Paula Lazarek

3 dni ścigania i ponad 180 zgłoszeń – wyścigowy sezon na Torze Poznań właśnie się rozpoczyna!

W drugi weekend czerwca na jedynym w Polsce torze z homologacją FIA zobaczymy zawodników rywalizujących o tytuły w ramach Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski, a także FIA CEZ oraz TCR Eastern Europe.

Przerwa między sezonami trwała od października, ale liczba zawodników, różnorodność serii i ciekawych samochodów powinna wynagrodzić kibicom wielomiesięczne oczekiwanie na wyścigi na Torze Poznań. Organizatorzy WSMP dobrze wykorzystali czas między sezonami. Tor Poznań przeszedł kolejne modyfikacje, a najważniejszą z nich jest zamontowanie nowego systemu monitoringu, który pozwala sędziom śledzić przebieg zawodów na każdym centymetrze toru.

“Nitkę toru chwalili najlepsi kierowcy na świecie jak Robert Kubica czy Michael Schumacher, ale cały czas poprawiamy infrastrukturę, bo chcemy, by ten obiekt był jak najlepszą wizytówką. Dlatego w tym roku zamontowaliśmy nowy system monitoringu, który składa się z 69 kamer, więc sędziowanie będzie ułatwione. Poprawi to też bezpieczeństwo na torze, a w planach mamy jeszcze nowe trybuny” – mówi Bartosz Bieliński, prezes Automobilklubu Wielkopolski.

Jeszcze więcej pucharów

W dniach 10-13 czerwca  na Torze Poznań ścigać się będą kierowcy z różnych części Europy, a szczególnie interesująco zapowiada się rywalizacja w ramach pucharów markowych – takich serii w ramach WSMP jest coraz więcej. W harmonogramie debiutują dwa nowe puchary – Trofeo di Serie, w którym ścigać się będą Fiaty 500 (będzie ich osiem), oraz Mazda MX-5 Cup Poland (siedem samochodów). 

W Poznaniu zobaczymy puchary o ugruntowanej już marce. Po mistrzostwo Polski pojadą zawodnicy w ramach najliczniej obsadzonego 318IS Cup PL, gdzie zgłoszono aż 18 aut z broniącym tytułu Marcinem Lempertem na czele. 14 samochodów zobaczymy w Ecumaster Super S Cup, gdzie tytułu broni Bartosz Alejski. Trzeci sezon z rzędu w zawodach wezmą udział kierowcy Toyota Racing Cup – do pierwszego wyścigu zgłoszono sześć aut. Oczywiście, wyścigowy weekend w Poznaniu nie mógłby się odbyć bez kultowego już Maluch Trophy, gdzie rywalizować będzie 13 aut.

Tradycyjnie nie zabraknie też zawodników w najmocniejszych autach klasy GT, których w ramach WSMP wystartuje aż 10, a wśród nich będą dwa Mercedesy AMG GT3, siedem Porsche 911 GT3 Cup oraz Lamborghini Huracan.

Mocna obsada długiego dystansu i międzynarodowe ściganie

Punktem kulminacyjnym soboty będzie pierwszy w sezonie wyścig Mistrzostw Polski Endurance. Rozgrywana w dwugodzinnym formacie rywalizacja w poprzednich sezonach przyciągała ponad 20 aut. I nie inaczej jest w tym sezonie. Aż 28 samochodów zgłoszono do pierwszej rundy MPE, a będzie to okazja by znów podziwiać jedne z najszybszych wyścigowych konstrukcji, czyli Radicale SR 8 w starciu z autami klasy GT3. Mocno obsadzona jest klasa D4 2000, gdzie pojedzie aż dziewięć aut, oraz Ecumaster Super S Cup, w którym zobaczymy aż osiem Mini.

W czerwcowy weekend dodatkowych emocji dostarczą kierowcy startujący w FIA CEZ oraz TCR Eastern Europe. Zagranicznych zgłoszeń jest aż 62, z czego najwięcej w kategorii TCR, gdzie pojedzie aż 18 kierowców. Co ważne, będzie to też szansa do zobaczenia polskich kierowców, koncentrujących się na zagranicznych startach. Marcin Jedliński jest liderem rywalizacji GT zarówno w wyścigach sprinterskich jak i Endurance w ramach ESET Cup oraz FIA CEZ, Jakub Wyszomirski od lat ściga się w kategorii TCR w międzynarodowym towarzystwie.

Najnowsze

Edyta Klim

Motobirds – zorganizowane wyprawy motocyklowe z kobiecego punktu widzenia

Czy połączenie pasji z pracą, przy organizacji wypraw motocyklowych, to wieczne wakacje? O realiach pracy w branży turystyczno-motocyklowej rozmawiamy z Aleksandrą Trzaskowską – założycielką Motobirds i organizatorką min. kobiecych wypraw „Tylko dla Orlic”.

Twoja Pasja jest też pracą – jakie są wady i zalety takiego połączenia?

Myślę, że idealna sytuacja w życiu jest wtedy, gdy praca dla wykonującej ją osoby jest pasjonująca. Tylko wtedy można ją wykonywać na 100% , z sercem i pełnym zaangażowaniem. Dotyczy to każdej pracy, choć oczywiście w zawodach/działalnościach związanych z wszelkiego rodzaju hobby jest to jeszcze bardziej istotne. Przez 12 lat pracowałam jako prawnik. Skończyłam studia prawnicze i zdobyłam tytuł radcowski. Pracowałam w dużej, międzynarodowej kancelarii. To była dobra praca, choć jak każda miała swoje wady i zalety. Mogłam się rozwijać, pracowałam przy dużych projektach, często istotnych z punktu widzenia gospodarki polskiej. Poznawałam ciekawych ludzi, choć związanych najczęściej z określonymi branżami, tj. prawniczą, bankową, czy nieruchomości.

