Aneta Broda i jej motocyklowe Afryki zdobywanie

03 marca 2016
13
Aneta Broda na małym Suzuki Van Van 125 przejechała 4.000 kilometrów przez Afrykę. Nadzwyczajne jest to, że startując - miała na koncie jedynie 200 kilometrów praktyki na motocyklu!

Czym jest dla Ciebie podróżowanie?

W tej chwili sposobem spędzania wolnego czasu, ale mam nadzieję, że kiedyś podróże staną się moim sposobem na życie. Podróze zawsze mi towarzyszyły. Z dzieciństwa bardzo bobrze pamiętam wyjazdy np. do Bułgarii razem z rodzicami. Wtedy Fiat 125p i przyczepa kempingowa dawała moim rodzicom poczucie wolności, a mi wspaniałe wspomnienia. Poznawałam dzieciaki, z którymi później korespondowałam - przesyłaliśmy sobie pocztówki ze swoich krajów. Jako nastolatka zaczęłam podróżować z przyjaciółmi. Zazwyczaj znikaliśmy z domów pierwszego dnia wakacji i wracaliśmy ostatniego. Jak nie mieliśmy kasy, to jeździliśmy stopem. Ważny był cel, towarzystwo i sama podróż. Po trzeciej klasie liceum postanowiłyśmy z koleżanką pojechać do Hiszpanii. To było szalone, bo ja nie miałam pieniędzy na bilet, a jej tata nigdy by się nie zgodził na podróż stopem. Wymyśliłyśmy więc fortel. Do granicy dojechałyśmy pociągiem (tata koleżanki odwiózł nas na stację), a potem stopem. Każda podróż, to okazja do poznania nowych miejsc, ludzi i zawsze łączy się z jakimiś przygodami, nowymi doświadczeniami. Nie ważne jaki wybierze się środek transportu.

Bardzo lubię podróże z plecakiem i namiotem bo one dają poczucie swobody, ale przeszłam też etap wycieczek all inclusive. Z dwójką małych dzieci, to bardzo wygodna opcja. Ale nawet wtedy, zazwyczaj uciekaliśmy z hotelu na parę dni, żeby poznać „prawdziwe” życie danego miejsca, jego smaki, zapachy, zwyczaje ludzi.

A kiedy do Twoich środków transportu w podróży dołączył motocykl?

Moja przygoda z motocyklem właśnie się zaczęła. Inspirowana przede wszystkim podróżami, opowieściami, zdjęciami i filmami mojego męża Piotra, który od lat jeździ na wyprawy motocyklowe. Chęć podjęcia wyzwania dopełniła książka  Haliny Korolec-Bujakowskiej „Mój chłopiec, motor i ja”, którą podsunął mi Piotr. Po tej lekturze powiedziałam mężowi, że też chciałabym spróbować, że chyba jestem gotowa, by podróżować motocyklem. I na 40 urodziny, zamiast brylantów (śmiech), dostałam wyprawę do Afryki! Miejsca - o którym zawsze marzyłam, czyli czarna Afryka - Senegal i Gambia.

Jak dokładnie przebiegała trasa Waszej wyprawy?

Wystartowaliśmy z Warszawy i przez Zurich dolecieliśmy do Al Dakhli w Maroku. Tam czekały na nas motocykle, które przetransportowali Basia i „Kowal” z podrozemotocyklowe.com, gdyż oni byli organizatorami tej wyprawy. To świetna opcja dla osób, które nie maja czasu na długie dojazdy do celu lub po prostu tego nie lubią. Trasa prowadziła przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal do Gambii. W Gambii objechaliśmy rzekę Gambia i wróciliśmy przez Senegal centralny do Mauretanii, i Maroka. Motocykle wyruszyły w podróż tydzień wcześniej i wróciły tydzień po naszym powrocie. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dwa tygodnie urlopu.

Jaki był Twój pierwszy motocykl?

