Nasze babcie – automobilistki, motocyklistki, lotniczki

Choć kiedyś rolą kobiety było wyłącznie zajmowanie się domem, to mimo że było to źle widziane, niektóre z naszych babć zasiadały za kierownicą samochodów, motocykli czy za sterami samolotów. Były to prawdziwe pionierki, które swoją pasję okupowały drwinami, obelgami i dyskryminacją społeczną. Tylko niewielka liczba światłych ludzi doceniała ich pasję i nowatorskie poglądy na rolę kobiety w życiu społecznym.

Ile takich kobiet – pionierek automobilizmu i motocyklizmu w Polsce – było? Otóż od przełomu XIX i XX wieku, kiedy to na ziemiach polskich pojawił się pierwszy samochód (w 1896 roku) i pierwszy motocykl (1898), aż do września 1939 roku, prasa pisała o kilkudziesięciu kobietach, które z ogromną pasją aktywnie wkraczały w nowoczesność. Prawdopodobnie było ich dużo więcej. Przecież dzienniki przeważnie pisały tylko o kobietach biorących udział w zawodach sportowych, nie dostrzegając często tych, które pasji motoryzacyjnej oddawały się gdzieś na uboczu życia sportowego, dla zwykłej rekreacji czy turystyki.      

Jako pierwsze swoje istnienie zaznaczyły automobilistki. Już w latach 1908 – 1912 było ich w Polsce kilka, o czym starannie wzmiankowała prasa. Po odzyskaniu niepodległości, w 1918 roku, wkroczyliśmy w nowe realia. W dwudziestoleciu międzywojennym, w II Rzeczpospolitej, pasjonatek automobilizmu, motocyklizmu i lotnictwa sukcesywnie przybywało.

Do dziś znane są nazwiska: Koźmianowa, Loteczkowa, Keppen, Regulska, Zagórna, de Lavaux, Śliwińska – pań, które zaskakiwały swoją motopasją nie tylko swoje najbliższe otoczenie, ale miały często osiągnięcia na arenie międzynarodowej. Do tego spisu można by dopisać kilkadziesiąt innych pasjonatek, jednak ten rozdział naszej historii dopiero czeka na upowszechnienie. Dziś dzielimy się z wami opowieścią o dwóch, niesamowitych motocyklistkach.

Maria Wardas – motocyklistka międzywojnia

Jedną z najbarwniejszych Polek dosiadających motocykla była bez wątpienia Maria Wardasówna z Cieszyna (forma: „Wardasówna” dotyczyła panien). Z jej życiorysu bije niesamowita siła, upór, konsekwencja i pasja. Wprawdzie po pewnym czasie motocykle zamieniła na samoloty, ale jej życiowa przygoda rozpoczęła się właśnie od jednośladu.

Maria Wardas urodziła się 5 lipca 1907 roku we wsi Roztropice, w rodzinie chłopskiej. Łącząc naukę z pracą w rodzinnym gospodarstwie zdobywała kolejne szczeble edukacji. W późniejszym okresie wyjeżdżała do Krakowa, Warszawy i Cieszyna, gdzie pracując fizycznie (jako pomoc domowa, następnie w fabryce) dalej szkoliła się na różnych kursach, m.in. dla maszynistek, buchalterów, pielęgniarek. W 1928 roku, w Cieszynie, rozpoczęła pracę stenotypistki w Wojewódzkim Urzędzie Budownictwa. Dodatkowo wykonywała również sporo prac zleconych z innych instytucji. W 1929 roku, kosztem wielu wyrzeczeń, zaoszczędziła kwotę 2000 złotych i kupiła motocykl DKW. Jaki był wówczas stosunek społeczeństwa do motocyklistek opowiada w artykule Kazimierza Kasperka „Panna z propellerem”, opublikowanym w „Głosie Ziemi Cieszyńskiej” w 1982 roku. Zacytowany fragment dotyczy momentu, gdy panna Wardasówna prowadziła motocykl na miejsce, gdzie chciała się uczyć jazdy na nim.