Czy lubiłam swoją pracę? Na początku bardzo. Potem stała się trochę rutyną, ale w granicach pozytywnej tolerancji. Czy dawała mi satysfakcję? Zawodową tak. Czy traktowałam ją jako moją pasję? Zupełnie nie. No i w tym chyba leżał problem – traktowałam to zajęcie stricte jako pracę i źródło dochodu. Nie angażowałam się w nią emocjonalnie. To ma swoje plusy i minusy. Na pewno pozwala „przetrwać” bez nerwów i emocjonalnych dołów w świecie korporacyjnym – o co w sumie jest łatwo. W moim przypadku okazało się jednak, że takie podejście do pracy na dłuższą metę nie wystarcza. Nie identyfikowałam się z tamtym korpo-prawniczym światem emocjonalnie, co spowodowało, że z czasem nie mogłam wykonywać powierzonej mi pracy na pełnych obrotach. Coraz trudniej było mi czerpać z niej satysfakcję i coraz bardziej czegoś mi brakowało…

Odkryłaś, co to było?

Chyba tej pasji brakowało, tego zaangażowania, możliwości pokazywania innym tego, co samemu się kocha i docenia. To właśnie daje mi praca przy organizacji wypraw motocyklowych, transportów sprzętów po całym świecie i wszystkiego, co się z tym wiąże. Mam ciągły kontakt z ludźmi, a nie głównie z dokumentami – jak wcześniej. A ja chyba, po prostu, lubię ludzi. Lubię z nimi i dla nich pracować. Lubię, jak ciągle coś się zmienia i pojawiają się na mojej drodze nowe wyzwania. W końcu każdy człowiek jest inny, do każdego trzeba podejść indywidualnie. I tu z pomocą przychodzą moje drugie studia, bo skończyłam również socjologię. Identyfikuję się ze stwierdzeniem, że „człowiek to istota społeczna”, a chyba w dobie pandemii to w ogóle nabrało nowego znaczenia… Ludzie lgną do siebie i chcą razem przeżywać wspólne pasje. Chcą doświadczać nowych wrażeń i poznawać nowe miejsca. Rozwijać swoje umiejętności. A to właśnie ja i moja działalność im to umożliwia.

To był jakiś moment przełomowy, kiedy postanowiłaś zmienić swoje życie?

To nie był moment. Ta decyzja narastała we mnie przez lata i chyba była nieunikniona. Pytanie było raczej „kiedy?”, a nie „czy w ogóle”. Trudno jest odejść z korporacji i dobrej posady, przynoszącej regularne dochody, i gwarantującej wygodne życie. Tym trudniej, kiedy odchodzi się, nie do innej korporacji, ale w totalnie nowy, nieznany obszar – na swoje i to w dodatku w kompletnie innej (zmaskulinizowanej) branży. W korporacji zawsze się odpowiada za pewny, ściśle określony zakres prac, w moim przypadku był to konkretny zakres prawa. Jest się trybem w wielkiej, sprawnie funkcjonującej maszynie, gdzie każdy odpowiada za swoją, małą działkę. „Na swoim” jest dokładnie odwrotnie, nagle musisz się stać człowiekiem-orkiestrą. Zająć się organizacją firmy, księgowością, marketingiem, sprzedażą, organizacją i realizacją wypraw, organizacją transportów, kontaktem z klientami, stroną internetową, ewentualnym rozwojem zespołu…  Jest tego naprawdę dużo i na początku to bardzo przytłacza. Szczególnie, jak się ma „korpo nawyki”, gdzie wiadomo było do kogo i z czym pójść.

Po 9 latach w korporacji prawniczej wzięłam tzw. urlop sabbatical, czyli bezpłatny, dłuższy urlop. Nie było to łatwe w ówczesnych realiach, musiałam mocno o to powalczyć. Ostatecznie urlop dostałam i z moim ówczesnym chłopakiem pojechaliśmy na dwóch motocyklach z Polski do Indii. Przygotowywaliśmy tę wyprawę ponad rok – było to duże wyzwanie logistyczne, jeśli chodzi o wizy i pozwolenia. Jechaliśmy m.in. przez trudno dostępne dla turystów rejony, takie jak Tybet, Turkmenistan, Iran, czy himalajskie regiony o specjalnym statusie w Indiach. Ale wszystko się udało. Nie było wtedy blogów podróżniczych, tak popularnych dzisiaj, nawet Facebook nie był u nas zbyt popularny.

To była fantastyczna podróż, która wiele zmieniła w moim życiu. Potem obydwoje wróciliśmy do pracy w korporacji i to było twarde lądowanie – dosłownie i w przenośni! Po półrocznej podróży, w niedzielę wróciliśmy samolotem z Indii, a w poniedziałek poszliśmy do pracy. Takie powroty ze świata wolności, przestrzeni i życia w drodze – do świata korporacji nie są łatwe, delikatnie mówiąc… Zmienia się widzenie świata i wartości. Zmienia się perspektywa. Ja po powrocie pracowałam w kancelarii jeszcze przez 4 lata, zmieniłam tylko stanowisko na „mniej eksponowane”, ale to pasowało, zarówno firmie, jak i mi. Ta praca miała bardziej „ludzki” wymiar godzinowy i nie była tak stresująca, jednak nie sprawdziłam się tam na dłuższą metę. Zmiany wewnątrz mnie, po tych wszystkich podróżach, a szczególnie tej długiej, były już zbyt duże…

Teraz, po latach, jak oceniasz tę decyzję?

