Ala w projekcie Around the Dream – motocyklowej wyprawie dookoła świata!

Przedstawiamy Wam Alę - dziewczynę, która zasiadła na tylnym siedzeniu małego motocykla i ruszyła ze swoim chłopakiem w podróż życia - motocyklową wyprawę dookoła świata, której patronuje Motocaina.pl.

Para pochodzi z Zelowa. Razem jeżdżą już piąty rok. Alicja Berbelska jest absolwentką Politechniki łódzkiej – ukończyła matematykę. Lubi koty. Tobiasz Kukieła klnie jak szewc, jest cholerykiem i wydaje mu się, że czasem jest zabawny. Ukończył dziennikarstwo na SWPS we Wrocławiu.

Alicja będzie relacjonować nam swój wyjazd. Zobaczymy jak świat na motocyklu widzi dziewczyna, która – jak sama twierdzi – ze słowem przygoda nie obcuje zbyt często. Będzie to opowieść o kobiecej podróży, w której, jak to w życiu bywa, wszystko wygląda nieco inaczej, niż z męskiego punktu widzenia

17 listopada Ala i Tobiasz wsiedli do samolotu i polecieli do Ameryki Południowej. Pierwszym punktem ich wyprawy jest Brazylia, tam czeka ich poważne zadanie – muszą kupić motocykl. Będzie to sprzęt o pojemności – uwaga werble – 150 cm3!

Na początku stycznia, podróżnicy pojawią się w okolicach Rajdu Dakar, następnie pojadą na południe Ameryki Łacińskiej. Po okrążeniu kontynentu ruszą w stronę Kanady, a następnie pojadą do Azji, bądź Australii. Przed nimi długa droga najeżona wieloma przygodami, problemami i na pewno pięknymi chwilami.

Do śledzenia losów wyprawy zapraszamy również na: www.aroundthedream.pl lub do polubienia na: https://www.facebook.com/atdtour

René Rast po raz pierwszy poprowadził bolid Formuły E

Najnowsze

Najbardziej agresywni kierowcy świata

Kierowcy Zjednoczonego Królestwa, Francji i Czech doświadczają najwięcej agresywnych zachowań na drodze. 7 na 10 kierowców doświadczyło tam wrogich gestów a przynajmniej co drugi spotkał się z przekleństwami i blokowaniem drogi. Polski nie ma w pierwszej dziesiątce!

Badanie kierowców przeprowadził TNS na zlecenie LeasePlan. W ankiecie online udział wzięło ponad 3 tysiące kierowców flotowych z 20 krajów. Jednym z badanych aspektów było agresywne zachowanie na drodze. Okazuje się, że z agresją najczęściej spotykają się kierowcy z Wielkiej Brytanii a najrzadziej kierowcy z Turcji. Polscy kierowcy znaleźli się dopiero na 18 miejscu zestawienia.

Miejsce

Kraj

Wrogie gesty

Przekleństwa

Blokowanie drogi

1.

Wielka Brytania

76%

53%

73%

2.

Francja

73%

44%

42%

3.

Czechy

70%

40%

72%

18.

Polska

24%

31%

35%

W Top 10 najbardziej agresywnych kierowców znalazły się jeszcze takie kraje jak Niemcy, Indie, Belgia, Włochy, Stany Zjednoczone, Australia i Luksemburg.

Irytujące zachowania
Kierowcy samochodów firmowych zostali zapytani też o inne aspekty dotyczące bezpiecznej jazdy. Według respondentów najbardziej irytującymi zachowaniami na drodze jest  nie zachowywanie przez innych użytkowników drogi bezpiecznej odległości od poprzedzającego samochodu (24%), zbyt powolna jazda (20%) i zajeżdżanie drogi (17%). Polscy kierowcy najbardziej irytują się, gdy ktoś zajeżdża im drogę (32%!).

Prawie jedna trzecia respondentów (30%) zadeklarowała, że mogą oni uczestniczyć w kursach i warsztatach bezpiecznej jazdy. Prawie taka sama liczba kierowców (29%) otrzymuje regularnie od swoich pracodawców wskazówki dotyczące odpowiedniego zachowania na drodze.

Źródło: LeasePlan MobilityMonitor

Najnowsze

Kobiecy Kaukaz na Suzuki V-Strom – informator i galeria

"Pomysł na wyprawę narodził się wiele miesięcy wcześniej. Po najtrudniejszym elemencie, jakim jest obranie kierunku, zaczęliśmy naszą podróż palcem po mapie" zaczyna swoją opowieść o motocyklowej wyprawie Anna Żak.

Anna Żak – specjalistka IT na co dzień, podróżniczka i fotograf z zamiłowania. Prawo jazdy ma od 2008 roku. Jej pierwszy motocykl to Suzuki GS 500F, a obecny: Suzuki V-Strom 650 ABS (i pewnie zostanie z nią na jakiś czas). Odbyte podróże motocyklowe: Szwecja 2010, Bałkany 2012, Kaukaz 2014. Plany na kolejne wyprawy: w trakcie opracowania… Chodzi jej po głowie Azja lub Ameryka Pd. Jak widać apetyt rośnie w miarę jedzenia, wiec obieram coraz dalsze kierunki. Tymczasem Motocainie relacjonuje swoją motocyklową podróż na Kaukaz. Oto jej relacja.