(…) Chciałam chyłkiem przebiec koło kościoła, ale akurat kiedy byłam naprzeciwko, drzwi się otworzyły i ewangeliku wyległy na ulicę. Starsze babki zaczęły mnie od razu obrzucać epitetami: „Tfu! Hańba! Wstyd! Opica!” itd. Czerwona jak burak zaczynam uciekać, ale dzieci, słysząc jak mnie zwymyślano, biegną za mną i obrzucają kamieniami (…).

Zakup motocykla kosztował ją dodatkowo utratę posady. W 1929 roku małomiasteczkowe, konserwatywne społeczeństwo Cieszyna, nie mogło pogodzić się z tym, że kobieta jeździ na motocyklu. Pod wpływem licznych skarg wojewoda zwolnił Wardasównę z pracy za: „zachowanie nie licujące z godnością urzędnika”. 

Maria Wardasówna przeniosła się wówczas do Katowic i tam pracując zawodowo równocześnie rozpoczęła naukę pilotażu w Aeroklubie Śląskim. W 1931 roku wzięła udział w „Pierwszym rajdzie lotniczek polskich dookoła granic Rzeczpospolitej”. W 1932 roku przeprowadziła się do Warszawy. Po wojnie zaczęła pisać książki wspomnieniowe. Maria Wardas zmarła w 1986 roku.

Irena Latasówna – w wyścigach motocyklowych

W drugiej połowie lat 30., na arenie motocyklowej, pojawiła się nowa postać – krakowianka, Irena Latasówna. Szybko dała się poznać jako utalentowana zawodniczka. Starty w zawodach rozpoczęła na angielskim, sportowym motocyklu AJW 500, marce dziś zapomnianej. Wkrótce przesiadła się jednak na Rudge 250 i równolegle na krajową SHL 98 z silnikiem Villiers. Jak podawała prasa, jej Rudge, specjalnie przystosowany do wyścigów, osiągał prędkość 140 km/h! W odróżnieniu od swych koleżanek motocyklistek, Irena Latasówna startowała głównie w wyścigach, w barwach Krakowskiego Klubu Motocyklowego.

W 1939 roku startowała nawet w dwóch klasach: 100 i 250. Wśród jej licznych startów warto wspomnieć najważniejsze wyścigi, w 1938 roku w: Ojcowie, Bielsku, Warszawie, Gdyni, Cieszynie oraz w 1939 roku w: Cieszynie, Ojcowie, Gdyni, Warszawie. W relacji z wyścigu w Cieszynie, w 1939 roku, „Ilustrowany Kurier Codzienny” pisał:

(…) Udział w zawodach wzięli czołowi kierowcy Polscy, że zwycięzcą zawodów w Bielsku Brendlerem oraz Bathel, Alfred Geyer i Mieloch na czele. Atrakcją jednak zawodów była najlepsza obecnie motocyklistka Polska p. Irena Latasówna z Krakowa (…). 

Mimo dobrej technicznie jazdy często dręczył ją pech – w Warszawie i Gdyni awaria motocykla, w Cieszynie wypadek i kontuzja. Cieszyński wypadek (w 1939 roku) miał miejsce w biegu klasy 100, zanim jednak do niego doszło Irena Latasówna wygrała wyścig w klasie 250. Ostatni odnotowany przez prasę start Ireny Latasówny w wyścigach motocyklowych miał miejsce w lipcu 1939 roku. Kilka tygodni później wybuchła wojna.  

Autor: Tomasz Szczerbicki

Najnowsze

Kolizja na skrzyżowaniu. Przez zieloną strzałkę?

Pewien kierowca wjechał na skrzyżowanie mając czerwone światło. Czy zasugerował się tym, jak jechali inni?

Bezpieczna jazda samochodem wymaga nieustannej obserwacji sytuacji na drodze, a prowadząc pojazd nie możemy sugerować się tym, co robią inni. Wiele wskazuje na to, że właśnie naśladowanie innych doprowadziło do kolizji.

Na nagraniu wyraźnie widać kto ma zielone światło. Wszystkie samochody wjeżdżające na skrzyżowanie z prawej strony skręcały w prawo, więc musiały korzystać z zielonej strzałki. Mógł się tym zasugerować kierujący czarnym Renault, który zignorował czerwone światło i doprowadził do kolizji.