Jak patrzę na to z perspektywy lat, to w sumie po obydwu stronach było zrozumienie, że już czas na zmiany, choć oczywiście wtedy bardzo to przeżyłam. Na szczęście byłam na tyle młoda i miałam otwartą głowę, że następnego dnia po odejściu, miałam już wiele planów, jak dalej żyć i jak będzie wyglądała ta moja życiowa rewolucja. Czy teraz bym się na taki krok odważyła? Pewnie tak, choć pewnie byłoby mi trudniej. W sumie to cieszę się, że mam w swoim dorobku doświadczenie pracy w prawniczej, międzynarodowej korporacji i doświadczenie zupełnie z drugiego bieguna – pracy na swoim, w branży turystyczno-motocyklowej. To ciekawe dopełnienie.

Po zmianie było tak kolorowo, jak się wydawało?

Praca na swoim wymaga ogromnej samodyscypliny i wszechstronności. I w sumie pracuje się więcej, niż na posadzie u kogoś. Kto nie umie się przestawić na taki styl pracy i myślenia, nie powinien zakładać swojego biznesu. Ja wielu rzeczy musiałam uczyć się od początku. Ślęczałam dniami i nocami, żeby wszystko pospinać. Niejednokrotnie przeklinałam rzeczywistość, ale kiedy robiłam rachunek, czy taka praca ma więcej plusów versus praca w korporacji, to wychodziło mi że tak.

Przy 26 dniach urlopu w korporacji miałam naprawdę duży problem, żeby zmieścić się w tym czasie ze wszystkimi hobby: narty, żagle, motocykle, podróżowanie, odkrywanie świata. I to właśnie było głównym „motorem” przejścia na swoje. Oczywiście srodze się zawiodłam w temacie ilości czasu na wakacje, bo nie mam go za dużo, a z pewnością mniej, niż w korporacji. Ale jednak rodzaj pracy, którą wykonuję, jest związana z tymi pasjami i hobby, co wystarczająco mi to rekompensuje.

Włożona w taką „pracę-pasję” energia wraca do Ciebie?

Tak, szczególnie kiedy widzę, jak ktoś cieszy się, że dzięki nam udało mu się spełnić marzenie życia – pojechać w wymarzone miejsce, nauczyć się czegoś nowego na motocyklu. I nawet poznać nowych, motocyklowych przyjaciół, z którymi wspólnie (już niezależnie od nas) może jeździć. To daje mi to ogromną satysfakcję! I to jest chyba największa zaleta i „nagroda” tej pracy. Tu nie patrzysz na zarobki, choć wiadomo, że musi się wszystko na tyle finansowo spinać, żeby dało się z tego żyć. Ale kluczowa jest właśnie ta radość z pracy – zupełnie odwrotnie, niż na intratnej posadzie w korporacji. Teraz praca daje mi przede wszystkim satysfakcję i zadowolenie, a wcześniej – dobre zarobki i rozwój. Nie można mieć wszystkiego, ale jak widać każdy etap życia wymaga czegoś innego.

Jest tu jakiś haczyk? Można się „wypalić” także w takiej, z pozoru idealnej, pracy?

Największe niebezpieczeństwo jest takie, że zabraknie tej naturalnej, pozytywnej energii i wewnętrznej radości, żeby wykonywać tę pracę, połączoną z pasją, na pełnych obrotach. A inaczej się po prostu nie da. Ludzie od razu wyczują, czy jest się autentycznym, czy ta motocyklowa pasja jest prawdziwa. Jeśli tak, to „zarażasz ich” swoim pozytywnym podejściem, zachwytem do miejsc, które pokazujesz. W tej branży nie ma miejsca na automatyzm i udawanie. Jak ktoś nie czuje, że robi wyprawy z pasją, powinien przestać je robić albo zrobić sobie przerwę, na odetchnięcie i naładowanie baterii. Tematem, na który bardzo tu trzeba uważać jest rutyna – no bo jak być pasjonatem miejsca, które widzisz po raz 50-ty…  Po prostu powszednieje Ci, choćby było najpiękniejsze na świecie. No ale trzeba pamiętać, że inne osoby, najprawdopodobniej, widzą je pierwszy raz i „efekt WOW” jest jeszcze przed nimi (czego bardzo im zazdroszczę). I tak trzeba do wypraw podchodzić, inaczej można komuś popsuć ten efekt, a to najgorsze, co można zrobić pracując w tej branży.

Sama jazda na motocyklu też może stać się rutyną. Przestać dawać przyjemność, a stać się „narzędziem pracy”. To taki niebezpieczny moment i ja się do niego zbliżałam. Po powrocie z wypraw nie mogłam już patrzeć na motocykle. Moi znajomi wyciągali mnie na wspólne jeżdżenie, a ja po prostu już nie mogłam. Nie chciałam wsiadać na dwa koła, miałam dosyć. Jazda przestała sprawiać mi przyjemność – nie ukrywam, że ten stan bardzo mnie martwił i niepokoił. Pod koniec 2019 roku miałam też przesyt wyjazdów, zaczęła mnie dopadać rutyna i spadek energii. W poprzednich latach nie było mnie w domu ponad 6 miesięcy w roku – non stop w pracy, na wyjazdach, a kiedy wracałam, to przygotowywałam kolejne. Byłam po prostu zmęczona i zastanawiałam się, co dalej?

Udało się pokonać ten kryzys?

