Edyta Klim

Jak dostarczyć sobie adrenaliny na emeryturze? (video)

Mardelle Peck po ponad 40 latach małżeństwa z motocyklistą, w wieku 65 lat postanowiła, że będzie startować w zawodach motocyklem sportowym. Marzenie zrealizowała, biorąc udział przez kilka lat w amerykańskich wyścigach.

Mardelle w 1998 roku zakupiła sobie Harley’a Sportster i był to początek serii motocykli w jej garażu. Na Hondzie CBR przeszła 3 stopnie szkoły California Superbike, a jej pierwszy wyścig miał miejsce w 2007 roku w klasie kobiet.

Później brała regularnie udział w wyścigach Amerykańskiej Federacji Motocyklistów w Północnej Kalifornii, już w klasie ekspertów min. na motocyklach Suzuki GSX-R750 i Yamaha YZF-R6.

{{ vimeo(97020390) }}

W tym sezonie „Mert” zawiesiła swoje starty, wraz z mężem prowadzi sklep i renowację starych motocykli oraz podróżują razem na motocyklach BMW GS 1200.

Najnowsze

Edyta Klim

Adam „Rubik” Zalewski – nadal nastolatek, a już gwiazda driftu!

Życie Adama Zalewskiego od dziecka kręci się wokół motoryzacji. Pierwsze kroki z sukcesami stawiał w kartingu, a obecnie należy do czołówki polskich drifterów!

Jak wygląda życie nastolatka, który jest gwiazdą sportów motorowych? Na ile różni się Twoje życie od życia rówieśników?

Ogólnie to jestem normalnym nastolatkiem, takim jak każdy inny, po prostu mam pasję i robię to co kocham. Moje życie nie wyróżnia się niczym specjalnym, jeśli chodzi o szkołę i czas pomiędzy zawodami czy treningami. Po powrocie ze szkoły, gdy odczytuję maile czy przeglądam internet, ilość informacji na mój temat przypomina mi, że wiele osób się moją osobą interesuje i kibicuje moim poczynaniom. Jest to na pewno bardzo miłe, ale nie ma wpływu na moje życie.

Masz wielu fanów, starasz się dla nich? Nawiązujesz z nimi czasem jakiś kontakt? Przywykłeś do bycia osobą publiczną?

Staram się jak tylko mogę, rozmawiam z nimi na zawodach, kiedy podchodzą i pytają o to, jak mi idzie, jaki mam humor, czy co robiłem przed zawodami. Interesują się moją osobą i bardzo mnie to cieszy, poświęcam im czas także w domu – piszę z nimi na facebook’u, kiedy tylko mogę. Cały czas przyzwyczajam się do tego, że staję się coraz bardziej osobą publiczną.

Jak powstała Twoja ksywka – Rubik?

Ksywę Rubik nadali mi koledzy z czasów moich startów w kartingu, ponieważ miałem wtedy jasne i długie włosy jak pewien, znany dyrygent (śmiech).

Na ile rodzice ukształtowali kierunek w którym zmierzasz, a na ile to wynik Twoich decyzji?

Zdecydowanie bez pomocy rodziców nie byłoby mnie tutaj. To tato pierwszy raz zaprowadził mnie na tor i pokazał o co chodzi w kartingu, a mama zawsze była i jest nadal przy wszystkich moich startach w sporcie motorowym. Trudno mówić o decyzjach sześcioletniego czy jedenastoletniego dziecka, najzwyczajniej tato zawsze pytał czy chcę, czy coś mi się podoba, a potem pomagał w realizacji danego pomysłu, nigdy na siłę. Podobnie, gdy w swoim życiu chciałem zrezygnować z rzeczy, którymi się zajmowałem – po prostu to robiłem, a rodzice szanowali moje decyzje.

Pamiętasz ulubioną zabawkę z dzieciństwa? Miała koła?

Najbardziej lubiłem Hot Wheels’y – małe autka, które bardzo mi się podobały, bawiłem się nimi codziennie. Pierwszy pojazd pojawił się, gdy miałem półtora roczku i był to mały traktorek elektryczny, którym kochałem jeździć! Potem był quad spalinowy i gokarty.