Motocykl, na którym pojechałam do Senegalu i Gambi jest moim pierwszym. Nigdy wcześniej na nich nie jeździłam i nie mam prawa jazdy kategorii A - to znacznie ograniczyło moją możliwość wyboru motocykla. Zdałam się całkowicie na doświadczenie i wiedzę Piotra. Delikatnie zasugerowałam jedynie kilka istotnych dla mnie kwestii: miał być lekki, miałam dosięgać do ziemi pełnymi stopami i miał mnie nie zawieść pod względem technicznym. Chyba wymsknęło mi się też coś o tym, żeby był „ładny” (śmiech).

Suzuki Van Van podbił moje serce, jak tylko na nim usiadłam. Niski, więc dosięgałam nogami do ziemi, lekki, więc mogłam nad nim panować, utrzymać go, a nawet podnieść. I jest ładny! (śmiech) Nie rozwija wielkich prędkości (pojemność 125), ale dzięki temu Piotr miał poczucie bezpieczeństwa, że nie będę na nim szaleć (śmiech). Van Van spełnił wszystkie warunki i dojechał bez żadnej awarii.

To cel motywował Cię do nauki jazdy motocyklem? Czy wyruszając - na motocyklu czułaś się już pewnie?

Pewnie się nie czułam, ale miałam przekonanie, że dam radę. Do pierwszej jazdy próbnej na placu manewrowym i w terenie przystąpiłam we wrześniu – trzy miesiące przed wyprawą. Do dnia wyjazdu łącznie przejechałam, jakieś 200 kilometrów w różnym terenie. To niewiele, dlatego liczyliśmy się z tym, że być może nie pokonamy całej przygotowanej trasy (4.000 km!). Założenie było od początku jasne - jedziemy dla przyjemności, we własnym tempie. Zatrzymujemy się tam, gdzie chcemy i kiedy chcemy. Ostatecznie mieliśmy spotkać się ze wszystkimi w dniu zakończenia wyprawy przy lawecie. I chyba ten luz psychiczny, i nastawienie, że „to podróż jest celem” sprawił, że bez większych problemów dotrzymywałam „kroku” innym. Mam wrażenie, że nasi współtowarzysze wyprawy na początku nie wierzyli, że dam radę. Jak usłyszeli, że nie mam doświadczenia ani prawa jazdy i jadę motocyklem, który rozpędza się do 80 km/h - widziałam strach w ich oczach (śmiech).

Jak podróż zweryfikowała Twoje umiejętności?

Przede wszystkim podróż była dla mnie szkołą jazdy i egzaminem. Najgorszy był pierwszy dzień, ponieważ czułam się niepewnie. Ściskałam manetki tak mocno, że pod koniec dnia nie mogłam ruszać palcami (śmiech). Ale każdy kolejny dzień i kilometr - dodawał mi nowych doświadczeń, umiejętności, i pewności, że dobrze sobie poradzę. To nic trudnego! Oczywiście nie uniknęłam kilku upadków. Z tych mniej miłych, ale śmiesznych przygód - opowiem jedną.

Jak się okazało, wszystkie drogi prowadzące do miasta Kaolack w Senegalu, pomimo że powinny być asfaltowe - są w remoncie. Rozkopane i w fatalnym stanie. Zatem „szutrem” biegnącym obok remontowanej drogi jeżdżą ciężarówki z piachem, autobusy i inne zawalidrogi, kurząc przy tym okropnie. Zjechaliśmy więc na drogę, która była w remoncie, ale nic się na niej nie działo. Ponieważ była nieco wyżej, jechało się po niej zdecydowanie łatwiej i szybciej. Jednak roboty trwały i przed nami pojawił się  świeżo położony kawałek asfaltu. Odcinek był krótki, to wjechałam na ten asfalt i… bęc. Utrzymałam się jakieś 2 sekundy. Ślizgiem za motocyklem pokonałam kilka metrów, zwijając po drodze ten „świeżutki” asfalt (śmiech). Piotr, żeby na mnie nie wpaść, położył się na drugim boku. I tak oto nasze wspaniałe, stylowe stroje straciły swój blask (śmiech). Nic nam się nie stało ale długo jeszcze roztaczała się wokół nas woń benzyny, którą czyściliśmy spodnie, zbroje, rękawice. Wszystko!