U mnie to tak bywa, że życie samo pisze mi scenariusze i rozwiązuje problemy. Przyszedł rok 2020 i pandemia. Udało mi się zrobić zaledwie 2 dalsze wyprawy i kilka mniejszych imprez w Polsce. Poczułam, jak bardzo mi tego brakuje. Codzienność pandemiczna była dla mnie bardzo trudna, szczególnie ten brak wrażeń. Mieszkam w domu z ogrodem, więc nie narzekam na zamknięcie, ale ta statyczność mnie dobijała. Zdecydowanie uświadomiłam sobie, że brakuje mi organizowania podróży, uczestniczenia w nich i tych wszystkich ciągłych zmian, które się z tym wiążą. Poczułam, że motocykle są ciągle moją wielką pasją i brakuje mi jazdy na nich. I to chyba jedyny plus roku pandemii – ułożenie w głowie, czego się chce i naładowanie baterii przed kolejnymi wyprawami. No może jeszcze moje psy były zachwycone, że pani jest ciągle z nimi w domu…

W twojej ofercie są szkolenia i wyjazdy tylko dla kobiet, czy taki pomysł „rozdzielenia” płci się sprawdził?

Projekt „Tylko dla Orlic”, czyli wyjazdów motocyklowych tylko dla kobiet, zrodził się w mojej głowie dość szybko. Motocyklowa pasja – powiedzmy to szczerze – nie jest powszechnie uznawana za typowe, kobiece hobby. To się zmienia z każdym rokiem, ale kiedy ja zaczynałam jeździć, kobiet na motocyklach nie było zbyt dużo, za to wszystkie które były, były absolutnie fantastyczne! Zawsze jeździłyśmy w grupach, składających się w większości z facetów, kolegów. Oni nauczyli mnie jeździć, jestem przyzwyczajona do ich towarzystwa i stylu spędzania motocyklowych wakacji. Na treningach i wyjazdach bywałam sama, albo maksymalnie w towarzystwie dwóch innych kobiet. Poznałam ten sport od podszewki, widząc punkt widzenia męski i kobiecy. Łatwo przyszło mi zidentyfikować bolączki, trudności i podejście do całego tematu kobiet versus mężczyzn.

Lubię jeździć z facetami, ale uważam, że oni często nie rozumieją wyzwań, które stoją przed kobietami. Nie dlatego, że nie chcą, tylko po prostu typowych dla nas problemów nie widzą, bo ich nie doświadczają. Temat „za krótkiej nogi”, za ciężkiego motocykla, strachu przed piachem/błotem/podjazdem/rzeką – dla facetów najczęściej nie istnieje. Wszystkie te tematy nie są problemami, tylko kolejnym wyzwaniem do pokonania z kolegami i tam nie ma opcji, że się nie da, tylko raczej, kto to zrobi szybciej i lepiej. Kobiety są najczęściej bardziej zachowawcze, potrzebują wsparcia i zachęty, utwierdzenia ich w przekonaniu, że się da, że potrafią i mogą. Wśród dziewczyn ten element psychologiczny odgrywa o wiele większą rolę. Nie lubią też być naciskane, czy poganiane. Przysłowiowe: „Jak to, ty nie dasz rady?” w przypadku dziewczyn nie działa, a powoduje raczej blokadę. Dlatego zupełnie inaczej trzeba podchodzić do treningów i podróży z kobietami, niż z facetami. Zupełnie inne są wyzwania z punktu widzenia organizatora. Zupełnie inny klimat jest podczas takich wyjazdów i treningów.

Czy więc rozdział płci się sprawdza? Tak, jak najbardziej. Myślę, że kobiece wyjazdy i treningi pozwoliły wielu dziewczynom na pokonanie swoich motocyklowych demonów i rozwinięcie motocyklowych umiejętności, a przede wszystkim na uwierzenie w siebie. Choć często taki wypad jest po prostu fajnym spędzaniem czasu, we własnym gronie, z babskimi żartami i tematami do rozmów. Taka  odskocznia od dnia codziennego. Dla każdej motocyklistki może to trochę co innego, jednak jedno jest pewne – na orlicowych wyjazdach nawiązało się wiele przyjaźni, które przetrwały próbę czasu, a babska społeczność jest sobie bardzo bliska. I to mnie bardzo cieszy!

Ale z mężczyznami nadal jeździsz?

Cały czas bardzo lubię wyprawy z facetami. Może nie spędzam, w ostatnich latach, zbyt dużo czasu na motocyklowych treningach z nimi (czego żałuję i mam nadzieję do tego wrócić), ale dużo jeździmy razem na wyprawach. One nadal mają dla mnie bardzo dużo uroku i wiążą się z zupełnie innymi wyzwaniami, bo muszę zapewnić panom wystarczającą dawkę adrenaliny i wyzwań. Od razu też dodam, że wyprawy, w których biorą udział razem faceci i kobiety – to jeszcze „inna para kaloszy”. To w sumie, takie idealne połączenie – czerpiące to, co najlepsze z kobiecych wypraw i tych w typie „macho”.

Jakie motocyklistki korzystają z oferty Motobirds? Planujesz wyjazdy i szkolenia pod konkretne zapotrzebowanie?

Jeśli chodzi o posiadane przez dziewczyny motocykle i wiek – no cóż, tutaj mamy totalny przekrój. Właściwie jeżdżą na wszystkim i są w każdym wieku. Szczerze mówiąc, to najbardziej mnie cieszy, bo wyraźnie to obrazuje, że motocykle są dla każdej z nas i każda może się tego nauczyć. A gdy możemy być dla kogoś inspiracją, to tym fajniej – to daje mi ogromną radość!