Według mnie, to jest jeden z fajniejszych etapów wyjazdu, gdzie musimy cała układankę złożyć w jedną spójną całość. Nie jestem fanką planowania każdego szczegółu wyjazdu np. każdego kolejnego noclegu, ale zarys trasy i listy miejsc ważnych do zobaczenia to podstawa. Reszta i tak zostanie zweryfikowana w czasie wyprawy. Skład ekipy nie był jasny do samego końca. Niestety urlop na ponad 3 tygodnie był dla wielu przeszkodą nie do przeskoczenia. W końcu z Polski wyruszyliśmy w 3 motocykle: mój vstrom, ktm oraz fazer.

Zakręty transalpiny
Mieliśmy wiele kilometrów do przejechania, więc kraje w drodze na Kaukaz zostały potraktowane niestety tranzytowo. Pierwsze dni upłynęły na przyjemnej jeździe i sprawnym odwiedzaniu kolejnych krajów. Trzeciego dnia dotarliśmy do mekki motocyklistów – rumuńskiej transalpiny. Dzięki pobudce razem ze wschodem słońca mieliśmy trasę tylko dla siebie:) (w końcu urlop nie jest po to, aby się wysypiać). Poranny chłód (trochę zaczęły nas męczyć już te upały) i liczne zakręty sprawiły, ze ten poranek był bardzo udany. Asfalt na transalpinie jest w dobrym stanie. Było parę odcinków szutrowych, ale był to dość mały odsetek. Początkowo jedzie się w lesie i nie wiele widać. Droga wspina się coraz wyżej i w pewnym momencie ukazuje się piękny widok na okoliczne góry, a w dole widać pokonaną już trasę. Radośnie pokonujemy kolejne kilometry kręcąc filmy i robiąc zdjęcia. Po zakończeniu transalpiny obraliśmy kierunek Morze Czarne.

Yyyyy awaria
Przez kolejne dwa dni podróżowaliśmy wzdłuż morza w kierunku Turcji. Niestety w Bułgarii jeden z motocykli zastrajkował i niezbędna była interwencja mechanika. Niestety była to dłuższa naprawa, wiec zdecydowaliśmy się ponownie połączyć nasze siły w Turcji. Wybraliśmy widokowa drogę wzdłuż morza i lasami, która niestety okazała się wielka 30 kilometrową dziura z elementami asfaltu. Przejażdżka ta mogła się złe skończyć dla KTM, bo kierowca auta postanowił nagle odbić w lewo, aby ominąć dziurę. W tym samym czasie KTM był na wysokości auta w trakcie manewru wyprzedzania, ale na szczęście kierowca wykazał się refleksem. Zrobiło się trochę ciepło, ale na szczęście nic się nie stało. Przejazd ten zajął nam więcej niż planowaliśmy, ale w końcu udało nam się dotrzeć do granicy z Turcja. Po pokonaniu granicy naszym oczom ukazała się nowa jakoś dróg. Gładki asfalt, szeroka droga – mila odmiana po ostatnich przygodowych odcinkach. Benzyna w Turcji jest droga, wiec należy uwzględnić ten element przy planowaniu wyprawowych wydatków (ok 10 pln/l). Pod koniec dnia dotarliśmy na przedmieścia Istambułu. Im bliżej tym ruch był coraz większy. W centrum była to już prawie walka o przetrwanie. Tamtejsi kierowcy nie używają kierunkowskazów zbyt często, wiec to trochę kompilowało przeciskanie się przez miasto. Centrum Istambułu jest dość górzyste, wiec kluczenie po uliczkach w górę i w dół bywa zabawne. Nasz pobyt w stolicy był dość krótki i już następnego dnia po porannym zwiedzaniu postanowiliśmy uciec w bardziej spokojne regiony. Trafiliśmy do malej miejscowości Esme, które zostało naszym domem na jeden dzień. Właściciel plażowego sklepiku przywitał nas jak starych, dobrych znajomych i od razu zaprosił na herbatę. Gościnność w Turcji jest niesamowita. Często na stacjach benzynowych czestowano nas herbata, zawsze można było liczyć na mila pogawędkę. Kolejnego dnia dogonił nas naprawiony Fazer i już dalej podróżowaliśmy w komplecie. Turcja jest ogromnym krajem, wiec przejazd trochę zajmuje. W sumie do pokonania jest 1500 km w dość wysokiej temperaturze. W takim upale ciężko jest zachować koncentracje, wiec, co chwile musieliśmy się schładzać i pic dużo wody.