Wyobrażasz sobie swoje życie bez motoryzacji? Kim w dzieciństwie chciałeś zostać?

W 2011 roku, gdy po kilku miesiącach w drifcie ukazał się pierwszy wywiad ze mną dla TV, to mówiłem tam, że chcę zostać piłkarzem! (śmiech) Ale wszystko tak się rozwinęło, że postanowiłem zmienić swoje plany i nadal chcę jeździć w drifcie. Zdecydowanie nie wyobrażam sobie życia bez motoryzacji!

Kiedy pierwszy raz mogłeś prowadzić i czy pamiętasz, jak Ci poszło?

Moje pierwsze prowadzenie auta miało miejsce ok. 2009 roku, ale „automatem” i po torze. Pierwsza jazda samemu odbyła się rok później, wtedy wsiadłem w auto z manualną skrzynią biegów i uczyłem się startować z miejsca, cofać i zmieniać biegi. Poszło mi wtedy całkiem nieźle, ale wiadomo jakie początki bywają… Było trudno, ale z czasem szło mi coraz lepiej!

Zaczynałeś od kartingu i bardzo dobrze Ci szło. Kiedy i dlaczego zmieniłeś dyscyplinę?

Tak, w 2006 roku zacząłem swoją przygodę z kartingiem i szło mi bardzo dobrze. W 2008, czyli w pierwszym roku startów w zawodach, jako zawodnik z licencją Polskiego Związku Motorowego, wywalczyłem wicemistrzostwo kraju i dostałem się do Kadry Narodowej Kartingu. W kolejnym sezonie zdobyłem Mistrza Polski w klasie Rotax Max 125cm3, lecz w 2010 roku musiałem zrezygnować z dalszych startów z przyczyn ekonomicznych. Później w roku 2011 udało się zbudować pierwsze auto, było to BMW e36 1.8is i nim uczyłem się driftować.

Byłeś samoukiem, czy miałeś jakiegoś doświadczonego nauczyciela?

Nie, byłem samoukiem, nie miałem nikogo, kto mógłby mnie uczyć jeździć.

Czy gdyby zdarzyła się okazja ponownej zmiany dyscypliny, to zdecydował byś się na to? Np. na rajdy, wyścigi, kaskaderskie wyczyny?

Wydaje mi się, że nie. Drift to emocjonujący sport, w którym możemy robić wszystko z autem i dlatego ten sport jest taki piękny!

Ile czasu w tygodniu przeznaczasz na treningi i gdzie takie treningi możesz robić?

W tygodniu nie mam treningów, ponieważ mam szkołę. Od czasu do czasu jeżdżę z moim zespołem na trening np. do Torunia na motopark.

Jakbyś miał doradzić swoim rówieśnikom, marzącym o startach – to od czego powinni zacząć?

Wydaje mi się, że najlepiej zacząć od gokartów. Jest to najlepszy początek, ponieważ nabywa się tam bardzo dużo umiejętności. Można się nauczyć, jak radzić sobie ze stresującymi sytuacjami na torze np. kiedy musimy ominąć gokarta któregoś z rywali, który niespodziewanie obróci się w przeciwnym kierunku jazdy.

Czy sam start w zawodach jest bardzo dla Ciebie stresujący?

Moje pierwsze zawody w drifcie były niesamowicie stresujące, wtedy nikogo nie znałem, tak więc była to dla mnie nowość. Na dzień dzisiejszy nie stresuję się tak bardzo jak kiedyś, ale też się denerwuję (śmiech).

Z jakiego osiągnięcia sportowego jesteś najbardziej dumny?

Najbardziej dumny jestem ze zwycięstw w lidze Drift Masters Grand Prix, gdyż w tej lidze startują najlepsi zawodnicy w Europie.

Czy jesteś zadowolony z organizacji polskiego GP w drifcie? Masz jakieś porównanie z zagranicznym poziomem zawodów?