Jak liczna była Wasza grupa? Dotrzymałaś kroku doświadczonym motocyklistom?

W całej wyprawie brało udział 15 motocykli i 17 osób. Nie jechaliśmy wszyscy razem, ale co jakiś czas spotykaliśmy się np. na kempingach, gdzieś na trasie, na granicy. Wszyscy przejechali tą samą trasę, ale każdy w swoim tempie i czasami zbaczając w wyznaczonych dróg. Wyprawa trwała 16 dni, z czego 14 spędziliśmy w drodze. Ja - na Suzuki Van Van 125, Piotr na Suzuki DR 800. Piotr dzielnie mi towarzyszył, pokonując drogę z prędkością 70 - 80 km/h i to jemu należą się gratulacje za wytrwałość! Przy sprzyjających warunkach, czyli z górki i z wiatrem wiejącym w plecy - osiągałam zawrotna prędkość 100 km/h (śmiech). Mimo różnych prędkości jazdy, zazwyczaj docieraliśmy do celu wszyscy – czasami ktoś się gubił, ale przeważnie z wyboru. W moim poczuciu dotrzymywałam im kroku. Zazwyczaj dojeżdżaliśmy ostatni, ale z fasonem i często witały nas salwy radości i gratulacji. To było bardzo miłe.

Są oczywiście plusy i minusy małej prędkości. Plus jest taki, że jadąc wolno dostrzegamy coś więcej, niż droga przed nami. Jest możliwość rozglądania się, obraz jest wyraźny i jest czas na dostrzeganie drobiazgów, które mijamy. Minusem jest brak mocy przy wyprzedzaniu i długi czas jazdy przy pokonywaniu dużych odległości. Na szczęście dla nas, plusy zdecydowanie zdominowały cały wyjazd!

Czujesz, że stałaś się motocyklistką po tej wyprawie?

Jeszcze nie wiem, czy czuję się motocyklistką. Ale chyba już mogę tak o sobie mówić. W końcu przejechałam 4000 km w bardzo różnym terenie, z różnymi doświadczeniami. Po wyprawie dostałam od doświadczonej motocyklistki, która jechała razem z nami, naklejkę „EnduroGirls”, z której jestem bardzo dumna i z pewnością ona znajdzie swoje miejsce na moim kolejnym motocyklu (dzięki Megi). Zatem tak! Jestem motocyklistką, od teraz! (śmiech)

Ile czasu trwały przygotowania do wyprawy i na jakich polach?

Decyzja o tym, że jedziemy zapadła 6 miesięcy wcześniej. Trochę trwało, zanim znaleźliśmy odpowiedni motocykl dla mnie i nauczyłam się nim jeździć.

Jednym z etapów przygotowań były szczepienia, bez których nie wjechalibyśmy np. do Senegalu i Gambii, gdzie obowiązkowe jest szczepienie na żółtą febrę. Poza tym dur brzuszny, a w moim przypadku również żółtaczka typu B, polio. To profilaktyka, w którą warto zainwestować!

Jeśli chodzi o inne przygotowania - to moją tajną bronią jest Piotr. To on zadbał o przygotowanie motocykli, papierów do transportu, części oraz stworzył listę rzeczy potrzebnych. Bazując na jego doświadczeniu i poddając się jego wskazówkom uważam, że byliśmy idealnie spakowani. Wizę do Mauretanii załatwialiśmy zbiorowo przez agencję, którą polecili nam Basia z „Kowalem”.

Co Was zaskoczyło, na co przygotowani nie byliście? 

