Edyta Klim

Anna Krzywdzińska: dla nas motocykle są jak narkotyk, ciągle dalej i więcej!

Anna Krzywdzińska dopiero po 45 roku życia odkryła, że podróżowanie motocyklem to jest to, czego szukała całe życie! Znalazła wtedy też miłość - Mateusza, a kierunki ich wspólnych podróży stały się coraz bardziej odległe i odludne.

Trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się od kalendarza na ścianie. Zdjęcia motocyklowego w egzotycznej scenerii, którego kilka lat później bohaterką mogłaby być sama Ania, przemierzająca Afrykę Zachodnią motocyklem. Jej marzenia rosną wraz z kolejnymi kilometrami, a największym jest podróż dookoła świata. Choć już, w pewnym sensie, okrążyła ziemię 1,5 raza! Przed Wami:

Anna Krzywdzińska

Swoją pasję motocyklową rozwinęłaś już w dojrzałym wieku? Jak to się zaczęło?

Skończyłam już 50 lat. Prawo jazdy kat. A zrobiłam w październiku 2016 roku, ale jeździłam na motocyklu już rok wcześniej. Jestem osobą bardzo aktywną, więc zawsze próbowałam swoich sił w jeździe na wszystkim, co miałam pod ręką i robiłam wszystko, co było w zasięgu moich możliwości. Chyba dlatego motocykle zawsze mnie pociągały – to wydawało się takie nieosiągalne i takie trudne, ale strasznie chciałam spróbować. Wtedy największym ograniczeniem dla mnie były dzieci, którym dedykowałam moje młode lata i nie brnęłam w coś, co pochłania dużo czasu, bo go po prostu nie miałam.

Zaczęło się od kalendarza, który wisiał w moim biurze – gapiłam się na niego przez cały rok, z olbrzymią ochotą, aby zrobić coś podobnego. Było tam dwóch motocyklistów, którzy leżą nad brzegiem oceanu pod palmami, na hamaku, a obok stoją ich dwa motocykle enduro. Pogrzebałam w necie i się okazało, że to byli motocykliści z mojego miasta, którzy podróżowali po  Madagaskarze. To mnie zainspirowało.

Mam znajomego, który ma szkołę nauki jazdy, więc go poprosiłam, żeby mi pokazał na placu co, jak i z czym się obsługuje w motocyklu. Wtedy dopiero sobie uzmysłowiłam, jakiego rzędu jest to waga i gabaryty, ale mimo wszystko pierwsze manewry szły mi doskonale. Niewiele myśląc, kupiłam swój pierwszy sprzęt – Hondę Varadero 125. Na niej poznawałam i doskonaliłam technikę prowadzenia motocykla. To była wielka maszyna o małym sercu, pyrkała sobie do przodu, aż do dnia, kiedy na krętej drodze nie udało mi się wyprzedzić… śmieciarki!

Wtedy to właśnie postanowiłam zapisać się na kategorię A i kupić sobie na tyle szybki motocykl, żeby bezpiecznie wyprzedzać wszelakiego rodzaju śmieciarki, traktory i inne wozy toczące się (śmiech). Egzamin zdałam szybko i bez problemu, więc  tego samego dnia wystawiłam na sprzedaż  moją 125-tkę i rozpoczęłam poszukiwania czegoś większego.

Jakie kryteria miał spełniać ten motocykl? Dobrze wybrałaś?

Wszystko co jest inne niż w moim domu, czy otoczeniu, jest dla mnie bardzo interesujące, dlatego wybrałam motocykl turystyczny. BMW GS G650 zakupiłam w lutym 2017 i to ciekawa historia, bo znalazłam go w necie, ale znajdował się 700 km od mojego domu. I jak go kupić? 