Tak, mam porównanie do lig europejskich, w których również startuję i jestem bardzo zadowolony z organizacji Drift Masters Grand Prix. Widać, że liga ma potencjał i że bardzo promuje nas, jako zawodników i siebie jako ligę. A to bardzo pomaga nam w pozyskiwaniu kolejnych funduszy na starty. Dodatkowo, już dzisiaj możemy zauważyć, że przyjeżdża do nas coraz więcej zawodników z całej Europy.

Jakimi samochodami do tej pory jeździłeś, czy z obecnego jesteś zadowolony? A jaki jest ten wymarzony?

Obecnie jeżdżę BMW e30 z silnikiem 2JZ z Toyoty Supry o mocy 500km i 600nm. Ale niedawno za sprawą mojego, nowego teamu REDUX TEAM przesiadłem się auta zbudowanego od podstaw w REDUX MOTORSPORT, którym jest Nissan s13 Sil80. I to ten samochód jest moim wymarzonym! Jest niesamowicie ładny i agresywny. Jest przede wszystkim świetnie zbudowany i zestrojony. Obecnie głównie nim trenuję, by w przyszłym roku pojechać już nim cały sezon driftingowy.

Jaki był dla Ciebie ten sezon??

Był to dla mnie sezon zwycięstw, ale i porażek. Sezon nabywania ogromnej wiedzy, która przyda mi się w przyszłości. Sezon uczenia się, jak nie popełniać błędów i jak sobie radzić, gdy już się je popełni. Cały czas się uczę i szukam granicy możliwości swoich i sprzętu. Wiem, że dzięki nowemu teamowi, w którym jestem od niedawna, następny sezon będzie jeszcze lepszy! Bardzo dobre zaplecze techniczne, rewelacyjni mechanicy Redux Motorsport oraz możliwość treningu i startów w zawodach na najlepszym sprzęcie – da mi możliwość pokazania się z jeszcze lepszej strony!

Najnowsze

Putin testuje nowa Ładę

Przyzwyczailiśmy się, że nowe samochody są często promowane przez celebrytów, artystów czy ludzi biznesu. Jednak Łada podniosła poprzeczkę i zaprosiła do testów samego Władimira Putina.

Przywódca Rosji znany jest ze swojego umiłowania do rodzimej motoryzacji. Dotychczas był on widywany w różnych modelach Łady. 

Rosyjski producent właśnie wydał na świat model Vesta, który ma zmienić postrzeganie marki. Auto zostało stworzone na płycie podłogowej Dacii Sandero, a korzystając z technologii dostarczanej przez koncern Renault, auta tej marki przestaną być kojarzone jako zacofane technologicznie i siermiężne.


Dlatego w promocję nowego modelu postanowił się włączyć sam Władimir Putin. Prezydent Rosji dostał do testów egzemplarz w rzucającym się w oczy, limonkowym kolorze i wyjechał na ulice Soczi. Oczywiście wszystko odbywało się pod okiem kamer. 

Prezydent Putin polubił samochód, a na dodatek docenił bardzo dobre przyspieszenie.

Najnowsze

Motocyklistka uratowała małego kota

Stereotyp motocyklisty na sportowym motocyklu w niektórych kręgach nadal nie ma pozytywnego wydźwięku. Jednak, dzięki temu filmowi parę osób może zmienić zdanie.

Podczas przejażdżki po mieście motocyklistka, stojąc na skrzyżowaniu zauważyła, że na środku drogi pojawił się mały obiekt, który wypadł z samochodu. Na początku nie zorientowała się jest to żywe zwierzę. Dopiero, gdy z przeciwka ruszyły samochody i zwierzę zaczęło uciekać w popłochu, zdała sobie sprawę, że grozi mu niebezpieczeństwo i postanowiła zareagować.

Nie zastanawiając się długo, postanowiła wjechać na środek drogi, by zatamować ruch, a następnie złapała małego kota i oddała w bezpieczne ręce przechodnia. 

Podobno kobieta, która uratowała tego kota, przygarnęła go. Udało się również namierzyć właścicieli czerwonego samochodu, z którego wypadł kotek. Jednak nie znamy dalszych losów tej historii.

Najnowsze

Edyta Klim

My (motocykliści) się zimy nie boimy!