HEV, PHEV, BEV – czym na stację, czym do ładowarki? Czas na kolejny odcinek podcastu Elektrycznie Tematyczni #0

Czy to Gruzja?
Ósmego dnia w końcu dotarliśmy do granicy z Gruzja. Naszym oczom ukazał się inny świat. Nagle na drogach pojawiła się duża liczba krów, które czasem wręcz trzeba było prosić, aby zrobiły miejsce na przejazd. Okazuje się ze są one nierozłącznym elementem krajobrazu w Gruzji – nie ma tutaj drogi, na której nie leżałyby te zwierzaki. Zatem rozpoczęliśmy krowi slalom gigant. Do Batumi dotarliśmy dość szybko, bo jest ono położone 11 km od granicy. Postanowiliśmy najpierw cos zjeść a później skupić się na poszukiwaniach noclegu. Nasz pierwsza gruzińska uczta uzmysłowiła nam, ze na brak doznań kulinarnych w tym kraju nie będziemy cierpieć. Po raz pierwszy spróbowaliśmy kaczapuri, khinkali i wielu wielu innych. Nocleg znaleźliśmy z pomocą lokalnych mieszkańców. Kolejny dzień upłynął nam na degustacjach kulinarnych i zwiedzaniu miasta. Batumi jest trzecim, co do wielkości miastem Gruzji. Jest to typowy kurort nadmorski, wiec bywa tam tłoczno, ale warto odwiedzić to miejsce. 

I co teraz? Abchazja?
Po śniadanku i szybkiej sesji nad morzem z motocyklami obraliśmy kierunek Abchazja. Po drodze minęliśmy trochę wiosek gruzińskich, wiec udało nam się zobaczyć kraj z innej perspektywy niż nadmorski kurort. Droga była w niezłym stanie, wiec dość szybko dotarliśmy do granicy i tutaj zaczęły się problemy. Aby wjechać do Abchazji należy wcześniej załatwić pozwolenie. Wysyła się formularz mailem i po około pięciu dniach otrzymuje się dokument zezwalający na wjazd. Okazało się, ze jedno z naszym pozwoleń nie miało wzmianki o motocyklu i niestety nie chcieli nas wpuścić. Musieliśmy wrócić się do Zugdidi (najbliższa miejscowość), aby załatwić nowa wersje dokumentu. Zadanie okazało się nie takie proste jakby się wydawało. Wyzwaniem było dodzwonienie się do MSZ w Abchazji. Okazuje się ze w Gruzji takie polaczenia są blokowane. W końcu udało się znaleźć kawiarenkę internetowa i zadzwonić ze Skypa’a. Po jakimś czasie wysłali nam nowe dokumenty, wiec ostatnim zadaniem było odnalezienie miejsca, gdzie można to wydrukować. Na szczęście w jednym ze sklepów było to możliwe. Po około 3h wkroczyliśmy na teren Abchazji. Na granicy nasze motocykle budziły spore zainteresowanie wśród celników. Niejednokrotnie usłyszeliśmy standardowe pytanie ile nasze pojazdy wyciągają maksymalnie i ile są warte. Obowiązkiem każdego turysty jest wykupienie wizy abchazyjskiej w stolicy Suchumi, wiec obraliśmy taki właśnie kierunek. Po drodze postanowiliśmy zwiedzić jedno z miast duchów (Oczamczire). Miejscowość ta została znacznie zniszczona podczas działań wojennych. Ku naszemu zdziwieniu w tych ruinach nadal mieszkają ludzie. Przejazd przez miasto robi wrażenie i zaczynamy zdawać sobie sprawę ze jeszcze parę lat temu była tu wojna. Co chwila mija się opuszczone, zniszczone, spalone budynki. Zatrzymujemy się na zdjęcia koło jednego z domów i przy okazji obdarowujemy tamtejsze dzieci cukierkami. W pewnej chwili widzimy biegnących w nasza stronę chłopaków. Okazuje się ze obaj są motocyklistami mieszkającymi w Moskwie. Usłyszeli motocykle i przybiegli do nas. Zaprosili nas do rodzinnego domu na poczęstunek. Ugoszczono nas tam niesamowicie ciastem, kawa itd. Były nawet propozycje alkoholowe, ale prowadzenie motocykla ogranicza takie elementy. Pod wieczór ruszyliśmy ku Suchumi i rozbiliśmy się na campingu pod miastem. Rano udaliśmy się do MSZ załatwić wizę. W banku trzeba wnieść opłatę 10 USD i z potwierdzeniem wrócić po wizę. Wiza nie jest wbijana do paszportu i jest dawana na oddzielnej kartce. Po załatwieniu wizowych tematów postanowiliśmy znaleźć Internet, aby skontaktować się z ekipa motocyklowa z Polski, z która planowaliśmy spotkać się następnego dnia. Okazało się, ze jedyne miejsce w mieście, gdzie jest Internet jest w lokalnym KFC. Popijaliśmy tam kawę, kiedy podszedł do nas właściciel knajpy motocyklowej w Nowym Atonie. Serdecznie zaprosił nas do siebie jakbyśmy byli w okolicy. Okazuje się, ze w Abchazji wszędzie trafiamy na motocyklistówJ W planach mieliśmy nocleg nad jeziorem Ritz, ale rzeczywistość zweryfikowała ten plan. Po załatwieniu wszelkich internetowych tematów udaliśmy się w kierunku jeziora Ritz. Droga do jeziora była dość przyjemna – parę winkli, podjazdów, wiec to, co tygryski lubią najbardziej. Za wjazd do parku płaci się 350 rubli od osoby. Jezioro jest kierunkiem urlopowym Rosjan, wiec było tam dość tłoczno. Postanowiliśmy objechać jezioro wokoło, ale jak się później okazało nie było to możliwe. W strugach deszczu dojechaliśmy do daczy Stalina i tam był niestety koniec drogi. Pominęliśmy zwiedzanie tego przybytku. Podczas zawracania ja pechowo zaliczam glebę i tracę kierunkowskaz (jeszcze nie wiedziałam, ze to dopiero początek uszkodzeń vstroma). W związku z ulewa podjęliśmy szybko decyzje o zmianie planów noclegowych i postanowiliśmy zawitać w knajpie, do której nas zaproszono. Zajął się nami Siergiej urzędujący na miejscu. Zostaliśmy poraź kolejny ugoszczeni jak starzy dobrzy znajomi. Zwiedziliśmy okoliczny monastyr i kolejna dacze Stalina (w okolicy miał ich aż 5). Kolejnego dnia zwiedziliśmy jeszcze kolejne miasteczko Tkwarczeli, a następnie udaliśmy się spowrotem do Gruzji.