Nie byliśmy przygotowani na to, że przepali się żarówka w Van Vanie, która podobno była wymieniana przed wyjazdem. Niestety była na tyle nietypowa, że nie udało się znaleźć żadnego zamiennika. Połowę drogi pokonałam więc bez lampy, co było dosyć uciążliwe. Ale latarki-czołówki przyklejone szarą taśmą i jazda za Piotrem w odpowiedniej odległości, to dobre patenty. Na szczęście nie musieliśmy korzystać z tego rozwiązania zbyt często.

Czy w porównaniu z innymi Twoimi podróżami, ta była bardzo długa? I na ile egzotyczna?

Wcześniej zdarzało mi się uczestniczyć w dłuższych wyprawach - między innymi spędziłam ponad 4 tygodnie w Australii, kilka tygodni w Meksyku i wiele wypadów dwu, trzy-tygodniowych w różnych zakątkach świata.

A określenie stopnia egzotyki jest trudne, bo spotkanie z dziczą Australii i mieszkającymi tam Aborygenami, było czymś niezwykłym i niesamowicie egzotycznym. Właściwie każdy kraj pozaeuropejski ma sporo egzotyki w sobie. Z pewnością jest to pierwsza moja wyprawa motocyklowa i to było egzotyczne (śmiech).

Czy to, że podróż odbyła się na motocyklu, zmieniła Twój odbiór Afryki i na ile?

Z pewnością. Zza szyby samochodu czy z perspektywy okna hotelowego, ten odbiór byłby zupełnie inny. Co do tego nie mam wątpliwości. To niezwykły środek transportu. Motocykl pozwala w pełni poczuć klimat danego miejsca, wszystkimi zmysłami. Do tego dochodzi możliwość zatrzymania się w każdej chwili i dotknięcia ziemi, wjechania właściwie w każde miejsce, zbaczania z utartych ścieżek po to, żeby poznać i zanurzyć się w lokalny klimat. Przejeżdżając przez kolejne odcinki trasy, to co mnie urzekło, to zmieniające się zapachy. Choć nie wszystkie były przyjemne (śmiech). Podróżując samochodem nie ma możliwości, by tego doświadczyć. Na własnej skórze odczuwa się nawet drobne zmiany temperatur i wilgotności powietrza. Łatwość zjechania z trasy w boczną drogę, tylko dlatego, że coś nas tam ciągnie, jest prosty. Każdy taki zjazd łączy się z nowym odkryciem, doświadczeniem, poznaniem zwyczajów życia codziennego. Pod tym względem - to była najbardziej egzotyczna podróż w moim życiu!

Pokonaliście kilka krajów, jakie zrobiły na Tobie wrażenie?

Sahara Zachodnia (Maroko) to temat na kolejna wyprawę: pyszne jedzenie, cudne widoki i bardzo sympatyczni ludzie. Mauretania to kraj, który nie lubi turystów. Co ciekawe, od granicy z Marokiem do stolicy rozciąga się pustynia, setki kilometrów całkowitej nicości, tylko wraki samochodów, kości zwierząt – MAD MAX (śmiech).

W pewien dyskomfort psychiczny wprowadziły nas ostatnie doniesienia przed wyjazdem, że Gambię ogłoszono republiką islamską i ostrzeżenia w mediach, ale okazało się, że to bardzo przychylny kraj i mili ludzie. Dobre jedzenie i PRZE-PIĘ-KNE kobiety – hiperlordoza, długie nogi, piękne piersi, wysokie, szczupłe, ubrane w kolorowe sukienki podkreślające wszystkie walory. Nigdy wcześniej nie oglądałam się za kobietami, a tam nie mogłam przestać (śmiech).

Zaskoczyło mnie to, jak bardzo różnią się od siebie wszystkie z mijanych krajów. O ile zdawałam sobie sprawę, że Maroko i Senegal to zupełnie inne światy, to zawsze wydawało mi się, że Senegal i Gambia są bardzo podobne. A tymczasem różni je wszystko. Zaczynając od języka, w którym można się porozumiewać, po wygląd wiosek, budownictwo, zachowanie ludzi, różnorodność przyrody i zapachy. Każdy kraj ma swoje perełki i wrzody.