Staram się, aby każda motocyklistka znalazła u nas coś ciekawego dla siebie. Dlatego babskie imprezy mają różny charakter i poziom trudności. Jestem przeciwniczką zabierania na wyprawę „wszystkich jak leci”, byleby mieć pełną grupę, bez względu na poziom jazdy i zainteresowania. Na takich wycieczkach po prostu nikt nie będzie zadowolony. Dlatego, zanim ktokolwiek się na cokolwiek zapisze, dużo rozmawiamy o oczekiwaniach, aktualnych umiejętnościach i celach. Wtedy jestem w stanie doradzić, która wycieczka lub trening będą najbardziej odpowiednie, żeby przynieść radość i satysfakcję. I do tej pory ten model się sprawdza. Dzięki temu jeżdżą z nami dziewczyny, które są „motocyklowymi wyjadaczkami”, jak i te początkujące.

Na pierwszą wyprawę „Tylko dla Orlic” w 2016 roku wyjechały motocyklistki ze sporym doświadczeniem. Były to dziewczyny, które znałam, albo ich znajome. Grupę, wbrew „przytykom” wielu osób, szybko udało mi się skompletować – w tydzień, a jak wiadomo, najgorszy jest pierwszy raz. Wyprawa himalajska bardzo się udała, do dzisiaj zajmuje specjalne miejsce w moim sercu, i chyba nie tylko moim… Polubiłyśmy się bardzo i wszystkie utrzymujemy ze sobą kontakt. To był świetny początek dla całej inicjatywy, z tego co wiem, pierwszej takiej w Polsce.

Potem przygotowywałam kolejne babskie wyprawy. Coraz więcej dziewczyn mnie o nie pytało, takich z niedużym doświadczeniem, które dopiero zaczynały swoją motocyklową przygodę albo były do tej pory pasażerkami i w końcu chciały zacząć jeździć same. Dlatego wyprawy, które co roku proponuję, mają różny stopień trudności, są organizowane w różnych miejscach na świecie i na co innego są nastawione. Co roku przygotowuję dla kobiet, co najmniej, 2 lub 3 wyjazdy „w świat” plus treningi i imprezy, lokalnie w Polsce. Zwykle jedna wycieczka ma charakter bardziej offroad’owy – to dla doświadczonych motocyklistek, lubiących wyzwania, fanek jazdy poza asfaltami. Jedna wycieczka jest bardziej kulturoznawcza, relaksacyjna, więc nie nastawiamy się tu na wyzwania i trudne trasy, ale na przyjemną, niezbyt trudną jazdę po atrakcyjnych drogach, połączoną ze zwiedzaniem i wypoczynkiem. Trzeci typ wyprawy jest czymś pomiędzy, tzn. zjeżdżamy z asfaltu na szutry, próbujemy trudniejszych szlaków, ale nadal nie jest to offroad o dużym stopniu trudności. Przeplatamy asfalty z szutrami, zwiedzaniem i odpoczynkiem.

Podobnie jest z treningami, które organizujemy przy współpracy zaprzyjaźnionych i sprawdzonych szkół motocyklowych. Wiemy, że oni świetnie uczą, a my wprowadzamy ten pierwiastek kobiecy do atmosfery u struktury treningu i to się świetnie sprawdza. Co roku przygotowujemy treningi offroad’owe o różnym stopniu trudności, tak żeby dziewczyny mogły się rozwijać, nawet korzystając z naszego motocykla.

W tym roku, po raz pierwszy, zaproponowałyśmy też trening szosowy na torze Silesia dla początkujących, a po nim dzień wspólnego jeżdżenia po bieszczadzkich trasach. Dla bardziej zaawansowanych motocyklistek przygotowałyśmy trzy wyprawy „w świat”: offroad’ową do Kolumbii, szosową z elementami szutrowymi w Himalaje i szutrową, nastawioną na poznawanie kultury Wietnamu lub Gruzji. Nowością w sezonie 2021 jest gra motocyklowo-terenowa, którą przygotowałyśmy dla dziewczyn na Mazurach, wspólnie z Anią Żak z feeltheworld.pl. Podczas trzydniowego spotkania będziemy, nie tylko wspólnie jeździć (też terenowo), ale również weźmiemy udział w motocyklowej grze na orientację z zadaniami. Zapowiada się świetna zabawa!

Jak wybierasz cele – miejsca na wyprawy? Poznajesz je wcześniej dokładnie, osobiście? Czy sporo da się dogadać zdalnie?

Zabieram ludzi w miejsca, które znam, lubię i uważam za atrakcyjne z motocyklowego punktu widzenia. Często nie są to miejsca, z „głównego nurtu przewodników”. Ale najważniejsze, że wiem z doświadczenia, że warto je odwiedzić i opowiedzieć o nich ludziom. Zawsze gdzieś na ziemi świeci słońce, zawsze gdzieś jest dobra pogoda. Dlatego możemy organizować wyprawy przez cały rok, na przykład europejską zimę spędzamy w Ameryce Południowej. Nasze wyprawy są też nierozerwalnie związane z górami, bo uważam, że góry gwarantują najciekawsze trasy motocyklistom. A z drugiej strony motocyklem można w górach dużo więcej zobaczyć, niż jakimkolwiek innym środkiem lokomocji.

Ja dużo w swoim życiu podróżowałam, więc mam długą listę miejsc, które chciałabym wpleść w naszą ofertę wypraw i co roku coś do niej dodaję. Stale się też rozwijam, jeżdżę w nowe miejsca i poznaję nowe kraje. Słucham też ludzi – dokąd oni chcieliby pojechać, jakie są ich motocyklowe marzenia, a potem weryfikuję to z rzeczywistością i możliwościami. W dzisiejszych czasach logistycznie da się wiele dogadać na odległość, ale nie wszystko. Najlepiej jest poznać ludzi, z którymi się współpracuje osobiście, a na pewno koniecznością jest dogłębne poznanie miejsc, w które później zabiera się klientów. Dlatego przygotowanie wyprawy to długi proces, wymagający wielu nakładów finansowych i czasu, jednak tylko w ten sposób można te wyprawy dobrze przygotować.