Najnowsze

Zapomniał o ręcznym, wyłamał sobie drzwi

Jak można wysiąść z auta z włączonym silnikiem i nie zaciągnąć hamulca ręcznego? Okazuje się, że można.

Pewien mężczyzna zamykał bramę wjazdową, gdy nagle rzucił się przed siebie. Po kilku sekundach widzimy, jak próbuje własnym ciałem zatrzymać staczający się samochód. Walkę przegrał, a pojazd zatrzymał się dopiero po dojechaniu do ściany budynku obok, prawdopodobnie uderzając właściciela.

Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna wjechał na posesję, wysiadł z auta i chciał zamknąć bramę, kiedy auto nagle zaczęło się staczać. Kierowca nie zaciągnął hamulca ręcznego, a do tego nie zamknął drzwi, które uderzyły w zaparkowany samochód z włączoną kamerą.

Najnowsze

Edyta Klim

Anastasiya Nifontova – pierwsza motocyklistka, która ukończyła Rajd Dakar bez wsparcia serwisu!

Anastasiya Nifontova to niezwykle silna i odważna motocyklistka, która już podczas swojego drugiego startu w Rajdzie Dakar zapisała się w jego historii na zawsze.

Na podium Rajdu Dakar 2019 w Limie Anastasiya Nifontova uplasowała się na 63. miejscu w klasyfikacji generalnej oraz 10. miejscu w kategorii „Original by Motul”, czyli zawodników bez wsparcia serwisowego. Tym samym stała się pierwszą kobietą w historii Rajdu Dakar, która pokonała w ten sposób wyznaczoną trasę:

– Ja to zrobiłam! Nie wiem, co powiedzieć! Nie ma właściwych słów, by opisać moje uczucia. To niewiarygodne!” – powiedziała Anastasiya na mecie.

Zobacz także: Rekordowa liczba zawodniczek w Rajdzie Dakar

To szczególnie trudna kategoria, w której zawodnicy nie są obsługiwani przez serwisantów podczas całego wydarzenia. Oni ścigają się, rozbijają obóz, naprawiają i przygotowują swoje motocykle bez pomocy z zewnątrz od początku do końca. Gdy inni mogą odpocząć i zebrać siły, zawodnicy „Original by Motul” przygotowują się do kolejnego dnia rywalizacji.

Miłość do motocykli zaszczepił jej ojciec, gdy na 16-ste urodziny lat otrzymała od niego motocykl. Później pracowała w sklepie motocyklowym, studiowała i wychowywała 2 córki. Startowała w różnych zawodach, jednak dopiero w 2014 roku na poważnie zajęła się startami w większych rajdach cross-country. W 2017 roku wystartowała po raz pierwszy w Rajdzie Dakar, gdzie zajęła 2. miejsce w klasyfikacji motocyklistek i 75. w klasyfikacji generalnej. W dniu 19 stycznia obchodziła swoje 40-ste urodziny, a prezent na nie wywalczyła sobie sama!

Najnowsze

Edyta Klim

Moto Złośnica – dzięki samochodom czerpie życie garściami!

Wiktoria Jurczewska to „Moto Złośnica”, która kocha adrenalinę i bardzo szybko się nudzi. Jednak zaryzykujemy stwierdzeniem, że driftingiem nie znudzi się nigdy!

Co jest Twoją największą w życiu pasją?

Moją pasją jest drift, czyli jazda bokiem w poślizgu kontrolowanym – to taka formułka. Dla mnie, to bardziej dymny taniec samochodem. Kocham to uczucie, kiedy leci się bokiem. Nie da się tego opisać słowami. Pamiętam, jak w 2015 roku trafiłam na filmiki Oli Fijał i do 4-tej w nocy przewertowałam pół internetu w tematyce driftu i driftingu. Właśnie wtedy się w tym zakochałam.

Udzielasz się też jako dziennikarka sportowa?