Etap górski – kierunek pętla swanecka
Po powrocie do kraju khinkali połączyliśmy siły z 3 motocyklami enduro i obraliśmy kierunek góry. Pętla swanecka jest dość popularna droga prowadząca z Zugdidi do Lentheki. Jest to droga przeznaczona jedynie dla samochodów terenowych, wiec cos więcej niż jazda po zwykłym asfalcie. Droga do Mesti była super. Winkle, widoki… Zastanawiam się, czy nawet nie zrobiła na mnie większego wrażenia niż tansalpina. Do Mesti jest ciągle asfalt i bardzo dobra droga wybudowana w ostatnich latach. Nasza radosna podróż przerwał nam lokalny strajk. W połowie drogi do Mestii natknęliśmy się na blokadę. Nie było wiadomo, o co chodzi, ale żadne samochody nie były puszczane. Nam się udało jakoś przejechać przez pierwsza blokadę, ale druga już nas nie puściła. Jak próbowaliśmy spontanicznie się gdzieś przecisnąć to rozwścieczony tłum automatycznie nas zatrzymywał. Czekaliśmy jakieś poł godz. i w końcu udało nam się przejechać z pomocą lokalnej policji. W Mestii zrobiliśmy zakupy na biwak i udaliśmy się w celu szukania idealnego miejsca jadać w kierunku Ushgli. Od Mesti zaczął się offroad. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jaka frajdę będzie mi sprawiać jazda po błocie. Dotarliśmy od Usghli i postanowiliśmy chwile odpocząć. Skosztowaliśmy tam lokalnych specjałów w postaci kubdari (placek z mięsem) i shvisdari (placek z serem). Ruszyliśmy dalej podziwiając widoki, a niektórzy nawet przypłacili to podziwianie bliższym kontaktem z ziemia. Zaczął się zjazd w dół z 2600 m.n.p.m. Miejscami było ciężko (szczególnie dla obładowanych motocykli), Po pokonaniu najstromszych zjazdów niestety jedna maszyna złapała gumę. Wymiana poszła dość sprawnie, wiec po 40 minutach byliśmy już ponownie w drodze. Dzień zakończyliśmy na kolejnym biwaku w miłych okolicznościach przyrody.

Wojenna… Gruzińska Droga Wojenna
Kolejnym celem wielu podróżników odwiedzających Gruzje jest gruzińska droga wojenna. Jest to 208 km szlak prowadzący z Tbilisi do Władykaukazu. My pokonujemy odcinek jedynie do miejscowości Kazbegi. Dodatkiem do jazdy są świetne widoki. Typowe zielone wzgórza, pastwiska, a w tle ośnieżony szczyty górskie. Po drodze znajduje się wiele miejsc wartych obejrzenia tj. twierdza Annuri, pomnik przyjaźni polsko – rosyjskiej. Jednak główna atrakcja jest monastyr Cminda Sameba znajdujący się na wpienieniu pod miasteczkiem Kazbie. W drodze do miasteczka horyzoncie pojawił się Kazbeg – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu 5033 m.n.p.m. Moje drugie górskie ja zaczęło mnie namawiać na trekking w okolicy, wiec, czym prędzej dodałam to miejsce do mojej listy ‘do odwiedzenia’. Dojechaliśmy do Kazbegi i rozpoczęliśmy wjazd pod kościołek. Droga okazała się dość ciężka na obładowany motocykl. Było miejscami stromo i od czasu do czasu pojawiały się odcinki śliskiego błota. W końcu udało się dotrzeć na sama górę. Widok tam oczywiście jak z pocztówki. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy zjazd w dol. Po pokonaniu odcinka błotnego i zjechaniu prawie na sam dół byłam tak zadowolona, ze zjechałam w jednym kawałku, ze moja czujność została uśpiona. W pewnym momencie na zapadniętej drodze pojawiło się auto jadące w górę. Niewiele myśląc postanowiłam zrobić mu miejsce i wjechałam na górna cześć ‘rynny’. Niestety nóżki okazały się za krótkie, przeciążyło motocykl do środka i runęłam z całym dobytkiem w dol. Na szczęście kufry zamortyzowały upadek i maszyna mnie nie przygniotła. Plastikowe części DL uległy destrukcji. Szyba rozpadał się, poszedł kierunkowskaz. Na dole zrobiliśmy reaktywacje taśma klejąca wszystkich elementów. Puzzle z szybki wytrzymały do samego domu. Po zakończeniu trasy udaliśmy się do stolicy Gruzji Tbilisi.