Czy to duża odpowiedzialność, planowanie wyjazdów dla wielu klientów?

To ogromna odpowiedzialność i stres. Odpowiada się za ludzi, ich sprzęty i wiele elementów, tej całej wyprawowej układanki. A niestety, nie na wszystkie z tych elementów mamy wpływ, np. spóźnienia samolotów, zamknięcia granic, kłopoty na drogach, powodzie, deszcze, problemy polityczne. Tego wszystkiego nie da się przewidzieć, a są to elementy, z którymi trzeba się liczyć przy wyprawach w różne zakątki świata, a w sumie teraz i Europy. Organizowanie wypraw ładnie wygląda na zdjęciach i filmach. Nie widać tam tego całego stresu i niepewności oraz ogromu pracy, jaki trzeba włożyć, żeby wyprawa czy transport się udały. Od wielu osób słyszę, że ja to ciągle na wakacjach jestem i mam takie beztroskie życie. To nieprawda. Stresu jest wiele, a jak jestem na wyjeździe – to w pracy jestem non stop. Ale zrozumieć mogą to tylko Ci, którzy organizują wyjazdy i wiedzą „z czym to się je”.

Jak dużo osób musi pracować przy takiej zorganizowanej wyprawie, by wszystko było dopięte?

Organizując wyprawy osobiście, muszę panować nad całością, nad wszystkimi elementami całej układanki. Początkowo robiłam wszystko sama: organizowała trasę, osoby na miejscu (jadące samochodem wsparcia), hotele, a przy przewozie motocykli – całą logistykę związaną z pakowaniem sprzętów, transportem i odprawami celnymi (tu przydało mi się doświadczenie prawnicze). Przestałam sama wyrabiać się z pracą, jak firma się rozrastała. Zwiększała się ilość organizowanych przez nas wypraw oraz transportowaliśmy coraz większą ilość motocykli i po prostu stało się to niewykonalne dla jednej osoby.

Teraz mam nieocenioną Agatę do pomocy przy pracach biurowo-marketingowo-organizacyjnych, a w logistyce transportowej i przy pakowaniu pomaga mi Guy, Piotrek i Marcin, tematami IT zajmuje się Sylwia. W poszczególnych krajach, w których organizujemy wycieczki i transporty, mamy rozwiniętą siatkę agentów celnych, magazynów i lokalnych przewodników, z którymi współpracujemy. Jestem zadowolona z takiego rozwoju firmy i mimo, że rok 2020 zadziałał jak hamulec – mam nadzieję, że wrócimy na tę ścieżkę rozwoju.

Tak źle pandemia wpłynęła na Twoją działalność?

Nie będę owijać w bawełnę – pandemia wpłynęła na nas druzgocąco! Niezwykle się cieszę i jestem dumna, że udało nam się przetrwać, ten nieszczęsny rok 2020. Oczywiście wszystko jest dalekie od normy i chyba turystyka nigdy już nie wróci do „starych, dobrych czasów”, ale mam nadzieję, że najgorsze już za nami. Dla firmy, takiej jak moja, która 100% imprez organizowała poza Europą, zamknięcie lotów i granic był jak śmiertelny strzał w głowę. W 2020 roku z pozaeuropejskich wyjazdów udało mi się zrobić tylko dwa – w styczniu i lutym w Ameryce Południowej, jeszcze zanim pandemia wybuchła na dobre. W listopadzie jakiś cudem wstrzeliliśmy się między obostrzenia na Sycylii i udało nam się zrobić wycieczkę po tej cudownej wyspie. Choć było z tym dużo zamieszania, stresu i nerwów, a wiele osób w ostatniej chwili (dosłownie na dzień przed wyjazdem) musiało zrezygnować z wyjazdu, ze względu na zakażenie wirusem.

Pandemia postawiła całą turystykę na głowie, zmieniła świat i realia nie do poznania. Wiele firm nie przetrwało ciosu i wiele pewnie jeszcze upadnie. Te, które zostały na rynku musiały na pewno zrewidować swoją dotychczasową politykę i założenia na przyszłość. Ten rok dał mi wiele do myślenia i to była bardzo bolesna ekonomicznie i psychicznie lekcja. Do tego, pod koniec roku złamałam nogę, więc miałam wrażenie, że wszystkie nieszczęścia, jakie mogły mi się przytrafić, zdarzyły się w 2020 roku. Ominął mnie tylko sam wirus – jakoś się nie zaraziłam. Moje „być albo nie być” w branży turystyki motocyklowej stało pod znakiem zapytania. Kolejna rewolucja życiowa była bardzo realna. Powrót do korporacji? Powrót do prawa? Coś nowego? A co z Motobirds i „Tylko dla Orlic”, którym poświęciłam kawał życia, mnóstwo czasu i energii? To nie były łatwe decyzje i miłe przemyślenia, ale niezbędne. I muszę powiedzieć, że jestem z siebie naprawdę dumna, że się nie poddałam, nie załamałam, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi ku temu prowadziły. Chyba jestem jednak naturalną optymistką, a co ważniejsze – zawsze gdzieś udaje mi się znaleźć zapał i jakieś, na początku nieoczywiste, rozwiązania.

Były potrzebne zmiany, żeby ten trudny czas przetrwać?

