączenia się automatycznie ze służbami ratowniczymi jest kwestią, którą eksperci z BMW Motorrad również wzięli pod uwagę. 

fot, BMW
Rozważając kwestie bezpieczeństwa, taki hot spot gra ważną rolę dla motocyklisty. Nie zawsze istnieje możliwość zobaczenia tego, co kryje się zaraz za zakrętem lub spostrzeżenia jak wygląda sytuacja w korku.  Car-to-X ostrzega natychmiastowo o sąsiedztwie innego pojazdu – nawet jeśli ten nie jest widoczny. 
Ponadto, w projekcie uwzględniono też „porady” co do redukcji prędkości w sytuacji, kiedy ulewnie pada deszcz, jest gęsta mgła lub na drodze występują inne, trudne warunki związane z kaprysami pogody.

fot. BMW
Pierwsze szczegóły projektu ujawniono już w 2009 roku. Teraz, BMW Motorrad współpracuje z niemieckim ministerstwem ekonomii i technologii, ministerstwem transportu oraz wieloma instytutami badawczymi nad dalszym rozwojem pomysłu. 

Najnowsze

Most na rzece Kwai, czyli tajskie przygody Anny Marii Dąbrowskiej

Kambodża przyzwyczaiła nas, że skuterki są po prostu kiepskiej jakości. Jednak w Tajlandii pod tym względem sprawy mają się zupełnie inaczej. Skutery są w znacznie lepszym stanie. Wciąż jednak te małe maszyny kryją w sobie sporo niespodzianek technicznych.

W miasteczku Kanchanaburi dzień pracy zaczął się jak zwykle przed świtem, ale nam się nie spieszy, bo jest bardzo gorąco i duszno. Miasto słynie z mostu na rzece Kwai i to z tej przyczyny tutaj zawitaliśmy.

Żeby sprawnie przemieszczać się po mieście, które jest po prostu długie, pożyczyliśmy skuter. Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Na drugi rzut oka widać, że jednak nie wszystko jest w porządku. Maszyna odpala z nogi! Nie ma elektrycznej stacyjki, a ta, która jest, to atrapa. No to mamy problem, bo odpalanie silnika z nogi jest po prostu kłopotliwe. Nie zawsze skuter zaskakuje od razu i trzeba się nakopać… Może jest jakiś inny, normalny skuter? Nie ma! W całym miasteczku nie ma ani jednego skuterka, który odpalałby w znany nam sposób. Co tu robić? Miasto jest za długie na spacery, czasu wiele nie ma, bo wstaliśmy za późno, a lokalne rowery są w takim stanie, że szkoda gadać. Niech będzie skuter odpalany z nogi. Trudno, inaczej się nie da i już.

fot. archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Siadamy na motorek i jedziemy zwiedzać Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej. Tu, drogie czytelniczki, należy się kilka słów wyjaśnienia. Kanchnaburi to miejsce historyczne. Wystawa muzealna przedstawia historię powstania nitki kolejowej między Tajlandią a Birmą, która dla japońskich okupantów miała być początkiem militarnej ekspansji ku Zachodowi, czyli w pierwszej kolejności ku Indiom. W budowie kolei brali udział żołnierze z Wielkiej Brytanii, Australii i Holandii, a także Birmańczycy, Malajowie i Tamilowie, których rekrutowano w Singapurze. I najwięcej zginęło właśnie Azjatów. Ogólnie w wyniku chorób tropikalnych, przepracowania, wycieńczenia i głodu w obozach pracy wzdłuż rzeki Kwai zginęło ponad sto tysięcy jeńców. Żołnierzy z Zachodu, których Japończycy zamknęli w obozach pracy wzdłuż całego, wynoszącego ponad czterysta kilometrów szlaku powstającej kolei, nazywa się POW, Prisoners Of War, czyli jeńcami wojennymi. Muzeum prezentuje historię budowy kolei oraz historię jej budowniczych. Jest tam rekonstrukcja niewielkiego, bo mającego zaledwie siedem metrów długości wagonu kolejowego, w którym jednorazowo przewożono około trzydziestu mężczyzn, są tablice prezentujące kalendarium i sposób budowy kolei. Są również pamiątki po więzionych w tym regionie żołnierzach.

fot. archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Po wyjściu z muzeum kierujemy się na drugą stronę ulicy, gdzie mieści się jeden z kilku cmentarzy wojennych. Pochowano tu w osobnych kwartałach Brytyjczyków, Holendrów, Australijczyków. Nagrobki są bardzo skromne. Płyta nagrobna, uniesiona pod lekkim kątem, a na niej inicjały i nazwisko zmarłego, jego stopień, wiek. Na niektórych jest jakaś krótka nota pożegnalna od rodziny. Najsmutniejsze są te groby, na których napisano jedynie, że zmarły znany jest tylko Bogu – nie ma imienia, nazwiska, daty śmierci. Obok każdego nagrobka rośnie mały ozdobny krzew lub kwiat, dookoła jest równo skoszona trawa. Skromnie, ale pięknie. Krążymy między rzędami nagrobnych płyt, czytając nazwiska i stopnie wojskowe. Średnia wieku to trzydzieści lat, żołnierze po czterdziestce to rzadkość.

Ten cmentarz w niczym nie przypomina tych, jakie znamy z Polski. Sprawia wrażenie, owszem, czystego i zadbanego, ale równocześnie opuszczonego. Nigdzie nie palą się znicze.

fot. archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Wracamy do naszego z nogi odpalanego skuterka i jedziemy zobaczyć most, o którym w latach 50. nakręcono film. No, nie dokładnie o tym moście, tylko o jego drewnianym poprzedniku. Jednak obecna istniejąca wersja mostu również została zbudowana rękami POW.