Dzień bez motocykla, a potem…
Byliśmy w drodze już od dwóch tygodni, wiec postanowiliśmy sobie zrobić przerwę od naszych motocykli. Cały dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Tbilisi. Nie będę rozpisywać się tu o miejscach do odwiedzenia w Tbilisi, ale polecam zejść z utartego szlaku i powędrować po bocznych uliczkach. Kolejnego dnia udaliśmy się do Kachetii – gruzińskiej Toskanii. Nasza baza było Sighnaghi, gdzie mieliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwa gruzińska supra. Przed wieczerzą trochę pochodziliśmy po okolicy. Miasto otoczone jest 2,5 km murami obronnymi, którymi warto się przejść. Cały region słynie z produkcji wina, wiec na każdym kroku można zobaczyć winogrona. Po spacerze wróciliśmy na prawdziwa gruzińska supre suto zakrapianą winem. Nasz gospodarz pełnił role tamady i wznosił toasty. Według tradycji pić można tylko po wzniesionym toaście i pije się cala szklankę wina na raz (mi się udało trochę oszukiwać). Każdy toast jest bardzo złożony i nie jest to typowe ‘na zdrowie…’. Toasty dotyczyły boga (zawsze pierwszy wznoszony), ludzi, którzy odeszli, przyjaźni polsko-gruzińskiej, rodzeństwa, przyjaźni pomiędzy ludźmi. Gdy ktoś chce odejść od stołu to musi dostać zgodę tamady, to samo, jeśli ktoś chce wznieść toast. Tamada rozmawiając z ludźmi przy stole na bieżąco formuje toasty w oparciu o tok prowadzonych rozmów. Supra trwała parę dobrych godzin i opiewała w lekki bol głowy dnia następnego.

Rewizja
Po degustacji winnej przyszedł czas na Armenię. Nasi endurowi przyjaciele postanowili odwiedzić wioskę Omalo, do której prowadzi dość wymagająca droga, a my zdecydowaliśmy się ruszyć dalej w kierunku południowym.  Do Armenii wjechaliśmy bez problemów. Na granicy musieliśmy wykupić ubezpieczenie motocyklowe (ok 35 USD), bo nasza zielona karta niestety tam nie działa. Udaliśmy się w kierunku jeziora Sevan, które jest najwyżej położonym jeziorem na świecie – 1916 m.n.p.m. Armenia jest bardzo pięknym krajem z drogami bardzo dobrej jakości. Podróż przez pola i góry była rajem dla obiektywu. Po drodze można obejrzeć klasztor Tatev, do którego prowadzi najdłuższa kolej linowa na świecie. Widoki z wagonika były bardzo fajne, ale widząc w dole serpentyny zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego wzięliśmy kolejkę zamiast jechać motocyklami. Po powrocie ze zwiedzania znaleźliśmy przy naszych motocyklach 3 policjantów i zaczęło się legitymowanie, rewizja bagażu itd. Później postanowili obejrzeć nasze zdjęcia w aparatach, aby upewnić się ze nie fotografowaliśmy niedozwolonych miejsc (700 zdjęć zajmuje trochę czasu:(). Na szczęście puścili nas po dłuższym czasie, ale do dziś nie wiemy, o co dokładnie chodziło. Ruszyliśmy dalej i po serii zakrętów i górskich widoków dotarliśmy do granicy z Gorskim Karabachem. Spędziliśmy tam tylko 1 dzień, bo nasze zasoby urlopowe były coraz mniejsze. Formalności wizowe załatwiliśmy w stolicy od ręki (3000 ADM). Po 15 minutach nasze wizy były gotowe. Naszym głównym celem w Karabachu było miasteczko Agdam, ale ze względu na zwiększone zagrożenie w tamtych rejonach, odradzono nam eskapadę w tamtym kierunku. Najbardziej przemówił do nas argument, ze aparaty i kamery mogą zostać skonfiskowane, a ja za bardzo jestem związana z moim aparatem.

Ochłoda w górach
Po krótkiej wizycie w Karabachu przyszedł czas na parę dodatkowych punktów w Armenii.  Jednym z miejsc, które koniecznie chcieliśmy zobaczyć był klasztor Khor Virap z Arraratem w tle. Okoliczności pogodowe nie pozwalały zobaczyć Arrarat’u w pełnej okazałości, ale widok i tak był imponujący. Pierwotnie planowaliśmy nocleg pod klasztorem, ale wysokie temperatury przegoniły nas w chłodniejsze miejsce. Nasi kompani z enduro biwakowali w górach, wiec postanowiliśmy do nich dołączyć. Mieliśmy nadal 100km do zrobienia. Dojechaliśmy na przelecz już po ciemku (droga od Ashtak na pn. zachód). Fajnie było spotkać chłopaków ponownie. Wymieniliśmy się relacjami z ostatnich dni (Omalo podobno widowiskowe, ale trudne technicznie). Rano naszym oczom ukazał się ładny górski widok. Byliśmy na wysokości 3100 m.n.p.m.