Pewnej niedzieli pojechałam na narty i na kanapie wyciągu spotkałam się z trzema kolegami. Opowiedziałam im, że jest taki motocykl BMW GS, który okropnie mi się podoba, ale daleko i w dodatku nie mam jeszcze tyle kasy. Na to jeden odpowiedział, że pożyczy mi kasę, drugi, że pożyczy mi busa do przewozu, a trzeci postanowił pomóc to wszystko zorganizować i mi w zakupie towarzyszyć! I tak zaczęła się moja, tak naprawdę niekończąca się, przygoda z motocyklami.

Później kolega namówił mnie do zapisania się na kurs do Akademii Enduro, więc pojechałam tam sama w zupełnej tajemnicy (powiedziałam wszystkim, że jadę na weekendowy kurs zawodowy). A tam dostałam wielką maszynę BMW GS F 800 i błoto. Padał deszcz i śnieg, a kurs odbywał na terenach kopalni. Policzyłam – leżałam w błocie 21 razy i byłam cała w siniakach! Dwa razy wylądowałam na drzewie, ale… co mnie nie zabije to wzmocni! (śmiech) O dziwo motocykl nie miał żadnego uszczerbku, a ja zaliczyłam wszystkie przeszkody i uzyskałam dyplom Akademii Enduro.

Lubisz poznawać świat na motocyklu?

Jestem podróżnikiem, uwielbiam zwiedzać świat, poznawać ludzi, kultury, cywilizacje. Wszystko rozkręcało się stopniowo. Mieszkam na południu Polski, dlatego często mogłam podróżować po pięknych górskich, krętych drogach, ale zawsze mnie ciągnęło dalej. Pewnego dnia, za namową koleżanki, skontaktowałam się z grupą motocyklistów z mojego miasta motosacz.pl na facebooku, którzy organizowali wyjazd grupowy na Ukrainę.

Wyjazd miał charakter charytatywny, bo wieźliśmy dary ze zbiórek do domów dziecka i domów starców we Lwowie. Tam opieka socjalna jest na bardzo niskim poziomie, a w tych domach mieszkają głównie ludzie polskiego pochodzenia. To była wiosna 2017 roku. Ten wyjazd był bardzo wzruszający, ponieważ odwiedziliśmy te placówki i zobaczyliśmy w jakich potwornych warunkach muszą żyć ci biedni ludzie. Były przytulanki, całuski, cukierki i łzy wzruszenia. Na Ukrainę wracaliśmy jeszcze 3 razy, aż przyszła pandemia i wojna.

Tam właśnie poznałam mojego obecnego, kochanego męża, który przyjechał ze swoim przyjacielem. Zapytali mnie, czy nie pojechałabym z nimi na wyprawę do Rumunii. Dla mnie to było wielkie wyzwanie, ale duch włóczęgi od razu  kazał mi się zgodzić, bez zastanowienia!. Tam poznałam smak prawdziwej przygody motocyklowej. Jechaliśmy przez miasteczka, wsie, góry, lasy drogi i bezdroża, gubiliśmy się, ale też szukaliśmy miejsc tajemniczych i zakazanych. Na tej wyprawie poczułam, że to jest to, czego szukałam całe życie, że takie podróże są w mojej duszy i dzięki nim spełniam się w życiu, jestem szczęśliwa.

Po tej podróży związałam się z moim ukochanym, a motocykle i podróże są dla nas jak dziecko, które trzeba pielęgnować, dbać i cały czas nad nimi pracować. Od tamtej pory jesteśmy zawsze i wszędzie razem, cały czas planujemy jakąś wyprawę.  Potem były Bałkany, ale te biedniejsze kraje.

Ciągnie Cię w nieoczywiste miejsca?

Tak i jak nadarzyła się okazja na wyprawę do Afryki Zachodniej – to była przygoda życia! Przejechaliśmy Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, Gambię. To była trudna wyprawa, wymagała od nas pełnego ekwipunku turystycznego, bo spaliśmy na pustyni  w namiotach (obok pola minowego), jedliśmy i piliśmy to, co zdołaliśmy załadować na motor. Trzeba było też zrobić zapas benzyny na przejazd przez Mauretanię, ponieważ tam była tylko ropa na stacjach benzynowych. Upał i piach, skorpiony, małpy (co kradną jedzenie), warany i inne dziwne stworzenia nie ułatwiały podróży. To co przeżyliśmy i zobaczyliśmy – tego się nie da opisać! To trzeba przeżyć.