Negatywnie zaskoczył mnie Dakar. Smród charakterystyczny dla wszystkich mijanych przez nas dużych miast, bród i straszliwa, nie do zaakceptowania, natrętność wszechobecnych sprzedawców wszystkiego. Co prawda kupiliśmy tam dwie świetne maski, ale i tak zgadzam się z Piotrem, że najlepsze co można zrobić w Dakarze, to z niego wyjechać! Na szczęście zaraz po nim trafiliśmy do raju, czyli wioski Palmarin.

To wioska nad Atlantykiem w pobliżu delty rzeki Saloum. Przepiękne miejsce, które kiedyś było kurortem. Wspaniała plaża, dzicz i widoki jak z pocztówek. Czerwona piaskowa droga, baobaby. Wybraliśmy się rano do sklepu, a po drodze zjedliśmy śniadanie na ulicy. Przy drodze stała pani z bagietkami i kilkoma garnkami. W każdym były inne dodatki: duszona cebula, różne rodzaje soczewicy i coś, co nie wyglądała zbyt dobrze i nie wiem czym było. Wybór padł na cebulę i to było najlepsze śniadanie, jakie mogę sobie przypomnieć. Bagietka wypchana duszoną cebulą na słodko i pikantny sos senegalski, który natychmiast kupiliśmy. Z wyglądu przypomina musztardę, ale tylko z wyglądu. Tam spędziliśmy jeden z dwóch dni, w trakcie których nie wsiedliśmy na motocykle. Na chwilę zatrzymaliśmy się w raju, ale takim bez ciepłej wody i miejskich wygód.

Jaką, wyjątkową sytuację z tej podróży długo będziesz pamiętać?

Jadąc przez miasteczko, jakich tysiąc w Gambii, Piotr zauważył tłum i człowieka przebranego za drzewo. Oczywiście zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić co się dzieje. Człowiek-drzewo, czyli szaman z pokaźnym nożem w dłoni szalał, skakał, wymachiwał swoim atrybutem, kręcił się w kółko, a wszystko przy akompaniamencie bębnów i gwizdka. Jakieś dziewczyny gestami zapraszały, żebyśmy się przyłączyli. Długo nie musiały nas namawiać. Okazało się, że to ślub. O ile pani młoda była dosyć rozpoznawalna (głównie poprzez fryzurę), to pana młodego nie udało nam się zidentyfikować. Rytuał polegał na tym, że szaman podchodził do kolejnych gości i tupiąc napierał, machając nożem, patrząc w oczy, a odwracał się dopiero jak dostał kasę. I tak przechodził od gościa do gościa. Ale nie jestem przekonana czy zbierał dla pary młodej, czy dla siebie (śmiech). Kolejny rytuał polegał na tańcu z szamanem. Najpierw niepewnie się przyglądaliśmy, ale jak tylko odkryliśmy, że sztuka polega na pochyleniu się do przodu i jak najszybszym tupaniu przy jednoczesnym wymachiwaniu rękoma w dowolną stronę - postanowiliśmy dołączyć do obrządku. Taniec z szamanem zaliczony! Po kilkudziesięciu minutach zabawy na gambijskim weselu, ruszyliśmy w dalsza drogę.

Dla mieszkańców Afryki to Wy czasami stawaliście się egzotyczną atrakcją?

Raz udało nam się znaleźć na drodze donikąd. GPS przestał nagle pokazywać możliwość jakiejkolwiek przeprawy i tak trafiliśmy do niewielkiej wioski w Senegalu. Gdzieś w pobliżu miasta Kayar, w drodze do różowych jezior. Widok dwóch motocykli w środku osady, z białymi ludźmi ubranymi przedziwnie, wzbudził wśród mieszkańców spore poruszenie. Piotr zostawił mnie na chwilę przy motocyklach (sam poszedł sprawdzić, czy widać jakiś przejezdny szlak), a gdy wrócił po dwóch minutach - zastał mnie otoczoną przez dziesiątki tubylców. Niezwykłe było to, że kobiety jak tylko mnie zobaczyły zaczęły przynosić, takie kilkumiesięczne, dzieci i prosiły żebym je dotknęła (nie mam pojęcia dlaczego).

