Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń

Rozmawiamy z Magdą i Michałem Mochoniami, którzy kilka lat temu przejechali motocyklem Amerykę Południową, a obecnie są w samochodowej podróży przez Amerykę Północą i Środkową - nie sami, bo towarzyszy im kilkumiesięczny synek.

Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń

Rozmawiamy z Magdą i Michałem Mochoniami, którzy kilka lat temu przejechali motocyklem Amerykę Południową, a obecnie są w samochodowej podróży przez Amerykę Północą i Środkową - nie sami, bo towarzyszy im kilkumiesięczny synek.
Pełny ekran
Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń

fot. Magda i Michał Mochoń

Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń
Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń
Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń
Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń
Na dwóch i czterech kołach przez Ameryki - Magda i Michał Mochoń

Kilka lat temu odbyliście długą i wspaniałą podróż do Ameryki Południowej, w której przemieszczaliście się głównie motocyklem. Co to była za maszyna?

Magda: To może Michał odpowie.

Michał: To turystyczne enduro Kawasaki KLR650 – maszyna bardzo popularna w USA, którą do Ameryki Południowej sprowadził niegdyś turysta z Kalifornii, a po sprzedaży krąży między turystami. Francuzi, którzy od nas kupili ten motocykl w Buenos Aires, zawieźli ją do Wenezueli. Motor jest prosty w konstrukcji, silnik ma wyłącznie jeden cylinder i zasilany jest przez gaźnik. To był pierwszy prawdziwy motor jaki miałem i nie robiliśmy dużego rozeznania. Wzięliśmy to co akurat było wystawione na sprzedaż. A KLRek wiele można zobaczyć wśród turystów w tamtym rejonie. Tak polubiłem ten motor, że po powrocie do Polski kupiłem identyczny model, tylko ciut nowszy i bez gigantycznego przebiegu.

Magda i Michał Mochoń "W trójkę super się podróżuje. Na południu Półwyspu Kalifornijskiego, Meksyk".

fot. Magda i Michał Mochoń

Motocykl robił wam wiele niespodzianek technicznych?

Michał: Pytasz o awarie? Jak kupowaliśmy motor, miał 60 000 mil przebiegu, sami przejechaliśmy potem na nim ponad 20 tyś kilometrów. Przede wszystkim jechaliśmy przeciążeni, i dwa razy zepsuł nam się tylny amortyzator – przez całą Argentynę i bezdroża Boliwii jechaliśmy na samej tylnej sprężynie, więc nieco bujało J Kupno amortyzatora było mega drogie bo nie dostaliśmy części na miejscu i trzeba było sprowadzać ze Stanów. Poza tym, w Peru dokonaliśmy remontu silnika. Oczywiście nie było części, ale sprytny mechanik dosztukował coś od jakiejś Hondy. Pod koniec podróży motor palił już naprawdę duże ilości oleju i nie jechaliśmy szybko bo powyżej 4200 obrotów/min. silnik wypuszczał zauważalny niebieski dym. Wiadomo, zmiany opon żółtodziobom bez odpowiednich narzędzi i umiejętności zajmują wieki, a akumulator psuje się właśnie jak się ma do przejechania 800 km po księżycowym terenie. Łańcuch urwał nam się z kolei w drodze na spotkanie z Polskimi Dakarowcami, którzy zaprosili nas na wieczorne spotkanie. Tych historii trochę by się zebrało, ale ogólnie było świetnie.

Magda: Zdecydowanie! Problem gonił problem, nie znam się na mechanice, więc zastanawiałam się tylko, jaka kolejna część nam padnie. Michał nie powiedział jeszcze na przykład, że urwała nam się śruba od przedniego hamulca na kamienistej drodze, staraliśmy się ją zastąpić szmatką, taśmą izolacyną, linką od sprzęgła, plastikowymi zapinkami aż w końcu 200 km jechaliśmy bez hamulca. Albo raz zepsuło się sprzęgło w dżungli, jechaliśmy więc cały dzień na jedynce, po czym wrzuciliśmy motor do bagażnika autobusu i przejechaliśmy stojąc 16 godzin do La Paz. Na miejscu okazało się, że źle przymocowali motor i metalowe podpory w bagażniku przedziurawiły nam bak w kilku miejscach… Historii można by naprawdę mnożyć, ale mamy dzięki temu ciekawe przygody do opowiadania. Nie spalibyśmy na posterunku na policyjnych pryczach ani w rowie przy drodze gdyby nie motor i związane z nim problemy.