Jednym z aspektów tej wycieczki było to, że miała charakter charytatywny, ponieważ Baśka (z podrozemotocyklowe.com) wszystkie swoje grupy „zaciąga” do szkoły w Gambii, która dzięki darom i datkom może stworzyć lepsze warunki do nauki dla dzieci (i chwała jej za to!!!). W tej podróży dowiedziałam się, jak bardzo nasza Ziemia jest zaśmiecona, jak dużo ludzi żyje w skrajnym ubóstwie, jak bardzo trzeba szanować wodę oraz ile ludzie  mogą z tej biedoty wynieść miłości, przyjaźni i sympatii.

Przemierzając te kraje widzi się niesamowite różnice kulturowe, widać odcisk wpływów krajów cywilizowanych na biedotę i zrozumiałam, dlaczego Afryka jest „biednym kontynentem”. Wtedy też spełniło się moje marzenie z kalendarza – spałam pod palmami nad brzegiem oceanu w Afryce, a obok stały motocykle…

Ta podróż spowodowała u mnie jeszcze większą chęć zwiedzania świata, oczywiście na motocyklu! Ale trzeba było zmienić go na coś większego silniejszego i szybszego, aby przemierzać świat jeszcze dalej. Wymieniłam więc BMW GS 650 na BMW GS F 800 i to jest mój kochany rumak do dzisiaj,  wiozący mnie wszędzie tam, gdzie zaplanuję.

To jakie były kolejne kierunki? Pandemia wasze wyjazdy mocno ograniczyła?

Mieszkam obok granicy słowackiej, więc częste wypady w tamtejsze góry, wyprawa do Odessy, przez Ukrainę (Zakarpacie) i Mołdawię. Była drugi raz Rumunia i kolejny raz Rumunia – za każdym razem inną trasą, coraz trudniej, coraz dziczej, częściowo enduro. Większość tych podróży odbywamy razem z przyjaciółmi Adamem i Kasią, którzy są naszymi wspaniałymi kompanami. Często wspólnie planujemy wszystko i uwielbiamy z nimi podróżować!

Skontaktowałam się z Baśką, żeby nas przyjęła na wyprawę na Tadżykistan-Kirgistan lub Mongolię i rozpoczęliśmy planowanie wyprawy. Ponieważ tam się jedzie dużo szutrami i podróż jest w większości poza asfaltem, to postanowiłam nabyć mój drugi motocykl, Hondę CRF 250. Dzięki mojemu „koziołkowi” trudne łąki, wzniesienia, błoto, góry zjazdy i podjazdy – pokonywałam z uśmiechem na twarzy.

Niestety przyszła pandemia i jak wszystkim, nam też pokrzyżowała plany. Na szczęście dowiedziałam się o szlaku TET, którego bardzo duży kawał jest w Polsce, to ruszyliśmy tam. Przejechaliśmy po błocie, polach kukurydzianych, pomiędzy kombajnami i traktorami, całą Polskę wschodnią. Następnie wspólnie z Adamem i Kasią odwiedziliśmy jeszcze Polskę północną, Kujawy i na zachodzie Sudety. Mogę powiedzieć, że dzięki pandemii dokładnie zwiedziłam Polskę!

Ponieważ nasi przyjaciele mają małe dzieci i nie mogą wyjeżdżać na dłużej,  postanowiliśmy w tym roku z Mateuszem odwiedzić Albanię, Kosowo i Macedonię sami – to też była przygoda życia! Kosowo okazało się nowo rozwijającym się krajem, który przechodzi wielką przemianę, jest piękne i bardzo omijane przez turystów.  Tam odkryliśmy nową przełęcz, która przechodzi w drogę szutrową i prowadzi zieloną granicą do Macedonii, bajka!