Do Wardzi
Niestety przyszedł czas na powolne obieranie kierunku dom. Rozpoczęliśmy wyjazd z Armenii, która pożegnała nas pięknymi górskimi drogami. Bez większych problemów dojechaliśmy do Wardzi i udaliśmy się na zwiedzanie kompleksu. Do obejrzenia jest tam skalne miasto wykute w skale, którego powstanie datuje się na 1195r. Niesamowite było oglądanie systemu tuneli i przejść. Ludzie budujący ten obiekt musieli mieć wielka cierpliwość drążąc te wszystkie komnaty. Podobno w sumie jest ich około 300. Pozostało nam jedynie 100 km do Batumi, ale z relacji innych motocyklistów wiedzieliśmy ze droga nie należy do najłatwiejszych. W pewnym momencie skończył się asfalt i zaczął się offroad. Nie była to droga trudna technicznie, ale było dość długa i ograniczająca widoczność mgła sprawiała ze po 2h byliśmy bardzo zmęczeni. Do Batumi dotarliśmy już po ciemku. To był nasz ostatni dzień w Gruzji i żal było opuszczać to miejsce. Udaliśmy się na ostatnia gruzińska wieczerze.

Zaraz zaraz… czy to już koniec?
Następnego dnia opuściliśmy granice Gruzji i udaliśmy się w kierunku upalnej Turcji. Jak się potem okazało przez te parę tygodniu temperatury spadły, wiec już tak ciężko się nie jechało. Droga powrotna była krótsza i prowadziła przez Serbie. Po 3 dniach dostaliśmy na Węgry. Już byliśmy tak blisko domu, ale nasze motocykle postanowiły dodać nam atrakcji i się popsuły. Moj Vstrom zażądał nowego napędu a KTM wymiany łożyska. Na szczęście te awarie udało nam się szybko zażegnać i kolejnego dnia byliśmy już w domu.

Epilog
Wyprawa na Kaukaz okazała się niesamowita przygoda. Po drodze poznaliśmy dużo ciekawych ludzi, przekonaliśmy się ze ludzka gościnność nadal istnieje. Ja osobiście zdobyłam dodatkowe doświadczenia w jeździe w terenie, a mój vstrom został wzbogacony o parę ładnych naklejek. Niestety apetyt rośnie w miarę jedzenia, wiec już się zastanawiam, jaki kolejny kierunek obrać.

Volkswagen ID.3 1ST - znamy ceny!

Podsumowanie
Czas: 26 dni
Dystans 10700 km
Odwiedzone kraje: Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Gruzja, Abchazja, Armenia, Gorski Karabach, Serbia

Polecane noclegi
– Gulnaz Mikeladze, Lermontowa Str 24, Batumi
– Irina guesthouse – Tbilisi – https://www.facebook.com/guesthause.irina
– Tsminda Giorgi 11, Signagi, Georgia – wino w cenie noclegu – http://zandarashvili-guesthouse.com/

Coś dla podniebienia
Ser sirene (сирене) w Bułgarii – biały słony ser podawany często do lokalnej sałatki szopskiej
Chaczapuri – gruziński zapiekany placek z serem
Chinkali – gruzińskie pierożki
Pkhali – pasta ze szpinakiem i orzechami
Lobio – pyszna zupa z fasoli
Wino Msthave – najlepsze białe wino w Gruzji

Wskazówki
– w Gruzji warto zaopatrzyć się w lokalna kartę sim, która kosztuje ok 3 lari. Dla bardziej wymagających użytkowników jest pakiet za 20 lari z Internetem.
– przed Konstantą warto zaopatrzyć się w pełny bak, bo jest dość mało stacji benzynowych na autostradzie
– przejście graniczne z Abchazja jest otwarte tylko w określonych godzinach – warto to sprawdzić, aby nie przyjechać 5 min po zamknięciu szlabanu. Nam się udało, ale mało brakowało
– jadać na dłuższa wyprawę warto wziąć zapasowe części w stylu klamka sprzęgła, hamulca, ja miałam zamontowana tez dodatkowa linkę sprzęgła (przezorny zawsze ubezpieczony)
– szara taśma przyjacielem twym

Najnowsze

Ewa Chodakowska przesiada się do nowego smarta

Treningi, praca, zakupy, spotkania - Ewa Chodakowska żyje w ciągłym ruchu. Najbardziej znana trenerka personalna w Polsce potrzebowała samochodu, którego można zaparkować niemal wszędzie. Taki jest nowy smart fortwo.