Jak najbardziej. Moja motocyklowa firma utrzymała się na rynku, bo zmodyfikowałam naszą ofertę. Obok wycieczek w egzotyczne miejsca na świecie, oferujemy także wycieczki po Europie i Polsce. Dodałam do ofert treningi motocyklowe, mechaniczne, czy rajdy i gry terenowe. To wszystko musi być bardziej wszechstronne i zdywersyfikowane, jeśli chodzi o miejsca i rodzaj imprez. Nie możemy dać się unicestwić, jeśli nastąpi kolejne zamknięcie świata (oby nie!). Chcemy dać ludziom możliwość podróżowania z nami, też lokalnie, w Polsce. To może być fajna propozycja dla tych, którzy nie mogą albo się boją jeździć dalej, na długie urlopy. Transportowo działamy na pełnych obrotach. Na początku pandemii wielu obieżyświatów, zmuszonych do zmiany podróżniczych planów, mogło dzięki nam sprowadzić swoje motocykle do domów. Potem transporty, mówiąc kolokwialnie „siadły”, bo nawet jak motocykl mógł gdzieś dotrzeć, to właściciel już nie… Zobaczymy, jak te tematy rozwiną się w 2021 roku, bo póki co, nasze koronne transporty zimowe do Ameryki Południowej na przełomie 2020/2021, ze względu na obostrzenia covidowe, nie mogły dojść do skutku. Liczymy, że w kolejną zimę już się to uda, a latem zawieziemy motocykle naszych klientów do Azji, czy na Islandię. Trzymajcie kciuki!

Strona Motobirds: https://motobirds.com

Najnowsze

Paula Lazarek

Właściciele elektryków jeżdżą więcej niż posiadacze samochodów z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi?

Nissan ujawnił ciekawe dane z badania, które obalają mit związany z posiadaniem aut elektrycznych i wątpliwościami co do ich ograniczonego zasięgu.

Nissan pokazuje, że europejscy kierowcy samochodów elektrycznych nie tylko czerpią przyjemność z zeroemisyjnej mobilności, ale również pokonują spore odległości. Rocznie przejeżdżają średnio o 630 km więcej niż kierowcy pojazdów napędzanych silnikami spalinowymi, jak wynika z niedawno przeprowadzonego na zlecenie marki badania.

Pomagając lepiej zrozumieć doświadczenia związane z jazdą oraz punkt widzenia europejskich kierowców, badanie pokazało, że kierowcy samochodów elektrycznych wyznaczają trendy na europejskich drogach, przejeżdżając rocznie średnio 14 200 km.

Porównując te dane z wynikami uzyskanymi przez kierowców samochodów spalinowych, którzy rocznie przejeżdżają średnio 13 600 km, badanie to rysuje optymistyczną perspektywę dla zrównoważonej mobilności.

Nawiązując do obchodzonego 5 czerwca Światowego Dnia Ochrony Środowiska, którego celem jest promowanie ogólnoświatowej świadomości oraz działań na rzecz środowiska naturalnego, wnioski z badania pokazują mobilność elektryczną i korzyści, jakie z niej płyną dla środowiska, jako kluczowe czynniki pomagające mierzyć się z wyzwaniami w zakresie ochrony klimatu.

Wśród uczestników badania w Europie najwięcej kilometrów przejechali włoscy kierowcy samochodów elektrycznych, osiągając średnio przebieg ponad 15 000 km rocznie, a tuż za nimi uplasowali się kierowcy z Niderlandów (14 800 km), pokazując, że osoby, które przestawiły się już na napęd elektryczny, dobrze czują się za kierownicą pojazdów zeroemisyjnych.

Co cieszy, większość (69%) europejskich kierowców samochodów elektrycznych jest zadowolonych z dostępnej obecnie infrastruktury stacji ładowania. Podobnie, prawie jedna czwarta (23%) mówi, że niewystarczająca infrastruktura stacji ładowania stanowi najczęstszy mit pojawiający się wokół jazdy samochodami elektrycznymi, co świadczy o wysokim poziomie zadowolenia dotychczasowych kierowców tych samochodów i jest szansą na zwiększenie ich liczby w przyszłości.

Badanie ujawniło również silną rozbieżność pomiędzy opiniami na temat ładowania i infrastruktury wyrażonymi przez kierowców pojazdów elektrycznych korzystających już z tych urządzeń, a wrażeniami kierowców pojazdów spalinowych, którzy nie mieli jeszcze okazji z nich korzystać.

  • 56%1 europejskich kierowców pojazdów spalinowych, którzy nie rozważają zakupu samochodu elektrycznego, uważa, że liczba punktów ładowania jest niewystarczająca
  • 56% uważa, że zakup samochodów elektrycznych jest droższy w porównaniu z ich odpowiednikami z silnikami benzynowymi lub wysokoprężnymi
  • 48% sugeruje, że nie ma wystarczającej publicznej infrastruktury stacji ładowania

Jednakże ponad jedna czwarta europejskich kierowców samochodów elektrycznych wśród największych mitów związanych z tym napędem wymienia rozładowanie akumulatora w trakcie jazdy (28%), czas ładowania (30%) oraz wysokie koszty (31%), co świadczy o tym, że ładowanie i obsługująca je infrastruktura znajdują się na wystarczającym poziomie rozwoju.

Badanie firmy OnePoll przeprowadzone na grupie 7000 respondentów z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Holandii, Hiszpanii, Włoch i krajów skandynawskich (Norwegia, Szwecja i Dania) w dniach 29 stycznia – 23 lutego 2021 roku. Badanie zostało przeprowadzone online przez odpowiednio akredytowanych ankieterów. Respondentów jeżdżących pojazdami elektrycznymi lub spalinowymi wybrano za pomocą pytań przesiewowych i danych profilowych, aby zapewnić odpowiednią strukturę demograficzną badania. Ustalono określone limity, aby zapewnić reprezentatywność rynkową.