Tak, moim konikiem jest dziennikarstwo i PR. Dwa lata temu, jako studentka dziennikarstwa, poznałam ekipę Driftingowych Mistrzostw Polski, która pozwoliła mi rozwijać dziennikarską zajawkę i tak już z nimi zostałam. Może nie tyle komentuję zawody, co prowadzę relację live i przeprowadzam wywiady z zawodnikami, podczas każdej rundy w sezonie. Dzięki temu poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy „chorują na drift”. Trafiłam do kolebki driftingu, gdzie słuchając i dopytując, wysnułam plan, że ja też dam radę tak jeździć! I tak się stało…

Od czego zaczęłaś własną przygodę i jak Ci szło?

Odważyłam się kupić tzw. „gruza” z tylnym napędem – to było BMW E30 z silnikiem 1.8l. Bez skrętu, bez ręcznego, bez gwintu. Pojechałam na lotnisko do Białej Podlaskiej na pierwszy trening i sama ciągnęłam lawetą tego strucla (śmiech). To było mega! Serce miałam pod gardłem, nie dowierzając, że właśnie upalam swoje pierwsze opony, kręcąc bączki i ósemki. Teraz buduję swój samochód do driftu i jeżdżę w międzyczasie na treningi, trochę lepiej przygotowanym do tego egzemplarzem.

Masz jakiegoś nauczyciela driftu?

Zaczynałam sama i dużo podpowiadał mi zespół STW Drift Team, ale moim „mistrzem Yodą driftingu” jest Kamil Dzierbicki – zawodnik klasy PRO Driftingowych Mistrzostw Polski. Jest przegenialnym nauczycielem! Potrafi przekazać swoją wiedzę, co nie jest łatwe. Ze stoickim  spokojem tłumaczy mi, co robie źle, przy czym perfekcyjnie wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje i mówi, co zrobić, żeby tak nie było. Potrafi także niesamowicie zmotywować i uświadomić mi moje mocne strony. Mega to do mnie dociera i bardzo imponuje. Do tego jest wspaniałym człowiekiem. Wskoczyłabym za nim w ogień. W uszach dźwięczy mi cały czas jego złoty tekst, z jednego z treningów na Torze Kielce: „Ty z nim walczysz, ty się siłujesz. A wy macie współgrać. Genialne! Zachęcam do obejrzenia vloga z tych treningów na moim YT. Filmik oddaje 100% Kamila, jako nauczyciela. Jego teksty są mistrzowskie!

Kto jest Twoim wzorem/idolem w tym sporcie?

Jest jeden zawodnik od którego, tak naprawdę, zaczęła się moja fascynacja tą dyscypliną – pięknym i dostojnym, dymnym tańcem samochodem. Jego przejazdy zawsze przyprawiają mnie o dreszcze. I choćby się waliło i paliło dookoła, to nie jestem w stanie oderwać oczu od oglądania jego przejazdów. To Marek Wartałowicz i jego słynne kąty. Mistrz! Jak oglądałam filmiki z udziałem „rekina”, przerobionego BMW E21 w rękach Marka, to łapałam się za głowę, że można robić tak fenomenalne rzeczy samochodem. Wchodzenie w zakręt tyłem samochodu (tzw. back entry) i płynne wyprowadzenie go w dalszą część trasy – tego się nie da opisać. To trzeba po prostu zobaczyć.

Miałam przyjemność jechać z Markiem na prawym fotelu na Torze Słomczyn. Wow! Ta lekkość, jakby lewitował nad torem przy dużych prędkościach, jednocześnie z poczuciem spokoju i satysfakcji z perfekcyjnego przejechania trasy. Do tego równe dźwięki wydobywające się z wydechu, bez szarpania, bez przerywania. Płynność i kąty. Uwielbiam! Szacun, Marek. Notabene, to z Markiem pierwszy raz w życiu driftowałam podczas Akademii STW Drift Team. Jak dowiedziałam się, że Marek prowadzi lekcje, padło z moich ust proste: „Tylko z Markiem!”. Fakt faktem, że był załamany (śmiech), bo totalnie nic mi nie szło. Ale jak pokazywałam mu filmiki z późniejszych treningów, to pokiwał głową z podziwem. Bezcenne!

Jaki był przełomowy moment w Twoim zainteresowaniu motoryzacją?