Staliśmy się atrakcją dla tych ludzi. My podziwialiśmy ich, a oni nas (śmiech). Robili sobie z nami zdjęcia, a my z nimi, dzieciaki pukały w nasze zbroje i ochraniacze, kobiety mnie gładziły po włosach (cały czas donosząc kolejne dzieci), a ja podziwiałam ich fryzury. Dziewczyny pytały Piotra o numer telefonu, nie wiem o co on je pytał, ale twierdzi, że numeru nie dał (śmiech).

Sami mamy dwójkę dzieci, więc widok malucha z zapaleniem spojówek spowodował, że instynktownie spytałam jego matkę, czy leczy oczy dziecka? Ponieważ nie robiła tego i nie miała żadnych leków, wyjęłam z apteczki krople, waciki i zapytałam, czy mogę pomóc? Dziecko trafiło na moje kolana w ułamku sekundy.

Ci ludzie podbili nasze serca swoją otwartością i zaufaniem. Spytaliśmy o drogę, nauczycielowi z pobliskiej szkoły zostawiliśmy piłkę nożną (wieźliśmy dwie dla dzieci ze szkoły w Gambii, w której planowaliśmy się zatrzymać) i odprowadzeni poza osadę przez wszystkie dzieci, pojechaliśmy dalej szukać przygód…

Swoje dzieci wychowujecie w duchu podróży i poznawania świata?

Rzeczywiście, staramy się dosyć często wyjeżdżać razem z dziećmi w różne zakątki świata i Polski. Każda taka wyprawa, nawet weekendowa, to dla nich bardzo dużo nowych doświadczeń. A każde doświadczenie sprawia, że dzieci szybciej się rozwijają, poszerzają swoje wzorce zachowań, poznają nowe miejsca i pokonują trudności.

Podczas wakacji, ze względu na ograniczony czas, wymyśliliśmy, że będziemy na weekendy jeździć do różnych stolic Europy. To świetny projekt, który mam nadzieję - będziemy kontynuować. Nasza starsza córka zbierała wcześniej informacje na temat wybranego miasta i tworzyła krótką prezentację (każda kolejna była zdecydowanie lepsza!). Następnie wspólnie szukaliśmy najefektywniejszego środka transportu i w drogę. Odwiedziliśmy tak: Berlin, Pragę, Ateny i Londyn.

Podróże rozwijają, uczą. Dzięki nim stajemy się bardziej tolerancyjni i otwarci. To dotyczy zarówno dzieci, jak i dorosłych. Nasze dzieci zdecydowanie lubią podróże, a teraz planujemy bardziej egzotyczną, wspólną przygodę. Będą mieli okazję do zetknięcia się z całkowicie odmienną kulturą.

Jak zniosły tą rozłąkę z Wami?

One tęskniły za nami, a my za nimi. Ale zostały w dobrych rękach i babcia miała okazję je porozpieszczać (śmiech). Najważniejsze jest dla nas to, żeby czuły się bezpieczne, wiedziały, że wrócimy, gdzie jesteśmy i znały powody naszej nieobecności. Dzięki telefonom i wynalazkom naszej cywilizacji - dzieci na bieżąco wiedziały co się dzieje, gdzie jesteśmy, z kim, i co się wydarzyło.

Czy nabrałaś apetytu na nieco większy motocykl, kategorię A i kolejne podróże?

Cały wyjazd był niezwykła przygodą. Jazda motocyklem, która do tej pory była pasją Piotra, zachwyciła mnie do tego stopnia, że postanowiłam jak najszybciej zrobić prawo jazdy kat A. Już planujemy kolejną podróż! To była przygoda, która przydarzyłaby mi się, dzięki pasji i zaangażowaniu Piotra – dziękuję! To był świetny pomysł i cudowny prezent! 

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!