Jeżeli macie dylemat, czy zimować motocykl czy nadal nim jeździć – posłuchajcie opowieści i porad wrocławskich motocyklistów, dotyczących jazdy motocyklem w zimie.

Wrom na BMW GS

Jeżdżę zwykle do -5 stopni, jak nie ma zalegającego śniegu, po suchej i mokrej nawierzchni. W ubiegłym sezonie zimowym nie jeździłem jedynie przez okres 2 tygodni w styczniu, kiedy leżała warstwa śniegu. W pierwszym, moim sezonie motocyklowym w zimie jeździłem do -10 stopni, ale teraz już nie jestem taki „napalony” na jazdę i poniżej -5 stopni odpuszczam sobie, bo zdrowie ważniejsze!

Jazda po śniegu i lodzie (bez kolców) jest już mniej komfortowa i można się spodziewać zbyt wielu upadków… Ja staram się jeździć bezpiecznie, dlatego kilka razy musiałem hamować awaryjnie, ale nie skończyło się to przykrymi przygodami. Podstawową zasadą jest utrzymywanie większej odległości od poprzedzającego pojazdu, gdyż droga hamowania jest dłuższa i nagłe, niekontrolowane hamowanie może się skończyć upadkiem. Nie należy również prowadzić motocykla agresywnie, skręty powinny być bardziej „dostojne”, bez nagłych szarpnięć kierownicą.

Na zimowe jazdy ubieram ciepło w kilka warstw: bielizna termoaktywna, kurtka i spodnie z podpinkami, ciepła, polarowa kominiarka, rękawice (najlepiej zimowe lub z dodatkowymi wewnętrznymi rękawiczkami z polaru), dodatkowe ocieplacze na kolana pod spodnie, ciepłe skarpety i przydają się też grzane manetki! Ważne, żeby ubiór nie krępował ruchów – musimy mieć swobodę ruszania głową i rękoma, nie możemy być ubrani jak „laleczka Michelin”. Ubieranie się długo trwa, ale dojazd do pracy na motocyklu skraca mi się o ok. pół godziny dlatego i tak warto.

O motocykl trzeba dbać, jak zwykle – mieć opony z bieżnikiem, sprawdzić akumulator i płyn chłodzący, nasmarować dobrze łańcuch i wybrać olej z tolerancją niskich temperatur.

Najbardziej mam w pamięci trasę do Harrachova w marcu, która miała być wiosenną, a okazała się zimową! Obyło się bez upadków, a śnieg powodował przypływ adrenaliny i chęć zabaw na śniegu (śmiech).

Każdy przejechany kilometr w trudnych warunkach – to nowe doświadczenie, sytuacje „podbramkowe” pozwalają zdobyć doświadczenie na przyszłość, dlatego uważam, że warto spróbować jazdy zimowej, bo potrafi uzmysłowić motocykliście jakie ma umiejętności i nauczyć nowego. Warto też doświadczyć uczucia, gdy pomimo aury nie jest zimno w czasie jazdy i jest „banan” na buzi! Lubię to! (śmiech) No i to zawsze nowe doświadczenie, czyli czysty zysk!

Youtuber MaximilianScott na Suzuki V-Strom

Jak dotąd miałem okazję jeździć do -6 stopni. Taka temperatura zdarzyła mi się raz i muszę przyznać, że była znacznie mocniej odczuwalna, niż nie tak odległe -3 stopnie, które towarzyszyło mi częściej. Przy takich temperaturach najszybciej marzną dłonie i….głowa. Pierwsze jest dość oczywiste – palce mają zbyt słabe ukrwienie w stosunku do powierzchni, jaką ucieka ciepło. Głowa nie ma, aż takiego problemu jak dłonie, ale mimo wszystko – kask, choć trzyma ciepło dużo lepiej od czapki zimowej, nie ma jakichś fenomenalnych właściwości izolacyjnych. Z tego względu jazdę zimą ograniczam w większości przypadków do jazdy po mieście, gdzie zawsze jest blisko do domu, pracy, ciepłego centrum handlowego czy stacji benzynowej z kubkiem gorącej kawy. Jednak i wyjazdy na dłuższą trasę się zdarzają, a przy temperaturach ujemnych polecam jednak, dobrze je przemyśleć zawczasu.