Ewa Chodakowska to kobieta instytucja – kobieta, która codziennie zachęca tysiące Polek (i Polaków) do prowadzenia zdrowszego trybu życia. Prowadzi treningi, występuje w mediach, pisze książki i pozostaje w ciągłym kontakcie z ludźmi. Ruch to jej specjalność i… źródło energii. Wolną godzinę po porannym spotkaniu na Powiślu wykorzystuje na jazdę na rolkach, które wozi w bagażniku. Później czas na kolejne spotkanie, trening w klubie, zakupy. Wieczorem można wreszcie zwolnić tempo i wybrać się na spacer z mężem.

Intensywny tryb życia wymaga jednak sprawnej komunikacji – zwłaszcza w wielkim mieście. Żeby dziś połączyć się z internetem i zajrzeć na ulubiony serwis społecznościowy, wystarczy smartfon. Na multimedialne potrzeby odpowiadają też nowoczesne samochody – coraz bezpieczniejsze, coraz wygodniejsze, ale i coraz większe. Na nic czujniki parkowania czy kamera cofania, gdy luka na parkingu mierzy 3,5 metra długości.

Właśnie dlatego Ewa Chodakowska do niedawna poruszała się na co dzień smartem fortwo poprzedniej generacji. Teraz przesiada się do najnowszego modelu. „Do smarta nie musiałam się przekonywać, chociaż nie sądziłam, że przy tych wymiarach z auta można coś jeszcze »wycisnąć«. Tymczasem nowa generacja jest po prostu dojrzalsza – tak samo zwinna, dynamiczna, a jednocześnie wygodniejsza. Od razu polubiłam system multimedialny z Bluetooth – żadnych kabli, ekran jest tuż pod ręką. No i schowek w tylnej klapie, gdzie mogę trzymać drobny sprzęt. Właśnie za takie przemyślane detale najbardziej lubię nowego smarta. I za design. Ten samochód ma po prostu pogodną naturę” – mówi trenerka.

Nowy smart fortwo zachował długość poprzednika (269 cm) i jego znakomitą zwrotność (średnica zawracania 6,95 m), ale ma o 6 cm szersze nadwozie (166 cm), dzięki czemu jeszcze wygodniej mieści dwójkę podróżujących. Nowe zawieszenie oraz opcjonalna, 6-biegowa skrzynia dwusprzęgłowa zapewniają wyższy komfort jazdy, a znane z większych aut systemy wspomagają bezpieczeństwo. Na życzenie dostępne są na przykład układy monitorowania pasa ruchu czy ostrzegania przed kolizją.

Teraz smart dostępny jest również w wersji czterodrzwiowej wersji forfour.

Najnowsze

Test Seat Leon ST 1.4 TSI 140 KM – baletmistrz

Facet w leginsach zakrawa o perwersję. Za to tancerz baletowy to zmysłowe widowisko - połączenie męskiego ciała z gracją i siły mięśni z lekkością tańca. Świat motoryzacji również doczekał się swojego tancerza. Panie i Panowie, kurtyna w górę - Seat Leon ST.

Nie nosi leginsów, nie wzbudza kontrowersji. Wprawdzie ma hiszpańskie geny, ale wychowała go niemiecka „rodzina”. Zaszczepiła w nim wszystko to, co w germańskiej motoryzacji najlepsze – jakość wykonania oraz zegarmistrzowską precyzję. O zachodnim rodowodzie Seata Leona ST świadczy m.in. płyta podłogowa MQB, na której powstała również nowa Skoda Octavia, Volkswagen Golf oraz Audi A3. A to dopiero początek genetycznego łańcucha podobieństw.

Nadwozie nabrało lekkoatletycznych kształtów – ostre i zdecydowane rysy łączą się w delikatną całość. Samochód jest praktycznym i wygodnym kombi, ale zamkniętym w dynamicznej formie, z delikatnie sportowym zacięciem. Złośliwi twierdzą, że w czerwonym kolorze powinno być jedynie Ferrari. Czyżby? Z testowanego egzemplarza wręcz kipi testosteron!

Joan Richmond: australijska pionierka motoryzacji

Wnętrze – dyscyplina
Kabina pasażerska to nie jaskinia uciech, lecz niemal żelazna dyscyplina, niczym w szkole baletowej. Dominuje tu czarna kolorystyka oraz surowy minimalizm. Całość nie pozostawia złudzeń – dawcą „organów” był Volkswagen Golf.  Co nie zmienia faktu, że wnętrze zostało wykonane z materiałów bardzo dobrej jakości, a blasku dodają połyskujące, delikatne wstawki. Aby się do czegoś przyczepić, trzeba się mocno naszukać. Prawdziwą gwiazdą estradową są tutaj fotele. Wymagają dopłaty (3239 złotych), ale zdecydowanie są warte każdych pieniędzy. Doskonale wyprofilowane, o kubełkowym charakterze, przypadną do gustu nie tylko miłośnikom sportowego klimatu. Połączenie czarnej skóry z alcantarą to recepta na prawdziwą histerię niejednego serca.