W Albanii też się zakochaliśmy i jeszcze tam wrócimy. Tam poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi. Na promie, płynącym przez jezioro Koman, poznaliśmy Włocha Roberto. Jak on zobaczył, że ja –  baba, na szosowych oponach, następnego dnia wybieram się na drogę do Theth, to zapytał, czy może z nami pojechać. I tak powstała kolejna przyjaźń, polsko – włoska. W sumie to dobrze, że był z nami, bo droga była trudna, kamienista i z głazami,  a ja się wywróciłam kilka razy. A moi rycerze pomagali mi dźwigać mojego rumaka (śmiech). 

Mieliśmy jeszcze plan, żeby wraz z Adamem i Kasią przejechać przełęcze alpejskie. Takie „lelum polelum”, jak ktoś kiedyś skomentował na FB, ale dzięki przyjaźni polsko-włoskiej ta nasza podróż była niesamowicie ciekawa. Spotkaliśmy się z Roberto i jego synem, też motocyklistą, którzy mieszkają w Trydencie. Oni zabrali nas w podróż nieznanymi szlakami przełęczy alpejskich w pobliżu jeziora Garda. Przejechaliśmy też trasą wyścigów samochodowych na Monte Bondone, liczącą 60 zakrętów zawracających! W sumie nasza trasa przez Alpy nie była taka zwykła, błaha  i przewidywalna, jak się spodziewałam. Przyniosła wiele niespodzianek, przyjaźni, uśmiechów i szczęścia.

Jakie będą kolejne kierunki?

Jeszcze w tym roku planujemy znowu wyskoczyć do Rumunii, ale tym razem szlakiem ACT enduro i w październiku odwiedzić Istambuł. A w następnym roku szykuje się wspaniała wyprawa do Wietnamu – to będzie kolejna przygoda życia! Oby udało się ją zrealizować!

W trasie jesteś minimalistką czy po całym dniu jazdy wolisz dobre warunki do odpoczynku, jedzenia, spania?

W sumie przejechałam w okresie pięciu lat około 60 tysięcy kilometrów – mój syn podsumował, że to tak, jakbym 1,5 raza objechała kulę ziemską dookoła. I to jest moje marzenie, objechać świat dookoła na motocyklu.  Niestety istnieją takie zwykłe, ziemskie ograniczenia, które trzymają  nas w ryzach, jak praca i pieniądze. Podróżowanie jest kosztowne, a to, że się jedzie do biednego kraju nie oznacza wcale, że to będzie tania wycieczka, wręcz przeciwnie (tym bardziej, że mamy jeden  budżet, a 2 motocykle).

W podróży posiłki mamy kiepskiej jakości, często konserwy i kanapki przygotowane na kolanie, ale żeby przeczekać burzę, to wpadniemy czasem też do pizzerii z prawdziwego zdarzenia. Dla nas motocykle są jak narkotyk, ciągle dalej i więcej. Nie ważne są warunki. Czasami trzeba się domyć, ale ważniejsze jest to, żeby dobrze się wyspać i móc pokonać kolejne kilometry trudów, co wcale nie oznacza hoteli na 5 gwiazdek. Często korzystamy z Booking.com, bo jest dostępny prawie zawsze i można tam znaleźć nocleg godzinę przed końcem trasy. W miarę możliwości szukamy noclegów nieoczywistych, np. na szczycie góry lub w „skansenie”.

Głównie chodzi nam o to, żeby wejść w codzienne życie tubylców i trochę go spróbować. Podczas podróży po Albanii szukaliśmy jednego noclegu w górach, a na zdjęciach wybrany dom wyglądał jak skansen, więc od razu przypadł nam do gustu. Okazało się, że faktycznie ludzie tam żyją jak w skansenie. Dojazd był tylko kamienistą, stromą drogą, wysoko do góry, potem trzeba było zostawić motocykle na polanie i 100 metrów wdrapywać się, z bagażami na plecach, po skałach do góry. Zostaliśmy nakarmieni tym, co u nich wcześniej na podwórku biegało, spaliśmy z kotami w łóżku, a woda wpływała do domu z górskiego potoku.