Ameryka Południowa jest wprost stworzona, żeby po niej podróżować motocyklem. Jednoślad jest mocno wpisany w codzienne życie mieszkańców tego kontynentu. Jak odbierali was ludzie - mam na myśli lokalnych mieszkańców. Czy motocykl otwiera drzwi i serca?

Michał: Z pewnością, mamy porównanie, bo teraz podróżujemy samochodem. I sami pamiętamy, jak to było inaczej przeżywać drogę na motorze a jak jest w klimatyzowanym samochodzie z muzyką, klimatyzacją i przyciemnianymi szybami. Na motorze byliśmy również od razu widoczni przez każdego lokalsa. Owszem, kaski i stroje motocyklowe są czymś kompletnie obcym w tych krajach więc od razu startujemy w rozmowie z poziomu kosmity, z drugiej strony jednak jak się spojrzało na nasze bagaże (plecaki przytwierdzone do deski za pasażerem, a boczne plecaki po stronach baku zrobione ze zszytych plecaków szkolnych) czy buty na które zakładaliśmy reklamówki by zyskać na wodoodporności, od razu jednak było widać że jedziemy „po kosztach”. Przede wszystkim jednak motor sprawia że omijasz ludzi którzy wyczekują na turystów by im coś sprzedać, za to przystajesz tam gdzie myślisz że możesz spotkać naprawdę obopólnie ciekawą sytuację – np. lokalny targ czy stołówka. Mam wrażenie że ludzie mogli nie wiedzieć, skąd właściwie jesteśmy i skąd jedziemy na tej dziwnej rejestracji, ale mieli poczucie, że musielibyśmy włożyć dużo wysiłku w to by do nich przyjechać.

Oczywiście, osobną kategorią są lokalni motocykliści, których motocykle miały pojemności silnika maksymalnie dochodzące do 250 cm sześciennych. W Chile lokalni motocykliści zrzeszeni w kluby przekazali nam kontakty do siebie i przez jakiś czas zatrzymywaliśmy się u kolejnych członków stowarzyszenia.

Magda i Michał Mochoń - na rowerach w Moldawii

fot. Magda i Michał Mochoń

W podróży do Afryki siedzieliście już na dwóch osobnych motocyklach. Z doświadczenia wiem, że bardzo zmienia się perspektywa i osoba, która właśnie przestała być plecakiem i siada sama za sterami, już nigdy nie będzie chciała jeździć z tyłu. Magda, czy według ciebie tak jest?

Magda: Oj tak… Wolę samodzielne prowadzenie motocykla z wielu powodów. Przede wszystkim czuję się panią sytuacji. Wszystko jest w moich rękach, muszę sama starać się i walczyć. Nie czuję się pewnie to zwolnię do prędkości, która będzie w moim odczuciu w sam raz. Jest trudny zjazd lub podjazd, błoto, będę pracowała razem z motorem i dam radę. Jazda na miejscu pasażera ma dwie zasadnicze bardzo duże wady. W czasie dni tranzytowych, po asfalcie, przy mało zmieniającym się krajobrazie, jest po prostu nudno. Siedzisz jak kołek i jedyne co Ci zostaje to obserwacja kilometrów i odliczanie, ile jeszcze do końca. W Ameryce Południowej starałam się słuchać audiobooków, ale mieliśmy takie beznadziejne kaski, że przy 60 km/h nic nie słyszałam :/ A druga wada jest taka, że ja się z Michałem czasami po prostu boję jeździć. Zdradzę Wam, że on do dzisiaj uważa, że byłby drugim Kubicą, gdyby go rodzice odpowiednio wsparli jako dziecko, wyobraźcie więc sobie jak się z nim czasami jeździ…

Michał: ehhh. Co tu powiedzieć, to takie przeciąganie liny. Wyobrażam sobie, że dla Magdy dużo ciekawiej jest jak jedzie sama. U mnie jest zupełnie na odwrót, tym bardziej że jazda nie jest dla mnie tylko metodą dotarcia do celu, ale i źródłem adrenaliny i przyjemności z jazdy. I wiem, że na jednym motorze dojedziemy szybciej i ciekawiej niż na dwóch motorach.