Na tylnej kanapie wygodnie rozgoszczą się dwie dorosłe osoby. Aby komfortowi stało się zadość, do ich dyspozycji jest rozkładany podłokietnik z podwójnym uchwytem. Kubki, butelki, lakier do włosów – zawsze znajdzie się powód, aby z nich skorzystać.

Bagażnik – zasłużone świadectwo z czerwonym paskiem. To nie tylko bardzo ustawny kufer z niskim progiem załadunku. To również 587 litrów pojemności i praktyczne kieszenie po obydwu stronach (aby butelki z mlekiem nie ganiały się po całym bagażniku). Nie zabrakło również bezcennych haczyków na siatki z zakupami, które u konkurencji urastają do rangi Świętego Graala.

Jazda – uliczny spektakl
Łut szczęścia – pod maską testowanego egzemplarza została umieszczona jedna z mocniejszych jednostek benzynowych w ofercie: turbodoładowany silnik TSI o pojemności 1.4 litra i mocy 140 KM. Wprawdzie motor otrzymał od konstruktorów spory wycisk, ale nad jego pracą naprawdę można się rozpłynąć. Warto zacząć od bardzo cichej pracy jednostki napędowej. Do wnętrza kabiny dociera jedynie delikatny pomruk i szum powietrza, które oplata nadwozie podczas jazdy. Kultura pracy jest tak wzorowa, że nie dają się tu odczuć nawet najmniejsze wibracje. Jednocześnie silnik jest bardzo elastyczny: przyrost mocy można otrzymać już od najniższego zakresu obrotów, aż po jego kres. Samochód porusza się tak zwinnie i lekko, że można odnieść wrażenie, jakby przemykał na czubkach palców (a raczej opon) po asfaltowej nawierzchni. Z pewnością nie bez znaczenia pozostaje tu masa samochodu (1276 kilogramów) oraz 17-calowe, aluminiowe felgi, otulone niskoprofilowymi oponami. Mają one spory wpływ na przyczepność, ale jednocześnie kłócą się z komfortem podróżowania, zwłaszcza na warszawskich drogach.  Jednym słowem nie ma róży bez kolców.

Silnik współpracuje z manualną, 6-biegową skrzynią. Praca dźwigni zmiany biegów to już pewien rodzaj magii. Jej skoki są krótkie i bardzo precyzyjne nadając skrzyni sportowego charakteru, co wespół ze świetnym zestopniowaniem przełożeń potrafi dodać kierowcy motywacji do energicznej jazdy. Lepszy efekt w tym segmencie uzyskała jedynie Mazda 3. Jednak  dla tych  najbardziej wymagających producent przygotował również dwusprzęgłową, szybką jak wiatr, automatyczną przekładnię DSG (jest dostępna w duecie z najmocniejszym silnikiem benzynowym o pojemności 1.8 litra i mocą 180 KM). Na uwagę zasługuje również doskonały układ kierowniczy. Reaguje na każde polecenie kierowcy jednocześnie stawiając delikatny opór. Pod „skórą” tego samochodu zdecydowanie drzemie sportowy duch. Jego zaprzeczeniem może być jedynie apetyt na paliwo: zużycie 7 litrów w cyklu miejskim to powód do prawdziwej dumy.

Finał przedstawienia
Może i ciężko w to uwierzyć, ale z tego samochodu po prostu nie chce się wysiadać. Siedząc za jego kierownicą można odnieść wrażenie, że nie jedziemy, a jedynie przemykamy ulicami miasta. Elastyczny silnik, wyśmienite właściwości jezdne, dynamiczne kształty nadwozia – tak, to się musi udać. Ale wszystko, co dobre, szybko się kończy… albo sporo kosztuje. Ceny Seata Leona ST zaczynają się od 58300 złotych, ale za tę kwotę otrzymujemy benzynowy silnik 1.2 TSI o mocy 86 KM. To mniej niż za Peugeota 308 SW (od 59900 złotych), czy Mazdy 3 (od 64 900 złotych). Jednak cena egzemplarza z testowanym przez nas, benzynowym silnikiem 1.4 TSI o mocy 140 KM i 6-biegową manualną skrzynią startują od 80 900 złotych. To już całkiem sporo jak za kompaktowe auto, ale niemiecki rynek zdążył nas już przyzwyczaić, że tanio skóry nie sprzedaje.

Na TAK:
– bardzo elastyczny silnik
– niskie zużycie paliwa
– pojemny i ustawny bagażnik
– ładny wygląd nadwozia

Na NIE:
– wysoka cena wersji z mocniejszą jednostką benzynową w porównaniu z konkurencją

Dane techniczne Seat Leon ST 1.4 TSI 140 KM:
Silnik – benzynowy TSI, 4 cylindry, 16 zaworów, turbodoładowany
Pojemność skokowa – 1395 cm3
Moc – 140 KM przy 4500 – 6000 obr/min
Moment obrotowy – 250 Nm przy 1500-3500 obr/min
Prędkość maksymalna – 211 km/h
Napęd – na przednią oś
Pojemność bagażnika – 587 litrów
Długość/szerokość/wysokość – 4335/1816/1454 mm
Rozstaw osi – 2636 mm
Pojemność zbiornika paliwa – 50 litrów

Najnowsze