Tu musi wjechać ckliwa historia z niedalekiego, notabene, dzieciństwa (śmiech). Miałam 15 lat i tata uczył mnie jeździć, moim przyszłym samochodem – Toyotą Corollą serii E11 (to był niezawodny wóz!). Jeździliśmy po szutrowych, mazurskich drogach, między polami. Kiedy zobaczył, że w miarę ogarniam temat: sprzęgło, gaz, hamulec i kierownicę, to wpadł na genialny pomysł, żeby nauczyć mnie wykorzystywać hamulec ręczny. Jednak nie do zabezpieczenia samochodu podczas postoju (śmiech). Kazał mi się rozpędzić do znacznej prędkości i zaciągnąć ręczny. Chyba go pogrzało!” – pomyślałam. Ale, mój tata był zawodowym kierowcą, woził ważnych ludzi, umiał i lubił wykorzystywać możliwości różnych aut – taki trochę petrolhead.

Przy pierwszej próbie to on zaciągnął ręczny, bo ja się bałam. Ale to uczucie, kiedy sunęliśmy bokiem było niezmiernie satysfakcjonujące, a dźwięk kamyków obijających się o karoserię, dodawał dreszczyku emocji. „Dobra, teraz ja!” – nie musiał mnie już namawiać. Przy drugiej próbie, rozpędziłam się do 60 km/h, skręciłam kierownicę i zaciągnęłam ręczny. Zarzuciło tył, zakurzyło się za nami, a moje serce weszło na 8 tys. obrotów na minutę! To był sztos! (śmiech)

Oczywiście, takie głupoty często nie kończą się najlepiej. Tak było i wtedy, bo podczas sunięcia po szutrze spadła nam opona z felgi. To, w oczach mojego taty, było kolejne wyzwanie dla mnie. Było lato, szła burza i już naprawdę się zbliżała. Tata wyjął lewarek, klucz i dojazdówkę z bagażnika, rzucił mi to pod nogi i powiedział: „Burza idzie, masz jakieś 10-15 minut, żeby założyć dojazdówkę”. Nie było miękkiej gry. Pokazał mi, jak używając przeciwwagi (zawsze byłam malutka, ale wysportowana) poluzować krzyżakiem śruby i jak wykonać wszystkie czynności przy zmianie koła, co teraz jest dla mnie oczywiste. Uwierzycie lub nie – zdążyłam przed burzą i właśnie tego dnia poczułam, że mogę! Jak ja dobrze pamiętam to uczucie, że co z tego, że jestem dziewczyną, skoro właśnie przed chwilą zdjęłam oponę z felgi, lecąc na ręcznym i zmieniłam sama koło! Zawsze robiłam wszystko inaczej, a wtedy przekonałam się, że samochody są moje!

Super historia i pewnie razem z samochodami polubiłaś adrenalinę, ryzyko?

Kocham adrenalinę i bardzo szybko się nudzę. Do wszystkich szalonych rzeczy zawsze byłam i jestem pierwsza. Na wycieczce szkolnej, kiedy inne dziewczyny przeżywały, że boją się wejść na drzewo w parku linowym, to ja byłam już w połowie trasy, żeby zdążyć ją przejść drugi raz, jeszcze szybciej. Na paintballu miałam gdzieś, jak wyglądają moje włosy. Trzeba było się rzucać na glebę, w liście, żeby podejść niezauważonym jak najbliżej flagi. Kiedy latałam jako stewardessa, najlepszymi chwilami w pracy były szkolenia, podczas których ćwiczyliśmy przeprowadzenie ewakuacji pasażerów z pokładu. Krzycząc komendy, trzeba było przecisnąć się przez tłum panikarzy, żeby wyjąć okno awaryjne, które waży 15 kg. A trzeba było je jednym ruchem wyjąć z framugi i położyć na rząd foteli. Na ochotnika robiłam to parę razy, w spódnicy i obcasach (śmiech). Uwielbiałam to robić!

Strach pytać, o Twoje pozostałe pasje (śmiech). Jest coś czego się boisz?