Magda, a co było dla Ciebie najtrudniejsze w samodzielnym prowadzeniu motocykla?

Magda: Na początku wyzwaniem była głowa, przekonanie siebie samej, że dam radę, że potrafię i że będzie mi się to podobało. A później największym wyzwaniem był wyjazd z Kampali. Wielkie miasto, z lewostronnym ruchem i wielkim chaosem przez bardzo wielkie W. I w tym wszystkim ja, z dużym doświadczeniem plecakowym i zerowym jako kierowca. Ja w Ugandzie nawet prawo jazdy nie miałam, ledwo kurs zdążyłam skończyć. Zanim wyjechałam na miasto ćwiczyłam kółka na parkingu, a że byłam strasznie zestresowana tym prawostronnym ruchem, o którym mi Michał przed wyjazdem nic nie powiedział, średnio mi to szło. Michał zakrywał więc twarz rękami i chyba modły w głowie na górę zanosił… ;) I jeszcze jedna rzecz była trudna – drugiego dnia zdecydowaliśmy się przejechać 30 km po szutrowo-piaskowej drodze, mniej więcej w połowie wywaliłam się dosyć mocno. Głupie to trochę było, bo to były moje pierwsze w życiu kilometry po szutrze, a ja po ciemku mam jakąś kurzą ślepotę i nic widzę. Bałam się po tym wsiąść znowu na motor i potrzebowałam chwili, żeby znowu przekonać samą siebie, że potrafię i może być fajnie.

Nauka przez doswiadczenie. Ignaś w Parku Narodowym Joshua Tree, USA.

fot. Magda i Michał Mochoń

Czy wasze maszyny w Afryce były kupione czy wypożyczone? Zdradźcie nam kilka trików na "zdobycie" motocykla na Czarnym Lądzie.

Michał: Jechaliśmy wtedy tylko na 3 tygodnie więc kupno nie wchodziło w grę, ale po tym jak w Etiopii rok wcześniej tuż po powrocie z Ameryki Południowej utwierdziliśmy się w tym, że nie potrafimy już jeździć autobusami, musieliśmy zdobyć motor. Nie udało się wypożyczyć dużego motoru dla naszej dwójki przed przybyciem na miejsce. W Ugandzie popularne są mototaksówki. Dogadaliśmy się z dwoma chłopakami, że wypożyczymy od nich motory i zapłacimy im tyle ile by przez ten czas dzięki nim zarobili. Żadnej kaucji nie wpłacaliśmy, zostawiliśmy tylko ksero paszportu. Kilka rozmów trzeba było odbyć żeby trafić na taką osobę co się zgodziła, ale zajęło nam to wszystko kilka godzin. Przez to że to był bardzo popularny model, nie było problemu z naprawą kosmetycznych uszkodzeń przed oddaniem motorów właścicielom. To było prostsze niż można sobie wyobrazić. Nie mieliśmy ubezpieczenia ani nawet dokumentów na te motory, i nikt nas o to nie zapytał.

Magda: Bardzo fajną umowę z nimi podpisaliśmy. Brzmiała ona mniej więcej tak: Ja, Michał, wypożyczam motor od Dominika za kwotę X na Y dni i obiecuję dbać o niego. Zapytaliśmy chłopaków, czy chcieliby coś jeszcze do niej dopisać. A oni: Tak, pewnie! Dopiszcie, że będziecie co tydzień wymieniać olej. My: Co tydzień..? Może lepiej napiszmy co ile kilometrów. Co ile wymieniacie? Oni: Nie wiemy, wymieniamy co tydzień. Dopiszcie więc co tydzień. I tak dopisaliśmy.

Od jakiegoś czasu jesteście rodzicami i wraz z synkiem ruszyliście w podróż. Dookoła coraz więcej podróżujących par z dziećmi, wiele osób, jeszcze przed pojawieniem się maluchów deklaruje, że bedzie z nimi podróżować. Co jest potrzebne, żeby z małym dzieckiem wyjechać daleko i na długo?