Miałem dwie szczególnie pamiętne przygody podczas jazdy w zimie. Jedną umieściłem na swoim kanale na YouTube, dla pamięci i ku przestrodze. Był to przejazd przez miasto, trasa doskonale mi znana, teoretycznie nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, a jednak… Za dnia słońce stopiło delikatną pokrywę śniegu, jednak wieczorem, kiedy poszedłem odebrać motocykl od mechanika, temperatura spadła do ujemnej i wszystkie mokre drogi zamarzły, do tego zaczęła padać nowa porcja śniegu. Całą trasę jechałem powoli, zakręty pokonując niemal pionowo, manetkę odkręcałem, a sprzęgło puszczałem bardzo delikatnie, tak samo hamowałem, oczywiście z wyprzedzeniem. Blisko domu nie przewidziałem, że auto przede mną może zahamować wcześniej. Przez to awaryjnie zacisnąłem przedni hamulec mocniej, co spowodowało natychmiastowy uślizg koła. Tylko przez doświadczenie, szybką reakcję i użycie sporej siły na kierownicę 230-kilogramowej maszyny udało mi się wyprowadzić ją bez zaliczenia upadku. Nie obyło się bez bólu, ponieważ w momencie ratowania sytuacji, mocno uderzyłem obydwoma kolanami o ramę tańczącego na boki motocykla. Skutki czułem jeszcze przez ponad tydzień:

Druga sytuacja była bardziej zabawna i przypomniała mi, że należy planować trasę zimową biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne na całej jej długości. To był w zasadzie początek wiosny, we Wrocławiu po raz pierwszy pojawiło się na termometrach +10 stopni, niebo było bezchmurne, słońce pięknie dogrzewało, więc nie ubierałem się we wszystkie dostępne warstwy. Wybrałem się na samotną przejażdżkę w Góry Sowie. Rozluźniony, w dobrym nastroju, w jednym momencie pojechałem inaczej, niż zwykle podjechałem do stóp gór na nieznaną mi drogę. Zaczynam podjeżdżać, pierwsze zakręty i nagle zrobiło się bardzo zimno, normalnie w przeciągu kilku sekund. Kolejny zakręt i na poboczach ukazał mi się śnieg, ale twardo jechałem dalej, mimo, że było coraz zimniej. Dopiero gdy dojechałem na szczyt, dosłownie wryło mnie, jak zobaczyłem… narciarzy! A oni byli chyba równie zaskoczeni widokiem motocyklisty (śmiech). Wypiłem w schronisku gorącą herbatę, rozgrzałem się i ruszyłem dalej, tym razem z górki. Niestety, jak się okazało, tylko droga, którą przyjechałem była odśnieżana, więc musiałem na nią wrócić.

Jednak najtrudniejsza trasa jaką pamiętam, miała miejsce ostatniej jesieni, gdy jechałem z Wrocławia do Zielonej Góry (niecałe 160 km i ponad 2 godziny jazdy). Niby nic takiego, ale kiedy wyjeżdżałem, we Wrocławiu było koło 8 stopni, w trasie koło 5, a na miejscu 3. Szybko zrobiło się ciemno, ruch był duży (jak zawsze na tej trasie), a do tego w powietrzu była niesamowita wilgoć, dająca tak przenikliwe zimno, że w trakcie jazdy krzyczałem głośno w kasku, byle się tym krzykiem rozgrzać! Dodatkowym problemem był parujący wizjer (mimo pokrywy antifog) i ta ciągła niepewność, czy temperatura nie spadnie poniżej zera, przy czym na jezdni będzie ślizgawka. Takich przeżyć nikomu nie życzę…

Przygotowując się do zimowego wyjazdu, po pierwsze wpinam wszystkie, posiadane podpinki do ubrań motocyklowych – przeciwdeszczowe (dobrze zatrzymują wiatr) i ocieplające, w których wrażenia są podobne, jak w grubych spodniach narciarskich. Obowiązkowo najbliżej ciała musi być bielizna termoaktywna z długimi rękawami i nogawkami, która jest zaprojektowana by utrzymać odpowiednią temperaturę danych grup mięśni, jednocześnie odprowadzając wilgoć od ciała, a to ostatnie jest kluczowe w zimne dni. Odradzam koszulki i bluzki do biegania dające uczucie chłodu, nie należy się też przegrzewać, zatem gęsto tkane swetry też raczej odradzam.