Nurkowanie, kiteboarding, szybka jazda na nartach (i zaliczanie każdej muldy, żeby wyskoczyć), pływanie sportowe i siatkówka… Mnie po prostu nosi! Ubóstwiam się zmęczyć, być szybką i zwinną, a także przekraczać swoje granice. Jedyną rzeczą, na którą się nie zdecyduję, to skok na bungee. Wizja wyrwanych stawów i zdekompletowanego kręgosłupa mnie nie bawi. Ale skok ze spadochronem? Dajcie mi tylko bon na urodziny. Już ładuję się do samolotu! (śmiech)

Jak lubisz użytkować samochody?

Hmm, ciekawe pytanie. Pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi mi na myśl, to: „szybko” (śmiech). Moja przyjaciółka, siedząc ostatnio na miejscu pasażera, skomentowała: „Jezu, Ty jeździsz jak taki po***any gówniarz”, ale mówiła to ze spokojem i z uśmiechem na twarzy, siedząc wyluzowana w fotelu, więc, chyba nie robiłam głupot (śmiech). A warto zaznaczyć, że moja przyjaciółka Asia, to przez całe życie, taki mój głos rozsądku.

Mama za to, kiedy wyjeżdżam w trasę, mówi:Ja nie mam żadnych wątpliwości co do Ciebie, bo wiem, że jesteś mądra. Ja się boję o tych idiotów na drodze, bo nigdy nie wiesz, czy obok nie jedzie jakiś pijany albo naćpany”. Ja sama trzymam się tej reguły, że kierowca uczy się całe życie. Z moją ciężką nogą, użytkuję samochody nieekonomicznie. Szczególnie uświadamia mi to moja Mazda MX-5 z silnikiem 1.6, która przy mojej jeździe pali 12l/100km… Ups.

Lubisz też przy nich trochę pomajstrować?

Tak, lubię, choć ubolewam, że teraz mam mało czasu, na takie grzebanie. Ale 2 lata temu zdemontowałam i złożyłam sama całe wnętrze Mazdy. Musiałam to zrobić, żeby wyjąć dywan do kapitalnego prania z błota. Nie pytaj, proszę, jak się tam znalazło – to niechlubna historia (śmiech). Ale fakt, że dużo uniwersalnych rzeczy przy tej pracy się nauczyłam: spinki, kostki, plastiki, kable opatrzyły mi się chyba do końca życia (śmiech). Więcej grzebałam w Corolli – zmieniłam sobie radio na takie z USB, zamontowałam lepsze głośniki, okleiłam maskę w czarny mat i założyłam jej felgi aluminiowe, które sama znalazłam w necie. Nauczyłam się też zmieniać opony na maszynie i to też jest jedno z moich ulubionych zadań przed treningiem. Dużo czasu spędzam u znajomych w warsztatach. Wpadam z kawą, chłopaki pracują, a ja podglądam i zadaję pytania. Mam takiego jednego mentora, który przegenialnie tłumaczy mi zasady działania różnych podzespołów, jak i dlaczego coś się zepsuło, co od czego to zależy itd. To mi pomaga uruchamiać mój mały, techniczny instynkt. Mały, bo jestem „humanem”, ale jara mnie wiedza, jak samochód jest zbudowany i czemu jeździ albo nie.

Dlaczego złośnica, skoro ciągle jesteś uśmiechnięta?

Lubię to pytanie! Jestem uśmiechnięta, bo dzięki samochodom czerpię życie garściami. Czuję, że żyję! Ale do tego jestem dosyć nerwowym człowiekiem. Teraz już zdecydowanie lepiej nad tym panuję, ale w niedalekiej przeszłości, bardzo łatwo było mnie wyprowadzić z równowagi. Do tego stopnia, że potrafiłam rzucać przedmiotami i krzyczeć. Kiedyś zrobiłam krzesłem dziurę w ścianie i to było strasznie głupie. Ale jeśli coś mnie wkurzy, tak na serio wkurzy, to załączam wtedy „złośnica mode” i podobno mówię wtedy bardzo szybko.

Co Cię najbardziej i najczęściej wkurza?