Michał: żeby wyjechać, potrzeba przede wszystkim czasu pieniędzy i poczucia, że na miejscu z dzieckiem już sobie radzimy. Dziecko rozwija się przez 9 miesięcy i mało kto decyduje się na podróż od razu po wyjściu ze szpitala, jest więc czas na zorganizowanie spraw jak należy. My mamy do tego dobre ubezpiecznie turystyczne i bilety lotnicze z możliwością płatnej zmiany daty powrotu, by móc w każdym momencie porzucić samochód, przedostać się do Nowego Jorku i stamtąd właśnie mamy wykupiony powrót. Śpi się spokojniej. A że wypadki się zdarzają to się przekonaliśmy w tamtym roku, kiedy po wypadku samochodowym leżałem w śpiączce ponad tydzień, a w szpitalach spędziłem dwa miesiące.

Magda: Moim zdaniem do podróży z dzieckiem potrzeba przede wszystkim otwartej głowy, uwierzenia, że dziecko łatwiej adoptuje się do zmieniającego otoczenia i będzie super! Przed narodzinami Ignasia często słyszeliśmy – to koniec, skończy się Wasza włóczęga po świecie. A my myśleliśmy sobie w duchu: nie. Staraliśmy się nie składać wielkich deklaracji, bo z doświadczenia wiemy, że dopóki ktoś nie ma dziecka nie powinien pouczać innych ani samemu niczego deklarować. Dziecko przestawia klepki w mózgu i nigdy nie wiadomo, co się z nami jako mami i tatami po porodzie stanie. Nam bardzo zależało na tym, żeby kontynuować stare życie, nie chcieliśmy, żeby Ignacy wywrócił naszą rzeczywistość do góry nogami. Chcemy poznawać dalej piękno oraz różnorodność tego świata i pokazywać to wszystko Ignasiowi. Podróżowanie z dzieckiem jest bardzo łatwe, łatwiejsze niż siedzenie z nim w domu, naprawdę! W drodze niepotrzebne są zabawki, nie trzeba wymyślać nowych atrakcji, atrakcją jest ciągle zmieniające się otoczenie, nowe listki, kamyczki, rurki, ptaszki, kurki i nowi ludzie, którzy cały czas chcą brać i biorą go na ręce. Jeśli chodzi natomiast o sprzęty dziecięce – najważniejsze jest nosidełko. Chcieliśmy kupić w Stanach wózek, ale przy tym ile czasu spędzamy w naturze, bardziej przeszkadzałby nam niż pomagał. Poza tym w plecaku mamy zawsze ze sobą: miseczkę, łyżeczkę, śliniak, kubek niekapek, słoiczki, a czasami również krzesełko turystyczne. I to by było na tyle. Reszta to gadżety ułatwiające życie, żadne niezbędniki.

Ignaś zbliża. Na karnawale w San Juan Chamula, Meksyk.

fot. Magda i Michał Mochoń

Jakim pojazdem poruszacie się po Amerykach?

Michał: Jest to Toyota 4runner, w Polsce niezbyt znana prosta terenówka. Nawet nie ma napędu na cztery koła, ale przede wszystkim zależało nam na wysokim prześwicie. Oczywiście już zdążyliśmy się zakopać w prostej sytuacji. Przede wszystkim zależało nam na czymś możliwie bezawaryjnym i łatwym do późniejszej odsprzedaży na koniec podróży kolejnej osobie.

Czy musieliście w jakiś sposób modyfikować swój samochód pod kątem małego pasażera?

Michał: nic nie zrobiliśmy z samochodem. Mamy ze sobą tylko fotelik, który wzięliśmy ze sobą jeszcze z Polski. Duży bagażnik idealnie mieści karton pieluch czy gotowego jedzenia. Świetne są płaskorozkładane oparcia tylnych siedzeń, dzięki czemu spaliśmy już w samochodzie we trójkę całkiem wygodnie.

Jesteście rodzicami jeszcze dość małego dziecka, które jest w swojej pierwszej wielkiej i wspaniałej podróży. Z jakimi reakcjami wśród poznanych w podróży ludzi się spotykacie?

Michał: reakcje na ulicach są wyłącznie sympatyczne, wręcz buzujące zachwytem („ach,jakież piękne dziecko!”). Żadne z dzieci nie ma tu niebieskich oczu, a całej twarzy jak z reklamy Gerbera. Ignaś nie boi się iść na ręce do innych ludzi i nie przeszkadza mu jak piesi dotykają jego rączki. Duża część osób którą spotykamy sądzi że nie jesteśmy na wakacjach tylko tu po prostu mieszkamy i Ignaś się urodził już w Meksyku. Sądzimy, że i w Azji i Afryce reakcje byłyby jednak również pozytywne.