Jeżdżę w wodoodpornych butach turystycznych, które nadają się do tego celu świetnie, a w tym roku postawiłem na buty z membraną goretex. Sam jestem ciekaw jak dadzą sobie radę zimą, gdyż niezaimpregnowane są bardziej przemakalne, od serii weterproof tego samego modelu, co miałem już okazję sprawdzić. Trzeba też pamiętać, że stopa w dwóch parach skarpet jest w bucie na tyle usztywniona, że zamiast zmieniać biegi ruchem palców lub kostki, być może będziemy musieli całą nogą.

Dłonie – myślę, że są dużo ważniejsze od stóp, nimi oddajemy gaz i sprzęgło, włączamy światła, kierunkowskazy, używamy klaksonu. Skostniałe ręce to ostatnie, czego nam trzeba w trakcie jazdy. Rękawice uniwersalne przestają spełniać swoją rolę poniżej +10’C. Na szczęście w rękawicach można przebierać, ja w zeszłym roku postawiłem na kombinację skórzano-tekstylnych rękawic uniwersalnych, w które wsadziłem zwykłe wełniane rękawiczki. Te drugie dawały poprawę, ale tylko do czasu, gdy wnętrze dłoni się pociło, a wełniane włókna przenosiły wilgoć na zewnątrz. Z resztą to połączenie nie wytrzymało długo, bo przez dodatkową warstwę wewnątrz, szwy rękawic motocyklowych nie wytrzymały. Przez to w połowie zimy kupiłem nowe, ponownie uniwersalne, ale tym razem całe skórzane, z goretexem. Przez brak wełnianych rękawiczek w środku, odczuwałem, że w dłonie jest nieco chłodniej, ale nie było przeszywającego „mrozu” po 15 minutach jazdy – tu właśnie tkwi magia membrany, która odprowadza wilgoć. Mimo wszystko obecnie rozważam zakup modelu zimowego na nadchodzące miesiące. Oczywiście dłonie możemy też chronić przed zimnem montując na kierownicy osłony zewnętrzne – handbary oraz podgrzewane manetki. Te pierwsze posiadam przy swoim obecnym motocyklu. Co do grzanych manetek – są zwolennicy i przeciwnicy. Cóż… na wycieczce około 200-kilometrowej, gdzie ja miałem handbary, a kolega grzane manetki, jego opcja zdecydowanie wygrywała. Ja musiałem się dogrzewać wsadzając w trakcie jazdy dłonie w okolice gorącego silnika, on – nie.

W żadnym wypadku nie polecam zakładania szalika. Założyłem raz i nigdy więcej – doznania, jak w kołnierzu ortopedycznym, praktycznie zero możliwości ruchu głową, a próba obrotu w dostępnej płaszczyźnie ruchu pozwalała oglądać niebo, zamiast sąsiedniego pasa ruchu (śmiech). Polecam kominiarkę z materiałów odprowadzających wilgoć, a na nią dopiero grubszą warstwę ochronną. Ja zakładam kołnierz polarowy, z doszytą przedłużką z materiału oddychającego.

Motocykl musi mieć zdrowy akumulator i świece – inaczej po kilku godzinach stania na dworze (zakładam dojazd do pracy i brak parkingu podziemnego) możemy zapomnieć o jego odpaleniu. W zimowych temperaturach okazuje się, że prawdą jest teza o żywotności akumulatora na 2 lata. Oczywiście zdecydowanie przewagę mają pojazdy na wtrysku, przy których odpalaniu nie trzeba się męczyć z ustawianiem dźwigni ssania, jak to ma miejsce przy gaźnikowcach.