Najczęściej z równowagi wyprowadzają mnie inni kierowcy, którzy podczas jazdy nie są na drodze w stu procentach. A ja jestem i to mnie wkurza. Jedzie taka i myśli: „Czy zrobiłam mężowi kanapkę z serem, jak chciał, czy jednak włożyłam mu wędlinę?”. I jedzie sobie lewym pasem, na równi z kierowcą na pasie środkowym. „Kurna, wyprzedza mnie baba, nawet na nią nie spojrzę! Przyspieszę”… Czasem, przejechanie 3 kilometrów potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. Jak jestem na drodze publicznej to dla mnie misja – przejechać to żwawo, sprytnie, ale bezpiecznie. Ale jak ktoś mi przeszkadza w tej misji, to się złoszczę!

A prowadzisz relacje live zawodów, to jak sobie radzisz wtedy, gdy nie wszystko idzie po Twojej myśli?

Było z tym ciężko, bo bardzo biorę do siebie porażki. Początkowo mocno je przeżywałam, łapałam doły i traciłam wiarę w to, co robię. Byłam przekonana, że to totalnie bez sensu i nieraz chciałam zrezygnować. Jednak pasja do dziennikarstwa i driftingu, budziły we mnie wewnętrzne głosy, które podpowiadały: „Po prostu to rób!”. Wtedy przychodziła motywacja do refleksji. Po rundzie siadałam z tabliczką czekolady i analizowałam relację – to co mówiłam, jak wyglądałam, z kim rozmawiałam, co zmienić w szpiglu. Robiłam notatki, co należy poprawić, co powiedzieć inaczej i starałam się wdrożyć zmiany, podczas tworzenia następnej relacji. Z czasem pogodziłam się z tym, że na żywo, nie da się zrobić czegoś perfekcyjnie, bo nie można zrobić dubla. Zaczęłam po prostu polegać na swoim „flow”, chowając opinie do kieszeni.

Każdy sezon jest mega testem i sprawdzianem dla mnie. Z jednej strony to stresujące, a z drugiej – niesamowite doświadczenie. Trudno wyrazić mi, jak wdzięczna jestem Panu Adamowi Fijałowi, który kiedyś uwierzył w mój potencjał i pozwolił mi się rozwijać z DMP, jednocześnie będąc niesamowicie cierpliwym i wyrozumiałym dla moich błędów. I to m.in. jemu zawdzięczam ogromne pokłady motywacji, żeby dalej działać w teamie mediów. I wiecie co? Nie wyobrażam sobie wakacji bez tej „drift familii”, która tak ciepło przyjęła mnie do swojego grona. Zima jest smutna, bo się nie widzimy – tak słyszałam, ale nigdy tego nie rozumiałam. Przecież konkurują tam miedzy sobą, ekipa spina się miesiącami, żeby zorganizować dobre zawody. Nerwy, stres, awarie – to wszystko jest obok. Jednak dziś i ja doskonale rozumiem tą tęsknotę.

Czego byś chciała jeszcze w życiu spróbować?

Trudne pytanie, bo chciałabym spróbować wszystkiego, co jest: szybkie, dostarcza turbo strzału adrenaliny i sprawia, że przybijam sobie piątkę, że to zrobiłam. Ciągną mnie podróże, ale ze względu na zajawkę na rozwój zawodowy, teraz nie mam na nie czasu. Jednak, niesamowicie chciałabym zbadać Chiny i Japonię. Jara mnie to, że tak dużo ludzi mieszka na stosunkowo małej powierzchni, a ich strefa prywatności praktycznie nie istnieje. Że żyją tak inaczej, produkują dziwne rzeczy. Czuję, że na Dalekim Wschodzie można by znaleźć wiele inspiracji. Japonia ze względów oczywistych – to kolebka driftingu, chciałabym poczuć ten prawdziwy klimat na torze w górach, wśród bujnej roślinności, w samochodach naprawdę japońskich, coraz bardziej niedostępnych w Europie. Zjeść prawdziwe sushi i poczuć prawdziwy jaśmin. A Chiny? Bo jestem ciekawska. Moja głowa nie ogarnia przepychu i ilości rzeczy, które oni tam produkują! Wydaje mi się, że dla nich nie ma czegoś takiego, jak „nie da się”. Często sama wychodzę z takiego „błękitno-ptackiego” założenia, więc chciałabym to zbadać w Azji.

Najnowsze