Most jest żelazny i ciągle działa, co oznacza, że jeżdżą po nim pociągi, zarówno turystyczna kolejka, jak i regularny pociąg do końcowej stacji w Nam Tok, którego trasa wiedzie przez tzw. Death Railway, kolej śmierci (nazwaną tak, bo jej budowa przebiegała w bardzo trudnych warunkach i pochłonęła wiele ludzkich istnień). Most to porządna metalowa konstrukcja wsparta na betonowych słupach. Można po nim spacerować do woli, ale kiedy nadjeżdża pociąg, trzeba przejść na jeden z wielu bocznych balkoników i tam bezpiecznie poczekać, aż pojazd przejedzie na drugą stronę. Pociąg jedzie po moście bardzo wolno, wręcz majestatycznie – powodem są oczywiście turyści, na których czasem trzeba zatrąbić. Przechodzimy na drugą stronę i idziemy sobie kawałek po torowisku w nadziei, że dojdziemy do jakiegoś rozjazdu. Spacer kończymy po jakichś stu metrach (rozjazdu nie ma, ale jest upał) i zawracamy do miasta. Wsiadamy na skuter i jedziemy coś zjeść. A z tym odpalaniem z nogi wcale nie było tak źle!

Najnowsze

Inauguracja projektu BMW OperaLab

BMW, teatr i opera? Czemu nie? OperaLab to interdyscyplinarny projekt Teatru Wielkiego-Opery Narodowej i BMW Group Polska. Jego założeniem jest stworzenie miejsca, która ma być jednocześnie galerią i platformą kulturalno-badawczą.

fot. materiały organizatorów

Od baletu i opery po architekturę i design – różne wizje sztuki łączą się w projekcie OperaLab w jedno. Młodzi polscy twórcy otrzymają potrzebne im wsparcie, w ramach projektu będą też organizowane warsztaty, konkursy i wystawy.

Pierwszą fazą OperaLab jest konkurs pod hasłem „Projektowanie tożsamości/Tożsamość projektowania”. Jego celem jest zaprezentowanie najnowszych przykładów projektowania wzorniczego i architektonicznego w kontekście przestrzeni Teatru Wielkiego – Opery Narodowej.

W kategorii architektura konkurs dotyczy projektu pawilonu, który będzie mobilną przestrzenią do realizacji takich aktywności, jak wystawy, projekcje filmowe, prezentacje baletowe i operowe, koncerty czy panele dyskusyjne. W kategorii design  przedmiotem konkursu będzie zaprojektowanie dwóch produktów z linii sygnowanej marką̨ OperLab. Projekty mają odnosić się do tożsamości marek Teatru Wielkiego – Opery Narodowej i BMW. Materiałem do inspiracji i punktem odniesienia przy projektowaniu produktów będą elementy architektury, wyposażenia wnętrz, historii samego budynku Teatru Wielkiego – Opery Narodowej oraz projekty BMW Group.

Do jury zaproszeni zostali eksperci z dziedziny architektury i wzornictwa. Honorowym przewodniczącym jury jest dyrektor naczelny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, Waldemar Dąbrowski. Projekty konkursowe można zgłaszać do początku grudnia tego roku. W połowie grudnia wyniki zostaną ogłoszone. Zwieńczeniem konkursu będzie wystawa nagrodzonych projektów. Wystawę będzie można oglądać w pierwszych miesiącach 2013 roku w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej.

 

Najnowsze

Całe życie w lewo… manifest pasjonatki żużla

Speedway – czy żużel, jak kto woli – dla niektórych to bezsensowna jazda w kółko, dla wielu z nas to całe życie. Pasja, która rani, a czasem nawet zabija. Czarnym sportem interesują się nie tylko mężczyźni. Coraz więcej jest fanek tej dyscypliny. I to jest piękne.  

fot. Speedway Fans Stal Rzeszów

Bardzo mnie to cieszy, gdyż jestem jedną z nich. Kocham speedway. Jednak przykre jest to, że dziewczyny mają problem, żeby pokazać swoje umiejętności, odwagę i chęć walki na torze. Równouprawnienie? Tak, z wyjątkiem tej dyscypliny sportu. Kobiety mogą boksować, ale nie jeździć na żużlu. W naszym kraju dziewczyny próbowały trenować, lecz żadna nie dostała szansy na to, by kontynuować swoją pasję jako pełnoprawny, licencjonowany zawodnik. Żużel to sport dla silnych, odważnych chłopców, połamane nogi i obojczyki – to słowa, które słyszą dziewczyny chcące jeździć. My też jesteśmy silne, odważne i nie boimy się tego pokazać. Jest w nas chęć walki na równi z chłopakami na torze. Nie wystarcza nam tylko kibicowanie – żużel to nasza pasja, sens życia. Kochamy speedway.

Chcecie przykładów? Paulina Szczęsna z Częstochowy – dwie operacje obojczyka i blizny na nodze to jej bilans. Na torze twarda i bezwzględna – w kasku i kevlarze. Afrodyta Antczak z zielonogórskiej szkółki żużlowej próbowała różnych sportów, ale wszystko było tylko namiastką pasji i adrenaliny. Sindy Weber próbowała sił w Wawrowie. Sylwia Pszon z Opola, Kinga Wachowska z Ostrowa… Emilia Jasińska jako pierwsza kobieta w Polsce zdobyła w 2010 roku licencję żużlową.

Dziewczyny chcą i potrafią walczyć na torze. Do dzieła – zakładajmy kaski, kevlary i jazda na równi z chłopakami. Łączy nas jedno – speedway.

 

 

 

Najnowsze