Wśród turystów zagranicznych, a wcześniej w USA, reakcje są może mniej ekspresyjne, ale Ci znów naprawdę doceniają to na co się powzięliśmy.

Magda: Ignaś jest wspaniałą pomocą w nawiązywaniu kontaktów. Nie ma dnia, żeby ktoś o niego nas nie zapytał, ile ma miesięcy, jak mu na imię. I już pierwszy kontakt nawiązany. Ignaś jest takim naszym kluczem do serc ludzi, których spotykamy. Tyle uśmiechów na ulicach widzimy dzięki niemu, super to!

Nauka raczkowania w pięknej scenerii. Półwysep Kalifornijski, Meksyk

fot. Magda i Michał Mochoń

Jak wasz synek znosi podróż? Co interesuje go najbardziej?

Magda: Ignaś znosi podróż rewelacyjnie, oby tak dalej. Przed wyjazdem znajoma, która jest lekarzem specjalizującym się w chorobach tropikalnych powiedziała nam – zobaczycie, on zaskoczy Was nieraz swoją elastycznością i łatwą adaptacją. I tak jest. Michał był już trzy razy struty, ja dwa razy przeziębiona, a Ignasiowi jak na razie nic nie jest. Oczywiście liczymy się z tym, że może się to zmienić, ale jesteśmy na to przygotowani. Mamy ze sobą apteczkę dziecięcą, poza tym nie jesteśmy w kosmosie, tu lekarze wszędzie też są.

Michał: przede wszystkim to już inne dziecko niż to z którym wyjeżdżaliśmy z Polski. Wtedy to było dziecko nieruchome, takie idealne do trzymania na rękach. Teraz już Ignaś nie tylko wydaje różnego typu dźwięki, ale też intensywnie raczkuje i nudzi się w jednym miejscu, i z pewnością wie dokąd chciałby się przejść i co poobserwować. Jest zaczarowany ulicznymi grajkami, podobają mu się wszelkiego rodzaju małe ozdóbki sandałów, czy kolczyki obcych ludzi, potrafi wypatrzeć na podłodze najmniejsze paprochy i wszystko lubi degustować. Bardzo lubi wodę i zabawę w piasku na plaży, podobnie jak drobne zwierzaki takie jak pieski czy kotki.  A jego ulubioną zabawką jest aktualnie moja siatka kabli.

Czy możecie nam zdradzić, czy wasza podróż ma jakiś wyznaczony termin końcowy i jakie są wasze dalsze plany na podróżniczą przyszłość?

Michał: Magdę czeka powrót do pracy na etacie, ja zaś trzy miesiące przed powrotem zacznę szukać pracy dla siebie, chyba że wpadnę na pomysł który zechcę samodzielnie realizować. Na pewno znamy za to datę powrotu, według planu wrócimy pod koniec lipca. Powód jest prosty: na początku sierpnia moja siostra wychodzi za mąż i nie chcielibyśmy tego wydarzenia przegapić. Gdyby jednak przesunęła termin….

Magda: A podróżnicza przyszłość…. Nie wiemy… Na pewno będziemy jeździli, pytanie tylko na jak długo. Gdybyśmy wygrali milion, stalibyśmy się rentierami, znaleźli sobie pasjonujące nas zajęcia w Polsce i wyjeżdżali co roku na 3-4 miesiące. Tylko, że jeszcze do miliona brakuje nam… miliona.

Serdecznie dziękujemy za rozmowę i życzymy szerokości!

Więcej na http://www.pelikanochomik.com

Konwersacje Facebook
Dołącz do dyskusji
Informujemy, że wszystkie komentarze są monitorowane przez administratorów strony i mogą być usunięte jeżeli obrażają osoby lub zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby, zawierają wulgaryzmy, treści pornograficzne, propagują alkohol, narkotyki, obrażają inne narodowości, religie, rasy ludzkie, przyczyniają się do łamania praw autorskich, czy w jakikolwiek inny sposób naruszają prawo. Nadużycia będą zgłaszane do właściwego dostawcy.