Jeżeli nie marzymy o doznaniach rodem z Tokio Drift, zdecydowanie polecam opony typu kostka lub inne z dość szerokimi rowkami bieżnika. Jeżeli zaś chodzi o paliwo, to mój motocykl zdecydowanie równiej oddaje moc, gdy jest zalany Pb 98, a przy wlaniu Pb 95 jest bardziej narowisty w dolnych partiach (z resztą jak na V2 przystało). Z tego względu zimą tankuję Pb 98, zmniejszając ryzyko przypadkowego uślizgu. Polecam też uzbroić motocykl w gmole lub crashpady i…oby przydawały się jak najrzadziej.

Podsumowując – warto jeździć zimą dla doświadczeń, dla samej hecy, dla tej wewnętrznej radochy, kiedy się mija przechodniów, kierowców i narciarzy z dużymi oczami na widok motocyklisty w zimie (śmiech). Warto też, by zimą nie „zwariować” po odstawieniu „narkotyku”, jakim jest motocykl. Polecam taką naukę jazdy w kontrolowanych, acz trudnych warunkach. W tym roku, dopóki śnieg mnie nie powstrzyma, też będę jeździł!

Krzysiek „uosiu” na Hondzie Transalp

Zimą motocyklem poruszam się głównie po mieście, dojeżdżając do pracy. Rzadko się zapuszczam poza powiat, może raz na dwa tygodnie. Ostatnio przestawiałem się na auto w okolicach -5 stopni. Patrzenie jak inni skrobią szyby, a ja po prostu jadę sprawiało mi pewien rodzaj przyjemności (śmiech).

Jadąc na miasto wrzucam na siebie gruby sweter, podpinkę i membranę pod kurtkę oraz nakolanniki na spodnie narciarskie i jeansy. W trasę staram się ubierać możliwie warstwowo, plus półtora warstwy ekstra w kufrze.

Z zimnych wypadów wspominam szczególnie chwile, jak ze znajomymi wybraliśmy się do Perły Zachodu koło Jeleniej Góry. Były wtedy okolice zera stopni (niewielkie ilości na plusie). Byłem ubrany w: odzież termo, T-shirta, polarowy zestaw narciarski, jeansy, sweter i komplet ociepleń do kurtki, plus spodnie narciarskie. A dojechałem do Kamiennej Góry pod Wałbrzychem i zaczęło mi być zdecydowanie zbyt zimno! Wtedy przydał się jeszcze jeden zestaw polarowy z kufra. Ubrałem się na stacji, wzmocniłem gorącą czekoladą i to wystarczyło do końca dnia (czyli do Jeleniej Góry i powrót do domu), choć złapały mnie po drodze dwa kryzysy. Dostałem tam w kość i po powrocie przespałem dobrych parę godzin pod ciepłą kołdrą, bo nie miałem energii na nic innego. Jednak w tym roku również nie zamierzam odpuścić i chcę się trochę pokręcić po górach.

Oczywiście nie można zapominać o tym, że motocykl wtedy też ma trudniej – zdarzało mi się jechać przez miasto na delikatnie otwartym ssaniu, gdyż silnik był permanentnie wychłodzony (uroki jednej z dwóch chłodnic fabrycznie podłączonej jako mały obieg chłodzenia przed termostatem), no i opony także nie kleją, tak jak powinny. Staram się wtedy unikać głębszych złożeń, zakręty biorę kwadratowo, trochę wolniej niż auta, a 60km/h przekraczam tylko na długich prostych.

Jeśli ktoś czuje się na tyle wariatem, żeby jeździć w każdych warunkach – to moim polecaniem nie będzie się przejmował (śmiech). Jestem z gatunku ludzi, którzy cenią sobie wymagające drogi i warunki, a przyjemności z jazdy zimą, jako takiej – to nie odczujesz, bo jest Ci zimno i ręce drętwieją. Spodoba Ci się rześkość powietrza i poczucie dobrze zrobionej roboty, gdy dojedziesz i wrócisz. W końcu przygoda jest tam, gdzie nie jest łatwo i masz o czym potem opowiadać! (śmiech)

Najnowsze