Najnowsze

Paula Lazarek

Toyota Land Cruiser 300 Series – silniki V6 twin-turbo i nowa 10-biegowa skrzynia automatyczna

Toyota Land Cruiser 300 Series, flagowa terenówka Toyoty, zadebiutowała podczas prezentacji on-line w Dubaju. Zobaczcie jak wygląda!

Obecnie debiutuje nowa generacja Land Cruisera z linii Station Wagon – model 300 Series. Został zaprezentowany podczas światowej premiery on-line, zorganizowanej w Dubaju. Nowy flagowy terenowy samochód w gamie Toyoty to pierwszy Land Cruiser z linii Station Wagon od premiery LC 200 Series w 2007 roku. 

Land Cruiser 300 Series to pierwszy model zbudowany na platformie GA-F z serii TNGA (Toyota New Global Architecture). Jest to pierwsza platforma w architekturze TNGA z konstrukcją ramową.

Land Cruiser 300 Series jest o 200 kg lżejszy od poprzednika. Nowe zawieszenie zostało dopracowane podczas testów z udziałem mistrzów kierownicy Toyoty oraz doświadczonych kierowców Rajdu Dakar. Celem było stworzenie auta terenowego, którego ogromne możliwości off-roadowe idą w parze z łatwością prowadzenia i precyzyjną kontrolą nad samochodem – zarówno w terenie, jak i na asfalcie.

Land Cruiser to pierwszy samochód, w którym zastosowano zaawansowany Multi-Terrain Monitor, który wyświetla w czasie rzeczywistym obraz zarówno bezpośredniego otoczenia samochodu oraz każdego koła, jak i nawierzchni drogi pod autem. System Multi-Terrain Select automatycznie ocenia rodzaj nawierzchni i dostosowuje do niej tryb jazdy.

Pod maską znajdziemy V6 twin-turbo – benzynowego o pojemności 3,5 l oraz 3,3-litrowego silnika Diesla. Obie jednostki wyróżniają się wiodącymi w klasie osiągami i kulturą pracy na poziomie klasycznego V8. Współpracuje z nimi nowa 10-stopniowa automatyczna skrzynia biegów.

Najnowsze

Paula Lazarek

Piękna pogoda zbiera śmiertelne żniwo. O czym nie wolno zapominać na drodze?

Doskonała widoczność w naturalnym świetle dnia, ciepła pogoda i brak opadów to dla kierowcy idealne warunki atmosferyczne sprzyjające pewnej, komfortowej jeździe. W takich okolicznościach niestety łatwiej się zapomnieć i mocniej przycisnąć pedał gazu, co może mieć tragiczne konsekwencje. Negatywny wpływ na bezpieczeństwo jazdy mają też wysokie temperatury i oślepiające promienie słońca.

Paradoksalnie ładna pogoda stanowi spore wyzwanie dla kierowców, bo właśnie w takich warunkach najczęściej dochodzi do wypadków, również tych ze skutkiem śmiertelnym. Dlatego warto pamiętać, na co powinniśmy wtedy zwrócić szczególną uwagę za kierownicą.

Przy ładnej pogodzie noga z gazu i szybkie reagowanie

Do większości wypadków drogowych rokrocznie dochodzi w pogodne dni i na suchej nawierzchni, przy bardzo dobrej widoczności innych uczestników ruchu. W ubiegłym roku przy dobrych warunkach atmosferycznych zanotowano 15 316 wypadków, to o ponad 10 tysięcy więcej niż przy pochmurnej aurze. 

Dobre warunki atmosferyczne mogą stwarzać złudzenie poczucia bezpieczeństwa na drodze i tym samym skutecznie uśpić czujność nawet najbardziej doświadczonych kierowców. 

W takich warunkach kierowca powinien zdecydowanie surowiej oceniać prędkość, z jaką się porusza, redukując ją, tak aby mógł błyskawicznie zareagować na sytuację na drodze, na przykład odpowiednio wcześnie rozpocząć manewr hamowania. 

Korzystne warunki atmosferyczne na pewno pozytywnie wpływają na komfort i poczucie pewności podczas prowadzenia samochodu. Nie mogą być one jednak sygnałem do zwiększania prędkości czy brawurowej jazdy. To właśnie takie zachowania kierowców najbardziej zagrażają bezpieczeństwu na drogach. Nie lekceważmy tego i przede wszystkim zwolnijmy – mówi Adam Bernard, dyrektor Szkoły Bezpiecznej Jazdy Renault.

Dostosuj temperaturę w samochodzie

W gorące dni warto zadbać o to, aby warunki wewnątrz auta dodatkowo nie przyczyniały się do obniżenia koncentracji kierowcy. W tym celu należy wyregulować odpowiednio temperaturę. Jej optymalna wysokość w samochodzie powinna wynosić 20-22°C. Zbyt wysoka temperatura może powodować niedotlenienie organizmu, dyskomfort psychiczny, obniżenie sprawności motorycznej oraz senność. 

Nie daj się oślepić 

W słoneczne dni należy też uważać, aby oślepiające promienie słońca nie spowodowały niebezpiecznej utraty widoczności za kierownicą. W ubiegłym roku uczestnicy ruchu drogowego oślepieni przez słońce spowodowali 522 wypadki. Aby zminimalizować tego typu ryzyko podczas prowadzenia, najlepiej zaopatrzyć się w wysokiej jakości okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV i poprawiającą komfort widzenia polaryzacją eliminującą odblaski.

Najnowsze