Masz już wprawę w pakowaniu się na takie wyprawy?

Najlepsze jest to, że moje pierwsze podróże to były tygodnie organizacji i myślenia, co pakować, wraz z robieniem listy potrzebnych rzeczy. W efekcie oczywiście zabierałam dużo za dużo! Teraz na wyprawę tygodniową potrafię przygotować się w pół dnia i spakować wszystko do jednego rollbaga, który w połowie jest pusty. O ile motocykl jest gotów, to można ruszać, a staramy się mieć maszyny zawsze gotowe na wszystko.

Ile dla Ciebie znaczy wspólna pasja w związku? Macie jakiś wytyczony zakres obowiązków w trakcie wyprawy i przygotowań do niej?

Nie mam wątpliwości, że bez mojego Mateusza tych wszystkich cudownych podróży by nie było. To on mnie mobilizuje i namawia. Widzi błysk w moim oku i ogromną chęć, ale też widzi, że często się po prostu boję. To on mi dodaje odwagi, namawia, wspiera i pomaga. I to dzięki niemu przejechałam te wszystkie trudne odcinki podróży.

My działamy razem, wspólnie, jak jeden organizm. Przez te lata wspólnych podróży, już bez słowa się rozumiemy i każdy wie, co do niego należy. Oczywiście Mateusz, jak to facet, przygotowuje maszyny, wstępny plan trasy i przelicza pieniądze (ile, w jakiej walucie i jak płacimy).  Ja za to odpowiadam za „część babską”: apteczka, ubezpieczenia, wstępnie noclegi, prowiant, atrakcje i pozostałe.

Ta kolorowa przygoda ma też swoje trudy?

Turystyka motocyklowa to jest cudowna zajawka, która ma też trudną część – wymaga dobrej organizacji i dużej wiedzy. Przed wyjazdem trzeba dużo czytać i szukać informacji, przede wszystkim o tym, jakie zagrożenia na nas czyhają i jak sobie poradzić z trudnymi sytuacjami. Samo przekraczanie granicy w każdym państwie ma inne zasady i opłaty, trzeba sobie poradzić z zabezpieczeniem pieniędzy, części motocyklowych i rzeczy, które mogą uratować życie w razie potrzeby. Myślę, że ubranie, nocleg i jedzenie – to ta łatwiejsza strona takiej turystyki motocyklowej.

Dlaczego zostałaś motocyklistką i co, z perspektywy czasu, ta pasja zmieniła w Twoim życiu?

Najbardziej w podróżach kocham to, że wszystko jest zmienne i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, czego się można spodziewać. Zawsze powtarzałam, że warto się zgubić, bo z tego wychodzi coś pięknego (śmiech). Uwielbiam też to, że poprzez pasję motocyklową mogę realizować się w pomaganiu innym, np. na motocyklu zawieź dzieciom potrzebne rzeczy, słodycze, uśmiech i odrobinę radości. 

Anna Krzywdzińska

Właściwie to, że jestem motocyklistką, było wynikiem połączenia wielu zdarzeń oraz osób, które stanęły na mojej drodze życiowej. Jestem pewna, że to zmieniło moje życie w kolorową, wesołą, zagadkową i nieprzewidywalną przygodę! Jedyne, co teraz chcę zachować na długo – to zdrowie. Chce mieć je na tyle, żebym mogła zawsze wsiadać na motor.

Na drodze do wsi Theth w Albanii spotkałam pana Szwajcara, który miał 73 lata, jechał na motocyklu enduro, towarzyszył mu syn. Powiedział mi, że tak bardzo kocha podróżowanie na motocyklu, że nie ważne, czy będzie stał na nogach, ale ważne, żeby się utrzymał na nim! To jest sens jego życia, no i mojego też.

Więcej wywiadów z motocyklistkami tu.

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszyskie pola są wymagane do wypełnienia.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze