Edyta Klim

O wyścigach klasyków rozmawiamy z Kamą Falandysz

Fascynacja Kamy Falandysz klasycznymi samochodami przeszła kilka etapów, od turystyki, pomocy w organizacji imprez, pilotowanie, po starty w zawodach.

Czym jest dla Ciebie motoryzacja i jak mocno wpłynęła na Twoje życie?

Była każdą wolną chwilą i złotówką. Wpłynęła bardzo, bo poświęciłam jej kawałek życia i zainwestowałam wiele środków. Poświęciłam się tej pasji, jednak dzisiaj (niestety) nieco się odseparowałam. Wiem jak drogi to jest sport dla „przeciętniaka”, a szczególnie dla miłośnika klasyków…

Od dziecka to lubiłaś, czy był taki moment przełomowy?

Od zawsze chciałam uczestniczyć we wszystkich męskich zajęciach. Prawo jazdy musiałam mieć „już, natychmiast”, więc zaczęłam kurs jak miałam 16 lat (bo od 17 było można już zacząć przymierzać się do egzaminu). A później byłam wieloletnim piratem drogowym (śmiech).

Jak się zaczęła i ile trwała Twoja przygoda z wyścigami klasyków?

Klasykami zainteresowałam się dopiero, po zetknięciu z miłośnikami tematu i za pośrednictwem mojego chłopaka. Wcześniej były rajdy przeprawowe terenówkami i wypady na RMPST jako widz, albo pomoc organizacyjna. Klasyki pojawiły się jeszcze na studiach, a zainteresowanie nimi przechodziło różne fazy – nie od razu siadałam za ich kierownicą. Z chęcią pomagałam przy organizacji imprez motoryzacyjnych, uczestniczyłam turystycznie, a po jakimś czasie pilotowałam i bawiłam się w nich jako kierowca. Przez wiele lat współużytkowałam dużo dziwnych aut (niekoniecznie wartościowych lub unikatowych – ale zazwyczaj dość klimatycznych) i relatywnie niedawno przesiałam się do współczesnego auta. Moja przygoda z motoryzacją zaczęła się około 2001 roku i nieprzerwanie trwała 14 lat. Nie twierdzę jednak, że kategorycznie się zakończyła. Na razie zajęłam się po prostu czymś innym. Mam nadal Hondę Prelude II gen. z 87 roku i pomimo, że jest w kiepskim stanie blacharskim, to nie zamierzam się jej pozbywać, bo mechanicznie jest bez zarzutu.

Klasyki łączą ludzi, nie tylko na torze?

Jak najbardziej. Na początku było zwykłe przemieszczanie się klasykami, udział w różnych imprezach motoryzacyjnych, typu rajdy turystyczne czy zloty – relaks wśród osób z podobnymi zainteresowaniami w otoczeniu fajnych samochodów, o których można rozprawiać godzinami! Ściganie przyszło w zasadzie na samym końcu i to też bez specjalnej presji na wynik.

Takie wyścigi są bardziej wymagające pod kątem przygotowania dla klasyków, niż np. dla współczesnych aut rajdowych?

Jest mi ciężko w prosty sposób udzielić odpowiedzi, bo wszystko zależy od rodzaju imprezy sportowej, w jakiej chce się wziąć udział. Zależy to także, od podejścia właściciela auta. Niektórzy startują oryginałami, inni modyfikują podzespoły, aby poprawić wydajność, a jeszcze inni przerabiają auta na wzór ich sportowych wersji z epoki. Zabawa z motoryzacją generalnie jest droga i niezależnie od tego, czy próbuje się bawić oryginałami, czy inwestuje się w modyfikacje. Czy porównywalnie ze współczesnymi rajdówkami? Wątpię. Wydaje mi się, że nowe technologie to są jednak kosmiczne koszty. Ale niestety nie jestem wiarygodna, bo nie mam porównania.

Dużo czasu zajmuje takie przygotowanie?

Przy samochodzie, szczególnie starym – można spędzić nieograniczoną jego ilość na np. na wynajdywaniu już nieprodukowanych części, a działających. Niektórzy nieustająco muszą coś poprawiać, inni mają to już za sobą i trzymają swoje kochane auto na dywanie w garażu i wyjeżdżają nim tylko na bardziej znaczące imprezy (śmiech). Ci, co mają rajdówki i porządnie ich używają – ponoszą koszty związane z naprawami. I mam wrażenie, że znowu można to rozpatrywać w kilku sytuacjach: jedni jeżdżą asekuracyjnie, żeby nic nie zniszczyć, inni walczą o wyniki i zdarza im się, mówiąc w dużym skrócie – coś zepsuć. Ten temat mogę rozwijać, bo psucie rajdówek to mieliśmy opanowany… (śmiech)

Czyli należałaś do tej grupy kierowców, która daje z siebie wszystko, niezależnie od późniejszych kosztów?

Trochę niestety tak. Po wystartowaniu przełączałam się w zupełnie inny tryb. Jak pilotowałam, to jeszcze te tryby funkcjonowały równolegle i reagowałam nerwowo na sytuacje zagrażające mi lub sprzętowi, ale jak prowadziłam osobiście, to niestety nie miałam kontaktu z rozumem (śmiech).

Masz smykałkę techniczną? Lubisz sama coś zrobić przy swoim samochodzie?

Kiedyś miałam taki imperatyw – z pasją regulowałam zawory szczelinomierzem, ale szybko odkryłam, że od takich rzeczy są fachowcy, a ja mam wystarczającą satysfakcję ze sprawnego zmieniania kół przed kolejnymi startami i to mi wystarczy (śmiech). Umiem wykonać wiele podstawowych czynności przy samochodzie, ale już od dawna nie potrzebuję nic tam sama grzebać.

Twoim zdaniem więcej kobiet powinno się interesować motoryzacją? I dlaczego w sumie tak nie jest?

Bo nic na siłę… I zależy o jakim typie zainteresowania motoryzacją mówimy. Jeśli chodzi o typową rywalizację sportową, to uważam, że sprawdzą się w niej kobiety, które to czują, mają inaczej poukładane w głowie. Pewnie dlatego jest ich relatywnie mało. Każdy start to bardzo dużo skrajnych emocji i niekiedy wielki stres. Mam wrażenie, że kobiety (ogólnie) są zbyt odpowiedzialne i pragmatyczne, żeby świadomie się tak narażać. Wiele razy umierałam ze strachu w trakcie niebezpiecznych przechyłów (np. w momencie zbyt stromego zjazdu i realnej wizji tzw. „rolki przez nos”), poślizgów w swoim i nieswoim wykonaniu, i całego wachlarza sytuacji, które w skrócie mogły prowadzić do wypadku. Mówię to, po konkretnym dachowaniu i kilku pomniejszych kolizjach rajdowych.

A znów w szeroko pojętej turystyce samochodowej jest wiele kobiet. Znam mnóstwo mieszanych zespołów biorących udział w rajdach nawigacyjnych bądź turystyczno – krajoznawczych. I wiele razy wspólnie z innymi załogami mieszanymi w takich uczestniczyłam.

Takie zawody łatwiej wpisują się w „kobieca naturę”?

Nie chcę tak generalizować, bo sama walczę z szufladkowaniem ze względu na płeć. Takie zawody są po prostu przyjemną formą spędzania czasu i dotyczy to wszystkich, niezależnie od płci. Mogę powiedzieć tylko za siebie, że chęć rywalizacji szła w parze z trybem życia, jaki w tamtym czasie prowadziłam i rozwój w tym kierunku stał się po prostu potrzebą chwili.

Jak byś porównała samochód klasyczny ze współczesnym w codziennym użytkowaniu? Jakie są plusy i minusy takiego wyboru?

To jest tak, że z klasykiem zawsze trzeba się liczyć… Absolutnie niczego nie wolno bagatelizować, bo w najlepszym wypadku masz cały bagażnik części, w pośrednim – umiesz coś na to poradzić „na gorąco”, a w pośrednim drugiego stopnia – ktoś cię podholuje. W najgorszym – nocujesz na poboczu, biegając po polu kukurydzy i szukając zasięgu… Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że samochody jakimi się poruszałam bywały w bardzo różnym stanie, stąd i takie doświadczenia, ale to stanowczo nie jest norma. Większość moich znajomych bardzo dba o swoje klasyki i nie obawia się o takie sytuacje. Ewentualnie klasyk między imprezami porusza się na lawecie i zazwyczaj tak jest najpraktyczniej (śmiech). W każdym razie radość z przemieszczania się „analogowym” autem, które naprawdę ma duszę i jest zupełnie inne (czyniąc ciebie też nieco innym od ogółu społeczeństwa), napawa dumą i wielką satysfakcją! Te auta zupełnie inaczej współpracują (albo i nie), a systemy nie chronią cię przed brawurą i własną głupotą. Siermiężność jest słuszna i jak najbardziej na miejscu. Prądnica wygrywa z przepisem o całodobowej jeździe na światłach, a brak pasów z tyłu wygrywa z aktualnymi normami bezpieczeństwa. Jednak zawsze, gdy mogę się przejechać własnym „gratem”, albo pomóc komuś z przeprowadzeniem jego „grata” z punktu A do B, jestem niezmiernie szczęśliwa i mam niczym nieuzasadnione wrażenie, że każdy, kogo mijam wie, że to naprawdę niezwykły samochód! Najczęściej jestem w błędzie (śmiech).

A współczesne auto? No nie, fajnie, że mu się te lusterka grzeją jak leży na nich śnieg. Fajnie, że już pot się ze mnie nie leje latem w korku bez klimy. Wszystko fajnie, ale niestety niewiele mnie on obchodzi, bo emocji nie budzi żadnych! Jestem przeciętnym użytkownikiem szos, wszystko działa, nic nie odpada. Mam z nim minimalną więź (bo niestety z każdym swoim samochodem się w końcu zaprzyjaźniam), ale to nie jest to! To tylko wygoda i nudny pragmatyzm. Może gdybym stanęła przed koniecznością kupna własnego, współczesnego auta, to byłoby w nim trochę więcej fantazji, bo obecnie korzystam ze służbowego (ale jak wiadomo dwoma na raz jeździć nie będę).

Podsumowując po żołniersku – wady klasyka: nigdy nie wiedziałam, co zamierza mu się popsuć i kiedy; zalety klasyka: patrz wyżej. Zalety współczesnego auta: zawsze cicho, zawsze pewnie, a wady: ale gdzie w tym to poczucie użytkowania czegoś wyjątkowego? Ano nigdzie.

Gdyby motoryzacja na nowo miała zawładnąć Twoim życiem, to znowu by to były klasyki?

Prawdopodobnie, ale nie na 100%. W tej całej zabawie doszłam już do miejsca, w którym zdałam sobie sprawę, że jest mi szkoda marnować klasyczne samochody na moje uczenie się, by coraz szybciej i efektywniej jeździć. Cały czas to była zabawa, ale chęć samodoskonalenia była równie ważna. I jak już obtarłam moją Celicę GT4 od zderzaka po zderzak – przyszła refleksja, że jak dalej mam się tak bawić, to trzeba sobie sprawić tanie, małe „pudełko” z klatką i mogę się dalej obijać (śmiech). Do tej fazy już jednak nie doszło i sama nie wiem, czy to dobrze czy źle…

Najnowsze

Edyta Klim

Zawodniczki podsumowują 26. Rajd Rzeszowski

Tegoroczna edycja Rajdu Rzeszowskiego okazała się być bardzo wymagająca, a liczne wypadki skutkowały przerywaniem odcinków.

Rajd Rzeszowski był rundą mistrzostw Europy, Europy Centralnej oraz Polski. Wyznaczone odcinki specjalne przysporzyły zawodnikom wiele trudności:

Najwyżej sklasyfikowaną zawodniczką rajdu została Katarzyna Pytel-Majkowska w roli pilota Jacka Poloka w Fordzie Fiesta. Załoga osiągnęła 25 miejsce w klasyfikacji generalnej i pierwsze w klasie 4F:

– Rajd był trudny, a trasy wymagające, techniczne i szybkie. Przykro mi, że pierwszego dnia przejechaliśmy tak mało kilometrów oesowych, drugiego dnia było trochę lepiej (choć też bez szaleństw). Pomimo tego, praca pilota była bardzo intensywna i wyczerpująca, ale jesteśmy szczęśliwi, bo na mecie i z dobrym wynikiem! Nasz sponsor Soprema Polska jest zadowolony i obecna na rajdzie moja rodzina – również. Dziękujemy wszystkim za wsparcie i już szykujemy się na Rajd Dolnośląski – podsumowuje zawodniczka.

Drugą szczęściarą na mecie była Klaudia Temple za kierownicą Hondy Civic, jednak do pełni szczęścia zabrakło sporo kilometrów oesowych. Razem z pilotem Michałem Poradziszem osiągnęła 4. miejsce w klasie i 26. w klasyfikacji generalnej:

– Długo wyczekiwany Rajd Rzeszowski już za nami. Niestety w pierwszym dniu wszystkie oesy zostały odwołane, a drugiego dnia kolejne dwa – tym samym rajd dla klasy HR4 rozegrał się jedynie na 4 oesach… Ukończyliśmy go na 4 miejscu w klasie. W drugi weekend września zapraszamy do kibicowania na Rajdzie Dolnośląskim – zaprasza Klaudia.

Metę osiągnęła również w pełni kobieca załoga w Oplu Adam Tamara Molinaro (ITA) i Ursula Mayrhofer (AUT). Na mecie mogły cieszyć się z 2. miejsca w klasyfikacji ERC i 8. w klasie i jako jedyne dotarły do mety w klasyfikacji kobiet ERC.

A na 7. miejscu w klasyfikacji generalnej CEZ i takim samym w klasie uplasowała się załoga Forda Fiesty: Vlastimil Majer (SVK) oraz Michaela Vejackova (SVK) w roli pilota.

Lista zawodniczek, które rajdu nie ukończyły jest niestety dłuższa. Już na drugim odcinku specjalnym poważnie wyglądający wypadek miała załoga: Dariusz Poloński i Balbina Gryczyńska w Peugeocie 208. Zawodniczka odniosła w nim obrażenia:

– Kurcze, nie tak miało być. Nie wyszło nam tym razem. Zaczęliśmy zgodnie z planem, osiągając bardzo dobry wynik na odcinku kwalifikacyjnym. Dzięki temu w pierwszym dniu rajdu jechaliśmy tuż za rewelacyjnym Jarim Huttunenem. Mając podobne warunki mogliśmy porównywać do niego swoje czasy, dostosowywać tempo. Celem było przejechanie sprawnie pierwszego dnia i zaatakowanie na odcinkach etapu drugiego, na których mieliśmy pewną przewagę nad konkurentami z ERC, bo znaliśmy te oesy z poprzednich rund Mistrzostw Polski. Pierwszy oes jechało nam się bardzo fajnie, była dynamika, było tempo, nie było zbytniego ryzyka, no ale jak jest za fajnie – to trzeba być szczególnie czujnym. Za połową drugiego oesu na lewym szybkim zakręcie niespodziewanie wysoko nas podbiło, przelecieliśmy praktycznie całą prostą przeznaczoną na hamowanie i jak „wylądowaliśmy”, to już nie daliśmy rady skręcić w ciasny prawy zakręt. Pojechaliśmy prosto w las, a dokładnie w drzewo, które stało tuż przy drodze. Wypadek był dość nieprzyjemny. Auto zatrzymało się nagle przy dość dużej prędkości. Na szczęście po kontroli w szpitalu okazało się, że obyło się bez poważniejszych urazów. Ja co prawda mam połamane palce śródstopia, ale oprócz tego jesteśmy tylko mocno poobijani. Gorzej z autem, prawdopodobnie niewiele będzie się dało z niego odzyskać. No nic… Taki sport. Jeszcze raz dziękuję za pomoc udzieloną nam po wypadku oraz za płynące do nas słowa otuchy. Gratuluję zawodniczkom, które osiągnęły metę, bo ten rajd to było prawdziwe wyzwanie. Do następnego! – podsumowuje Balbina.

Dużym rozczarowaniem zakończył się rajd dla rajdowego małżeństwa Tomasza i Agnieszki Pyra w Hondzie Civic:

– No cóż, prawdę powiedziawszy nie wiem, co mam powiedzieć po Rajdzie Rzeszowskim. Bardzo staraliśmy się w nim wystartować, uważamy ten rajd za najlepszy w sezonie, niestety w tym roku okazał się on dla nas wielką porażką i ogromnym rozczarowaniem. Pierwszego dnia nie udało nam się wystartować do żadnego z fantastycznych odcinków specjalnych z powodu ich permanentnego odwoływania. Przejechaliśmy jedynie odcinek w Rzeszowie. Następnego dnia, po wyjeździe z parku zamkniętego, ujawniła się ukryta usterka techniczna, której „nabawiliśmy” się podczas uderzenia w drzewo w trakcie poprzedniej eliminacji RSMP. Usterka ta, zapewne wcześniej dałaby o sobie znać, gdybyśmy przejechali choć jeden porządny odcinek specjalny (wtedy wzięcie rally2 pozwoliłoby nam przynajmniej nacieszyć się odcinkami dnia drugiego i powalczyć o jakiekolwiek punkty do klasyfikacji rocznej). Niestety nasza przygoda z Rajdem Rzeszowskim zakończyła się tak naprawdę, zanim się rozpoczęła… Gratulujemy wszystkim załogom, które dotarły do mety, bo rajd był bardzo trudny i wymagający. Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali i będziemy się starali powrócić na podkarpackie oesy w przyszłym roku – mówi Agnieszka.

Do mety nie dotarła także Katarzyna Wojtiuk, która wspierała Macieja Rawskiego w VW Polo GTI:

– Niestety w tym roku Rajd Rzeszowski nie był dla mnie łaskawy. Wszystko zapowiadało się pięknie: auto było wcześniej przygotowane, serwis w gotowości, a my nawet nie spóźniliśmy się na odbiór administracyjny (śmiech). Pierwszego dnia rajdu w ekstremalnie upalnych warunkach było nam dane odbyć rajd turystyczny po okolicach Rzeszowa, gdyż 4 z 5 odcinków specjalnych zostało przerwanych (!) z powodu poważnych incydentów. W dodatku zaraz po wyjeździe z drugiego serwisu dopadła nas tak fatalna awaria, że aby móc kontynuować jazdę, spóźniamy się na PKC 13 minut… Udało się przejechać jedynie krótki odcinek miejski, a z powodu kary czasowej za poprzednie spóźnienie, byliśmy zmuszeni niewygodnie wyprzedzać słabszy samochód, jadący normalnie za nami. Następnego dnia pecha ciąg dalszy…. Próbowaliśmy łatać awarię z poprzedniego dnia i jak na złość, kupiona z rana część nie pasuje. Na krótkim porannym serwisie klniemy tylko pod nosem i pojechaliśmy na umierającej pompie wspomagania. Nie ułatwia topokonywania ciasnych nawrotów na odcinkach specjalnych, a w dodatku znów niektóre z nich są przerywane wypadkami. Na sam koniec 3-ciego, przejechanego w całym rajdzie oesu – umarł nam silnik. Kurtyna. – podsumowuje smutno Kasia.

Poważny wypadek na 4 odcinku miała również Emma Falcon (ESP) i Rogelio PEÑATE (ESP) w Citroenie DS3:

Mety nie osiągnęła także kobieca załoga Catie Munnings (GBR) i Anne Katharina Stein (AUT) w Peugeocie 208 (wypadek na 6 OS) oraz Eleonora Mori (ITA) w roli pilota Luca Rossetti (ITA) w Toyocie GT86 (3 OS).

Kolejną rundą RSMP będzie Rajd Dolnośląski z bazą w Dusznikach Zdrój, który rozegra się w dniach 8-9 września.

Najnowsze

Edyta Klim

Motocyklowi Łowcy Przygód – wycieczki motocyklowe po Dolnym Śląsku i nie tylko!

Rafał Wojtas od kilku lat organizuje wycieczki dla motocyklistów, jednak w tym sezonie zmienił ich formę, na bardziej otwartą dla mniejszych pojemności, a także początkujących.

Twoja motocyklowa grupa wycieczkowa zmieniła nazwę. Czy tylko to się zmieniło?

Zgadza się – teraz grupa ma nazwę Motocyklowi Łowcy Przygód, ponieważ sezon 2016 pokazał, że jest coraz więcej ludzi, którzy tak jak ja, lubią poznawać ciekawe miejsca. Okazało się, że  jest zainteresowanie moto wycieczkami oraz projektem Moto Inwazja, więc na 2017 wdrożyliśmy więcej wypadów za polską granicę i specjalne wypady  dla początkujących po Dolinie Baryczy. Fajną sprawą jest to, że jesteśmy coraz bardziej rozpoznawalni i dostaje zaproszenia z różnych ciekawych  miejsc i zawsze możemy liczyć na wstęp z odpowiednią zniżką.

Jakbyś miał określić przedział motocyklistów, którzy teraz najczęściej wybierają się z Tobą na wycieczki – to byliby to?

Motocykliści, dla których prędkość to nie wszystko, bo w naszej grupie nie ma żadnego podziału na pojemność czy  wiek i umiejętności. Cieszy mnie, że  coraz częściej pojawiają się motocykliści z grup  moto 125 oraz osoby początkujące. Koniec sezonu 2016 i początek 2017 pokazał, że coraz więcej motocyklistów zaczęło doceniać i cieszyć się z turystycznego spędzania czasu  na motocyklu, niż z przysłowiowego „zapier…”. Być może wpłynie to, na bardziej pozytywne postrzeganie motocyklistów i będzie nas zdecydowanie więcej na drogach, a nie mniej…

Jaka była najciekawsza wycieczka tego sezonu Twoim zdaniem? A która była najliczniejsza?

Zawsze wszystkie są ciekawe! (śmiech) Najmilej wspominam wypad do Doliny Baryczy dla początkujących, gdzie było nas, ponad 50 maszyn oraz ostatnią, gdzie zwiedzaliśmy Podziemne Miasto Osówka. Największym sukcesem tej wycieczki było pokazanie, że   motocykliści na 125 i na większych maszynach potrafią wspólnie jeździć i się świetnie razem bawić.

Motocyklistów interesuje historia? Czy wycieczki raczej przyciągają ich ze względu na możliwość wspólnego wypadu?

Myślę, że jedno i drugie – każdy jest ciekawy poznawania świata i interesujących rzeczy, o jakich wcześniej nie miał pojęcia. A jak do tego dołożymy możliwość wspólnej jazdy i poznawania nowych znajomych – to wtedy człowiek cieszy się, widząc uśmiechy na twarzach. Ta radość daje mi „powera” do dalszego działania. 

Czy obserwujesz „przypływ” motocyklistek? Czy jest to raczej ten sam poziom od kilku lat?

Niestety, jako przedstawiciel męskiej grupy muszę z żalem stwierdzić, że jeśli chodzi o panie, to nie ma ich dużej grupy. Zawsze jakieś zawitają na wycieczkach, ale ten poziom od dwóch sezonów raczej się nie zmienia. Drogie panie, apeluję! Przyjeżdżajcie na nasze wypady, nie ma co się bać, a wręcz z nami jest bezpieczniej i w grupie weselej!

Dlaczego właściwie robisz wycieczki dla społeczności motocyklowej?

Głównie dlatego, że bardzo lubię poznawać nowe, ciekawe miejsca, a jazda na motocyklu sprawia mi najwięcej radości. Wszystko zaczęło się jakieś 3 lata temu i trwa nadal, bo sprawia mi to przyjemność, gdy widzę radość na twarzach ludzi, którzy jeżdżą ze mną. Naprawdę nie przeszkadza mi to, czy na wycieczce pojawią się 3 osoby czy będzie ich 50. Zdaje sobie sprawę, że niektórzy mają mi za złe, że robię, aż takie  masowe wypady, ale  ja na siłę nikogo nie zachęcam – samo tak  wychodzi (śmiech). Podsumowując, dopóki będę miał czas to takie wycieczki będą nadal organizowane!

Od redakcji: Wycieczki są bezpłatne, jedynie paliwo i bilety wstępu, każdy opłaca we własnym zakresie. Kolejna wycieczka Motocyklowych Łowców Przygód jest planowana na najbliższą niedzielę, a szczegóły poznacie na profilu FB grupy: https://www.facebook.com/Motocyklowi-%C5%81owcy-Przyg%C3%B3d-100110043683523/ .

 

Najnowsze

Najbardziej zakorkowane miasta w Polsce 2017 – ranking

Sezon wakacyjny w pełni, a przed nami plany wyjazdowe. Planujecie odpoczynek w Polsce? Zobaczcie, w których miastach najdłużej postoicie w korkach.

Nikt nie lubi stać w korku, szczególnie w upalne dni. Dzięki wakacjom ruch samochodowy w dużych miastach przenosi się do kurortów nad morzem, w okolice mazurskich jezior czy górskie krajobrazy na południu Polski. 

Portal korkowo.pl podaje, że okres wiosenno-letni jest dla kierowców okresem najdłuższych postojów w korkach. Eksperci twierdzą jednoznacznie, że najgorzej jeździ się w Warszawie. Średnia prędkość podróży wynosi wtedy 39 km/h. Trochę lepiej wygląda sytuacja w Gdańsku (43 km/h) i Krakowie (44 km/h). Kolejne miasta, gdzie można się poruszać szybciej to Szczecin – śr. prędkość wynosi tam 45 km/h, oraz Bydgoszcz i Lublin – śr. prędkość 48 km/h.

Trochę inaczej wygląda sytuacja w ścisłym centrum miast. Tutaj niechlubny rekord należy do Krakowa, Wrocławia i Łodzi – średnia prędkość nie przekracza tam 26 km/h. Bez wątpienia najbardziej zakorkowanym miastem w Polsce jest Warszawa, ale dzięki trasom szybkiego ruchu wylądowała dopiero na 5. Miejscu rankingu. 

Serwis korkowo.pl podaje, że statystyki z roku na rok są coraz gorsze. Jeszcze w zeszłym roku średnia prędkość w Warszawie wynosiła 41 km/h, a obecnie jest o 2 km/h mniejsza.

Najnowsze

Suzuki Swift Sport – nadchodzi rasowy maluch

W sieci pojawiły się pierwsze zdjęcia nowego Suzuki Swift Sport. Rasowy hatchback zadebiutuje na salonie motoryzacyjnym we Frankfurcie, a tymczasem wyciekły już pierwsze zdjęcia.

Nowy Swift Sport już na pierwszy rzut oka podkreśla swój zadziorny charakter zmienionymi zderzakami. Z tyłu pojawił się dyfuzor, dwie końcówki wydechu oraz światło przeciwmgielne o trapezoidalnym kształcie, nawiązujące do sportowych bolidów. 

Rasowy hatchback z Japonii ma być dostępny z sześcioma kolorami do wyboru. W palecie znajdziemy takie barwy jak żółty, czerwony, niebieski, biały, grafitowy i czarny. W kabinie pojawią się czerwone akcenty, łącznie z przeszyciem sportowych, kubełkowych foteli i kierownicy. Obrotomierz o czerwonym tle wyskalowano do 8 tys. obr./min., a prędkościomierz ma grafitowe tło i podziałkę, która kończy się przy 260 km/h.

Nie znamy jeszcze silnika, który trafi pod maskę, ale wiadomo, że lewarek ręcznej skrzyni biegów ma mieć dużo krótszy skok niż w seryjnej wersji. W poprzednim modelu pracował silnik 1.6 o mocy 136 KM. W przypadku nowego modelu podejrzewamy turbodoładowaną jednostkę Boosterjet o pojemności 1.4, znaną z modelu Vitara S. Motor oferuje 140 KM mocy i 220 Nm maksymalnego momentu obrotowego. 

Więcej szczegółów na temat Suzuki Swift Sport poznamy już 12 września podczas salonu we Frankfurcie.

Najnowsze